ReakcjonistaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Seria ŚWIADECTWA XX WIEK

– polska i europejska literatura faktu XX wieku. Głosy uczestników i świadków najważniejszych wydarzeń i procesów społecznych ubiegłego stulecia. Opowieści, które pozwalają zrozumieć najnowszą historię Polski oraz jej bliskich i dalszych sąsiadów.

W serii także:

– Dorothy Adams, Amerykańska Polka. Z miłości do mężczyzny i jego kraju

– Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

– Heinz Heger, Mężczyźni z różowym trójkątem

– Edward Herzbaum, Między światami. Dziennik andersowca 1939–1945

– Friedrich Kellner, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939–1942

– Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918–1959

– Janina Konarska, Dwór na wulkanie. Dziennik ziemianki z przełomu epok 1895–1920

– Hans von Lehndorff, Dziennik z Prus Wschodnich. Zapiski lekarza z lat 1945–1947

– Wolfgang Leonhard, Dzieci rewolucji

– Zbigniew Lubieniecki, Odwet. Polski chłopak przeciwko Sowietom 1939–1946

– Anja Lundholm, Wrota piekieł. Ravensbrück

– Łacińska wyspa. Antologia rumuńskiej literatury faktu

– Jerzy Konrad Maciejewski, Zawadiaka. Dzienniki frontowe 1914–1920

– Anatolij Marczenko, Moje zeznania

– Hans-Jürgen Massaquoi, Neger, Neger... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech

– Aleksander Podrabinek, Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni

– Michał Römer, Dzienniki, t. 1: 1911–1913, t. 2: 1914–1915, t. 3: 1916–1919, t. 4: 1920–1930, t. 5: 1931–1938, t. 6: 1939–1945

– Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk

– Michał Sokolnicki, Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896–1919

– Stanisława Sowińska, Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia

– Hanna Świda-Ziemba, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989

– Michael Wieck, Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina

– Wiktor Woroszylski, Dzienniki, t. 1: 1953–1982, t. 2: 1983–1987, t. 3: 1988–1996

Ośrodek KARTA

Warszawa 2021

© Fundacja Ośrodka KARTA, 2021

© Zuzanna Kisielewska, Krystyna Kisielewska-Sławińska, Jerzy Kisielewski, 2021

WYBÓR FRAGMENTÓW DO DRUKU I OPRACOWANIE REDAKCYJNE Małgorzata Sopyło

WSPÓŁPRACA Natalia Ambroziak (wybór), Agnieszka Dębska (redakcja)

OPRACOWANIE PRZYPISÓW dr Bartosz Kaliski

KOREKTA I INDEKS NAZWISK Anna Richter

KWERENDA IKONOGRAFICZNA Ewa Kwiecińska

REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII


SKŁAD KOMPUTEROWY TANDEM STUDIO

ZDJĘCIE NA OKŁADCE Stefan Kisielewski, kwiecień 1959. Fot. Henryk Hermanowicz / Fotozon

PRACA NAUKOWA FINANSOWANA W RAMACH PROGRAMU

MINISTRA NAUKI I SZKOLNICTWA WYŻSZEGO

POD NAZWĄ „NARODOWY PROGRAM ROZWOJU HUMANISTYKI” W LATACH 2017–2022

NR PROJEKTU 11H 16 0302 84


KIEROWNIK NAUKOWY PROJEKTU prof. dr hab. Andrzej Chojnowski

RECENZENT prof. dr hab. Rafał Habielski

PARTNER PROJEKTU

Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk


Wydanie I

Warszawa 2021

ISBN 978-83-66707-10-8

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12

kontakt do wydawnictwa: ok@karta.org.pl dystrybucja: kolportaz@karta.org.pl księgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.pl

karta.org.pl

SPIS TREŚCI

Seria

WPROWADZENIE Małgorzata Sopyło

PROLOG

DOJRZALEC (1911–1933)

BUNT (1934–1939)

OBŁĘD (1939–1944)

RACJONALIZM (1945–1948)

ROCHEFORT (1948–1955)

POŚREDNIK (1955–1961)

LEGALNY OPOZYCJONISTA (1961–1965)

RADYKALIZACJA (1966–1970)

NA MARGINESIE (1970–1976)

CUD (1976–1982)

RECEPTA (1982–1988)

WRZENIE (1988–1990)

OSTATNI ROK (1990–1991)

EPILOG

SPIS ŹRÓDEŁ

STEFAN KISIELEWSKI, CZYLI PRZYGODY CZŁOWIEKA MYŚLĄCEGO Bartosz Kaliski

NOTA EDYTORSKA

INDEKS NAZWISK

ZDJĘCIA

PRZYPISY

WPROWADZENIE

Dla człowieka piszącego życiorysem powinien być rejestr jego pracy.

Innego życiorysu nie powinien mieć, tylko własną historię myślenia.

Stefan Kisielewski, 10 stycznia 1968

Gdy świat kapitalistyczny rodził rewoltę klas uciskanych, piewcy nowego porządku nazywali reakcjonistami tych, którzy hamowali zmiany. Gdy rewolucja wygrała, w martwym świecie komunizmu orędownik wolności stawał się reakcjonistą. Człowiekowi samodzielnie myślącemu propaganda nadawała miano przeciwnika postępu społecznego.

Stefan Kisielewski odpowiadał na rzeczywistość z jedyną w swoim rodzaju niezależnością. Nie tylko ani przez chwilę nie uwiodła go wizja lepszego świata, którą roztaczali komuniści, ale też nie dał się zaklasyfikować w żadnym środowisku, z którym współpracował. W każdym z nich był najbardziej wyrazistą postacią. Felietonista „Tygodnika Powszechnego” potrafił publicznie wypowiadać się wbrew linii macierzystej redakcji; peerelowski poseł śmiało wyrażał w sejmie swoją dezaprobatę dla socjalizmu; publicysta „Kultury” dyskutował ostro na jej łamach z najważniejszym piórem tego paryskiego miesięcznika – Juliuszem Mieroszewskim; autor związany z prasą katolicką wysyłał listy do prymasa Polski, próbując wpłynąć na kształt jego publicznych wystąpień. Zarówno swoimi wypowiedziami, jak i zachowaniami – prowokował i wytrącał z równowagi, a z drugiej strony był stale gotowy do rozmowy. Organiczna niezależność pozwalała mu patrzeć zawsze własnym okiem i mówić własnym językiem.

Realizacja autobiografii intelektualnej – ukazującej linię myślową całego życia Stefana Kisielewskiego – była wyzwaniem. Oznaczała zmierzenie się z niezwykle bogatą spuścizną, obejmującą publikacje prasowe (krajowe i zagraniczne), dzienniki, powieści, wywiady radiowe, mowy sejmowe, ale także teksty niepublikowane wcześniej – listy, przemówienia z zebrań Związku Literatów Polskich, wypowiedzi zarejestrowane przez agentów SB. Zestawienie ich obok siebie, w formie opowieści o całym życiu, pokazuje obraz Kisiela wolny od stereotypów – po raz pierwszy w pełnym wymiarze.

Nikt dotąd nie pokusił się o wyciągnięcie esencji z tak ogromnego dorobku, mimo że otwiera to nowe możliwości zrozumienia polskiej historii XX wieku. Stefan Kisielewski w unikatowy sposób na bieżąco komentował wszystkie najważniejsze wydarzenia, a jego świadectwo układa się w pełną opowieść o polskim zniewoleniu i mozolnym wychodzeniu z komunizmu. I nie tylko świadectwo; na każdym etapie przedstawiał konkretne diagnozy, propozycje, rozwiązania – w tekstach publikowanych, ale również w listach do znajomych pisarzy, polityków, duchownych, podczas zakulisowych działań, kiedy podejmował próby kolejnych przedsięwzięć albo spotykał się z czytelnikami i bez ogródek omawiał kwestie związane z historią i aktualną sytuacją kraju.

 

Jego skuteczność najłatwiej ocenić na poziomie jednostki – setki czytelników wyrażały w listach do Kisiela wdzięczność za to, że pomaga im zachować normalność w pełnej absurdów rzeczywistości. Istniał obok systemu, mimo że w jego strukturach: czekał na wydanie paszportu, by móc wyjechać, a jego teksty podlegały cenzurze – ale nie dał się zniewolić. I sam siebie potrafił zdefiniować: „Nawet w domu szaleńców winien się znaleźć choćby jeden normalny, patrzący jakby okiem z zewnątrz i próbujący postawić diagnozę postępującej ogólnej choroby”.

Zachowanie wewnętrznej niepodległości wymagało odwagi. Odwagi pisania ze świadomością wiszącej nad powstającym tekstem cenzury, wypowiadania niepopularnych opinii, a także obstawania przy swoim zdaniu. Zygmunt Hertz pisał w liście do Czesława Miłosza w 1971 roku: „Kisiel wyjechał trzy dni temu. Kisiel nieznośny, złośliwy, pikujący, uparty, przekorny. Wszystko mu darowuję i odpuszczam [...]. Gdyby nie był taki tutaj, nie byłby tam taki. To jedyny naprawdę odważny człowiek w tym ponurym nadwiślańskim kraju”.

Stefan Kisielewski nadal wzbudza emocje. Młodzi ludzie cytują jego wypowiedzi w zawziętych dyskusjach internetowych. Nikomu nie uda się jednak zawłaszczyć jego postaci – Kisiel zabezpieczył się przed tym, pisząc: „Jestem sceptykiem wobec wszelkich ideologii politycznych poza patriotyzmem”. Z drugiej strony niektóre poglądy Kisiela traktowane są z przymrużeniem oka – przypisuje mu się ślepe zapatrzenie w kapitalizm. Każde jego przekonanie wynikało jednak z głębokiej analizy i obserwacji różnych czasów i systemów. Na dodatek wszystko poddawał stałej falsyfikacji, niczego nie przyjmował za raz ustaloną i niepodważalną prawdę, a jego walka – mimo że w większości przypadła na czas zmagania się z systemem komunistycznym – okazuje się uniwersalna. W swojej filozofii wyprzedził swój czas; przestrzegał przed „robieniem z patriotyzmu maczugi, za pomocą której unieszkodliwia się odstępstwa od linii politycznej”; namawiał, by historia nie była „jednym z narzędzi aktualnych działań politycznych”.

W grudniu 1979 pisał w felietonie: „Żebyście Wy wiedzieli, jak dotkliwie obrzydła mi już własna, błazeńska maseczka i produkowane zastępczo a metaforycznie grymasy! Jak nienawidzę własnej pozy żartownisia!”. Minęło ponad 40 lat, a mimo to nie do końca udało mu się od niej wyzwolić – maska błazna majaczy w tle za każdym razem, gdy ktoś rozpoczyna rozmowę o Stefanie Kisielewskim. Czas na odsłonięcie twarzy.

Małgorzata Sopyło

PROLOG

Niewątpliwie należy stale kruszyć kopie. O co? Choćby o cokolwiek. Dlaczego? [...] Otóż zawsze byłem przekonany o tym, że jedyną drogą do rozumienia życia, prawdy, pracy, postępu i do wkroczenia na właściwe tory myślowe jest ciągły niepokój, ciągłe poszukiwanie, ciągły konflikt. Prawda świata jest jedna, lecz odradza się ona wciąż pod coraz to innymi postaciami i ciągle na nowo trzeba ją odkrywać. Aby wykryć w zmienności niezmienną zasadę, trzeba najpierw uświadomić sobie samą zmienność, do tego zaś potrzebny jest właśnie wewnętrzny niepokój, esprit de contradiction1, zdolność do siania fermentu i do wynajdywania dziur w tym, co jest na pozór całe. Ferment, konflikt, ustawiczny krytycyzm, skłonność do ciągłej rewizji poglądów własnych i cudzych – oto jedyna droga do odnalezienia niezmiennej zasady świata. Jeśli bowiem formy życia wciąż się zmieniają, to chcąc zachować swój stosunek do życia niezmieniony, musimy podążać za zmianami. [...]

Impuls ruchu intelektualnego, impuls pozwalający nam zachować mózg w takim stanie, aby móc stale widzieć istotę spraw mimo ich zmieniających się form, impuls taki, powtarzam, uzyskać możemy tylko – przez walkę. Walka z życiem to jedyna postawa pozwalająca nam to życie zrozumieć; kto z czymś walczy, ten owo coś rozumie. [...] Ciągły konflikt z życiem jest najprawdziwszą gwarancją tego, że się żyje, jest gwarancją, że się bierze w życiu udział i że się ma do życia stosunek niezmiennie intensywny. Zastój, bezruch jest zapowiedzią degeneracji i śmierci, nie wolno ani przez chwilę odpocząć, ani na chwilę nie należy zawieszać wewnętrznego krytycyzmu; już na drugi dzień po zwycięstwie swojej sprawy trzeba się domagać rewizji nowego stanu rzeczy – każde spoczęcie na laurach grozi zmarnowaniem zwycięstwa.

Tak więc pewność uzyskać można przez nieustanne wątpliwości, prawdę poznamy poprzez próby ciągłego jej negowania i podważania, niezmienność postawy zapewnić sobie możemy przez skłonność do ustawicznej zmiany, spokój uzyskujemy przez walkę, jedność zasady zaś – przez mnogość jej wcieleń. [...]

Gdy widzę, że wszyscy są zgodni co do jakiejś sprawy, a jeden tylko się sprzeciwia, oczywiście całe zainteresowanie i uwagę skupię właśnie na tym jednym. Bo: jeśli nie ma on racji, to racja posiadana przez wszystkich innych tym silniej się na tle jego braku racji uwypukli, jeśli zaś ma rację, to niewątpliwie trzeba go poprzeć.

[75]

DOJRZALEC (1911–1933)

Urodziłem się jeszcze w Rosji carskiej, bo w Warszawie w 1911 roku, ale cała młodość i początek wieku dojrzałego upłynęły w Polsce suwerennej, w Polsce naprawdę po 123 latach rozbiorów zjednoczonej i wolnej.

[253]

Jako dziecko byłem bardzo wrażliwy i nerwowy. [...] Najsilniej utrwalił mi się w pamięci okres 1914–1917, który spędziłem w Zakopanem. [...] Rodzice bowiem byli bardzo „zajęci” wojną. Ojciec był w Legionach, a później ogromnie czynny w POW, matka była nauczycielką w Dąbrowie Górniczej i też zapaloną działaczką2. Po prostu nie mieli na mnie czasu i zostawili mnie w Zakopanem w pensjonacie dla dzieci, prowadzonym przez panią Niewińską, matkę późniejszej posłanki z PPS-u, Zofii Praussowej. Zakopane wryło mi się wtedy w pamięć i „w krew” – kult Podhala, gdzie przez wiele lat potem wracałem, pozostał mi na całe życie. Pamiętam też dokładnie zabawną historię, że gdy rodzice postanowili wreszcie mnie „przejąć”, jechałem do Krakowa z Zakopanego sam (trwało to wtedy całą noc) pod opieką nieznajomego oficera austriackiego, który poił mnie czarną kawą i karmił sucharami... To był początek 1918 roku. [...] Potem już potoczyło się normalne warszawskie dzieciństwo w rodzinnym domu.

[260]

Pamiętam – jako dziecko jeszcze oczywiście – rozbrajanie Niemców w 1918 roku. Było to zresztą zabawne, ponieważ [...] Niemcy ze śmiechem oddawali broń i zdejmowali odznaki. Pamiętam także huk armat spod Radzymina w 1920 roku, w sierpniu. I jeszcze jedno mi utkwiło w głowie: jak prowadzono Nowym Światem jeńców, jakichś takich mongolskich, z dwugarbnymi wielbłądami. Dziecku taka rzecz się wbija do głowy.

[253]

Pamiętam sierpień 1920 w Warszawie (miało się wtedy dziewięć lat!), pamiętam zabójstwo Narutowicza i przewrót majowy, pamiętam, co pisał Stroński3, a co Stpiczyński4, widziałem Piłsudskiego i Paderewskiego, znałem Perla5 i Daszyńskiego6, Moraczewskiego7 i Witosa8.

[109]

W roku 1921, kiedy miałem dziesięć lat, nagle wpadłem na to, że muszę się uczyć muzyki. Bardzo to zdziwiło moich rodziców. Matka pochodziła z Warszawy, ojciec z Rzeszowa, ani w tej, ani w tej linii nigdy żadnych zainteresowań muzycznych nie było, tak że uznali to za jakiś wyskok. A ja zdobyłem sobie „zasady muzyki” Zawirskiego9 i zacząłem się sam uczyć – narysowałem na papierze klawiaturę, pukałem w nią palcami. Rodzice się wzruszyli i wreszcie w 1923 roku, chociaż nie było w domu instrumentu, zaczęli mnie uczyć muzyki. [...]

W 1926 roku (byłem wtedy w gimnazjum), rodzice postanowili, żebym zdawał do konserwatorium. Skonsultowali się ze starym swoim znajomym (to znaczy – młodym, ale dawnym), którego ja też znałem od dzieciństwa – z profesorem Jerzym Lefeldem. On się bardzo zdziwił, że dotąd nie grałem Bacha, powiedział, że „to jest konieczne”, więc się szybko nauczyłem jakiejś Inwencji Bacha [...], no i przystąpiłem do egzaminu. Ale go nie zdałem. Był to wielki zawód. Pomyślałem, że może by grać na skrzypcach. Kupiłem jakieś bardzo tanie skrzypce, były oczywiście okropne i kiedy zacząłem piszczeć, ojciec się wściekł, kazał tego zaniechać. Wobec czego dalej grałem na swoim pianinie, ale już pod kierunkiem Lefelda. I w 1927 roku drugi raz przystąpiłem do egzaminu. [...] Zdałem go. [...]

W roku 1929 zdałem maturę i jesienią tego roku zapisałem się na teorię specjalną do profesora Piotra Rytla. [...]

Tymczasem w 1930 roku powstała sławna Akademia10. Przyszedł kierownik działu muzyki w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, Janusz Miketta, i przeprowadził reformę. Podzielił Konserwatorium na dwie szkoły: na szkołę średnią, której dyrektorem został przybyły z Paryża kompozytor Eugeniusz Morawski, i na szkołę wyższą, której rektorem został [Karol] Szymanowski. [...] U Rytla, chociaż chodziłem dopiero na harmonię i kontrapunkt, zacząłem też komponować. Napisałem mazura na fortepian [...].

Jednocześnie w 1931 roku zacząłem pisywać recenzje do dziwnego dwutygodnika „Echo Tygodnia”. [...] Prawdę mówiąc, chyba nikt tego pisma nie czytał, ale były to moje pierwsze muzyczne recenzje. Szykowałem się, że po skończeniu teorii u Rytla przejdę do Akademii. „Namówiłem się” nawet z profesorem [Kazimierzem] Sikorskim, że wstąpię do niego na kompozycję, kiedy nagle w 1932 roku nastąpił wielki krach. Do ministerstwa przyszedł nowy kierownik muzyczny – „wizytator”, jak mówiono, Witold Maliszewski, uczeń [Aleksandra] Głazunowa i [Nikołaja] Rimskiego-Korsakowa, porządny człowiek, ale wielki konserwatysta, profesor Witolda Lutosławskiego11 zresztą. Zlikwidował on Akademię. [...] Szalenie byłem tym rozgoryczony.

Postanowiliśmy zorganizować strajk uczniów w obronie Akademii. W komitecie strajkowym był Franciszek Doleżal – klarnecista, kompozytor Roman Maciejewski i ja. A popierali nas studenci Akademii – [Maria] Dziewulska, [Roman] Palester i inni. Ten strajk był bardzo burzliwy. Pamiętam, że chodziliśmy po klasach i wypraszali uczniów. Dramatyczna historia zdarzyła się w klasie czytania partytur profesora [Tadeusza] Joteyki, który zaczął błagać nas, by strajku zaniechać, że narażamy na szwank istnienie Konserwatorium, ale my bez litości uczniów powyrzucaliśmy. Strajk [...] skończył się, oczywiście, źle. Minister WRiOP powołał komisję dyscyplinarną, która miała ukarać strajkujących. [...] Dostałem zawieszenie na trzy miesiące i naganę.

[239]

Z domu wyniosłem zamiłowanie do literatury i polityki, kult Piłsudskiego, który potem próbowałem przezwyciężać (właściwie jednak bezskutecznie), niechęć do poetów grupy „Skamander”, których Ojciec uważał za utalentowanych spłyciarzy i spryciarzy. [...] Nigdy natomiast nie podzielałem ojcowskiego „socjalizmu”. Ojciec uważał się za socjalistę, choć był zagorzałym (i proroczym) przeciwnikiem komunizmu. Ja natomiast nigdy i w żadnej formie nie opowiadałem się za ruchem socjalistycznym, choć uczuciowo przywiązany byłem do przyjaciół Ojca, działaczy starej PPS. [...] Największe jednak wrażenie z przyjaciół Ojca wywarł na mnie wielki krytyk i nieugięty polemista Karol Irzykowski12 – znałem go od mojego najwcześniejszego dzieciństwa i uważam się za jego duchowego ucznia, choć on za życia pewno wcale o tym nie wiedział.

Jeśli chodzi o wpływ ówczesnych wybitnych pisarzy, to przede wszystkim entuzjazmowałem się publicystami, i to ostrymi, polemicznymi, bez względu na kierunek polityczny. Miałem do publicystyki, do artykułów polemicznych stosunek bezinteresowny, jak do dzieł sztuki. Zaczytywałem się, pamiętam, artykułami, od prawicy do lewicy [...] – marzyłem, żeby kiedyś tak pisywać.

[...] Jako swoje najwłaściwsze powołanie widziałem już przed wojną niezależną, samodzielną publicystykę polityczną: chciałem być „wolnym strzelcem” gazeciarskim, czymś w rodzaju Mackiewicza13.

[260]

Startowałem w Legionie Młodych14. Piłsudski zaczął mnie okropnie denerwować. [...] On już miał wtedy bzika. Z ojcem się kłóciłem i tak dalej. Niemniej komuniści to był zupełny absurd, to była właściwie maleńka grupa. [...]

W Legionie Młodych były tendencje szalenie lewicowe i ateistyczne, natomiast przy komendzie głównej było Seminarium Prądów Ideowych, które prowadził, o dziwo, Stefan Żółkiewski15. Tematem był nacjonalizm, każdy miał zreferować nacjonalizm jednego kraju. Ja wybrałem nacjonalizm polski. Trzeba było materiałów – tych materiałów właściwie nie było, książek [Jana Ludwika] Popławskiego, [Zygmunta] Balickiego, [Romana] Dmowskiego nigdzie nie było. I ja się poznałem z takim facetem, [Wojciechem] Kwasieborskim [...], który był przyjacielem niejakiego Bolesława Piaseckiego16, bardzo młodego wówczas, i on mi zaczął mówić o tym wszystkim, co dla mnie było nowością, bo u nas w domu Dmowski to była najgorsza zaraza, ohyda i tak dalej. Przyniósł mi książki – Dmowskiego, Balickiego, takie grube. Ojciec mało nie padł trupem, jak zobaczył, co ja czytam, matka szału dostała. A mnie to szalenie zaciekawiło, bo geopolitycznie i historycznie to były, w porównaniu z tym, co pisał Piłsudski [...], całe stosunki polsko-niemieckie. I w tym kierunku jakoś szedłem – raczej w prawo niż w lewo.

 

[283]

W 1934 roku otrzymałem dyplom teorii na wyższym kursie. [...] I w tymże roku poszedłem na dwanaście miesięcy do wojska. Po powrocie z wojska, jesienią 1935, wstąpiłem na kompozycję do Sikorskiego, który już otrzymał wówczas tę klasę. Dalej byłem też u Lefelda na fortepianie. Zaczęło się również moje intensywniejsze życie krytyka muzycznego. Zostałem mianowicie zaproszony przez Bronisława Rutkowskiego do dwumiesięcznika, później miesięcznika, „Muzyka Polska”.

[239]

W listach do koleżanki Barbary Piwowar17

Nie odpisywałem tak długo, prawdę mówiąc, z lenistwa; za to jak się już raz wziąłem, to mogę od razu wysłać tuzin kartek. Do konserwatorium, jak wiesz, nie zdałem, ale „grunt się nie przejmować”. Egzamin odbywał się w sali, gdzie siedzieli wszyscy zdający. Na estradzie stał fortepian, a obok estrady siedzieli profesorowie. Cały egzamin trwał dziesięć minut. Spodziewam się, że zdam na przyszły rok. W szkole wiedzie mi się nieźle (z łaski nowego księdza byłem już raz za drzwiami). [...] Przez belfra od chemii zostałem mianowany „niepoczytalną stworą” (!).

Warszawa, 11 października 192618

Wymawiałaś mi, że Ty zdałaś maturę, a ja nie zdałem do konserwatorium, tymczasem ja zdałem, i to na III rok kursu średniego. Już od paru tygodni chodzę do konserwatorium. Mam razem ze szkołą dużo roboty, ale jakoś sobie daję radę. Profesor [...] powiedział, że mam „źle ustawioną” rękę i zaczął ze mną od ABC, ale teraz już jest dobrze i idę naprzód.

Warszawa, 31 października 1927

Po przyjeździe do Warszawy wziąłem się energicznie do grania i z początku szło mi tak fatalnie, że byłem tym dosyć zmartwiony. Po kilku dniach jednak ręce mi wróciły do normy, a obecnie jest już lepiej niż przed wyjazdem. Grywam dużo – cztery–pięć godzin dziennie, ale będę musiał z tym skończyć, bo zaczyna się szkoła. Dzisiaj było zaczęcie roku szkolnego: pomaszerowaliśmy do kościoła, wysłuchaliśmy nudnego kazania, wróciliśmy do szkoły, dyrektor powiedział tylko parę słów (na szczęście) i koniec. Jutro już zaczynają się lekcje. Koledzy przywitali mnie nadspodziewanie serdecznie, rzucali mnie w górę z racji imienin, aż byłem w strachu o moje szacowne kości. [...] Prócz grania czytam Nietzschego, którego kilka książek wykryłem w naszej bibliotece, i chodzę do Łazienek.

Warszawa, 3 września 1928

Uczę się, maturę mam „w kieszeni” (tak przynajmniej twierdzą moi koledzy, choć z drugiej strony ojciec mówi, że nie zdam). W konserwatorium idzie mi w tym roku nadspodziewanie dobrze i mój profesor jest ze mnie bardzo zadowolony; mówi, że na pewno będę muzykiem. Występowałem na koncercie uczniów konserwatorium. Grałem koncert Mozarta dosyć dobrze. Wszystko razem jednak zajmuje mi wściekle dużo czasu: o czytaniu na przykład książek nie ma mowy. Po maturze i egzaminach w konserwatorium wybieram się na samodzielną wycieczkę. Nastąpi to prawdopodobnie w połowie czerwca. Wybieram się na wystawę do Poznania19, a potem albo na Pomorze, albo do Krakowa.

Warszawa, 16 marca 1929

Przede wszystkim muszę sprostować Twoje fałszywe pojęcia tyczące się mnie. A więc: 1) nie jestem wcale ani bardziej poważny, ani bardziej elegancki, niż byłem w Bukowinie; 2) wcale nie mam przewrócone w głowie maturą i nigdy nie zgodziłbym się, żebyś mnie tytułowała per „pan”; 3) matury wcale nie zdam świetnie, lecz przeciętnie, bo po pierwsze – nie mam za dużo czasu, żeby się zbytnio obkuwać, a po drugie – wcale mi na tym nie zależy.

Sprostowawszy Twoje najbardziej rażące „herezje”, mogę teraz opowiedzieć Ci, co u mnie słychać. Otóż maturę pisemną już zdawałem; pierwszego dnia był polski. Pisałem temat: „Jakie zasługi Słowackiego otworzyły przed nim podziemia Wawelu?”. Temat był dosyć łatwy, zdaje się, że napisałem go dobrze. Drugiego dnia był niemiecki – beznadziejnie łatwe i głupie opowiadanie, które, zdaje się, też napisałem nieźle. Trzecim egzaminem, który zdawałem, była matematyka; oba zadania (jedno z geometrii wykreślnej, drugie z algebry) wyjątkowo łatwe – tak że nawet ja je zrobiłem. [...] Z algebry było zadanie nieco trudniejsze, więc musiałem nieco ściągać. W ogóle ściąganie jest u nas na porządku dziennym. Widzisz więc, że choć nie zdałem „świetnie”, jednak jakoś wylazłem i prawie na pewno będę „dojrzalcem”. [...]

W konserwatorium mam egzamin 31 maja. Po egzaminie w czerwcu jadę ze szkołą na wystawę do Poznania; tam mam zamiar odłączyć się od wycieczki i pojechać na trochę nad morze. Prócz tego jestem zaproszony do Buska (na „Górkę”) i przez jedną pannę do Krakowa.

Warszawa, 11 maja 1929

Maturę zdałem, jestem więc „dojrzalcem”. Postanowiłem na przyszły rok wstąpić na uniwersytet na polonistykę. Na egzaminie w konserwatorium urządzono wielką rzeź, bo konserwatorium ma być od przyszłego roku szkołą zupełnie bezpłatną, ale za to będą obostrzone wymagania. Z mojej klasy wylano dwie osoby. Ja dostałem czwórkę, ale zostawiono mnie na tym samym roku. Na przyszły rok wezmę się do muzyki na serio.

Warszawa, 1 czerwca 1929

Byłem w Pieninach, które są śliczne, ale takie małe, że w ciągu pięciu dni pobytu byłem na każdym ważniejszym szczycie (Sokolica, Czertezik, Czerwona Skała, Trzy Korony) po dwa–trzy razy. W końcu spotkała mnie głupia przygoda, bo zgubiłem portfel z pieniędzmi i musiałem cały dzień bez jedzenia maszerować do Bukowiny. Była to „morowa” przygoda.

W Tatrach byłem parę razy [...]. Najprzyjemniejsza była wycieczka samemu: byłem w górach pięć dni, a przemokłem do nitki z dziesięć razy. Byłem na Rysach, Kościelcu, Świnicy, Zawracie etc. Wyobraź sobie, że odkryliśmy drogę z Hali Gąsienicowej do Bukowiny trwającą trzy godziny. W ogóle bardzo zasmakowałem w wycieczkach i na przyszłe lato chcę wybrać się w Tatry na dłużej.

Warszawa, 17 września 1929

Mam teraz dużo roboty. Właściwie mniej pracuję na uniwersytecie, a więcej w konserwatorium. Teraz w moich zamiłowaniach muzycznych dokonuje [...] się zwrot, mianowicie mniej mnie interesuje gra na fortepianie, a więcej teoria muzyki i kompozycja. Uczę się harmonii specjalnej, bardzo ciekawej nauki. Próbuję też komponować (choć mój profesor [Piotr Rytel] wykrzywia się na te kompozycje).

W uniwersytecie chodzę na pięć godzin tygodniowo wykładów, bo uważam, że w ogóle wykłady to marnowanie czasu i lepiej się uczyć samemu z książek. Z tych pięciu godzin dwie są obowiązkowe (proseminarium z historii literatury), zaś trzeci jest to bardzo ciekawy wykład „Filozofia nowożytna”, który prowadzi profesor [Władysław] Tatarkiewicz. Mówi on tak pięknie i ciekawie, że nie opuściłem jeszcze żadnego jego wykładu. [...]

Na uniwersytecie bardzo mało utrzymuję stosunków koleżeńskich. Panuje tam straszne rozpolitykowanie: ciągłe wiece, wybory, bójki, demonstracje. Nawet praca w kołach przenosi się na płaszczyzny polityczne. Ja sam omal nie miałem pojedynku (!) z korporantem, któremu zbyt szczerze powiedziałem, co myślę o korporacjach.

Warszawa, 18 grudnia 1929?

Ja teraz [...] wlazłem po uszy w muzykę. Uniwersytet jest beznadziejnie nudny, nauka formalistyczna. Sądzę, że gdyby zebrać samą „istotę rzeczy”, którą trzeba wykonać w czasie studiów uniwersyteckich, to starczyłoby tego na 2–2,5 roku. A tutaj formalistyka, seminaria, proseminaria, wykłady... jedno nudniejsze od drugiego.

Warszawa, 16 lutego 1930

Nie odpisałem Ci od razu, bo miałem bardzo „gorący” okres egzaminów; jeszcze się ten okres nie skończył, ale już najważniejsze egzaminy mam za sobą. Zdałem więc w konserwatorium egzamin z fortepianu (na czwórkę) i ukończyłem solfeggio20 (też czwórka). Pozostał mi jeszcze egzamin z harmonii, który zdaję 3 czerwca. W uniwersytecie zdawałem dotąd jeden egzamin: kolokwium z proseminarium historii literatury. Jestem strasznie dumny, bo dostałem piątkę, a egzaminatorka, kierowniczka seminarium pani [Zofia] Szmydtowa, słynie z surowości. [...]

Ostatni Twój list był napisany tak okropnie, że jakieś 30 procent treści pozostało dla mnie tajemnicą. [...] Dowiedziałem się, że jesteś zwolenniczką „ideologii” marszałka Piłsudskiego. Może mnie poinformujesz, na czym ta „ideologia” polega, bo ja dotąd ani w czynach, ani w wynurzeniach marszałka doszukać się jej nie mogę.

Warszawa, 24 maja 1930

Mam [...] nadzieję, że zobaczymy się jeszcze w tym roku w Warszawie. Umiem już prawie tańczyć (tylko nie mogę się nauczyć bostona – to jakiś diabelski wymysł). Mam jednak już tego tańczenia zupełnie dosyć, tak że na karnawał chyba resztki mojego zapału się ulotnią. Pracuję sporo nad muzyką, natomiast na uniwersytecie rozpróżniaczyłem się z kretesem. Jestem teraz właściwie na filozofii, ale jeszcze nie całkiem zerwałem stosunki z polonistyką. Tatarkiewicz przyjął mnie do swego seminarium, a w czerwcu mam zdawać egzamin z historii filozofii powszechnej. Ale w ogóle moje zainteresowanie uniwersytetem maleje, a muzyką rośnie. Wyobraź sobie, że jestem już panem profesorem – bo mamy w konserwatorium kurs pedagogiczny i każdy z uczniów jest obowiązanym uczyć jednego bachora na fortepianie.

Warszawa, 20 grudnia 1930

W ostatnich czasach żyłem dosyć intensywnie i niejednostronnie, chociaż roboty mam masę. Wyobraź sobie, że nawet zawadziłem o politykę, a właściwie o politykę rasową, to jest o sprawę owych antyżydowskich rozruchów21. Byłem nawet w konserwatorium „przywódcą” opozycji przeciw zielonym wstążeczkom22, która to opozycja liczyła wraz ze mną pięć osób. Zresztą, w konserwatorium cały ruch przedstawiał się anemicznie, nic więc dziwnego, że i opozycja była anemiczna.

Warszawa, 23 grudnia 1931?

Uniwersytet rzuciłem (chodzę tylko jako wolny słuchacz na seminarium estetyczne Tatarkiewicza). W konserwatorium chodzę na fortepian (nic nie robię) oraz jestem w klasie wyższej kompozycji profesora Kazimierza Sikorskiego. Nazwisko Ci zapewne nic nie mówi, ale w warszawskim światku muzycznym jest ono głośne, gdyż profesor Sikorski jest sztandarowym człowiekiem tak zwanych modernistów i znakomitym pedagogiem. Kiedy w zeszłym roku wylano z konserwatorium wszystkich nowoczesnych muzyków (Szymanowski, [Grzegorz] Fitelberg, [Ludomir] Różycki), chciano wylać i jego, ale uczniowie zorganizowali dwudniowy blisko strajk (a właściwie zorganizowałem go ja wraz z jeszcze jednym kolegą). W końcu Sikorski został, ale od tego czasu ja otrzymałem dwie „nagany z ostrzeżeniem wydalenia”, wciąż wiszę na „czarnej liście” i chcieliby mnie wylać jako „element niespokojny” (dosłowne wyrażenie rektora). Komponuję dużo, nowocześnie (fałszywie), podobno dobrze się zapowiadam. Mógłbym już dostać dyplom ukończenia teorii w konserwatorium, ale ja chcę skończyć kompozycję (jeszcze dwa lata).