Opowiem ci mroczną historięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,85  34,28 
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,95  18,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dwie dychy na gwiazdkę

Dworzec kolejowy w Rzeszowie przygotowywał się do pasterki, tyle że akurat tutaj nie miał jej kto odprawić. Wszyscy księża, którzy mieli za chwilę rozpocząć nabożeństwo, właśnie przywdziewali liturgiczne szaty. Poza tym niby dla kogo miałaby być taka dworcowa msza? Oprócz mnie w budynku znajdowało się ledwie kilka osób. Najbardziej rzucał się w oczy „Zyga”, który uwalony w trupa spał niedaleko kas biletowych i było mu wszystko jedno, czy za chwilę narodzi się mały Jezusek. Jakiś młody chłopak nerwowo spacerował w kółko po poczekalni, od czasu do czasu wychodząc na zewnątrz, by za chwilę na ubraniu i butach nanieść do środka nową porcję świeżego puchu. Pewnie czekał na kogoś, kto miał po niego przyjechać z jednej z okolicznych wiosek. Biorąc pod uwagę śnieżycę, która nagle spadła na Podkarpacie, mógł chyba czekać do rana. Biedaczek.

Była jeszcze dwójka Ukraińców i ja.

Najważniejsze, że było mi ciepło. Schowałem buty do torby i przykryłem się grubym płaszczem, podkulając nogi i szczelnie otulając je miękką, przytulną tkaniną. Nieczęsto zdarzało się, że miałem dla siebie całą ławkę.

Płócienny worek z ubraniami podłożyłem pod głowę i usadowiłem się wygodnie na twardym legowisku. Wiedziałem, że wreszcie się porządnie wyśpię. Ani policja, ani straż miejska nie przegoniłaby nikogo z dworca w Taką Noc, a „Czysty” z kumplami nie pojawiali się od ładnych kilku dni.

Zapadłem w sen, jednak tylko na krótką chwilę.

— Mogę usiąść koło pana?

Trudno mi było uwierzyć własnym uszom. Jakim człowiekiem trzeba być, żeby w środku wigilijnej nocy budzić bezdomnego, zatopionego w słodkim śnie? Postanowiłem udawać, że nie słyszę, lecz na niewiele się to zdało. Energiczne szarpanie nie pozostawiło co do tego żadnych wątpliwości.

Otworzyłem oczy i obrzuciłem dziewczynę najbardziej wrogim spojrzeniem, jakie udało mi się wykrzesać z zaspanych oczu. Miałem nadzieję, że zrozumie nietakt i pójdzie do jednej z wielu pustych ławek. Nic z tego.

— Czy może się pan trochę przesunąć? — zapytała.

Wiedziała już, że się obudziłem. Zacząłem więc udawać głuchoniemego, żywo gestykulując wokół uszu i ust, ona jednak tylko się uśmiechnęła.

— Nie wygłupiaj się. Przecież wiem, że mnie słyszysz.

Usiadłem, starając się przygładzić nieco potargane włosy i rozglądając się za jakimś bardziej spokojnym miejscem. Gdy zacząłem wkładać buty, powiedziała:

— Nie odchodź, proszę. Chciałabym, żebyś mi pomógł.

Spojrzałem na nią tak, jakby właśnie się urwała z choinki, może nawet tej oświetlonej, stojącej przed dworcem. Miałem już coś na końcu języka, gdy przypomniałem sobie o swoim udawanym kalectwie. Narysowałem tylko kółko na czole i wstałem, biorąc pod pachę swoje rzeczy.

— Wiedziałam, że mnie słyszysz!

Uśmiechnęła się i ja mimowolnie odpowiedziałem tym samym. Głuchego już nie mogłem udawać, ale wciąż mogłem zgrywać niemowę.

— Jeśli mi pomożesz, dostaniesz dwie dychy — rzekła.

Zastanowiłem się, stojąc bez ruchu. Jak na rok dwutysięczny, była to kwota nie do pogardzenia. Mogłem za nią mieć paczkę fajek, małpkę czystej, a i może jeszcze wystarczyłoby na coś ciepłego do jedzenia.

Zauważyła, że się waham.

— To nic trudnego, chcę tylko, żebyś poszedł ze mną w jedno miejsce…

Spojrzałem na zewnątrz. Za przeszkloną ścianą wiatr z ogromną prędkością przeganiał tumany śniegu z jednego końca placu dworcowego na drugi. Gdy pomyślałem, że miałbym opuścić ciepłe pomieszczenie, przebiegł mnie dreszcz. Pokręciłem głową, odwróciłem się do niej plecami i ruszyłem w stronę pustej ławki.

— Dwie dychy i na zawsze spokój z „Czystym”.

Zatrzymałem się w pół kroku. Już mnie miała.

Jako były oficer dochodzeniówki nigdy nie miałem łatwego życia w miejscach takich jak to. W końcu jednak się przyzwyczaili, poza jednym sukinsynem, którego dawno temu przymknąłem za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Nigdy nie marnował okazji, aby mnie wyrzucić z dworca i przy okazji zdrowo poturbować. Może i nie dałbym się mu tak łatwo, gdyby nie trzech jego nieodłącznych koleżków. Mówili na niego „Czysty”.

Spojrzałem na dziewczynę. Nie była ani ładna, ani brzydka. Brunetka, może nieco po dwudziestce. Zdziwiło mnie to, że nie miała na sobie ani płatka śniegu — jej czerwona kurtka była zupełnie sucha. Cóż, być może obserwowała mnie już wcześniej z ukrycia, tylko ja nie zdołałem jej dostrzec.

Popatrzyłem na dworcowy zegar. Było wpół do pierwszej. „Zyga” przekręcił się z boku na bok i znów zaczął pochrapywać, po młodego chyba jednak ktoś przyjechał, bo już go nie było, a dwójka wschodnich sąsiadów spokojnie spała obok siebie.

Dziewczyna w czerwonej kurtce przyglądała mi się wyczekująco.

— Proszę… — szepnęła.

Jej prośby na nic by się zdały, gdyby nie wspomniała o „Czystym”. Nie miałem pojęcia, jak może mi pomóc w tej kwestii, ale uznałem, że w najgorszym wypadku zostaną mi dwie dychy. Zdecydowałem, że przystanę na jej propozycję. Spojrzałem w kierunku ławki, na której przed chwilą siedziała, lecz nie zobaczyłem nikogo. Brunetka stała przy drzwiach, uśmiechając się zachęcająco.

Zasznurowałem buty, dokładnie zapiąłem płaszcz i ruszyłem w stronę wyjścia.

*

Uderzenie śnieżnego wichru o mało nie ścięło mnie z nóg. Złapałem równowagę i rozejrzałem się wokół. Szła wolnym krokiem w kierunku podziemnego przejścia na drugi peron. Nie miała nakrycia głowy, a mimo tego jej włosy pozostawały nieruchome, wciąż czarne, jakby biały puch się ich nie imał. Ruszyłem truchcikiem.

Niedługo później, po pokonaniu tunelu, wyszliśmy na peron. Dziewczyna zeszła z niego i stanęła na torach, kilka metrów ode mnie.

— Nie bój się. Chodź…

Byłem przekonany, że nie usłyszałbym nikogo z odległości metra, a jednak jej cichy głos zabrzmiał w moich uszach dokładnie tak, jakby stała tuż obok. Było mi zimno i chciałem wracać, jednak dwie dychy i sprawa „Czystego” zmusiły mnie do podjęcia marszu.

*

Już myślałem, że ten wariacki spacer nigdy się nie skończy. Szliśmy torami, smagani mroźnymi podmuchami wiatru, chyba przez pół kilometra. Zacinający od przodu śnieg sprawiał, że lodowate drobinki zamarzały i zlepiały mi rzęsy. Chwilami nie potrafiłem nawet złapać oddechu. Na mojej towarzyszce burza śnieżna nie robiła kompletnie żadnego wrażenia. Dziewczyna szła powolnym krokiem, z odkrytymi włosami, które ani razu nie poruszyły się nawet odrobinę. Już miałem krzyknąć, że pieprzę to i wracam, gdy dziewczyna nagle przystanęła.

— Sięgnij ręką pod ten kawałek betonu.

Zrobiłem, co mi kazała, i z trudem wydobyłem nieduży worek foliowy, który zdawał się zawierać w środku kawałek jakiegoś materiału. Spojrzałem na nią pytająco. Stała z uśmiechem w bladym świetle latarni. Nagle jej twarz zaczęła się zmieniać. Wokół oczu wykwitły czerwonosine plamy, z ust zaczęła się sączyć brunatna krew. Dziewczyna lekko się zachwiała. Nie miałem pojęcia, co jej jest, ale rzuciłem się w przód, próbując chwycić mdlejące ciało, lecz ona w szaleńczym tempie zaczęła płynąć w tył i po kilku sekundach znikła wśród tumanów śniegu.

A moje dwie dychy?

Też zniknęły.

Popatrzyłem na woreczek, lecz nie zamierzałem na razie sprawdzać, co jest w środku, tylko schowałem go do torby.

Gdy mijałem pierwszy z peronowych zegarów, okazało się, że właśnie minęła pierwsza.

*

Kilka dni później siedziałem na komendzie, w pokoju, który zajmował mój stary przyjaciel, jeszcze z czasów, gdy pracowałem w policji. Kiedyś to był mój pokój, ale nawet mi nie przeszło przez myśl, że mógłbym mieć za złe Bogdanowi, że wraz z pokojem zajął też moje stanowisko. Sam byłem sobie winien.

Moje największe życiowe przekleństwo miało na imię Jack, a na nazwisko — Black. Kiedy w hotelu Rzeszów przed kilkoma laty pojawiło się kasyno, całkiem oszalałem na punkcie gry, której głównym celem było zebranie nie więcej niż dwudziestu jeden oczek. Najpierw przegrałem wszystkie oszczędności, potem szczęśliwe małżeństwo, a na koniec, gdy moi zwierzchnicy odkryli, że „pożyczyłem” sobie kilka tysięcy z pieniędzy zabezpieczonych jako dowód w jednej ze spraw, panu Jackowi Blackowi udało się też pomóc mi pożegnać się z robotą.

Tego dnia, dwudziestego ósmego grudnia, siedziałem na kanapie i od dłuższego czasu czekałem na powrót Bogdana. Wreszcie się pojawił, a za nim do pokoju wszedł wysoki, siwy mężczyzna.

Kilka godzin wcześniej sprawdziłem zawartość woreczka, który od wigilijnej nocy nosiłem ze sobą w torbie. Znalazłem z nim zakrwawione rękawiczki i również upapraną we krwi apaszkę w trupie czaszki. Taką samą znałem prawie tak dobrze, jakby była moja. Od zawsze nosił ją „Czysty”. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego i natychmiast popędziłem na policję. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ktoś oskarżył mnie o jakiś napad.

Bogdan przedstawił mi swojego towarzysza jako „pana Wiesława”, a ten, bez zwłoki podszedł bliżej, uścisnął mi dłoń i podziękował — jak to ujął — „ze szczerego serca”. Później wręczył mi kopertę i już go nie było. Zapytałem Bogdana, o co chodzi, a ten odpowiedział:

— Widzisz, dzięki tobie udało nam się rozwikłać sprawę, nad którą pracowaliśmy od kilku miesięcy. Wtedy właśnie w parku została zamordowana i zgwałcona młoda dziewczyna. Nazywała się Aleksandra Przybyło.

Sięgnął do jednej z teczek. Wyjął zdjęcie ofiary i kilka fotografii wykonanych na miejscu zbrodni. Wyglądała na nich dokładnie tak, jak ją zapamiętałem, znikającą w śnieżnej zamieci.

— Kiedy dziś rano przyniosłeś tamte rzeczy i powiedziałeś, że podobną apaszkę nosił… Jak mu tam…? „Czysty”, tak?

 

Skinąłem głową.

— Natychmiast zaczęliśmy go szukać i znaleźliśmy po kilkunastu minutach. Wiesz, nawet wciąż miał przy sobie jej telefon… Do wszystkiego się przyznał.

Wstałem z kanapy.

— A co ty? Idziesz już?

Znów przytaknąłem. Bogdan znał moją sytuację i nie chciałem, żeby się nade mną litował. Kilka razy próbował mi jakoś pomóc, lecz ja za każdym razem odmawiałem, zawsze twierdząc, że dam sobie jakoś radę.

— Nie zapytasz, kim był ten facet?

Wzruszyłem ramionami, spoglądając na kopertę.

— To był ojciec tej dziewczyny. Za pomoc w odnalezieniu sprawcy wyznaczył nagrodę — dwadzieścia tysięcy. Zdaje się, że właśnie trzymasz je w ręku.

Rozerwałem papier i zajrzałem do środka. Bogdan miał rację.

Miał rację jak cholera…

*

Do wieczora kręciłem się po mieście bez celu, co chwila sprawdzając, czy pieniądze wciąż tkwią w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wreszcie poszedłem do sklepu i kupiłem sobie jakieś normalne ciuchy. Po kilku latach znów wyglądałem jak człowiek.

Potrzebowałem spokoju i gorącego prysznica. Do głowy przyszło mi jedno miejsce — hotel Rzeszów. Zameldowałem się na recepcji i zapłaciłem za trzy noce z góry. Wciąż byłem nieogolony, miałem tłuste włosy i wyświechtaną torbę. Nikt by nie uwierzył, że stać mnie na trzy noclegi w niezłym hotelu.

Gdy byłem już czysty, zszedłem na dół, żeby coś zjeść. Wtedy zobaczyłem, jak kilku mężczyzn wchodzi do kasyna…

Walka trwała kilka godzin. Parę minut po dwudziestej trzeciej biegłem po pieniądze do pokoju. Pomyślałem, że dobre i to; właściwie byłem z siebie dumny, że miałem aż tak silną wolę.

*

Godzinę później wpatrywałem się w dwie leżące przede mną karty. Były to dama pik i dziewiątka kier. Obstawiłem za dwa i pół tysiąca. Krupier sobie rozdał ósemkę, która leżała obok jego drugiej, zakrytej karty.

Nie byłem przesądny, ale to był właśnie ten układ! Moja dama to tamta dziewczyna, ona też miała ciemne włosy, a dziewiątka? Dziewiątka to dziewięć tysięcy, które wciąż tkwiło w wewnętrznej kieszeni płaszcza. To było oczywiste! Mało tego! W żetonach miałem dokładnie drugie… dwa i pół tysiąca. To był ten moment! Podwoiłem i spasowałem.

Następne chwile przebiegły jak w zwolnionym tempie. Krupier odkrył szóstkę, a potem dobrał sobie dwójkę. W tym momencie byłem pewien wygranej. Gorączkowo patrzyłem na kolejną kartę. Miał szesnaście oczek, więc ratowała go tylko piątka lub czwórka; trójka oznaczałaby remis i zwrot mojej stawki.

I wtedy pomyślałem o moich pięciu zmarnowanych latach.

Piątka karo wylądowała obok kart krupiera, a zaraz potem wszystkie moje żetony odjechały w jego kierunku.

„Spokojnie — pomyślałem. — Tylko spokojnie… Masz przecież jeszcze pieniądze i zaraz się odegrasz…”.

Tyle że pieniędzy nie było w płaszczu. Przetrząsnąłem wszystkie kieszenie, torbę, zajrzałem do szuflad, a nawet do łazienki. Właśnie wybiegałem z pokoju, by zgłosić na recepcji kradzież, gdy za plecami usłyszałem:

— Na pewno tego chcesz?

Dziewczyna stała w kącie pokoju. W jej dłoni zobaczyłem plik banknotów.

— Tak, to właśnie ta dziewiątka, która została ci z obiecanych dwóch dych…

Powoli wróciłem do pokoju i usiadłem na skraju łóżka. Ukryłem twarz w dłoniach i przez dłuższą chwilę trwałem bez ruchu.

— Zrobisz jak zechcesz. Kładę je na stoliku, ale jeszcze się zastanów… Pomyśl, czy warto…

Gdy się odwróciłem, już jej nie było.

Przeliczyłem pieniądze — dokładnie dziewięć tysięcy. Wziąłem je i schowałem do kieszeni. Wyszedłem z pokoju i zamknąłem drzwi na klucz. Idąc na dół, myślałem o tych dwudziestu tysiącach, które miałem jeszcze rano — o dwóch dychach otrzymanych w prezencie gwiazdkowym. Dwa tysiące wydałem na ubrania i noclegi. Połowę pozostałych przerżnąłem w blackjacka. Teraz miałem ze sobą ostatnie dziewięć tysięcy. Zbyt mało, żeby wrócić do życia, ale wystarczająco dużo, aby chociaż spróbować…

Stanąłem przed wejściem do kasyna.

„To będzie taka moja próba — pomyślałem. — Tylko popatrzę, jak grają inni…”.

Pchnąłem drzwi i wszedłem do zadymionego, pachnącego pieniędzmi wnętrza.

Retrowizje

Pani Ewie Murawskiej, z podziękowaniem za wsparcie Fundacji Pomocy Dzieciom Tybetu „Nyatri”

1.

Styczeń 2002

— Gdyby mnie tu zobaczył któryś z twoich przełożonych… — odezwałem się, przerywając ciężkie, przygnębiające milczenie — chyba miałbyś spore nieprzyjemności?

— Nawet nie chcę o tym myśleć — odparł. — Długo się wahałem, ale Ewa bardzo prosiła o spotkanie z tobą. Musicie to załatwić jak najszybciej, naprawdę dużo ryzykuję…

— Dobrze. Ile będziemy jeszcze czekać?

— Zaraz powinni ją przyprowadzić.

Staliśmy obok siebie, zaglądając przez weneckie lustro do pokoju, w którym znajdował się obskurny stół i kilka przypadkowo porozstawianych krzeseł.

— Będziesz tutaj podczas naszej rozmowy? — spytałem.

— Tak, ale nie będę was słyszał. Ewa ma coś do powiedzenia tylko tobie. Wcześniej konsekwentnie odmawiała zeznań na temat motywu. Nie wiem, o co chodzi, ale ze względu na naszą przyjaźń uznałem, że zrobię wszystko, co może jej pomóc w tej sytuacji. Chciała się widzieć z tobą, więc…

— Bardzo ci dziękuję, również w jej imieniu.

— Daj spokój.

Sławek sięgnął po kolejnego papierosa. Gdy podnosił go do ust, zauważyłem, że jego ręka drży. Pierwszy raz widziałem go tak zdenerwowanego. A znaliśmy się przecież od dziecka.

Wszyscy troje mieszkaliśmy w jednym bloku i przez całą podstawówkę chodziliśmy do tej samej klasy, stanowiąc naprawdę zgraną paczkę. Przed laty wzajemnie wyciągaliśmy się z tarapatów i moja wizyta na komendzie świadczyła o tym, że w tej kwestii niewiele się zmieniło. Sławek zaraz po średniej szkole wstąpił do policji, by uniknąć wojska. Spodobało mu się i już od ponad dziesięciu lat pracował w dochodzeniówce. Mieszkał teraz na wsi, w odziedziczonym po rodzicach domu, ale wciąż spotykaliśmy się we trójkę przynajmniej kilka razy w roku. Oczywiście nigdy w takich okolicznościach.

Drzwi do pokoju otworzyły się i zobaczyliśmy, jak rosły policjant wprowadza ją do pomieszczenia. Przy barczystym mundurowym wydawała się jeszcze bardziej filigranowa, niż była w rzeczywistości. Usiadła przy stole, a funkcjonariusz spojrzał znacząco w naszą stronę, skinął lekko głową i wyszedł, zostawiając Ewę samą.

— Macie najwyżej piętnaście minut — powiedział Sławek.

Jeszcze przez dłuższą chwilę przyglądałem się kobiecie, którą — jak mi się zdawało — tak dobrze znałem. Na jej drobnej twarzy widać było zmęczenie, lecz siedziała wyprostowana, z podniesioną głową. W pewnym momencie spojrzała prosto w moje oczy i uśmiechnęła się delikatnie.

— Jesteś pewien, że nas nie widzi? — zapytałem zmieszany i przesunąłem się o kilka kroków w prawo.

Nie poruszyła się ani odrobinę, tylko podążyła za mną wzrokiem.

— Nie wygłupiaj się — odparł. — Przecież ona może zobaczyć tam tylko siebie w lustrze.

— Cieszę się, że przyszedłeś, Mirku. — Drgnąłem, gdy usłyszałem jej cichy głos. — Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.

*

Wychodząc z komendy, byłem kompletnie przybity.

Przed spotkaniem z Ewą znałem jedynie kilka suchych faktów, które Sławek przekazał mi wcześniej przez telefon. Gdybym z nim wtedy nie rozmawiał, sądziłbym, że to jakiś koszmarny żart. Przez dłuższy czas po odłożeniu słuchawki nie mogłem dojść do siebie, aż wreszcie uznałem, że przecież musi istnieć jakieś w miarę rozsądne wytłumaczenie. Z tą nadzieją oczekiwałem spotkania, przekonując się w duchu, że to, co Ewa ma do powiedzenia tylko mnie, pozwoli mi cokolwiek zrozumieć.

I rzeczywiście, dokładnie tak się stało, tyle że teraz czułem się o wiele gorzej. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie ja jestem głównym winowajcą.

Na pogrążonym w ciemnościach parkingu znalazłem swojego granatowego passata, włączyłem silnik i przez długi czas wpatrywałem się tępo w niebiesko-białą tablicę z napisem „POLICJA”. Wreszcie nie wytrzymałem i rozpłakałem się jak dziecko.

2.

Ewa mieszkała na drugim piętrze, o dwie kondygnacje niżej ode mnie. Sprowadziła się do naszego bloku, gdy byłem przedszkolakiem. Uważałem wtedy — jak zresztą wszyscy moi kumple — że wszystkie dziewczyny są „głupie i beznadziejne”, a w dodatku w ogóle nie da się z nimi bawić. Pewnego dnia — samemu trudno mi było w to uwierzyć — owo święte i niepodlegające dyskusji przekonanie legło w gruzach.

Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa, lecz tamtą chwilę, gdy przedszkolanka wprowadziła do sali i przedstawiła nam „nową koleżankę, która od dziś będzie w naszej grupie”, przez te wszystkie lata miałem przed oczyma tak wyraźnie, jakby całe zdarzenie rozegrało się ledwie kilka dni wcześniej.

*

Nie była to żadna atrakcja, że dołączył do nas ktoś nowy. Wszystko przez rozbudowującą się w pobliżu fabrykę sprzętu gospodarstwa domowego, zatrudniającą coraz więcej pracowników. Sprowadzali się całymi rodzinami, więc i dzieci w przedszkolu było z roku na rok coraz więcej. Jednak kiedy popatrzyłem na niewielką, nawet jak na swój wiek, dziewczynkę, byłem bardzo zdziwiony. Zwykle podobne sceny wyglądały w ten sposób, że nowi płakali albo przynajmniej podświadomie starali się trochę schować za opiekunką grupy, natomiast ta dziewczynka zachowywała się zupełnie inaczej. Podeszła kilka kroków w naszą stronę i, zatrzymując się mniej więcej w połowie drogi, przelotnie przebiegła wzrokiem po naszych twarzach.

— Cześć. Nazywam się Ewa Murawska — powiedziała wyraźnie, głosem, w którym nie było słychać nawet cienia tremy.

Wpatrywaliśmy się w jej wielkie zielone oczy i okrągłą buzię, otoczoną czarnymi jak smoła włosami, związanymi w mysie ogonki cienkimi jaskrawoczerwonymi wstążeczkami. Nikt z nas nie odpowiedział nawet słówkiem. Wyglądało na to, że po raz pierwszy nowo przybyła osoba nie boi się nas. Mało tego, nasze milczenie mogło świadczyć o tym, że jest dokładnie odwrotnie. Wzruszyła lekko ramionami, jakby miała do czynienia z bandą głupków, i odwróciła się z bezradną miną w stronę przedszkolanki.

Później wszystko wyglądało niby tak jak zazwyczaj. My z chłopakami bawiliśmy się w swoim gronie, a dziewczyny zajęte były sobą i jakimiś głupimi lalkami. Ewa trzymała się nieco na uboczu, jednak od czasu do czasu zagadywała do którejś z koleżanek, a potem żywo o czymś rozprawiały. Jak to „baby”.

Zabawa jakoś nam się nie kleiła, ponieważ nie tylko ja często spoglądałem z zainteresowaniem w stronę dziewczyn. Wreszcie Waldeczek (tak nazywała go mama), który zawsze najbardziej im dokuczał, wstał i cicho podszedł do Ewy. Nie widziała go, bo akurat była do nas odwrócona tyłem. Rzucił okiem w stronę wychowawczyni i gdy stwierdził, że nie patrzy, znienacka pociągnął dziewczynkę za włosy. Ta obróciła się powoli i odważnie spojrzała mu prosto w oczy. Waldeczek był gruby, o wiele od niej wyższy i przynajmniej dwa razy cięższy. W zasadzie miała szczęście, bo tak naprawdę nie szarpnął jej aż tak mocno, jak miał w zwyczaju. Zarejestrowałem to dokładnie, bo stałem najbliżej całego zajścia.

— Zrób to jeszcze raz, a zobaczysz — powiedziała cicho i bardzo spokojnie, lecz stanowczo.

Nie było mu trzeba dwa razy tego powtarzać. Sięgnął tłustą łapą do drugiej kitki i chwycił ją. Cała akcja trwała ułamek sekundy. Ewa błyskawicznie podniosła rękę nad głowę, zamachnęła się i z całej siły grzmotnęła chłopaka nadgarstkiem w sam środek tłustej gęby. Ten puścił jej włosy i zaczął się cofać, zahaczając nogą o jakąś zabawkę. Gruchnął na plecy, aż zadudniło, i zaraz potem zaczął ryczeć, puszczając nosem purpurowe krwawe bańki, zmieszane ze smarkami.

Minęło dobrych kilka lat, nim Ewa przyznała mi się, że za ten występek oberwała od mamy tęgie lanie. Ale może było warto, bo Waldeczek od tamtej pory przestał dokuczać nie tylko jej, ale też innym dziewczynkom.

*

Wspomnienia sprawiły, że znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Patrzyłem przed siebie, uśmiechając się do dawnych czasów. Wreszcie przyszło otrzeźwienie, a przerażająca rzeczywistość uderzyła mnie ze zdwojoną siłą. Wyjąłem chustkę, otarłem łzy i popatrzyłem przed siebie. Jaskrawy napis ponownie stał się czytelny. Zbyt czytelny.

Wrzuciłem jedynkę i chciałem ruszyć z miejsca, lecz dodałem za dużo gazu, przez co koła tylko zabuksowały w zmrożonym śniegu. Był późny wieczór i wyglądało na to, że znów chwycił styczniowy mróz, czego, idąc do samochodu, zupełnie nie odczuwałem. Za drugim razem przygazowałem o wiele delikatniej i auto powoli potoczyło się do przodu.

 

„Muszę uważać, bo na drodze na pewno będzie szklanka” — pomyślałem, uświadamiając sobie natychmiast, że akurat ten fakt nie jest w zaistniałych okolicznościach moim największym zmartwieniem.