Opowiem ci mroczną historięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,85  34,28 
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,95  18,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

15.

Przemyślał wszystko bardzo starannie. Wiedział, że są różne sposoby, ale ponoć najskuteczniejszy z nich — skok z dużej wysokości — odrzucił od razu. Kiedyś przez przypadek widział dziewczynę, która podjęła właśnie taką decyzję. Mózg przemieszany z kawałkami czaszki, rozpryśnięty wokół na kilka metrów… Niby powinno być mu wszystko jedno, ale dla tych, którzy zbieraliby jego resztki z chodnika, a potem wkładali do trumny, z pewnością różnica by istniała. Poza tym był znaną osobą i nie chciał, żeby przypadkowi przechodnie oglądali wnętrze jego głowy.

Sam był zaskoczony chłodną kalkulacją, która nie pozwalała mu również skończyć ze sobą w sposób, który wybrała Anna. Wytrzeszczone oczy i wywalony na zewnątrz zsiniały język, do tego szrama na szyi, widoczna nawet w trumnie… Chciał oszczędzić tego Marcie.

Silne lekarstwa popite dużą ilością alkoholu wydawały mu się najlepszym wyborem. Nie miał problemu ze zdobyciem dużej ilości klonazepamu. Przejrzał wcześniej internet w poszukiwaniu najbardziej odpowiedniego środka i właśnie ten wydał mu się zdecydowanie najlepszy. Wiedział, że żaden lekarz nie zapisze mu kilku opakowań leku, więc wybrał się na bazar, gdzie bez zbędnych pytań młoda dziewczyna sprzedała żądany towar. Sto dwadzieścia dwumiligramowych tabletek stanowiło dwunastokrotność dawki zagrażającej życiu. W połączeniu z litrem jacka daniel’sa było pewnym sposobem na próbę zakończoną sukcesem.

Miał nadzieję, że Marta niczego się nie domyśliła. Podczas spotkania i gdy się rozstawali, wyglądała na szczęśliwą, że Andrzej wraca do życia. Teraz nie miała też kluczy, więc nawet jeśli pojawiłaby się w ciągu najbliższych godzin pod jego drzwiami, nie zdołałaby mu przeszkodzić w realizacji planu. Antywłamaniowe, zbrojone drzwi, w połączeniu z trzema zamkami, z których jeden uruchamiał stalowe sztaby, stanowiły wystarczające zabezpieczenie. Zanim położył się do łóżka, sprawdził dokładnie, czy wszystkie zamki zostały zamknięte.

Przez chwilę leżał na łóżku, słuchając rozluźniającego jazzu, który płynął z głośników, wypełniając pokój. Przypomniał sobie, że tę płytę podarowała mu Marta. Od tamtej pory była to jego ulubiona muzyka. Uśmiechnął się i przez jakiś czas dał się ponieść dźwiękom fortepianu, wyczarowanym przez Leszka Możdżera.

Obok, na nocnym stoliku, leżał pierścionek zaręczynowy, który już nigdy nie zostanie wręczony. Andrzej wziął go do ręki i obracał w palcach, wspominając ukochaną kobietę. „Po tym, co się stało, nigdy nie byłabyś ze mną szczęśliwa, skarbie” — pomyślał. Z namaszczeniem odłożył pierścionek. Nalał sobie pełną szklankę alkoholu i sięgnął po pierwsze opakowanie klonazepamu.

16.

Dostrzegła światła samochodu, zbliżającego się z lewej strony, jednak dwupasmowa droga była całkowicie pusta i sądziła, że widząc włączające się do ruchu auto, kierowca nadjeżdżającego pojazdu zmieni pas. Zaraz potem silne uderzenie wstrząsnęło jej astrą.

— Żeż jasna cholera! Kto ci dał prawo jazdy?! — Starszy mężczyzna, który wyskoczył z fiata pandy, stał teraz przy jej drzwiach. — Pijana jesteś, czy co? Mogłaś mnie zabić! — krzyczał.

Próbowała otworzyć drzwi, jednak zdenerwowany staruszek był zbyt blisko.

— Dzwonię po policję. Może oni cię nauczą jeździć! — Wyjął z kieszeni kurtki komórkę i zaczął wybierać numer. — Tyle lat zbierałem na samochód… Halo! Policja? Zgłaszam wypadek i wymuszenie pierwszeństwa…

Marta wygramoliła się wreszcie ze swojego opla.

— Proszę pana, zapłacę za naprawę, tylko… Strasznie się śpieszę… Proszę, niech pan nie zgłasza tego zdarzenia. Błagam pana.

— Ja ci dam „błagam”. Zaraz tu będą i zobaczysz! Wsiadaj do samochodu i czekaj tam! Kurwa! Moje auto…

Chciała przecisnąć się obok mężczyzny, ten jednak bezceremonialnie złapał ją za ramię.

— Wsiadaj, powiedziałem. Wsiadaj i czekaj. Już ja przypilnuję, żebyś mi nie uciekła…

Czekali na policję prawie pół godziny. Gdy pojawił się radiowóz i policjanci zażądali dokumentów, Marta zorientowała się, że wybiegając w pośpiechu z domu, nie zabrała ze sobą torebki.

— Panie inspektorze — zwróciła się do policjanta — moje dokumenty zostały w mieszkaniu. Ogromnie zależy mi na czasie. Czy jest jakaś możliwość, żebyśmy wyjaśnili tę sytuację jutro?

— Przykro mi — odpowiedział. — Musimy przeprowadzić całą procedurę. Badanie alkomatem, protokół, trzeba uprzątnąć samochody, więc trochę to potrwa.

W torebce została też komórka, więc nie było szans na powiadomienie kogoś ze znajomych i poproszenie o pomoc. Jedyną pociechą dla Marty było to, że być może się myli. Może wszystko jest w porządku i gdy wreszcie dotrze do Andrzeja, okaże się, że nic złego się nie stało. Czekając na zakończenie policyjnego postępowania, podtrzymywała się na duchu taką właśnie myślą.

Gdy upłynęła godzina, a oni czekali właśnie na przyjazd lawety, podeszła do starszego mężczyzny, który wyglądał już na o wiele spokojniejszego.

— Bardzo pana przepraszam — powiedziała. — Strasznie mi przykro, że przeze mnie ma pan takie nieprzyjemności.

Nie odpowiedział. Patrzył tylko na nią z nieskrywaną złością.

— Pewnie uzna pan to za bezczelność z mojej strony, ale… czy mogłabym zadzwonić z pańskiej komórki? Moja została w domu, a bardzo potrzebuję pomocy. Bardzo pana proszę… Nie mam przy sobie nawet portfela. Muszę zadzwonić do kogoś z przyjaciół, bo bez pieniędzy nawet taksówki nie mogę wezwać…

— Jasna cholera — mruknął. — Nie dość, że rozbiłem przez panią samochód, to jeszcze chce pani wydzwonić moje darmowe minuty?

— Bardzo proszę…

Mężczyzna wahał się jeszcze przez chwilę, po czym sięgnął do kieszeni.

— Niech pani trzyma — powiedział, podając telefon. — Tylko krótko — dodał.

Najpierw wybrała numer Andrzeja. Nic. Potem zadzwoniła do Ilony.

— Oczywiście, zaraz tam będę — usłyszała w słuchawce.

Oddając telefon, powiedziała:

— Jestem panu bardzo wdzięczna. Być może właśnie uratował pan komuś życie…

17.

W chwili, gdy czerwony fiat panda uderzył w lewy bok samochodu Marty, Andrzej przełykał ostatnią dawkę klonazepamu. Nie sądził, że to będzie takie proste. Ani przez moment nie ogarnęły go wątpliwości. Czuł, że to, co robi, jest w jego sytuacji najlepszym wyjściem. „Teraz tylko szybko zasnąć” — pomyślał. Tabletki sukcesywnie popijał jackiem daniel’sem, a mimo tego w butelce wciąż była ponad połowa jej zawartości. Wypił szklankę złotawego płynu jednym haustem. Coraz bardziej kręciło mu się w głowie i powoli zaczynała ogarniać go senność.

Właśnie nalewał sobie kolejną porcję alkoholu, gdy kątem oka dostrzegł postać stojącą w kącie pokoju. Był na tyle otępiały, że nie wywarło to na nim specjalnego wrażenia. Gdy szklanka była pełna, podniósł ją do ust i upił kilka solidnych łyków. Powieki ciążyły coraz bardziej, a sufit przyśpieszał w szaleńczym, wirującym tańcu.

— Słyszysz mnie? — Do jego uszu dobiegł słaby kobiecy głos. — Pytam, czy mnie słyszysz…

Odstawił szklankę i znów sięgnął po butelkę, ta jednak wysunęła mu się z dłoni. Potoczyła się po pokoju, stukocząc hałaśliwie. Z tępym uśmiechem opadł na poduszkę.

— I tak była już prawie pusta — oznajmił zmierzającej w jego stronę kobiecej postaci.

Gdy weszła w krąg światła, rzucanego przez słabą żarówkę nocnej lampki, Andrzej z wysiłkiem podniósł głowę, wytężając wzrok.

— Witaj — wybełkotał, próbując usiąść, jednak był już zbyt pijany i znów położył się na plecach, ciężko oddychając. — Ale… dlaczego właśnie ty? Słyszałem, że w takiej chwili spotyka się bliskich… A ty… Czy aż tak bardzo mnie nienawidzisz, że…?

Jego myśli zaczęły się rwać. Nie potrafił już wypowiedzieć ani jednego słowa.

18.

Kiedy Ilona zahamowała przed kamienicą Andrzeja, przy wejściu na klatkę kłębił się mały tłumek ciekawskich, komentujących to, co się przed chwilą wydarzyło. Jedna z kobiet piszczała przenikliwym głosem:

— I dobrze mu tak. Bodaj go nie odratowali! Tyle złego zrobił tej biednej dziewczynie… Bydlak jeden!

Marta rozpoznała w niej sąsiadkę z dołu. Zanim zdążyła zareagować, Ilona już dowiedziała się od stojącego na uboczu mężczyzny, że Andrzeja kilka minut wcześniej zabrało pogotowie.

Dziesięć minut później dotarły do szpitala, w którym pracowała Ilona. Akurat dyżur miał jeden z jej bliskich znajomych, który obiecał zdobyć więcej informacji o stanie Andrzeja. Po niedługim czasie wiedziały już, że próbował popełnić samobójstwo, na domiar złego rokowania były bardzo niedobre.

*

Po dwóch ciągnących się w nieskończoność godzinach do czekających na szpitalnym korytarzu kobiet podszedł lekarz. Okazało się, że to on prowadził akcję reanimacyjną.

— Wziął tego naprawdę bardzo dużo — powiedział. — W połączeniu z alkoholem zagrożenie było ogromne, ale fakt, że akcja ratunkowa zaczęła się bardzo szybko, a na nocnym stoliku leżały opakowania po klonazepamie, daje nam duże nadzieje.

— Podaliście flumazenil? — zapytała Ilona.

— Nie było takiej potrzeby. Wiedzieliśmy, jaki lek zażył, poza tym wypłukaliśmy około stu tabletek, więc wszystko powinno się skończyć dobrze. Niemniej jednak… — Zwrócił się do Marty. — …gdyby drzwi nie były otwarte, to szanse pani narzeczonego byłyby dużo mniejsze. Zanim ratownicy wezwaliby straż pożarną, mogłoby już być za późno.

Dziewczyna doskonale wiedziała, że wyważanie drzwi na pewno potrwałoby dość długo. Z pewnością nie obeszłoby się bez specjalistycznego sprzętu, może nawet trzeba byłoby sprowadzić podnośnik, żeby dostać się do mieszkania przez okno. Wszystko to trwałoby kolejne dziesiątki minut. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego podczas ich spotkania wziął od niej klucze, skoro drzwi były odryglowane. W końcu doszła do wniosku, że pewnie rozmyślił się w ostatniej chwili.

 

— Panie doktorze… — Przyszło jej na myśl ważne pytanie, które powinna zadać już wcześniej: — Czy to Andrzej zadzwonił po karetkę?

Lekarz popatrzył na nią uważnie, wyraźnie zaskoczony.

— Byliśmy pewni, że to pani dzwoniła po sygnale od pana Stolarczyka. Dyspozytorka odebrała telefon od młodej kobiety, która podała adres i poinformowała o próbie samobójczej. Mówiła też, że to on prosił ją, żeby zadzwoniła na pogotowie…

— Marta nie miała ze sobą telefonu — weszła doktorowi w słowo Ilona. — Nawet do mnie dzwoniła z pożyczonej komórki.

— Zresztą przecież ja nie byłam na sto procent pewna, że chciał sobie coś zrobić — dodała Marta. — Jechałam do Andrzeja, bo zaniepokoiło mnie jego wcześniejsze zachowanie…

— W takim razie postaram się jeszcze czegoś w tej sprawie dowiedzieć — powiedział lekarz, spoglądając na zegarek. — Teraz muszę już wracać na oddział. Proszę się cieszyć, że skończyło się tak, a nie inaczej. Nieszczęście było naprawdę o krok.

— Dziękuję panu. — Marta mocno uścisnęła jego dłoń.

— Proszę podziękować tej osobie, która wezwała pomoc. To tylko jej zasługa, że była szansa na ratunek.

19.

Dwa dni później Marta siedziała przy łóżku Andrzeja, który powoli wracał do siebie. Do sali weszła Ilona.

— Cześć, kochani. Jak zdrowie, Andrzejku?

Uśmiechnął się blado.

— Zdaje się, że mogło być gorzej…

Przyjaciółka Marty popatrzyła na niego z udawaną złością.

— Nawet o tym nie wspominaj — odparła już zupełnie serio. — Martuniu, chciałabym zamienić z tobą słówko…

Gdy wyszły z sali, Ilona powiedziała:

— Udało mi się odsłuchać taśmę ze zgłoszenia, tak jak prosiłaś.

— No i…? Kto to był?

— Przykro mi, ale tego się już nigdy nie dowiemy. Przynajmniej nie dzięki taśmie. Chyba była jakaś awaria maszyny rejestrującej. Dyspozytorkę słychać doskonale, lecz poza tym… prawie nic. Tylko jakiś dziwny szum. Nigdy dotąd się coś takiego nie zdarzyło…

Marta wyczekująco wpatrywała się w przyjaciółkę.

— Dotarłam do tej dyspozytorki — ciągnęła Ilona. — Była zdziwiona, że nic się nie nagrało. Mówiła, że doskonale słyszała w słuchawce głos młodej dziewczyny, która spokojnie mówiła, że Andrzej prosił ją o wezwanie pomocy. Naprawdę nie wiesz, kto to mógł być? — Gdy dostrzegła bezradne spojrzenie Marty, wzięła ją za rękę. — Na pewno wszystko się wkrótce wyjaśni. Trzymajcie się. Teraz najważniejsze jest to, żebyś była przy Andrzeju. Wiesz, w takich sytuacjach… — Ilona zawiesiła głos.

— Czy on…? Czy może spróbować jeszcze raz?

— Na pewno nie można tego wykluczyć. Dobrze, że poprosił kogoś o pomoc, ale przy depresji to właściwie nic nie znaczy… Wiesz, jakie huśtawki nastrojów towarzyszą tej chorobie…

Gdy Ilona zobaczyła łzy w oczach przyjaciółki, przytuliła ją do siebie.

— Dobrze byłoby, gdybyś jeszcze raz spróbowała go namówić na leczenie — szepnęła.

— Spróbuję. Ale wiesz, jaki on jest…

— Wiem. Mam jednak nadzieję, że się uda. Może ja mogłabym wam pomóc?

— Byłabym ci bardzo wdzięczna.

Zaraz potem Ilona zajrzała do sali, w której leżał Andrzej.

— Panie Stolarczyk — zaczęła wesoło — teraz muszę iść do innych pacjentów, ale jeszcze tu wrócę i będę miała z panem do pogadania.

— Tak jest, pani doktor. — Mówiąc to, Andrzej roześmiał się i niezgrabnie zasalutował lewą ręką. W prawej wciąż tkwił wenflon, do którego przytwierdzona była przezroczysta rurka kroplówki.

20.

Ostatecznie, za usilnymi namowami Ilony, zgodził się na wizytę u psychiatry i przyjmowanie antydepresantów, choć w dalszym ciągu nie wierzył, że mogła go dopaść depresja. Był przecież człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, który nigdy dotąd nie miał problemów z własną psychiką. Lekarz, u którego zaczął się leczyć, usilnie przekonywał Andrzeja, że na tę chorobę może zapaść każdy, niezależnie od siły charakteru, on jednak i tak wiedział swoje.

Była jeszcze Marta, wobec której Andrzej czuł się podle, więc przynajmniej w ten sposób chciał jej zrekompensować to, co przez niego przeszła. Tyle że lekarstwa, które łykał, niewiele pomagały. Tak naprawdę podświadomie czuł, że to nie była jego ostatnia próba, jednak tego stanu rzeczy z pewnością nie przypisywał chorobie, w którą właściwie nie wierzył. Po prostu wciąż miał wyrzuty sumienia i nie wyobrażał sobie, aby mógł żyć z takim ciężarem.

Wiedział też, że jeśli nastąpi kolejna próba, to wtedy już wszystko zaplanuje tak, aby niczego nie pozostawić przypadkowi.

*

Starali się do tego nie wracać. Mijały kolejne miesiące, a oni właściwie nie rozmawiali o majowym zdarzeniu. Raz tylko, na początku lipca, Marta spytała, kim była kobieta, która wezwała pogotowie.

— Jaka kobieta? O czym ty mówisz?

— Andrzej, proszę cię… Przecież chyba wiesz, że dzięki niej pomoc przyszła na czas. Mam do ciebie żal, że to nie do mnie wtedy zadzwoniłeś. Zastanawiam się też… Powiedz, czy ona miała klucze od twojego mieszkania? Wtedy, po… no wiesz, po tym wszystkim powiedziałeś mi, że pozamykałeś drzwi… Jak wytłumaczyć to, że jednak były otwarte?

— Nie wiem, na Boga… Niczego nie kojarzę, poza tym, że położyłem się do łóżka i zacząłem łykać te tabletki. Może nie pamiętam, jak wstałem i odryglowałem zamki…?

Zauważył, że dziewczyna przygląda mu się nieufnie. Odwrócił wzrok. Jeszcze tego brakowało, żeby pomyślała, że kogoś miał. Już wcześniej postanowił, że nie powie jej o swoich nocnych przywidzeniach. Bał się, że jego spojrzenie może coś zdradzić, patrzył więc w kąt pokoju, słuchając, jak Marta opowiada o telefonie, który uratował mu życie, i o głosie kobiety, który słyszała jedynie dyspozytorka pogotowia.

Po dłuższej chwili znów popatrzył dziewczynie w oczy.

— Kochanie, przysięgam, nie wiem, kto dzwonił. Proszę, nie mówmy już o tym. Nigdy, dobrze?

Marta ujęła jego dłoń i przytuliła ją do swojej twarzy. Zbyt mocno kochała Andrzeja, aby w tej sytuacji dręczyć go kolejnymi pytaniami. Nawet jeśli była jakaś inna kobieta, uznała, że to nie jest w tej chwili istotne. Spokój — to było to, czego Andrzej potrzebował najbardziej. I postanowiła, że za wszelką cenę mu go zapewni.

— Widocznie tej dyspozytorce coś się pomieszało — powiedziała. — Dobrze, że jesteś. Tylko to się liczy.

21.

Busko-Zdrój. Niewielkie miasto położone na Ponidziu, w województwie świętokrzyskim. Tam właśnie zamierzał pojechać w pierwszy weekend po Wszystkich Świętych. Powiedział Marcie, że chce odwiedzić grób rodziców, w okolicach Bydgoszczy. Chciała jechać z nim, ale przekonał ją, że lepiej będzie, jak wyruszy sam.

— Powrót w rodzinne strony pozwoli mi odzyskać równowagę — przekonywał. — Zobaczysz, że potem wszystko wróci do normy. Potrzebuję tylko kilku dni spędzonych u siebie.

Drżała z niepokoju, że musi rozstać się z Andrzejem na dłuższy czas, jednak postanowiła zaryzykować i uwierzyć jego zapewnieniom. „Przecież gdyby chciał, to i tak zrobiłby to bez mojej wiedzy” — myślała.

*

Jeszcze przed wyjazdem, szukając planu miasta w internecie, dowiedział się przypadkiem, że na cmentarzu, na którym pochowana jest Anna, leży też Wojtek Bellon, człowiek niegdyś bardzo ważny w życiu Andrzeja. Informacja o tym, że wkrótce będzie na grobie Wojtka, pochłaniała go teraz nawet bardziej niż cel planowanej wizyty w Busku. Wydobywał z zakamarków pamięci wspomnienia o swoich wyjazdach w góry, podczas studiów, kiedy to utwory Wolnej Grupy Bukowina znaczyły dla niego bardzo wiele. Znał wszystkie piosenki tego zespołu na pamięć, a nawet dzięki nim nauczył się grać na gitarze i okazało się, że wychodzi mu to całkiem nieźle.

Andrzej ze zdumieniem uświadomił sobie, jak bardzo odszedł od własnych młodzieńczych ideałów. Nie mógł pojąć, jak to się stało, że zmienił się w cynicznego realistę, którego interesuje tylko kariera. Te myśli jeszcze bardziej utwierdziły go w przekonaniu, że takie życie nie jest nic warte.

*

Zanim wyjechał z Warszawy, odwiedził dwa sklepy. Pierwszym z nich był salon muzyczny, w którym kupił płytę Wolnej Grupy. W drodze z odtwarzacza sączyły się od wieków niesłyszane: Majster Bieda, Chodzą ulicami ludzie, Zobacz, Anno, Ponidzie, Pejzaże Harasymowiczowskie, Jakże blisko… „Jakże blisko zostało mi do końca tej podróży, przyśpieszam więc Ikara lot, by cię ujrzeć” — śpiewał Wojtek, gdy Andrzej mijał rogatki Buska.

W bagażniku leżał drugi zakup, dokonany w sklepie sportowym. Był to, niedbale rzucony na pokrywę koła zapasowego, zwój cienkiej linki alpinistycznej.

*

Było już ciemno, kiedy zatrzymał samochód przy cmentarnej bramie. Sądził, że bez problemu uda mu się znaleźć grób Wojtka. Ponieważ wciąż wiele osób odwiedzało mogiły swoich bliskich, spodziewał się łuny bijącej od dziesiątków zniczy. Błądził po alejkach przez wiele minut. Kilka napotkanych osób wzruszało ramionami, gdy pytał o grób artysty. Wreszcie kobieta, która — jak się okazało — w podstawówce chodziła z Bellonem do jednej klasy, wskazała mu grób, obok którego przechodził wcześniej parę razy. Zaraz potem stanął przed skromnym, zapomnianym pomnikiem. Kilka wypalonych zniczy, zwiędła wiązanka… I napis: „Wojciech Jerzy Belon”.

Zdziwiła go nie tylko pisownia nazwiska. To było niewiarygodne, że prawie nikt nie pamięta o osobie, która tak wiele znaczy dla pokoleń młodych ludzi. Przez chwilę Andrzej zapomniał, po co przyjechał do Buska. Stał, nie mogąc się ruszyć. Wreszcie zapalił przygotowany wcześniej znicz i odszedł w kierunku centralnej części cmentarza.

22.

W alejce dostrzegł pochyloną postać.

— Przepraszam panią, czy nie wie pani, gdzie jest grób Ani Marzec?

— Kogo? — Starsza kobieta drgnęła, wyraźnie zaniepokojona.

— Tej dziewczyny, która powiesiła się na wiosnę. Mówili o tym w telewizji…

— A, tak, wiem. Ta, co się zabiła przez tego reportera z radia?

— Tak. Chciałbym zapalić znicz na jej grobie. Jestem, to znaczy byłem, jej dobrym znajomym…

— No jakże bym mogła nie wiedzieć. — Staruszka ucieszyła się, że może pomóc nieznajomemu. — Pójdzie pan prosto z pięćdziesiąt metrów, skręci w prawo i wtedy już będzie widać. Bardzo ładny pomnik. Dużo tam zniczy, sama dzisiaj zapaliłam. Taki duży, biały…

— Dziękuję.

Andrzej szybkim krokiem ruszył we wskazanym kierunku.

Gdy dotarł na miejsce, zauważył dziesiątki płomieni i mnóstwo kwiatów, które całkowicie przesłaniały napisy nagrobne. Kiedy odsunął jeden z flakonów, ujrzał zdjęcie młodego mężczyzny trzymającego w ramionach małe dziecko.

Rozejrzał się wokół. Tuż obok rosła olbrzymia lipa z odchodzącym w bok grubym konarem, do którego bez trudu mógł dosięgnąć. Linkę miał w niewielkim plecaku. Wyjął ją i zarzucił na gałąź.

„Jeszcze chwila” — pomyślał i przysiadł na ławce stojącej obok nagrobka. Przymknął oczy i zaczął cicho odmawiać modlitwę. Zdawał sobie sprawę, że jego pomysł na skończenie ze sobą jest dość koszmarny, jednak chciał w ten sposób symbolicznie przyznać się do winy. Teraz, gdy przejechał tyle kilometrów, powoli uzmysławiał sobie, że to dość głupie, bo przecież i tak po kilku dniach nikt nie będzie pamiętał o całej sprawie.

„Ale byłem przynajmniej na grobie Wojtka” — pomyślał.

Wokół panowała absolutna cisza. Wyglądało na to, że wszyscy odwiedzający opuścili już cmentarz. Bezwietrzna pogoda sprawiała, że znicze dawały poczucie przyjemnego ciepła. Andrzej siedział bez ruchu, starając się całkowicie wyciszyć. Chciał jeszcze raz przypomnieć sobie swoje życie, chciał po raz ostatni zapytać siebie, czy rzeczywiście to jest najlepsze i jedyne wyjście. Zaczął wpadać w stan lekkiego letargu. Czuł się całkowicie spokojny.

Gwałtownie drgnął, gdy jeden z wazonów przewrócił się na granitową płytę. Zobaczył zdjęcie Anny, zupełnie niepodobne do portretów nagrobnych. Dziewczyna z kolorowej fotografii patrzyła mu prosto w oczy. Czerwony żakiet, w który była ubrana, rozpoznał od razu. W jego mieszkaniu pojawiała się zawsze w nim.

Znów zamknął oczy. W tej samej chwili zaczęły wracać obrazy sprzed kilku miesięcy. Wydało mu się, że znów leży w swoim łóżku, a dziewczyna powolnym krokiem zmierza w jego kierunku…

 

— Słyszysz mnie? Pytam, czy mnie słyszysz…

Stukot upadającej butelki z resztkami jacka daniel’sa.

Usiadła na skraju łóżka i pochyliła się nad Andrzejem. Ze zdumieniem poczuł, że wzięła go za rękę. Jej delikatna dłoń była miła w dotyku i… bardzo ciepła. Nie tego się spodziewał.

— Tyle czasu czekałam, żeby ci to powiedzieć. Nie mogłam stąd odejść i już nie wrócić, dopóki tego nie zrobię… Tylko że ty… ty byłeś za daleko mnie. Nie słyszałeś, nie mogłeś słyszeć tego, co chcę ci przekazać… Teraz jesteś bliżej. Teraz jesteś bardzo blisko, prawie w moim świecie… Dlatego… bardzo ci dziękuję.

Twarz Andrzeja stężała. Był zupełnie zaskoczony.

— Jestem z tymi, których kochałam nad życie — ciągnęła. — Ale ty przeze mnie uciekasz od tej, którą kochasz… Nie pozwolę na to.

Poczuł na policzku delikatny powiew powietrza, jednak wciąż nie otwierał oczu.

— Nie pozwolę. — Po raz kolejny usłyszał te stanowcze słowa, jednak tym razem to już nie było wspomnienie. Ktoś szepnął je wprost do jego ucha.

Gwałtownie otworzył oczy. Na ławce obok dostrzegł mgiełkę, która natychmiast rozpłynęła się w pachnącym parafiną powietrzu. Spojrzał w stronę grobowca. Wazon z chryzantemami stał na swoim miejscu, a zza kwiatów nie było już widać zdjęcia Anny.

Przez długą chwilę jeszcze siedział bez ruchu. Poczuł, że bardzo zmarzł w dłonie, więc schował je do kieszeni kurtki. Pod palcami wyczuł mały chłodny kształt. Był pewien, że to pierścionek zaręczynowy, który odłożył na nocny stolik tuż przed tym, gdy zaczął połykać pierwsze tabletki klonazepamu. Od tamtej pory go nie widział. Przez chwilę obracał pierścionek w palcach, po czym uśmiechnął się delikatnie, wstał, zapiął kurtkę i sięgnął po zwisającą obok jego głowy linkę.