Opowiem ci mroczną historięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,85  34,28 
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,95  18,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił następnego dnia, było włączenie komputera. Kac bardzo męczył i Andrzej zamierzał za chwilę poszukać czegoś do picia, lecz najpierw chciał sprawdzić, co na temat całej sprawy piszą portale internetowe. Informacje od razu rzucały się w oczy. Wszystkie najbardziej znane strony opisywały całe wydarzenie, jednak — co z ulgą wychwycił Andrzej — nie przypisywały mu winy.

Dwudziestotrzyletnia Anna cierpiała na ciężką depresję spowodowaną śmiercią męża i rocznego synka, którzy zginęli w wypadku samochodowym pół roku wcześniej. W artykułach było kilka wywiadów z psychiatrami, którzy zgodnie twierdzili, że w takim przypadku impulsem do samobójstwa może być nawet najbardziej błahy powód.

Miał już wyłączyć komputer, gdy postanowił jeszcze odwiedzić internetową witrynę najbardziej popularnego brukowca. Oniemiał, gdy strona się załadowała. „Redaktor morderca” — grzmiał wielki na pół monitora tytuł. Miał się już zabrać za przeczytanie artykułu, gdy na dole strony zobaczył zdjęcie. Natychmiast je kliknął i na środku ekranu pojawiła się ładna twarz młodej blondynki. „Ania wciąż byłaby wśród nas, gdyby nie telefon do redaktora Stolarczyka” — brzmiał podpis. Ale to nie on najbardziej poruszył Andrzeja, który długo wpatrywał się w fotografię. Był pewien, że gdzieś już widział tę dziewczynę.

Siedział tak przez dłuższą chwilę, usiłując przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach spotkał Annę — miał nieodparte wrażenie, że musiało się to zdarzyć całkiem niedawno. W końcu jednak, po kilku minutach, dał za wygraną; pragnienie było silniejsze, więc wstał i poszedł poszukać czegoś w lodówce. Gdy przekroczył próg kuchni, spojrzał na odsunięte od stołu krzesło i olśnienie przyszło w jednej chwili.

— Boże przenajświętszy… — Bezgłośnie poruszał wargami. — Przecież ona była tu ostatniej nocy…!

8.

— Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz? — Gdy Andrzej nie zareagował, ciągnęła: — Rozumiem, że to przeżywasz. Wiem, że takie ataki w mediach mogą zdołować, ale tym bardziej powinniśmy byli pojechać na narty. Już nie mówię o tym, że zaliczka przepadła… Najgorsze jest to, że siedząc w mieście, oboje marnujemy urlop, który z takim trudem dostaliśmy. Pomyśl, kiedy następnym razem będziemy mieli taką okazję, żeby ze sobą dłużej pobyć? Siedzisz cały czas sam — to cud, że udało mi się wreszcie namówić cię na to, żebyś się ze mną zobaczył…

Nie miał ochoty na spotkanie z Martą. Z nią ani z kimkolwiek innym. Od czterech dni dobrze czuł się tylko we własnym towarzystwie. Nigdzie nie wychodził, z wyjątkiem dwóch wizyt w pobliskim sklepie. Pierwsza z nich zakończyła się ostrymi uwagami sąsiadki z dołu, która zarzuciła mu brak delikatności w rozmowach ze słuchaczami, tak więc za drugim razem zrobił zapasy na cały tydzień.

Ataki mediów nie ustawały. Po dwóch dniach od samobójczej śmierci Anny Marzec wszystkie serwisy informacyjne pełne były wiadomości na jej temat i na temat dziennikarza, który ją sprowokował. Dopóki Andrzej nie wyłączył telefonu, ciągle ktoś z mediów dzwonił z prośbą o komentarz. Gdy na jednym z kanałów wyemitowano obszerny reportaż o całej sprawie, zupełnie przestał oglądać telewizję. Nie słuchał radia i nie zaglądał do internetu.

Siedzieli teraz w jego mieszkaniu, a on czuł na sobie niecierpliwy wzrok.

— Słuchasz mnie?

Pożałował, że nie przyszło mu do głowy, by wyłączyć także drugi telefon, którego numer znała tylko Marta i kilka najbardziej zaprzyjaźnionych osób. Swoją drogą, ciekawe było to, że żadna z nich nie uznała za stosowne odezwać się, żeby choć spróbować podnieść go na duchu.

— Tak, oczywiście.

— Naprawdę? W takim razie, co przed chwilą mówiłam?

Spojrzał na nią, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć.

— Powiedziałam, żebyś przestał się wreszcie nad sobą rozczulać i wziął się w garść. Przecież nie możesz tutaj tak siedzieć. Za tydzień wracasz do pracy, i co? Do tej pory nie zamierzasz się nawet ogolić? A może mi powiesz, że przez cały ten czas nie będziemy się spotykać?

— Wiesz, kochanie, trochę źle się czuję. Może zadzwonię wieczorem, co? Jakoś się umówimy.

Ale nie zadzwonił. Ani wieczorem, ani przez następne dni. Po południu sięgnął po komórkę tylko po to, żeby ją wyłączyć.

9.

Najgorsze były noce.

Andrzej siedział przy stole i godzinami czytał, aby zająć myśli czymś innym i by choć trochę odwlec moment położenia się spać. Wypijał przy tym hektolitry mocnej, czarnej kawy, jednak wystarczało to najwyżej do trzeciej, może czwartej. Kiedy już nie widział liter, a głowa leciała bezwładnie do przodu, kładł się do łóżka. Nastawiał budzik na szóstą, mając nadzieję, że będzie spał jak kamień i ten sen w końcu mu się nie przyśni.

Jednak każdej nocy wstawał i szedł do kuchni, a ona już tam była. Siedziała zawsze w tym samym miejscu, górne światło było zapalone, więc dokładnie widział jej twarz. Anna patrzyła na niego tak, jakby chciała mu coś powiedzieć, otwierała usta, lecz nie wydobywał się z nich nawet najcichszy szept, po czym w jej oczach pojawiały się łzy. Patrzyła jeszcze przez chwilę na Andrzeja, wstawała, mijała go w drzwiach i zostawiała stojącego w progu kuchni.

Pod koniec urlopu zaczął już się do tego przyzwyczajać. Nocny koszmar dręczył go w dalszym ciągu, jednak miał nadzieję, że wszystko się skończy, gdy wróci do pracy i przestanie całej tej sytuacji poświęcać tyle uwagi.

W sobotę wreszcie umówił się z Martą. Kiedy się spotkali, zapewnił, że czuje się już dużo lepiej i, mocno ją przytulając, przeprosił za swoje zachowanie. Nawet gdyby tego nie zrobił i tak nie potrafiłaby mieć do niego pretensji. Oceniła, że schudł przez ten czas z pięć kilo, a gdy patrzyła na jego poszarzałą twarz, żałowała, że nie potrafiła mu pomóc wtedy, gdy tego potrzebował. Przypomniała sobie swoje słowa o jego rozczulaniu się nad sobą i poczuła się podle. Tak podle jak chyba nigdy wcześniej.

Andrzej był zadowolony, że wreszcie zdecydował się na wspólny wieczór, który spędzili tak, jak gdyby nic nie zaszło. Wszystko zdawało się być jak dawniej, jednak gdy dziewczyna zaproponowała, że zostanie na noc, oznajmił, iż nie jest jeszcze na to gotowy. Wtedy Marta pocałowała Andrzeja i mocno wtuliła się w jego ramiona.

— Dobrze, kochanie — powiedziała. — Jeśli uważasz, że tak będzie lepiej… Pamiętaj tylko, że bardzo cię kocham i cały czas jestem z tobą.

Uśmiechnął się.

— Pamiętam. I też cię kocham.

10.

Wcześniej niż zwykle położył się do łóżka. Był spokojny i rozluźniony. W pewnej chwili nawet pożałował, że nie ma przy nim Marty, jednak po zastanowieniu stwierdził, że lepiej, aby najpierw skończyły się jego koszmary. Nie wiedział, jak by się zachował, jeśli sen powtórzyłby się, a jego dziewczyna leżałaby wtedy obok. Nie chciał niczego zepsuć — i to w momencie, w którym wszystko wydawało się iść w lepszą stronę.

Obudził się o wpół do dziesiątej. Tej nocy wreszcie nic mu się nie śniło, a na dodatek zapomniał nastawić budzik na szóstą. Pomimo że czuł się wyspany, nie miał zbyt dobrego nastroju. Nie chciało mu się wracać do pracy, głównie dlatego, że obawiał się, jak zostanie po tym wszystkim przyjęty. I wcale nie chodziło mu o Marczewską — niczego nie był pewien tak bardzo, jak jej nastawienia. O wiele bardziej bał się tego, czy naczelny wciąż jest tego samego zdania, co dwa tygodnie wcześniej. Przecież po tej całej nagonce medialnej wszystko się mogło zmienić.

Po południu poszedł na spacer brzegiem Wisły.

Kilka dni wcześniej zaczął się drugi tydzień marca. Na niebie nie było ani jednej chmury, słońce przygrzewało dość mocno jak na tę porę roku, a spomiędzy bezlistnych jeszcze gałęzi słychać było ptasie poruszenie, tak charakterystyczne dla czasu zapowiadającego eksplozję zieleni. Andrzej usiadł na ławce i patrzył na przepływającą wodę, która niosła ze sobą resztki zabranych wraz ze śniegiem śmieci, połamanych gałęzi i kawałki lodu. Wreszcie po tych dwóch koszmarnych tygodniach odzyskiwał spokój. Był przekonany, że wir pracy, w który zamierzał się rzucić, i ciepłe wiosenne dni wymyją z jego pamięci resztki wspomnień o ostatnich wydarzeniach.

W nocy znów przyśniła mu się Anna, lecz inaczej niż poprzednio. Siedziała na krześle, ustawionym pośrodku kuchni, a jej twarz oświetlało nie — tak jak dotąd — górne światło, lecz jarzeniówka nad zlewem. Gdy zadzwonił budzik, starał się o tym nie myśleć. Wstał, zarzucił na plecy polarową bluzę i szybko wyszedł na korytarz. Drzwi do kuchni były uchylone, a krzesło, które poprzedniego wieczoru dosunął do stołu, stało na środku pomieszczenia. Było dokładnie widoczne w bladoniebieskim świetle jarzeniówki.

11.

Cały dzień spędził, leżąc na łóżku. Nie roztrząsał, jak to się stało, że zastał krzesło na środku kuchni. Jedno było pewne — miał tego wszystkiego dosyć. Miał dosyć nocnych koszmarów, połączonych z wyrzutami sumienia za spowodowanie śmierci niewinnej kobiety, i — przede wszystkim — miał dosyć swojej pracy. Dziwił się, gdy przypominał sobie długie lata, w których z takim zapałem pracował od rana do wieczora, nie mając nawet czasu na zjedzenie kanapki. Teraz cały ten okres wydawał mu się całkowicie zmarnowany. „Jaki sens ma praca, która może kogoś doprowadzić do samobójstwa?” — myślał.

Już od kilku dni dręczyło go narastające poczucie winy. Choć początkowo się przed tym bronił, teraz zaczynał przyznawać rację tym wszystkim, którzy w nim widzieli głównego winowajcę i sprawcę śmierci młodej ślicznej dziewczyny. Przecież gdyby lepiej przygotował się do programu, gdyby wiedział, jak łatwo w takiej sytuacji popełnić tak niewybaczalny błąd, to do tego wszystkiego prawdopodobnie by nie doszło.

 

Postanowił, że następnego dnia złoży wymówienie. Chociaż w ten sposób chciał symbolicznie przyznać się do winy. Zawahał się przez jedną chwilę w momencie, gdy uświadomił sobie, że nie ma prawie żadnych oszczędności. Do tej pory żył, nie zastanawiając się, co będzie za kilka lat. Zarabiał nieźle, ale i potrzeby miał duże, więc z pieniędzy, które co miesiąc wpływały na konto, niewiele zostawało. Ten głos rozsądku został jednak natychmiast zagłuszony czymś innym, o wiele mocniejszym — niemal fizycznym strachem na myśl o kolejnych dniach spędzonych przed mikrofonem. A co, gdyby ta sytuacja sprzed dwóch tygodni się powtórzyła? Nie, nie można do tego dopuścić, nawet gdyby resztę życia trzeba było spędzić na zamiataniu ulic.

„A Marta? — pytał sam siebie w myślach. — Może ona jest ze mną tylko dlatego, że nie chce mnie zostawić samego w takiej chwili? Pewnie i tak odejdzie, prędzej czy później. Kto by chciał spędzić całe życie z takim żałosnym nieudacznikiem…”.

Przypomniał sobie, jak ostatnio zaproponowała, aby wspólnie spędzili noc, i pomyślał, że nie ma chyba dla mężczyzny nic bardziej upokarzającego niż to, że kobieta chce z nim być wyłącznie z litości.

12.

— Nie ma mowy, panie Andrzeju. Nie mogę się na to zgodzić — stanowczo stwierdził Słowiński, odkładając na stół podanie o rozwiązanie umowy o pracę. — Jest pan moim najlepszym redaktorem i proszę mi nie wyjeżdżać z takimi pismami. Jeśli potrzebuje pan wolnego — proszę bardzo. Może pan wykorzystać cały urlop na ten rok. Mogę się też zgodzić na półroczny, a nawet dłuższy urlop bezpłatny. Wiem, ile pan ostatnio przeszedł, i to normalne, że potrzebuje pan trochę czasu, żeby z tym wszystkim dojść do jakiegoś ładu. Ale rezygnacja z pracy nie wchodzi w grę, a już z pewnością nie w tym momencie. Możemy się umówić, że zrobi pan sobie pół roku wakacji i po powrocie do pracy wrócimy do tej rozmowy.

Stolarczyk ze spuszczoną głową siedział naprzeciw naczelnego. Znów nie spał prawie przez całą noc i było to doskonale widoczne na jego nieogolonej twarzy. Koszula, którą miał na sobie, nie była wyprasowana, ponieważ gdy szykował się do wyjścia, uznał, że wygląd ma znaczenie wtedy, kiedy ktoś stara się o posadę, a nie w sytuacji odwrotnej, jeśli zamierza z pracy zrezygnować. Przechodząc korytarzem, widział zdziwione twarze kolegów, którzy nie przywykli oglądać redaktora Stolarczyka w takim stanie. Wreszcie się odezwał:

— Szefie, ale ja nie wyobrażam sobie, że mógłbym jeszcze kiedykolwiek usiąść przed mikrofonem…

— O tym porozmawiamy za pół roku — przerwał Słowiński. — Nawet jeśli tak będzie, to na pewno znajdziemy u nas inne zajęcie dla takiego fachowca. Proszę spokojnie odpoczywać. Podejdziemy teraz do kadrowej… — Mówił, podnosząc się z fotela. — …i szybko załatwimy formalności.

Andrzej również wstał, jednak naczelny wciąż widział w jego oczach niezdecydowanie.

— Przecież niczym pan nie ryzykuje. Wypowiedzenie zawsze zdąży pan jeszcze złożyć.

Pół godziny później powolnym krokiem szedł w kierunku domu. To był pierwszy tak ciepły dzień w tym roku. Mijani ludzie mieli porozpinane kurtki, na chodniku nie było prawie nikogo, kto nosiłby nakrycie głowy. Słońce grzało dość mocno, a nadzieję na rychłą wiosnę przynosił ze sobą ciepły, wilgotny wiatr. Jednak Andrzej jakby tego wszystkiego nie zauważał. Ciepłą wełnianą czapkę miał głęboko nasuniętą na oczy, szyję szczelnie otulił długim szalem. Jego ciałem co chwila wstrząsały gwałtowne dreszcze. Zupełnie nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół. Na przejście dla pieszych wszedł na czerwonym świetle, powodując gwałtowne hamowanie kilku samochodów. Na środku ulicy przystanął, opatulił się szczelniej kurtką, jakby chciał schować się przed dźwiękiem klaksonów, i ruszył przed siebie. Niedługo potem z ulgą otworzył drzwi do swojego mieszkania.

Nie rozbierając się, obszedł wszystkie pomieszczenia, w każdym z nich zaciągając żaluzje i zasłony. Chciał za wszelką cenę odgrodzić się od światła i ciepła na zewnątrz. Zawsze uwielbiał dni, które zapowiadały nadejście wiosny. Teraz było inaczej. Czuł się winny, że on może tego wszystkiego doświadczać, podczas gdy dla Anny ostatnia wiosna skończyła się w czerwcu poprzedniego roku.

Właśnie wtedy postanowił, że przez kilka najbliższych dni nie wyjdzie z domu.

13.

Kilka dni zamieniło się w kilka tygodni.

Marta starała się być jak najbliżej Andrzeja. Robiła zakupy, gotowała, sprzątała mieszkanie. Była wtedy, gdy tego potrzebował, a znikała, gdy zaczynał zdradzać oznaki zniecierpliwienia.

To był dla niej potwornie trudny okres. Andrzej zupełnie nie przypominał siebie. Całe dnie spędzał w jakimś dziwnym transie, przerywanym wciskanymi na siłę posiłkami i zdawkowymi, wymuszonymi rozmowami. Gdy go pytała, jak może mu pomóc, nieodmiennie odpowiadał, że wszystko z nim w porządku i musi tylko trochę odpocząć. Dziewczyna nie pamiętała, aby przez cały ten czas uśmiechnął się choćby jeden raz.

Na przełomie kwietnia i maja coraz częściej mówił jej, że chce być sam. W związku z tym bywała u niego raz na dwa, trzy dni, tylko po to, aby przynieść zakupy albo jakieś ciepłe danie z pobliskiego baru. Jedyne, co w tej sytuacji ją cieszyło, to fakt, że Andrzej, mimo iż spożywanie posiłków wyraźnie nie sprawiało mu żadnej przyjemności, jadł w miarę regularnie i przestał gwałtownie chudnąć.

Mniej więcej w tym czasie zaczęli się do Marty odzywać jego przyjaciele. Byli zaniepokojeni, że Andrzej nie kontaktuje się z nimi, a nawet nie odbiera telefonów. Tłumaczyła, że powoli dochodzi do siebie i zapewne wkrótce wszystko wróci do normy. Mówiła to, starając się, aby jej opinia brzmiała jak najbardziej wiarygodnie, jednak sama miała ogromne wątpliwości, czy rzeczywiście wszystko zmierza ku lepszemu.

Wreszcie postanowiła działać i poprosiła o pomoc swoją najlepszą przyjaciółkę. Widziała, że stan psychiczny jej mężczyzny bardzo się pogarsza, i obawiała się, że w czasie, gdy jest w domu sam, może dojść do tragedii. Ilona była lekarzem internistą i znała całą sytuację od podszewki. Chętnie zgodziła się spróbować pomóc, ponieważ zdawała sobie sprawę, że jeśli Andrzej kogokolwiek zechciałby posłuchać, to właśnie jej, gdyż — podobnie jak Marta — przyjaźnił się z nią od lat. Wcześniej, jeszcze przed samobójstwem słuchaczki, chętnie zwracał się do Ilony z różnymi prośbami, gdy zachodziła taka potrzeba.

Jej odwiedziny w mieszkaniu Andrzeja trwały dosłownie kilka minut. Kategorycznie oświadczył, że nie ma mowy o jakiejkolwiek depresji i nie zamierza się z tym zwracać do psychiatry.

— Czuję się coraz lepiej — mówił, a Marta wsłuchiwała się w ich rozmowę, będąc w kuchni. — Naprawdę, jedno, czego tak naprawdę potrzebuję, to dłuższy odpoczynek.

— Ale Marta mówi, że wyglądasz i zachowujesz się tak, jakbyś zupełnie stracił chęć do życia, a — z tego, co wiem — jest to jeden z najbardziej charakterystycznych objawów depresji… Tym bardziej że trwa to już przecież dłuższy czas…

— Marta niepotrzebnie się martwi — przerwał. — Wiem, że to trwa już dość długo, jednak z każdym dniem czuję się lepiej. Naprawdę. Potrzeba mi jedynie dłuższego odpoczynku.

Ilona przyglądała mu się badawczo.

— Obiecasz mi, że jeśli to się nie zmieni, posłuchasz mojej rady? — zapytała.

— No jasne, Ilonka. Możesz być o to spokojna.

Marta odprowadziła przyjaciółkę do drzwi. Była jeszcze w korytarzu i zamknęła właśnie drzwi na zasuwę, gdy Andrzej wyszedł z pokoju i spojrzał na nią ze wściekłością.

— Chcesz ze mnie zrobić wariata? — syknął. — Wszystkim znajomym rozpowiadasz o tym, że trochę gorzej się czuję?

— No coś ty, Andrzejku, mówiłam o tym tylko Ilonie… Wiesz przecież, że…

— I wystarczy. Nikomu więcej ani słowa, rozumiesz? Jeszcze będę miał przez to problemy po powrocie do pracy, a tego chyba nie chcesz?

Pokręciła przecząco głową. Zrozumiała, że w tej sytuacji jedyne, co może zrobić, to cierpliwie czekać. I postanowiła, że będzie czekać tak długo, jak tylko będzie trzeba. Właśnie wtedy, właśnie w tych ciężkich chwilach, w sposób najbardziej wyraźny odczuwała, jak bardzo potrzebuje tego dawnego Andrzeja, z którym była taka szczęśliwa. Prosiła Boga, aby ten stan powrócił, lecz z każdym dniem jej nadzieja była bardziej krucha.

14.

A jednak nastąpiło coś, co Martę całkowicie zaskoczyło. Mniej więcej w połowie maja, w sobotnie przedpołudnie, w jej drzwiach stanął Andrzej. Wyglądał tak jak kiedyś. Ogolony, w starannie dobranym ubraniu, nawet pachniał jej ulubioną wodą toaletową, a na powitanie uśmiechnął się do niej dokładnie tak jak dawniej.

— Cześć, skarbie — powiedział. — Chciałbym cię zabrać na długi spacer.

— Andrzejku! Boże święty, ale mnie zaskoczyłeś… Poczekaj, tylko się ubiorę, dobrze?

— No pewnie. — Ciągle się uśmiechał. — Tylko szybko, bo szkoda takiej pogody. Jak szedłem do ciebie, to widziałem, że bez już prawie przekwitł. Szkoda, że teraz dzieje się to tak szybko. Pamiętam, że kiedyś kwitł jeszcze na Dzień Matki, a teraz…

Słyszała jego głos z przedpokoju. W tym czasie z bijącym sercem i łzami w oczach przebierała się w swojej małej garderobie. Miała nadzieję, że za chwilę wszystko się wyjaśni i Andrzej wszystko jej wytłumaczy.

Tak się jednak nie stało. W czasie ich spotkania nie chciała psuć cudownej atmosfery dociekliwymi pytaniami. Poszli do ich ulubionej letniej kawiarni, położonej na skraju parku, i usiedli pod jednym z parasoli. Andrzej usadowił się w ten sposób, aby słoneczne światło padało na jego twarz, po czym zamknął oczy i uśmiechnął się błogo. Siedzieli, milcząc do momentu, gdy kelnerka przyniosła dwie kawy. Wtedy on przysunął się do Marty i delikatnie dotknął jej dłoni.

— Wiesz, dziękuję Bogu za wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić — mówił z uśmiechem. — I bardzo cię kocham. Mówiłem ci to już kiedyś?

Marta roześmiała się.

— Nie pamiętam, być może — odpowiedziała. — Ale możesz to powtarzać tyle razy, ile tylko zechcesz.

*

Gdy późnym wieczorem leżała w swoim łóżku, znów się uśmiechnęła. Przed oczami zobaczyła Andrzeja w momencie, gdy dotykał jej dłoni. I patrzył na nią tak… uważnie. Uważnie?

Uśmiech w jednej chwili zniknął z twarzy dziewczyny. Starała się przypomnieć sobie dokładnie tamtą chwilę. Nie, jego spojrzenie nie było uważne. Raczej smutne. Tak… Zaraz, co on wtedy powiedział? „Dziękuję Bogu za wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić”?

Gwałtownie usiadła na łóżku. Jej serce waliło jak opętane. Spojrzała na zegarek; było piętnaście minut po północy. Wzięła do ręki telefon i wystukała numer komórki Andrzeja. Od razu włączyła się automatyczna sekretarka. Potem spróbowała na numer stacjonarny. Usłyszała tylko miarowe buczenie sygnału, oznajmiające, że telefon dzwoni, lecz nikt nie ma zamiaru go odebrać.

Gdy odkładała słuchawkę, przypomniała sobie coś, co sprawiło, że na jej czole pojawiły się kropelki zimnego potu. Tuż przed rozstaniem Andrzej poprosił ją o klucze do swojego mieszkania. Tłumaczył, że gdzieś mu zginął jeden komplet i musi na wszelki wypadek wymienić zamki w drzwiach, jednak w tej chwili dla Marty wytłumaczenie było tylko jedno — on po prostu nie chciał, aby dostała się do domu w niewłaściwym momencie.

— O Boże… — szepnęła.

Stała jeszcze przez chwilę przy telefonie, nie mogąc się poruszyć. Potem pobiegła do sypialni i zaczęła się gorączkowo ubierać.