Opowiem ci mroczną historięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,85 34,28
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,95 17,47
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Ilustracja na okładce

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

© Copyright by Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-363-8

Moim Czytelnikom

Gdy idziecie ulicą, spójrzcie w twarz starca, niedołężnie zmierzającego w przeciwnym kierunku. Spójrzcie w jego oczy, a w wielu wypadkach wyczytacie w nich tak mroczne historie, że trudno wam będzie zasnąć wieczorem.

Adolf Krawczyk

Przedmowa

Jest październik 2014 roku.

Dokładnie sześć lat temu, podczas Targów Książki w Krakowie, miała miejsce premiera mojej debiutanckiej powieści Dom na wyrębach. Od tamtej pory wiele się w moim życiu zmieniło, zmienił się świat wokół mnie, pewnie i ja też jestem trochę inny.

I oto właśnie teraz, po sześciu latach mojej przygody z twórczością literacką, przychodzi mi się podzielić z Wami, Drodzy Czytelnicy, zbiorem opowiadań, które powstawały na przestrzeni tych ponad dwóch tysięcy dni. Pewnie niektóre z nich dziś napisałbym nieco inaczej, ale „inaczej”, to wcale nie znaczy lepiej; po prostu literatura wiąże się nierozerwalnie z chwilą, z momentem w życiu autora, w którym powstała. Wtedy jest autentyczna i przez to, jak sądzę, bardziej wartościowa.

Zanim zaproszę Was do podróży w czasie, chcę wspomnieć, że kolejność, w jakiej opowiadania występują w niniejszym zbiorze, jest zgodna z kolejnością ich powstawania. Pierwsze, czyli Ostatni telefon, powstało niedługo po premierze Domu na wyrębach, natomiast trzy ostatnie napisałem już po ukończeniu pracy nad czterotomowym cyklem Czarny Wygon, czyli w roku 2014. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest miniatura Kryzys wieku średniego, która, o ile dobrze pamiętam, powstała gdzieś pomiędzy Retrowizjami a Spójrz na to z drugiej strony, a która — ze względu na fakt, że owe dwa dłuższe teksty w pewien sposób łączą się ze sobą — została przeniesiona w zbiorze przed tekst tytułowy.

Z każdym z opublikowanych tutaj opowiadań wiąże się jakaś historia i każdą z nich przedstawiłem w posłowiu. Sam bardzo lubię dowiadywać się czegoś więcej o inspiracjach innych autorów, więc mam nadzieję, że takie „klucze do genezy” okażą się przydatne także i w przypadku niniejszego zbioru (można je czytać po zakończeniu każdego opowiadania lub dopiero po lekturze całości — jak kto woli).

Klucz do rozmieszczenia opowiadań w książce już znacie, klucz do genezy każdego z nich także wkrótce będzie w Waszych rękach, ale jest jeszcze coś, co może powstać z ich połączenia — klucz do bliższego poznania autora oraz dostrzeżenia tego, w jaki sposób zmieniał się na przestrzeni tych kilku ostatnich lat. Sam nie wiem, czy umiem go odnaleźć, ale zawsze najtrudniej jest dowiedzieć się czegoś o samym sobie. Może Wam będzie łatwiej?

Trochę się tego boję, ale jednocześnie jestem podekscytowany.

Zawsze twierdzę (i często wspominam o tym na spotkaniach autorskich), że Czytelnik to cwana bestia i nie da się go łatwo wywieść w pole, więc nawet nie próbowałem tego robić. Myślę, że w tych opowiadaniach znaleźć można też kawałek mojego świata — być może nawet te jego rewiry, którymi nie chciałby się do końca dzielić…

Ci z Was, którzy bywali na moich spotkaniach autorskich wiedzą też, że hołduję pewnej opinii, która na przestrzeni tych ostatnich sześciu lat nie zmieniła się ani na jotę. Otóż jestem pewien, iż autor bez oddanych Czytelników nie ma racji bytu.

Dlatego też, Drodzy Czytelnicy — którzy jesteście ze mną od początku, którzy wybaczacie mi zdarzające się od czasu do czasu opóźnienia premier, którzy chcecie wciąż zagłębiać się w wykreowane przeze mnie historie i tym wszystkim utwierdzacie mnie w przekonaniu, że to, co robię, ma sens — Wam właśnie dedykuję książkę Opowiem ci mroczną historię.

Bez Was moje życie byłoby o wiele mniej kolorowe.

Ostatni telefon

Wojtkowi Bellonowi

1.

Miał przed sobą dwadzieścia trzy minuty marszu. Doskonale wiedział, ile czasu zajmuje mu pokonanie drogi z domu do studia. Gdy wymagała tego sytuacja, był perfekcjonistą, który nie pozwalał sobie na niedoróbki, więc prawie trzy lata wcześniej, już w pierwszym tygodniu pracy, kilkakrotnie zmierzył czas, aby niepotrzebnie nie denerwować się, czy zdąży podbić kartę na portierni.

Szedł, uważnie patrząc pod nogi. Topniejący śnieg tworzył na chodniku błotniste, brunatne kałuże. Andrzej nie miał zamiaru spędzić ostatniego dnia przed urlopem w przemoczonych butach, więc każdy krok stawiał bardzo ostrożnie. Gdy dotarł do przejścia, spojrzał na zegarek. Miał pół minuty spóźnienia. Na dodatek akurat zapaliło się czerwone światło. Wiedział już, że resztę drogi będzie musiał przebyć trochę szybciej. Martwił się o swoje, kupione tydzień wcześniej za czterysta złotych, zamszowe trzewiki — nawiasem mówiąc, najnowszy krzyk warszawskiej mody — lecz uznał, że najważniejsze jest to, aby być w redakcji na czas.

Jego kariera w radiu przypominała amerykański sen. Jeszcze dwa lata wcześniej biegał po mieście z dyktafonem i tłoczył się w korytarzach magistratu w oczekiwaniu na wypowiedzi miejscowych polityków, które mogłyby później pójść w lokalnych wiadomościach. Teraz prowadził w ogólnopolskiej stacji audycję na żywo. Rozmawiał podczas niej ze słuchaczami wylewającymi na antenie swoje żale lub — zdecydowanie rzadziej — dzielącymi się jakąś rozsądną opinią na zadany temat. Przeważnie programy dotyczyły wydarzeń politycznych, jednak czasami zdarzały się też audycje tematyczne. Tak jak tego właśnie dnia.

Do niedawna bardzo skrupulatnie się przygotowywał, robiąc spis kontrowersyjnych sądów, które cytował później w trakcie programu, lub przynajmniej drukował na kartce coś w rodzaju zestawu pytań do słuchaczy. Teraz już nie musiał. Kredyt zaufania, jaki dawał mu dyrektor, był tak wielki, że Andrzej nie obawiał się już drobnych wpadek. O takie rzeczy musieli się teraz martwić inni. Uśmiechnął się pod nosem i energicznie wkroczył na przejście.

Nie wiedział, czyj to był pomysł, aby poświęcić audycję depresji. Domyślał się, że to najprawdopodobniej sprawka tej starej pindy, Marczewskiej, której dyrektor radził się czasem w sprawach programowych.

„Idiotka, jakich mało, ale ma zaskakująco duży wpływ na Starego. Trudno, niech będzie depresja. Byle tylko ten dzień szybko się skończył” — myślał, przyspieszając kroku.

Gdy zbliżał się do siedziby radia, powiódł wzrokiem wokół siebie. Ciężkie ciemnoszare chmury spowijały okolicę. Nagie korony drzew straszyły bezlistnymi konarami, które konwulsyjnie podrygiwały w podmuchach porywistego wiatru. Andrzej uznał, że dwudziesty trzeci lutego idealnie nadaje się na dzień walki z depresją.

Wchodząc po schodach, miał lekką zadyszkę. Po raz ostatni spojrzał na tarczę zegarka. Szedł tak szybko, że miał jeszcze ponad minutę zapasu. Energicznie pchnął drzwi wejściowe i po chwili znalazł się w ciepłym, przytulnym wnętrzu.

2.

Przed wejściem do studia przyrządził aromatyczną kawę w wielkim czarnym kubku, jak zwykle. Wyjął z lodówki mleko, dolał je do pachnącego gorącego płynu i ruszył korytarzem w kierunku reżyserki. W połowie drogi przypomniał sobie, że w teczce zostawił zebrane naprędce materiały na temat depresji, których nie chciało mu się przeglądać w domu. Miał nadzieję, że trochę poczyta w trakcie audycji; piosenki puszczane przez realizatora pomiędzy wejściami antenowymi dawały taką możliwość, lecz teraz było już za późno, aby wrócić. Za dwie minuty miał się zacząć serwis informacyjny, podczas którego Andrzej zawsze już siedział w studiu.

„Trzeba będzie improwizować — pomyślał — ale może jakoś z tego wybrnę”.

Przywitał się z kolegami czekającymi na niego w reżyserce, po czym wszedł do wytłumionego pomieszczenia, przepuszczając przed sobą Karola, który miał za chwilę zacząć odczytywać wiadomości.

Nie potrafił się skupić na serwisie. W zakamarkach pamięci starał się odszukać choćby najdrobniejszy ślad wiedzy o depresji. Oprócz powszechnie znanych faktów, przypomniał sobie, że jest ona uważana za chorobę, którą należy leczyć. Niewiele, ale zawsze coś.

Podczas przerwy reklamowej Karol opuścił studio. Po dżinglu rozpoczynającym audycję z głośników w tysiącach domów popłynął charakterystyczny ciepły głos Andrzeja:

— Witam państwa. Jest mi niezwykle miło, że możemy się spotkać w ten chłodny lutowy poranek. Tematem dzisiejszej audycji będzie depresja. Chciałbym, abyśmy porozmawiali o tej chorobie. — Ostatni wyraz został wyraźnie zaakcentowany. — Na pewno wśród słuchaczy są osoby, które spotkały się z nią w codziennym życiu. Liczę, że telefony od państwa pozwolą nam bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. Szczególnie zachęcam do zabierania głosu tych, którzy z depresją już sobie poradzili. Jak ją rozpoznać, jak leczyć, co wam pomogło…

 

Rutynowo wyrecytował numer telefonu. Realizator pogłośnił piosenkę, która do tej pory stanowiła tło dla wypowiedzi prowadzącego. Andrzej odetchnął. Początek był przyzwoity, więc zapewne znów uda mu się spaść na cztery łapy. A potem już tylko pakowanie i następnego dnia wyjazd z Martą do Austrii, na narty.

Postanowił, że wrócą stamtąd jako narzeczeni. Wiedział, jak Marta bardzo pragnie, aby wreszcie się jej oświadczył. I oto nadchodził ten moment, a gustowny pierścionek z brylantem czekał spokojnie w bocznej kieszeni jednej z walizek. Tylko jak to zrobić? Może w jakiejś przytulnej restauracji, a może na stoku, pośród…

— Co jest z tobą, do cholery?! — W słuchawkach zazgrzytał zniecierpliwiony głos realizatora. — Masz słuchaczkę na linii…

Andrzej gwałtownie wyprostował się w fotelu i podniesionym do góry kciukiem dał znak przez szybę, że jest gotów.

— Dzień dobry panu. Mam na imię Anna. Bardzo się cieszę, że po raz pierwszy się dodzwoniłam i mogę z panem porozmawiać. — Głos wskazywał na to, że rozmówczynią Andrzeja jest młoda kobieta. — Słucham tej audycji od samego początku i bardzo lubię, gdy…

— Witam, pani Anno — przerwał jej bezceremonialnie. — Dziękuję za miłe słowa, ale zdaje się, że mieliśmy rozmawiać o depresji. — Nie chciał, aby w jego słowach zabrzmiała niecierpliwość, jednak cisza, która zapanowała w eterze, świadczyła o tym, że zareagował zbyt gwałtownie.

— Pani Aniu?

Odpowiedział mu odgłos odkładanej słuchawki, po którym rozległ się przerywany sygnał.

— No cóż, coś nas rozłączyło, ale mam nadzieję, że uda się pani jeszcze raz do nas dodzwonić. A tymczasem mamy na antenie kolejnego słuchacza. — Starał się mówić jak najbardziej naturalnie, lecz wiedział, że nie jest w stanie opanować lekkiego drżenia głosu, spowodowanego mimowolnym skurczem krtani. Po raz pierwszy coś takiego przydarzyło mu się w trakcie prowadzonej audycji.

Kiedy starszy mężczyzna opowiadał o tym, jak wiele lat temu udało mu się z trudem wyjść z choroby, Andrzej głęboko oddychał, a kiedy skończyli rozmowę, już bez najmniejszych oznak zdenerwowania zapowiedział kolejną piosenkę.

3.

Była to jedna z nudniejszych audycji, jaką przyszło mu prowadzić, a jego niesmak pogłębiał się po każdym kolejnym telefonie. „Cóż jest interesującego w tym, że ktoś tam ma doła i w dodatku dorabia do tego jakąś ideologię? Do roboty by się wzięli i depresja od razu by minęła — myślał. — W dodatku na takich naiwniakach żerują koncerny farmaceutyczne, wciskając im jakieś specyfiki, za które trzeba słono płacić. Bandy lekarzy utrzymują się z wmawiania ludziom, że problem jest poważny, a kozetki w gabinetach psychologów aż stękają pod ciężarem kolejnych nieudaczników”.

Andrzej zawsze starał się, aby jego prywatne poglądy nie wpływały na atmosferę prowadzonych ze słuchaczami rozmów. W dyskusjach politycznych do perfekcji opanował sztukę chłodnego, niezabarwionego kolorami partyjnymi komentarza. Tym razem było inaczej. Kilka razy w eter popłynęła jakaś ironiczna uwaga, parę półsłówek sugerujących, że jeśli ktoś ma problem, to powinien sobie z nim radzić sam, a nie trąbić o nim na całą Polskę.

Gdy do końca audycji zostało pięć minut, Andrzej dziękował Bogu, że przed nim już tylko jedno wejście antenowe, ostatni telefon od słuchacza, i wreszcie urlop. Powoli zaczął składać kartki, zapełnione notatkami sporządzonymi podczas programu. W jego przekonaniu najważniejsze były te zawierające listę zakupów, które zrobi, wracając do domu.

— Dzień dobry, panie redaktorze — rozległ się głos w słuchawkach.

— Witam. Jak ma pani na imię?

— Mam na imię Anna. Rozmawialiśmy już podczas tej audycji. — Spokojny, ledwie słyszalny głos kobiety brzmiał zupełnie inaczej niż ten, który pamiętał.

— A, tak, rzeczywiście. Coś nas rozłączyło…

— Nie — ucięła dość ostro. — Po prostu odłożyłam słuchawkę.

Po chwili milczenia kobieta odezwała się ponownie. Głos w słuchawce znów był spokojny. Zaskakująco spokojny.

— Bardzo się na panu zawiodłam. Pańska audycja była jedną z rzeczy, które trzymają mnie przy życiu. Codziennie na nią czekałam. Pański głos jakoś tak… pomagał żyć… A dziś… Dziś dowiedziałam się, jaki pan jest naprawdę… — Głos kobiety zaczął się łamać, oddech był coraz bardziej urywany. — I dlatego… wie pan co? Ja już nie chcę żyć…

— Pani Aniu, proszę się uspokoić. Jeśli panią uraziłem, to bardzo przepraszam. Naprawdę ogromnie mi przykro. Ale to wszystko przecież nie jest takie istotne…

— A skąd pan, do jasnej cholery, może wiedzieć, co dla mnie jest istotne?! — Kobieta znów podniosła głos. — Nie ma pan o tym zielonego pojęcia! — W słuchawkach było wyraźnie słychać jej świszczący oddech.

— Pani Anno… Pani Aniu, proszę się uspokoić…

— Albo wie pan co? — Powiedziała to tak, jak gdyby w ogóle go nie słyszała. — Ma pan rację. Rzeczywiście, to wszystko nie jest istotne. — W tym momencie zaczęła się histerycznie śmiać. — Tak, tak, to nieistotne. Całkowicie nieistotne… — Opętańczy chichot, zwielokrotniony przez zbyt głośno ustawione radio w domu słuchaczki, rozbrzmiewał w domach całej Polski.

Andrzej zaczął dawać znaki realizatorowi, aby przerwał audycję, ten jednak siedział jak sparaliżowany, wpatrując się przed siebie. Wreszcie oprzytomniał i sięgnął do konsolety. W słuchawkach dało się słyszeć jakiś rumor, a śmiech został nagle zdławiony i zastąpiony wyraźnymi odgłosami szamotaniny. Realizator pomylił suwak i zamiast zgłośnić muzykę, sprawił, że cisza, która nastała po całym zdarzeniu, zdawała się jeszcze bardziej natarczywa. Tysiące ludzi wsłuchiwało się w nią, patrząc na radioodbiorniki. Niepokój nie minął nawet wtedy, gdy z głośników popłynęła łagodna muzyka Stinga.

4.

— Bardzo pięknie, panie Stolarczyk. — Marczewska powoli sączyła słowa, wlepiając w Andrzeja jadowite spojrzenie. — Naprawdę doskonała robota. Na pana miejscu modliłabym się, żeby to był tylko jakiś głupi dowcip, bo jeśli ta kobieta rzeczywiście coś sobie zrobiła…

— Pani Halino… — przerwał jej Słowiński, a oczy zgromadzonych w sali narad redaktorów przeniosły się na jego twarz. — Proszę, dajmy spokój złośliwościom. Dla nas wszystkich jest to trudna sytuacja. Od zakończenia audycji linia jest rozgrzana do czerwoności. Dzwonili już z gazet, z innych stacji, odbieramy mnóstwo telefonów od słuchaczy. Ostatnia rzecz, jakiej nam teraz potrzeba, to wewnętrzne spory.

Andrzej ze zdumieniem spojrzał na Starego. Do tej pory nigdy nie reagował na ataki Marczewskiej, nawet znacznie ostrzejsze. Wyglądało więc na to, że sytuacja naprawdę jest poważna.

— Przekazaliśmy już policji numer telefonu — ciągnął naczelny. — To komórka, miejmy nadzieję, że zarejestrowana na właściciela, a nie kupiona gdzieś na stadionie. Poprosiłem państwa o to spotkanie, aby nie było wątpliwości: do czasu wyjaśnienia sprawy — żadnych komentarzy, żadnych informacji. Nikomu, nawet najbliższym. Pracujemy tak, jak gdyby nic się nie stało, i czekamy na wieści z komendy. Gdy nadejdą, będziemy reagować na bieżąco. Czy to jest jasne?

Pytanie było retoryczne, jednak większość z obecnych odruchowo skinęła głowami.

— Jeszcze jedno… — Słowiński popatrzył na Andrzeja. — Słyszałem program od początku do końca i nie życzę sobie żadnych dyskusji na jego temat. Audycja była prowadzona profesjonalnie i — cokolwiek się stało — redaktor Stolarczyk nie ponosi za to odpowiedzialności. Różni ludzie dzwonią do programów emitowanych na żywo i różnie reagują. Nie możemy dopuścić do tego, aby dziwaczne zachowania naszych słuchaczy kładły się cieniem na naszej pracy.

Andrzej patrzył na szefa, lecz kątem oka dostrzegł, jak Marczewska z dezaprobatą kręci głową.

— Rozumiemy się? — Pytanie zostało skierowane do wszystkich, lecz naczelny przeniósł wzrok na swoją zastępczynię i nikt nie miał wątpliwości, komu tak naprawdę zostało zadane.

Zacisnęła usta i spuściła wzrok.

— Jeżeli nie ma pytań, to dziękuję państwu. Proszę wracać do pracy, a panu Andrzejowi życzę udanego urlopu.

5.

— Cześć, kochanie.

— Andrzejku, nareszcie! Kilka razy próbowałam się do ciebie dodzwonić. Słyszałam audycję…

— Marta, posłuchaj… Kiepsko się czuję po tym wszystkim. Pomyślałem, że może odłożymy wyjazd. Powiedzmy — do niedzieli. Nie wiem jeszcze, co się stało, będę czekał na telefon z redakcji. Ale nawet jeśli to jakiś koszmarny żart, to i tak nie mam w tej chwili głowy do pakowania się. Zresztą muszę jeszcze zrobić przegląd auta, a dziś już nie zdążę.

— No pewnie. Rozumiem. Wpadnę wieczorem…

— Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł. Wolałbym dzisiaj być sam i wszystko sobie dokładnie przemyśleć. Nie gniewasz się?

Odpowiedź padła dopiero po chwili:

— Nie, oczywiście, że nie… Skoro uważasz, że tak będzie lepiej…

— Na pewno. Dla nas obojga. Trzymaj się, jutro zadzwonię.

Rozłączył się i schował komórkę do kieszeni. Dochodził akurat do delikatesów. Przystanął, pomyślał przez chwilę, po czym pchnął drzwi wejściowe.

Zanim wyszedł z pracy, długo rozmawiał z dźwiękowcem, który kilkanaście razy odsłuchał końcówkę audycji. Jego opinia była jednoznaczna — gdyby nie fakt, że nie było słychać odgłosu upadającego telefonu, dałby sobie rękę uciąć, że kobieta popełniła na antenie samobójstwo. Odgłos przewracanego taboretu lub krzesła, a pośród dźwięków szamotaniny słabo słyszalne dźwięki zadławienia, przechodzące w rzężenie, nie pozostawiałyby złudzeń. Ale trudno przypuszczać, że osoba, która targnęła się na własne życie, zakończyła je, wciąż trzymając telefon komórkowy w dłoni. Było to pocieszające, lecz niewystarczająco. Podchodząc do lady, Andrzej wiedział, czego mu potrzeba.

— Poproszę jacka daniel’sa i dwie paczki czerwonych marlboro.

6.

Był mniej więcej w połowie butelki i odpalał kolejnego papierosa, gdy zadzwonił telefon.

— Witam. — Głos naczelnego brzmiał jakość nienaturalnie. — Może pan rozmawiać?

— Oczywiście. Są jakieś nowe informacje?

— Przykro mi, ale tak. Sprawdziły się nasze najgorsze przypuszczenia…

Andrzej z trudem przełknął ślinę i spojrzał łapczywie na stojącą obok szklaneczkę napełnioną whisky.

— Czy to znaczy, że…?

— Tak, ta kobieta naprawdę to zrobiła. Znaleziono ją w Busku, w Świętokrzyskiem, jakieś pół godziny temu. Telefon miała w kieszeni koszuli, a w uszach słuchawki z mikrofonem wbudowanym w kablu. Dlatego nie słyszeliśmy upadającej komórki. — Ponieważ nie usłyszał żadnej odpowiedzi, po chwili dodał: — Czy mogę panu jakoś pomóc?

— Nie, dziękuję, poradzę sobie jakoś. — Andrzej nie wytrzymał i jednym haustem opróżnił szklankę. — Czy wiadomo, kim ona jest… była?

— Nie wiem nic poza tym, co panu przekazałem. Jeszcze raz powtarzam: nikt normalny nie wini pana za to zdarzenie. Ale… — Naczelny zawiesił głos. — …ale to dobrze, że wyjeżdża pan za granicę na urlop. Jutro w mediach z pewnością rozpęta się piekło.

— Tak, dziękuję panu.

— Do widzenia. I proszę się nie przejmować.

— Dobrze. Do widzenia.

Pół godziny później, kompletnie pijany, leżał w ubraniu na łóżku i usiłował skupić wzrok na świetle latarni, które padało na sufit. „Proszę się nie przejmować” — przypomniał sobie ostatnie zdanie Starego.

„Chyba mu całkiem odbiło” — pomyślał i zapadł w głęboki sen.