Jedna krewTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2020

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@liber.pl

dystrybucja.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2019

tekst © Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-785-8

Jeśli kogoś kochasz, to po jego śmierci zmienia się

tylko to, że bardziej tęsknisz.

Włodzimierz Witoszczyk

NIKA

1.

Minęło trochę czasu, zanim moi rodzice przyzwyczaili się do mieszkania w czteropiętrowym, zbudowanym z betonowych płyt bloku. Na początku nie mogli przywyknąć, że mogą być na bieżąco z życiem sąsiadów, zarówno tych z góry, jak i tych mieszkających poniżej. Ojciec narzekał, że budzą go, nawet jak chodzą w nocy do toalety, a mama zwykle wtedy uśmiechała się nieznacznie i dodawała, iż jej przeszkadzają trochę inne nocne odgłosy. Rumieniła się wówczas lekko i zerkała na mnie ukradkiem, by sprawdzić, czy przypadkiem nie powiedziała zbyt wiele. Dawało mi to do myślenia, ale nie miałem pojęcia, o co jej może chodzić.

W Ustrzykach Dolnych zamieszkaliśmy w połowie tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku, kiedy miałem niecałe dziesięć lat, i sporo jeszcze wody miało upłynąć w Strwiążu, zanim koledzy z podwórka rozszerzyli nieco moje horyzonty i przyczynili się do zrozumienia tajemniczych spojrzeń mamy.

Rodzice mogli utyskiwać jedynie na sąsiadów z dołu i góry, ponieważ ich pokój – narożny w bloku – graniczył przez ściany tylko z naszą kuchnią i małym pokoikiem, w którym spałem. Chyba przez długi czas nie zorientowali się, że wiem o wszystkim, co dzieje się w ich sypialni; być może zdali sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy kilka lat później zaczęły mnie nękać koszmary i kiedy w miarę spokojnie przespana przeze mnie noc była czymś naprawdę wyjątkowym.

A cała historia zaczęła się w przeddzień moich jedenastych urodzin.

*

Wczesnym rankiem, dziewiętnastego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku, obudził mnie dzwonek telefonu.

Niedawno zamontowany, wiszący w korytarzu i odzywający się przenikliwym sygnałem aparat wciąż był rzadko używaną przez rodziców nowością. Dzwonili gdzieś raczej sporadycznie. Przeważnie do wujka Mariana, do Nowej Żernicy (nie licząc sołtysa, był on jedynym posiadaczem telefonu w wiosce) i zazwyczaj bez jakiejś poważnej potrzeby – ot, żeby zapytać, co tam nowego, zapowiedzieć wizytę lub dowiedzieć się, czy aby nowy właściciel naszego starego domu dobrze gospodarzy. Z nami też z rzadka kontaktowano się telefonicznie – czasem był to ktoś z pracy mamy lub ojca, ale w czterech przypadkach na pięć można się było spodziewać w słuchawce tubalnego głosu wujka, który zapowiadał, że razem z ciotką Grażyną i Niką przyjadą do nas w niedzielę, potrzebował konsultacji z mamą w sprawie zdrowotnej, więc telefonował w imieniu swoim lub kogoś z sąsiadów, a czasem chciał sobie po prostu pogadać z siostrą albo szwagrem.

Za oknem dopiero dniało i rodzice chyba jeszcze spali, ponieważ sygnał rozlegał się przez dość długi czas. Wreszcie usłyszałem, jak drzwi ich pokoju otwierają się, a zaraz potem dobiegł do moich uszu zaspany głos ojca:

– Halo?

Potem zapadła długa, dziwna cisza.

Ktoś coś chyba mówił, ojciec tylko słuchał, aż wreszcie powiedział, ledwie słyszalnie:

– Marian, przestań, daj spokój… Chcesz może porozmawiać z Ireną?

Przez moment czekał na odpowiedź, a następnie dwa razy odezwał się niespokojnym: „Halo…?!”. Wszystko wskazywało na to, że ktoś po drugiej stronie po prostu odłożył słuchawkę. Ojciec postał jeszcze przez jakiś czas bez słowa, aż wreszcie zrobił to samo, co jego rozmówca, i po upływie kolejnych kilkudziesięciu sekund wrócił do sypialni.

Zastanawiałem się właśnie, czy to możliwe, żeby wujek zadzwonił do nas tak wcześnie (zawsze robił to po południu), gdy zza ściany dobiegł najpierw podniesiony głos mamy, a później – o ile dobrze pamiętam – pierwszy raz w życiu usłyszałem, jak płacze.

*

Moja mama była dzielną i twardą kobietą, która wraz z dwójką rodzeństwa przez większość dzieciństwa wychowywała się w maleńkiej bieszczadzkiej wiosce, położonej niecałe trzydzieści kilometrów na południe od Ustrzyk Dolnych. Nowa Żernica w gminie Lutowiska posadowiona była w długiej, dość głęboko wciętej dolinie, więc warunki do gospodarzenia nie należały do najlepszych, ale mój dziadek zawsze powtarzał: „Lepiej na swoich kamieniach niż na cudzych czarnoziemach”. Było to powiedzenie chyba dość przewrotne i od kiedy jako tako udało mi się pojąć jego sens, zacząłem zastanawiać się, na ile dla rodziny mojej mamy te ziemie były „swoje”, a na ile czarnoziemy, na których wzrastali od maleńkości, stały się „cudze” tylko przez to, że kilka lat po wojnie ktoś z wierchuszki bratniego mocarstwa z cepami w skróconej nazwie wymyślił sobie zmianę granic.

Nigdy nie udało mi się dojść do konstruktywnych wniosków w tej sprawie, ale biorąc pod uwagę trudne warunki uprawy ziemi, brak infrastruktury oraz surowy klimat, trzeba chyba założyć, że dziadkowie bardzo starali się zapuścić w nieurodzajnej glebie Nowej Żernicy korzenie i wszystko wskazuje na to, że przynajmniej po części zdołali to uczynić. „Ziemia zawsze swoich pozna – zwykł mawiać dziadek do swojej żony i dzieci. – Kto ją ukocha, temu ona odpłaci z nawiązką i jemu przyjazną będzie”. Jednak ani moja mama, ani jej dwaj bracia – Marian i Wiesław – nie zamierzali weryfikować prawdziwości tych słów dłużej niż to konieczne i przysięgali sobie nawzajem, że czmychną stamtąd przy najbliższej nadarzającej się okazji.

Jednak, jak to w życiu bywa, człowiek strzela, a los kule nosi.

*

Tak naprawdę jedynym, któremu udało się (choć nie do końca jestem pewien, czy to właściwe określenie) na zawsze wyjechać z Nowej Żernicy, był najstarszy z rodzeństwa, wujek Wiesiek. Na początku lat sześćdziesiątych dostał wezwanie do wojska, a mniej więcej miesiąc po przysiędze zginął na poligonie gdzieś w południowo-zachodniej Polsce na skutek – jak informowało oficjalne pismo wystosowane przez armię – nieszczęśliwego wypadku.

Pismo dotarło do Nowej Żernicy dopiero kilka dni po pogrzebie, ale dziadek ani myślał odpuścić. Pojechał do jednostki, w której służył jego pierworodny, i próbował dowiedzieć się czegoś o śmierci syna, a także zrobić wszystko, by sprowadzić trumnę na nasz miejscowy cmentarz. W drugiej sprawie niczego nie wskórał, natomiast w pierwszej najprawdopodobniej tak, ponieważ nie było go w domu prawie przez kwartał, a wrócił, dość mocno utykając (nigdy potem nie chodził już normalnie) i z twarzą noszącą niezagojone jeszcze ślady ciężkiego pobicia.

Wcześniej, po wojnie i przez następne lata, zdawało się, że dziadek – mimo tego, co cała rodzina wycierpiała w wyniku przesiedleńczej Akcji H-T – daje nowej władzy coś w rodzaju kredytu zaufania, ale jego poglądy uległy diametralnej zmianie, od kiedy zaczął utykać. Ucinał każdy temat związany z polityką, a czasami tylko, po paru głębszych, mamrotał w tym kontekście coś pod nosem o skurwysynach, bandytach i mordercach jego syna. A gdy wytrzeźwiał, mieszkał nadal spokojnie w swojej Nowej Żernicy, ciężko pracował i nie musiał użerać się z tymi, których nagle zaczął tak bardzo nienawidzić. I miał nadzieję, że tak będzie już zawsze. Ale dwoje dzieci, które mu jeszcze pozostały, miało zupełnie inne plany…

*

Wujek Marian przeżył dość ciężko śmierć starszego brata, ale z czasem zdołał się jakoś po niej otrząsnąć. W sześćdziesiątym piątym postanowił kontynuować edukację w Technikum Mechanicznym imienia Karola Świerczewskiego w Sanoku (w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku patron cudownie zamienił się w Grzegorza z Sanoka). Dziadek przyklasnął temu pomysłowi, zdając sobie sprawę, że czas biegnie nieubłaganie i bez nowoczesności ani rusz, także w prywatnym rolnictwie na niewielką skalę. Nie zwrócił jednak uwagi na fakt, iż głównym zadaniem szkoły miało być kształcenie kadr dla Sanockiej Fabryki Autobusów „Autosan”.

Plany wujek miał ambitne. Pod koniec szkoły zaczął już rozglądać się za mieszkaniem, które mógłby wynająć. Odbywał praktyki w fabryce, a – co za tym idzie – na dobrą sprawę zagwarantowano mu już całkiem atrakcyjne jak na owe czasy zatrudnienie. Był zdolny, lubiany i na tyle bezczelny, by nawet zacząć myśleć o studiach na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Rzeszowie (gdyby mu się udało, jako pierwszy w bliższej i dalszej rodzinie zdobyłby wyższe wykształcenie).

Los jednak nieco inaczej poniósł kule wystrzelone przez wujka Mariana i mieszkająca w gospodarstwie położonym po drugiej stronie drogi w Nowej Żernicy Grażynka Lach w październiku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego roku stała się synową dziadka, a niecałe pięć miesięcy później urodziła mu śliczną wnuczkę.

 

*

Mniej więcej w tym samym czasie mama rozpoczęła naukę w liceum medycznym w Krośnie. Wcześniej wyglądało na to, że to właśnie ona zostanie na gospodarce razem z moim dziadkiem i babcią, jednak gdy wujek Marian złożył prawie już rozwinięte do lotu skrzydła i zdeponował je w domu swojej świeżo poślubionej żony, okazało się, że niespodziewanie otwiera się szansa dla najmłodszej z rodzeństwa, Ireny.

Jej brat zdawał sobie sprawę z ogromu obowiązków, jakie na nim spoczną, ale dokładnie pamiętał o swoich niedawnych marzeniach, zatem nie czynił siostrze żadnych wymówek – przeciwnie, wspierał ją i zapewniał, że da sobie ze wszystkim radę. Wprawdzie ojciec Grażynki już nie żył, a matka była słabego zdrowia, ale na szczęście moi dziadkowie trzymali się całkiem nieźle, więc wujek Marian, który teraz miał być głównym gospodarzem w dwóch zagrodach, posiadał podstawy do tego, żeby z optymizmem spoglądać w przyszłość.

Jego najbliższym przyjacielem był poznany w sanockim technikum niejaki Barnaba Pskit. Trudno powiedzieć, pod wpływem jakich używek jego rodzice wpadli na taką właśnie koncepcję połączenia imienia z nazwiskiem, ale przecież nie świadczy o nas to, co w dowodzie, i z pewnością doskonale wiedziała o tym młodsza siostra Mariana. Barnek (tak zawsze zwracał się do niego mój wujek) był dość wysokim, całkiem przystojnym szatynem o zielonych, trochę rozmarzonych oczach. Był też świadkiem na ślubie Grażyny i Mariana, a także ojcem chrzestnym ich pierworodnej i – jak się później okazało – jedynej córki, Moniki. Najlepszą przyjaciółką, powierniczką i sąsiadką Grażynki była Irena, więc zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej uroczystości stała u boku Barnaby Pskita. I tak już im zostało.

Barnek pochodził z Sanoka, Irena mieszkała w internacie w Krośnie, odległość nie była więc duża, dlatego uczucie, które wybuchło pomiędzy nimi, mogło rozwijać się bez przeszkód. Po dwóch latach Pskit się oświadczył, a para oficjalnie została narzeczeństwem. Ślub i wesele zaplanowano na sobotę trzeciego czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku.

Już na początku owego roku młodzi upatrzyli sobie mieszkanie do wynajęcia w Sanoku – samodzielne piętro dość przestronnego, wolno stojącego domu – które miało zwolnić się z początkiem wakacji. Uzgodnili z mieszkającymi na parterze właścicielami cenę, wpłacili zadatek i z niecierpliwością oczekiwali czerwca, który nadszedł, nie przynosząc z sobą zbyt dobrych zdarzeń.

Pskit pracował już wtedy w Autosanie, jego narzeczona miała niebawem ukończyć szkołę; w sanockim szpitalu dostałaby pracę bez trudu, trzeba więc było tylko cierpliwie czekać, przygotowując się do wesela, które ostatecznie odbyło się zgodnie z planem. Zupełnie nieplanowana była natomiast śmierć świeżo upieczonej teściowej Barnaby Pskita.

Matka Ireny wzięła na siebie większość przygotowań do zaślubin córki i choć roboty był huk, to dawała sobie radę, tak jakby nagle odmłodniała co najmniej o dwadzieścia wiosen. Cały czas żartowała, dogadywała innym i doglądała wszystkiego, wsadzając nos w każdy garnek, niezależnie od tego, czy było to konieczne, czy zupełnie niepotrzebne. W niedzielę czwartego czerwca, wieczorem, gdy było już po całym zamieszaniu, kończyła porządki w kuchni i przenosiła pozostałe po weselu jedzenie do piwnicy. Taszcząc garnek z rosołem, potknęła się i runęła w dół po kamiennych schodach, skręcając sobie kark.

Córka podobno bardzo rozpaczała po śmierci matki, ale ja nie mogę tego pamiętać, bo nie było mnie wtedy jeszcze na świecie.

*

Kiedy dziewiętnastego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku wsłuchiwałem się w dobiegające z sąsiedniego pokoju pełne żalu szlochanie mojej mamy, byłem odrętwiały z przerażenia.

Wspominałem już wcześniej, że była dzielną kobietą. Po tragicznej śmierci matki wraz z mężem podjęli decyzję, że rezygnują z wcześniejszych planów i przeprowadzają się do Nowej Żernicy, żeby pomóc w gospodarstwie ojcu, który zupełnie się rozkleił. Bez pomocy matki i mając u boku tatę w kiepskim stanie, Marian nie miał szans podołać gospodarzeniu na dwóch frontach. Pskitowie mieli się sprowadzić tylko na rok, ale ostatecznie zostali na znacznie dłużej. Było ciężko, czasem zdawało mi się, że mój ojciec nie daje rady, ale mama zawsze była twarda; bywało nawet tak, iż sama musiała go podnosić na duchu. I nigdy nie płakała. Nawet jak zmarł dziadek. Ale dziewiętnastego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku zupełnie się posypała.

Leżałem z sercem sparaliżowanym strachem, próbując wyłowić z półsłówek, westchnień i urywanych zdań coś, co mógłbym dopasować do takiego zachowania mojej mamy, ale najwidoczniej ojciec tulił ją w ramionach albo przykrywała twarz dłońmi, bo niczego nie udało mi się zrozumieć.

Przez następnych kilkanaście minut płakała, a ojciec próbował ją uspokoić, aż wreszcie zaczęli się kłócić.

2.

Barnaba Pskit zrezygnował z pracy w Autosanie i znalazł zatrudnienie w Ustrzykach Dolnych, jako kierowca w miejscowym PKS-ie, natomiast jego żonę przyjęto do pracy w ośrodku zdrowia w Lutowiskach. Nie można powiedzieć, że im się przelewało, ale też nie cierpieli z powodu ubóstwa. Do pracy na roli czasem musieli dokładać, ale dzięki państwowym etatom przynajmniej mieli z czego. Wujek Marian początkowo zarzekał się, że poradzi sobie na roli, ale gdy kilka razy musiał chować honor do kieszeni i prosić o finansową pomoc szwagra i siostrę, wreszcie uległ ich namowom i znalazł pracę w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Lutowiskach.

Wspomniałem już, że w sześćdziesiątym dziewiątym na świat przyszła córka Mariana i Grażynki. Wspomniałem też, że miała na imię Monika, ale nie jest to do końca prawda. Fakt, takie imię miała w oficjalnych dokumentach, lecz na dobrą sprawę nikt się w ten sposób do niej nie zwracał. Na jej chrzcinach dziadek cichaczem trochę sobie podpił w kuchni i zaczął robić przy stole awanturę, twierdząc, że nie pozwoli na to, aby imię jego pierwszej wnuczki zaczynało się od liter M i O.

– Po moim trupie! Toście mi nie lada niespodziankę zrobili. Nie dość, że mi cały czas moja noga przypomina tych skurwysynów i bandytów, to jeszcze za każdym razem mam o nich myśleć, jak będę mówił do wnuczki?!

Babcia, która wtedy miała jeszcze przed sobą jakieś trzy lata życia, próbowała jakoś go pohamować, twierdząc – nie bez racji zresztą – że przecież wiedział wcześniej o tym imieniu i teraz jest już za późno, ale w dziadka jakby wstąpił demon.

– Będę ją nazywał Nika, ot co! – oznajmił wreszcie, lekko bełkocząc. – I niech no tylko ktoś spróbuje się przy mnie zwrócić do niej inaczej, to popamięta!

Żeby nie podgrzewać napiętej atmosfery, wszyscy skwapliwie przystali na ultimatum dziadka, chociaż już i tak wstyd był przed zaproszonymi gośćmi, bo w tamtych czasach nie pito raczej alkoholu na chrzcinach.

W ten sposób Monika została Niką. Przez długi czas nikt przy dziadku nie zwrócił się do niej prawidłowo, aż w końcu imię Nika przylgnęło do dziewczynki tak mocno, że prawie zapomniano, jakie rzeczywiście jest wpisane w dokumentach.

Trzydziestego września siedemdziesiątego trzeciego roku, gdy do terminu narodzin dziecka Ireny i Barnka pozostały jeszcze prawie dwa miesiące, rodzina zebrała się na obiedzie i zaczęła rozprawiać na temat imienia dla przyszłego jej członka. Przez dłuższy czas rozpatrywano różne propozycje, aż w końcu ustalono, że jeśli to będzie dziewczynka, dostanie imię po nieżyjącej już wtedy babci Anieli. Z chłopcem był większy problem. Dziadek zaproponował, aby dać mu Wiesław, po zmarłym wujku, ale ta koncepcja została natychmiast odrzucona przez Irenę – stwierdziła, że przecież wychowywali się razem z Wieśkiem i nie mogłaby tym samym imieniem zwracać się do swojego syna. Sprawa chwilowo utknęła w martwym punkcie, a nieco urażony dziadek, chcąc zmienić temat, zapytał, dlaczego wszyscy, włącznie z nim, nazywają Nikę w taki dziwny sposób, skoro na chrzcie dano jej inaczej. Było sporo śmiechu, ale nowe imię tak mocno zdążyło już przylgnąć do dziewczynki, że nawet nie próbowano całej sprawy odkręcać.

Można powiedzieć, że w tej rodzinnej scence poniekąd brałem już udział, ponieważ to właśnie o moim imieniu miano zadecydować. Tego dnia się nie udało, ale niecały tydzień później, w sobotę szóstego października, dziadek, dłubiąc coś tam w swojej komórce, słuchał radia (na moje nieszczęście), w którym nadawano właśnie wywiad z zaproszonym gościem o dziwnym imieniu.

– Wieńczysław, to prawie jak Wiesław! – krzyczał dziadek, zmierzając truchtem w stronę domu. – Prawie jak Wiesław, ale jednak inaczej!

Znam dobrze tę historię, bo rodzice opowiadali mi ją wiele razy, od najmłodszych moich lat poczynając. I muszę powiedzieć, że choć bardzo kochałem dziadka, to jednak nigdy mu nie wybaczyłem tego pomysłu.

Wieńczysław Pskit. Litości!

Miałem też trochę żalu do mamy, ale do ojca – ani trochę. Nawet jeśli zgodził się po części dlatego, żeby nie być jedynym dziwacznie nazywającym się członkiem rodziny, to jakoś tam jestem w stanie go zrozumieć.

Wieńczysław Pskit, syn Ireny i Barnaby.

Gdyby nie Nika, to w szkole by mnie zjedli na podwieczorek za samo bycie takim dziwolągiem. Ale ona była ode mnie – i od moich rówieśników, którzy próbowali mi dokuczać – starsza o ponad cztery lata. Było kilka prób ośmieszenia mnie, owszem, ale praktycznie kończyły się one szybciej, niż zaczynały. A to wszystko dzięki Nice właśnie, która natychmiast (albo najpóźniej po lekcjach w szkole w Lutowiskach) pojawiała się nie wiadomo skąd i temat był ucinany jak nożem. Była wysoka i silna, więc nie muszę dodawać w jaki sposób.

Wychowywaliśmy się razem, zajmowała się mną od maleńkości i była dla mnie jak siostra. Nigdy nie odmówiła wspólnej zabawy, pokazywała mi świat i uczyła, jak się bić, gdy miałem siedem czy osiem lat. Mieliśmy niedaleko naszych domów kilka świetnych kryjówek, które razem zbudowaliśmy i gdzie spędzaliśmy mnóstwo czasu. Byłem przy niej małym i głupim smarkiem, ale wiem, że skoczyłaby za mną w ogień. To, że ja zrobiłbym dla niej to samo, jest chyba oczywiste.

*

W poniedziałek dziewiętnastego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku, leżąc na łóżku i słuchając zza ściany podniesionych głosów, myślałem o Nice. Myślałem też o plastikowych nartach, które leżały wtedy schowane w szafie rodziców. Miały być prezentem na moje jedenaste urodziny, a ja udawałem, że nic na ich temat nie wiem. W Ustrzykach wybudowali niedawno, na Kamiennej Laworcie, prawdziwy wyciąg, a ja, kładąc się spać poprzedniego wieczora, marzyłem, że najbliższej zimy Nika przyjedzie do nas i wybierzemy się tam we dwoje. W Żernicy jeździliśmy sporo (i całkiem nieźle) na drewnianych nartach, które zrobił dla nas dziadek, ale to przecież nie to samo, co na prawdziwym wyciągu, gdzie nie trzeba dziewięćdziesięciu procent czasu spędzać na mozolnym podchodzeniu pod górę.

Rejestrowałem poszczególne słowa mamy, która twierdziła, że nie powinienem tego dnia jechać do Żernicy, ojciec był odmiennego zdania.

– On ma już prawie jedenaście lat! – mówił podniesionym głosem. – Przecież takie rzeczy go nie ominą w życiu. Nie możemy go zawsze trzymać pod kloszem.

– Zawsze nie będziemy mogli, i dobrze, ale teraz jeszcze powinniśmy – upierała się mama.

– Będzie miał do nas o to później żal! Dlaczego jesteś taka uparta?!

– Zrozum, Barnaba… – Skoro mama tak powiedziała do ojca, to sytuacja była naprawdę poważna, ale ja już ich dłużej nie słuchałem. Wystarczyło mi to, co usłyszałem na początku sprzeczki.

Leżałem na plecach, z półprzymkniętymi oczyma, a pod powiekami przewijały mi się obrazy, jak kadry filmu puszczonego w przyspieszonym tempie. Obrazy, które tak wiele dla mnie znaczą. Nika pomagająca mi wybudować domek na drzewie, wcierająca liść babki w puchnące po ukąszeniu pszczoły miejsce na szyi. Nika pokazująca mi, jak się skręca na nartach, przewracająca się po wywrotce i cała w śniegu, zaśmiewająca się do rozpuku. Śpiewająca kolędę w kościele w Boże Narodzenie, kąpiąca się ze mną w strumieniu w upalny lipcowy wieczór i przyznająca się, że to ona zbiła szybę w domu wujka, choć przecież to ja kopnąłem piłkę. Nika pomagająca moim rodzicom podczas żniw, pokazująca mi jesienią, jak upiec ziemniaki w ognisku. I odkręcająca boczne kółka w moim dziecinnym rowerku, żebym mógł pojechać „normalnie, na dwóch, jak prawdziwy facet” – tak powiedziała, a ja naprawdę czułem się przez moment jak dorosły.

To był taki film na niby, wyświetlający się tylko w wyobraźni, ale moje oczy zmęczyły się bardzo szybko i strasznie piekły. Nie mogłem dalej oglądać. Czułem tylko, że łzy jedna po drugiej ciekną mi z kącików oczu i spływają na poduszkę po obu stronach głowy.

 

Ale nie płakałem.

Chciałem być jak prawdziwy facet.

*

Dziadek zmarł na początku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku, więc rodzice mogli wreszcie przynajmniej częściowo zrealizować swoje plany sprzed ponad dziesięciu lat i zamieszkać w mieście. Zrezygnowali z przeprowadzki do Sanoka przede wszystkim ze względu na to, że nie chcieli oboje zaczynać wszystkiego od początku, ale chyba również dlatego, że przywykli do okolic. Ojciec nie musiał zmieniać pracy, mama po kilku miesiącach dojeżdżania do Lutowisk została zatrudniona w szpitalu w Ustrzykach Dolnych. Ja też nie mogłem narzekać. Żernica liczyła około trzydziestu gospodarstw, więc do szkoły trzeba było dojeżdżać kilka kilometrów. Teraz wystarczyło zbiec po schodach i przejść przez ulicę.

Ale trochę narzekałem. Przede wszystkim dlatego, że tęskniłem za Niką, kolegami i wioską, w której się wychowałem i która podobała mi się o wiele bardziej niż miasto. Na początku było jeszcze znośnie, bo rodzice mieli kłopot ze sprzedażą odziedziczonego po dziadku gospodarstwa i do Żernicy jeździliśmy prawie w każdy weekend, na który składała się wolna sobota. Jednak wreszcie napatoczył się kupiec i wizyty na wsi wiązały się już tylko z odwiedzinami u wujostwa, przez co zdarzały się znacznie rzadziej.

Kiedy wracałem myślami do śmierci dziadka i do tej całej ceremonii związanej z pogrzebem, zawsze zaczynało mi brakować powietrza. Pamiętałem martwe, niby podobne do dziadka, ale jednak zupełnie inne i trochę jakby obce, ciało leżące w pokoju, w którym spędziliśmy razem tyle czasu, śmiejąc się, jedząc wspólnie obiady, oglądając telewizję (najbardziej pamiętałem piłkarskie mistrzostwa świata w Hiszpanii w osiemdziesiątym drugim) czy grając w szachy albo w karty na upieczone wcześniej przez mamę ciasteczka. Dziadek leżał poważny w wielkiej trumnie, miał na sobie czarny garnitur, a jego białe, złączone na brzuchu ręce oplatał drewniany różaniec. Wokół paliły się świece i piętrzyły stosy przyniesionych przez ludzi kwiatów. Kobiety na zmianę to odmawiały jakieś nieznane mi monotonne modlitwy, to śpiewały żałobne pieśni, a ja siedziałem na krześle, w kącie, obok Niki, i próbowałem zrozumieć to, co się wokół mnie dzieje. Kręciło mi się w głowie. Nie wiem, czy z emocji, czy z braku świeżego powietrza, zamiast którego otaczała mnie gęsta, zawiesista i duszna woń kwiatów, zmieszana z zapachem wosku, ciał żałobników i zwłok dziadka. Co ciekawe, nagle przestałem mieć żal o to, że wybrał dla mnie takie beznadziejne imię, a zacząłem o to, że tak po prostu nas zostawia.

*

Gdy leżałem w swoim pokoju, podświadomie rejestrując gasnącą już powoli sprzeczkę rodziców, znów czułem duszność, ale tym razem niezwiązaną ze śmiercią dziadka, a z tym, co mnie czekało w najbliższym czasie. Zastanawiałem się, czy tym razem będzie tak samo i czy uda mi się przez to jakoś przejść ze świadomością, że będę ją widział po raz ostatni. Dręczyły mnie okropne obawy, ale czułem się o wiele starszy i dojrzalszy niż w momencie, gdy usłyszałem dzwonek telefonu.

Nie interesowało mnie to, czy mama ostatecznie zgodzi się na mój wyjazd do Żernicy, na pogrzeb Niki. Wiedziałem, że jeśli będzie trzeba, to pójdę na piechotę, mimo że musiałbym przejść prawie trzydzieści kilometrów. Właśnie wtedy usłyszałem głos zza ściany:

– Masz rację, Barnek. Do dziś żałuję, że nie byłam na pogrzebie Wieśka, i gdybym miała wtedy taką możliwość, a rodzice by mi na to nie pozwolili, to chyba nigdy bym im tego nie wybaczyła.

Niedługo potem usłyszałem, że drzwi ich pokoju się otwierają. Szybko przewróciłem poduszkę na drugą stronę i otarłem rękawem piżamy resztki łez, a potem odwróciłem się do ściany. Skrzypnęły moje drzwi, ktoś bezszelestnie podszedł do łóżka i usiadł na jego brzegu. Potem poczułem dłoń na ramieniu.

– Wieńczyk, obudź się. – Słyszałem, że głos ojca bardzo drży. – Obudź się, synku, bo muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego…