WyzwolenieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Wyspiański

Wyzwolenie

Dramat w trzech aktach

Warszawa 2020

Spis treści

DEKORACJA

SCENA 1

SCENA 2

SCENA 3

SCENA 4

SCENA 5

SCENA 6

SCENA 7

SCENA 8

SCENA 9

SCENA 10

SCENA 11

SCENA 12

INNA DEKORACJA

W KATEDRZE NA WAWELU

DEKORACJA

Rzecz napisana w roku 1902. Dzieje się na scenie teatru krakowskiego.

Gdzieś przed siódmą wieczorem,

Kościół kończył nieszporem,

bram teatru ledwo uchylono:

DEKORACJA

Wielka scena otworem,

przestrzeń wokół ogromna;

jeszcze gazu i ramp nie świecono.

Kto ci ludzie pod ścianą?

Cóż tu czynić im dano?

Czy to rzesza biedaków bezdomna?

Głowy wsparli strudzone,

cóż ich twarze zmarszczone?

Przecież pracę ich dzienną płacono.

Scena wielka otwarta:

Kościół Boga czy Czarta,

czym się stanie ta sztuki gontyna?

Choć kurtyny zaklęte,

widowisko zaczęte:

oto wszedł ktoś, – puściła go warta.

wszedł Konrad

Weszedł, – uszedł baczności. –

Czy raz pierwszy tu gości,

bo się dziwno rozgląda i bada.

Ci, co siedzą pod ścianą,

gdzie kulisy składano,

nasłuchują; on rozpowiada.

Słów słuchają zdziwieni,

czyli duchem pojęni,

skąd to idą te myśli Konrada?

Czarny płaszcz go okrywa,

ręce wiążą ogniwa,

na rękach ma kajdany.

To powolny, to rzutny,

to zapalny, to smutny,

w mowę własną dziwnie zasłuchany:

KONRAD

Idę z daleka, nie wiem z raju czyli z piekła.

Błyskawic gradem

drży ziemia, z której pochodzę,

we krwi brodzę,

nazywam się Konradem.

Rozpacz za mną się wlekła

głową wężów, okropnym widziadłem,

wyjąc: ZEMSTA.

Byłem gwiazdą,

gwiazdą stałą, niebios niewolnicą.

Tam hen, ujęty łańcuchem,

z wyprężonymi ramiony,

uwięzgłem duchem,

gdzie gwiazd iskrzące skorpiony

świecą

w przestrzeni wieczystych głusz,

gdzie gniazda bogów i dusz –

i spadłem.

Tę ziemię ukochałem

szałem

i w żądzy palącej posiadłem

ciałem! –

Jestem w każdym człowieku, żyję w każdym sercu.

Po kwietnym łąk kobiercu,

po skalnych paściach, krzesanicach

jestem niesion skrzydłami

z płomieniem w licach.

Ogień, płomienie w piersi! –

Przyszedłem, – wy najpierwsi –

wyciąga ręce ku tym, co siedzą w uboczach i mrocznych zakątach sceny

Przyszedłem – – – cyt – – przychodzę

Myśli zmąciłem w drodze...

CHÓR

Czego żądasz?

KONRAD

Służby jedynej godziny.

CHÓR

Czego żądasz?

KONRAD

Przychodzę wprząc was do dzieła.

CHÓR

Czego żądasz –?

KONRAD

Na was myśl moja spoczęła.

jakby przypomnieć chciał rzecz, z dawna już jemu znaną

Tam, kędyś trzeba dojść i wniść

a mocą rozprzeć wrota, – –

nie patrzeć pozad...

Nim zwiędnie kwiatu świeży liść,

zanim ptacy zaświergocą swój świt

nad śmiertelną mogiłą,

nim pojmie ich martwota

i wznieść pochodnię ponad! –

Tam kędyś trzeba dojść i wniść

siłą!!

patrzy się po otaczających go robotnikach

Siła to wy.

CHÓR

Czego żądasz?

KONRAD

Poznałem w was siłę.

CHÓR

Czego żądasz –?

KONRAD

Wiem: kościół, zamek, mogiłę.

Te postawię i zburzę.

zrywając ręce w silnym ruchu, poszarpnął kajdan

Zejmijcie mi kajdany.

CHÓR

U rąk je dźwigasz, u nóg;

drogą ty spracowany.

KONRAD

Przeszedłem ciemnie dróg. –

Zejmijcie z prawej ręki.

CHÓR

Znaki więzień i męki.

KONRAD

Zejmijcie z rąk i stóp.

CHÓR

Krwią ubroczone stopy.

KONRAD

Przeszedłem ognie prób;

czoło poorał cierń.

CHÓR

Jesteś wolny.

KONRAD

Kto wy jesteście –?

CHÓR

Chłopy.

KONRAD

Kto wy jesteście –?

CHÓR

Czerń.

ROBOTNIK

Śród parcia ludu onego na ostrza bagnetów, padła mi u stóp siostra moja, a krew chlusnęła na moją pierś, – chlusnęła ku oczom. Nic już nie widziałem dalej, jeno krew i krew siostrzaną.

KONRAD

Synu zemsty, – dzieła dokonam z wami i na czyn twój patrzeć będę. Tu będą się bawić, a wy będziecie patrzeć, aż przyjdzie godzina zemsty.

ROBOTNIK

Czekamy takiej godziny.

KONRAD

Oto usiądźcie tam w kątach i uboczach, aż zawezwę was, abyście wystąpili z czynem.

ROBOTNIK

Co rozkażesz –?

KONRAD

Będziecie czynić, co czynicie co wieczór w tym oto gmachu.

ROBOTNIK

I zwykłą dostaniemy zapłatę.

KONRAD

I zwykłą dostaniecie zapłatę.

ROBOTNIK

Dalej nic nie myślę.

KONRAD

Będziecie budować i burzyć.

ROBOTNIK

Tak upływa nam życie nasze. Synowie nasi zburzą, co my budujemy. Burzymy, co zbudowali ojcowie nasi.

KONRAD

Będziecie budować i burzyć w milczeniu i cokolwiek byście obaczyli, ktobykolwiek był na waszej drodze, przystąpcie nieubłagalni i podporę wyrwiecie, o którą wsparty i bel weźmiecie, którym się ogrodzą i otoczą, – i rzućcie precz, jako odrzuca się i odciska rumowisko, śmieć i łachy a rupiecie stargane. I ani pojrzycie, co czynić wam przyjdzie.

ROBOTNIK

Tacy jesteśmy.

KONRAD

Takich was widzę i tacy będziecie.

ROBOTNIK

Ujrzysz nas.

KONRAD

A teraz idźcie wypoczywać i czekajcie znaku:

ROBOTNIK

Kto nam da znak?

KONRAD

– – Zapadnie jakoby smuga mroku i cieniem przesłoni wszystko, co przed waszymi oczami.

ROBOTNIK

Oczy nasze nawykły do mroku.

INNY ROBOTNIK

Mrok mnie miły i łagodny.

ROBOTNIK

Noc upragniona i jedyna.

KONRAD

Po czynach waszych przyjdzie NOC.

CHÓR

Noc upragniona i jedyna.

KONRAD

Odejdźcie.

Oddalają się. Wchodzi Reżyser.

REŻYSER

A! witam pana, witam, witam!

Ho, czasów tyle, kopę lat!

Mamy tu scenę, – właśnie czytam

o Romantyzmie, – przerósł świat.

Romantyzm sobie buja, wodzi,

coraz to wyżej, nie dba nic

a światek coraz niżej schodzi.

Cóż tam? Jest jaka sztuka?

KONRAD

Nic.

REŻYSER

Nic!? A my mamy wielką scenę:

dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż.

Przecież to miejsce dość obszerne,

by w nim myśl polską zamknąć już,

by się te iskry ducho-żerne,

co u rozstajnych siedzą dróg,

zeszły tu wszystkie za nasz próg

w światło kinkietów, – zacząć ruch.

 

Talenta bowiem są niezmierne,

lecz trzeba, by w mnie wstąpił duch.

To są syntezy pierwsze rzuty,

lecz wymagają dysputy.

Usuwa się z pierwszego planu. Wchodzi Muza.

KONRAD

O tajemnicza, piękna, którą

uwielbiam, pozwól,

że nazwę cię: „Literaturą”.

Kimkolwiek jesteś, Muzo boska,

cóż chmurzy czoło twoje?

MUZA

Troska.

KONRAD

Grasz –?

MUZA

Będę dzisiaj w grze cudowną,

bo będę w grze kapryśną.

KONRAD

Nawet kaprysy są rutyną

u ciebie, – boska. – Wiedziesz chór

wybranek?

MUZA

Wieniec cór.

We złotej konsze tu nadpłyną.

Są eteryczne.

KONRAD

Polki?!

MUZA

Słyną!

KONRAD

Ta pierwsza?

MUZA

To harfiarka Lila,

z rodu Wenedów.

KONRAD

Zmartwychwstała.

MUZA

W tym deszczu włosów, w rąk rzuceniu,

w przegięciu, smętku, zaniedbaniu,

w arfy miłosnym kołysaniu:

Lila żebraczka.

KONRAD

A ta druga?

MUZA

To najmłodsza córa Popiela:

Zosia, co wszędy kogoś ściga

i goni zamyślona.

KONRAD

To fryga

narodowa. – A tamte?

MUZA

Dziewki od pługa.

Postacie, o których mowa, właśnie płyną w głębi we złotej konsze na kółkach i wysiadają na scenę.

Ja w teatrzykach amatorskich

grywam markizy i hrabianki;

za guwernantkę mnie półpanki

biorą do swoich dworów;

jestem gwiazdą doktorów

przewodnią; – tyś bohater, słuchaj,

tyś powinien był tu przyjść z pochodnią, –

jak ja z gałązką wawrzynu.

A jakież sobie miano przybrałeś?

KONRAD

Wziąłem to Imię – zgadniesz z czynu:

Czym będę, zgadniesz czym jestem;

chcę działać.

MUZA

Wiem, rozumiem: gestem.

KONRAD

Czynem!

MUZA

Gestem!

Czegóż to chcesz?

KONRAD

Wyzwolin.

MUZA

Z czego? – Czy chcesz ducha

wyzwolić, – alboż duch ma pęta;

czy myśl, – myśl tak daleko biega

wolna: – czy sercu co dolega –?

Wyznaj, – ułożę rzecz na sceny,

i MELANKOLIĘ zagram sama:

ja, jako rola, wielka dama...

a cały teatr mnie posłucha.

KONRAD

Kochanka moja zwie się: wola!

MUZA

Wola?! Być może. – Jakież dane?

By zacząć sztukę, stworzyć dzieło,

potrzeba męki, trudu, pasji,

bólu, skarg, żalu, smętku, lęku,

grozy, litości.

KONRAD

Teatr stary.

MUZA

Silne ma podstawy budowy.

Chcesz tworzyć...?

KONRAD

Tworzę.

MUZA

Teatr?!

KONRAD

Nowy.

MUZA

Inny?

KONRAD

Zobaczysz. – Patrz i uważ.

MUZA

Wiem, zamiast pełnym latać lotem,

nieledwie jako dziecko fruwasz;

dopiero ja dać władzę mogę,

dopiero ja cię wyprowadzę

w świat...

KONRAD

Idę, by walić młotem!

MUZA

Czy tu potrzebna nowa forma,

czy konieczna?

Pewno jaka sprawa odwieczna; –

by zeszła tylko Duze czy Sorma

i kurtynę wznieść można.

Sarah czy Modrzejewska...

Oto jak myślę, sztukę,

tragedię wprowadza artystka.

W grze jej i w każdym geście

tu będzie czaru lubystka,

że wszyscy, jak tu jesteście,

pod jej urokiem w błędzie,

w złudzeniu...

KONRAD

Że wszystko więc polega na...

MUZA

Wypowiedzeniu.

KONRAD

MUZO, chcę naród przedstawić.

MUZA

A, to musi odbywać się tak,

by naród mógł się bawić:

Trzeba dekoracje ustawić,

pamiętać o każdym sprzęcie,

umieścić w budce suflera,

jeśli kto tekstu nie spamięta, –

za kulisami reżysera

i inspicjenta

i dać im skrócony szemat.

A gdy już wszystko gotowe,

rozkazać grać na rozpoczęcie

poloneza, jeśli polski temat,

i rzucić, jako pierwszą kartę,

wielkie Słowo.

KONRAD

Chcesz, by wszystko było za umową.

MUZA

Tekst dowolny, komedia del’arte.

KONRAD

Strójcie mi, strójcie narodową scenę,

niechajże ujrzę, jak dusza wam płonie;

niechaj zobaczę dziś bogactwo całe

i ogień rzucę ten, co pali w łonie

i waszą zwołam Sławę!

Teatr, świątynia sztuki, – o duszo przybywaj!

Hej! Tu stawcie kolumny te, tutaj posągi.

Dalej, przynieście ścianę, – ty mi śpiewaj

hymnus tryumfu, a ty pieśń żałoby.

Dalej! Ustawić bohaterów groby,

pomniki: Boratyński-rycerz, rycerz-Kmita!

Umocujcie je silnie, poprzystawiać drągi,

przyśrubować, – ha Sołtyk, – a tutaj część sali,

jakby sala sejmowa – stół do kart, gra w kości,

Stroić, prędzej się stroić; dom stawiam piękności!

Ledwo powiedział co, a już się stało:

Już dekorację znoszą całą;

już ustawiają, piętrzą, ładzą.

Aktorzy rzeszą się gromadzą,

kostiumy na się nawdziewają

te, w których potem role grają.

Teatr narodu, sztuka, polska sztuka!

Chcemy go stroić, chcemy go malować,

chcemy w teatrze tym Polskę budować!

Żupany bierzcie, delije, kontusze;

znoście mi lite pasy, krzywce, karabele,

chłopskie gunie, sukmany, trzosy. Tłum w kościele!

Niech w oczy biją kolory jaskrawe,

niechaj rażą jak słońce. – Wstąg, wstążek, okrasy!

Niechaj ich ujrzę razem, jakby w złote czasy.

Razem, razem wy wszyscy, magnat, chłop i miasto.

Siermiężni wy przystańcie około Pasyjki.

Dalej wy, wy husaria, – wy z hrabią Henrykiem

na czele, niedobitki – Sztandar ten z Maryjką.

Szaraczki, wy artyści, fantazjusze, mnichy.

Wy wszyscy! – Strójcie, strójcie się w ornaty,

w ornamenta, złotogłów, we świąteczne szaty

i zacznijcie bój myśli i szermierkę słowa –

a ty im Muzo podaj ton.

MUZA

Ja już gotowa.

KONRAD

Oto ich widzę! Stoją około mnie żywi:

ci, kunsztem sztuki pozwani do życia.

Grajcie – a z pełnej duszy. Dobądźcie z ukrycia,

co w was tajne, nie kryjcie. – A ty bądź przewodnia.

REŻYSER

Hej światła!!

MUZA

A w czyim ręku pochodnia?!

KONRAD

Polska współczesna!

MUZA

Tłumaczysz się jasno.

REŻYSER

Światła niech błysną szerzej!

KONRAD

Tu mnie ciasno.

REŻYSER

Szerzej, wy razem, – rozstąpić się! Pozy!

Przybierzcie pozy:

litość, zmęczenie, gorycz, moment grozy.

MUZA

Polskę współczesną twórzcie.

REŻYSER

Sercem szczerem.

Tak, jak ją widzim współcześnie dokoła.

KONRAD

Zarwijcie waszych serc – –

MUZA

Będzie bohaterem:

kto wejdzie z wieńcem u czoła!

„Tam-tam” nazywa się narzędzie

w orkiestrze, które dzwon udaje.

Jak mówią teatralne zwyczaje,

używa się mniej więcej wszędzie,

gdzie się do sztuki dzwon dodaje.

A więc w Kościuszce do przysięgi,

z dna wód w Zaczarowanym kole;

raz się z nim w górne idzie sprzęgi,

raz się znów staje z nim na dole.

Jest „tam-tam” rzeczą właśnie taką,

że zawsze się w nią tłucze jednako.

Wrażenie, jakie wywołuje,

jest tym, co w sobie kto poczuje.

„Tam-tam” jest w stanie dzwon Zygmuntów

z przedziwną oddać dokładnością,

waży zaś ledwo kilka funtów

i każdy dźwignie go z łatwością,

co uprzystępnia szerszej masie

w teatrze drżeć przy tym hałasie,

imitującym nastrój dzwonu

z przedziwną subtelnością tonu.

O Zygmuncie! słyszałem ciebie

i natychmiast poznam, gdy usłyszę.

Niech ino się twój głos zakolebie

i przenikliwy wżre się w ciszę,

w ciszę półgwarną, półszemrzącą,

niech ino wpadną pierwsze tony,

tą melodyją dźwięku rwącą,

już wiem: żeś Ty jest w ruch puszczony,

że wołasz, wołasz: PÓJDŹCIE ZE MNĄ,

i wołasz wiek już nadaremno.

Oni się, co najwyżej, zasłuchają

i oczy mgłą im łez napłyną.

A gdy ty wołasz: WZNIJDŹ POTĘGO,

wrażenia u nich pierwsze miną.

A gdy ty wołasz: DZIEJÓW KSIĘGO,

ROZEWRZYJ KARTY NAD NARODEM.

NARODZIE, WRÓŻĘ, ZMARTWYCHWSTANIESZ,

choć stoją jeszcze, choć czekają,

czekają: kiedy brzmieć przestaniesz

i ton ostatni twój zawarczy...

Gdy więc za tobą pójść niegodni,

a częstych wrażeń tęsknią głodni,

na ten użytek „tam-tam” starczy.

Wie o tym dobrze i pamięta

REŻYSER (sztukę dziś prowadzi),

więc Konradowi „tam-tam” radzi:

REŻYSER

A gdy się ozwie „tam-tam”: dzwon,

ty wejdź.

MUZA

I bierz najwyższy ton!

KONRAD

I nawet się nie spytasz, jaka słów będzie treść?

MUZA

Chcę akcji, działaj, dajęć pole.

Zagraj, jak zechcesz, twoją rolę,

a możesz ich, gdzie zechcesz, wieść!

KONRAD

A tamci?

MUZA

Tamci będą grać

za siebie też, – jak kogo stać.

Konrad schodzi ze sceny, która zapełnia się tłumem aktorów i statystów.

REŻYSER

Role rozdane! – kto zaczyna?

Na miejsca! – Wznosi się kurtyna! –

To rzekł i klasnął tu trzy razy.

Rampa się nagle rozświetliła;

podnosi się zasłona z gazy,

 

która dotychczas wszystko kryła.

Gdy się już uporano z gazą,

Muza, której grę rozpocząć wypada,

suknię poprawia i układa,

wreszcie rozpoczyna z emfazą:

MUZA

Niebianką zstąpiłam do tych bram

i Sztukę, której tajnie znam,

przed wami głoszę!

Serca w górę! Do góry głowy! Dumne czoła!

REŻYSER

Czego pani tak woła?

MUZA

W purpurę i złotogłów przyodziani:

oto moi męże wybrani,

a tamci w zgrzebnej koszuli,

a tamci w wiecznej żałobie...

REŻYSER

Daj spokój garderobie.

MUZA

Pieśń moja wybieży przede mną

na wasze spotkanie.

O Pieśni, czyli ty nie będziesz daremną?

O Pieśni, co się z tobą stanie?

Będzieszli ulgą siostrze, bratu?

REŻYSER

Widocznie brak ci tematu.

MUZA

Przestworza! Hej, wy gromolice,

co nosicie w płachtach błyskawice,

wy, o których słyszałam w baśni,

przydajcie siły słowom moim!

REŻYSER

do Maszynisty, któremu daje za kulisy znak

...Trzaśnij!

– – – – – – – – –

Daje się słyszeć jakoby dalekie uderzenie piorunu, – przesypano bowiem kilka ołowianych kul przez blaszaną rynnę, ukrytą w kulisach. Po czym słychać przeciągłe huczenie i dudnienie gromu, coraz zanikającego w oddali, – bo oto bardzo wprawnie bito w bęben, głuche uderzenia wydający, a wysoko na górnym pomoście sceny ukryty.

MUZA

Ktokolwiek żyjesz w polskiej ziemi

I smucisz się, i czoło kryjesz,

z rękoma w krzyż załamanemi,

biadasz, – przybywaj tu, – odżyjesz!

W Przestrzeń rzucimy wielkie słowa,

tragiczną je ubierzem maską.

Ktokolwiek wiesz, co znaczy polska mowa,

przybywaj tu, – odżyjesz Słowa łaską.

Wyzwolin doczekacie się dnia,

przybywamy tu z zapowiedzią, –

tragiczną będzie nasza gra,

wyrzutem będzie i spowiedzią.

Uderzymy górne, wysokie tony,

jak z wieżyc bijące dzwony.

Przybywamy tu z zapowiedzią.

Tragiczną będzie nasza gra:

skarżeniem, chłostą i spowiedzią.

Wyzwolin ten doczeka się dnia,

Kto własną wolą wyzwolony!!

SCENA 1

Tu rozpoczyna szereg mów

polonez, grany dźwiękiem słów:

KARMAZYN

Sto lat już jęczym, w więzach lwy.

Cóż aspan na to?

HOŁYSZ

Świat z nas drwi.

KARMAZYN

Myśleć o lepszej trudno doli.

HOŁYSZ

Trzeba by za krew łaknąć krwi.

KARMAZYN

Na synów patrzeć serce boli.

HOŁYSZ

Na wnuki patrzeć: hańba, tfy!

KARMAZYN

Cóż acan myśli?

HOŁYSZ

Że w niewoli

Nawykły jarzmo dźwigać łby.

KARMAZYN

Kiedyż ten przyjdzie, kto wyzwoli?

HOŁYSZ

Nie przyjdzie, to są złudne sny.

To w przewidzenie wiara, w gusła.

KARMAZYN

Więc cóż zostało?

HOŁYSZ

Kajdan stos,

trucizna, brzytwa i powrósła,

jeśli wam obrzydł, bracie, los.

KARMAZYN

Aleć strój na mnie dobrze leży?

HOŁYSZ

Wybornie! Szlachtę po was znać.

KARMAZYN

Gdy mnie kto ujrzy, to uwierzy,

żem z tych, co królom byli brać.

HOŁYSZ

Żeście karmazyn widać z miny.

KARMAZYN

Żeście mnie równy, głoszę sam.

HOŁYSZ

Równego herbu i rodziny? –

Za łaskę dzięki wam.

KARMAZYN

Dajcie mi gęby, dajcie pyska,

niechaj swojego swój uściska.

O jutro co mi tam!

HOŁYSZ

Niechaj swojego swój uściska;

o jutro co mi tam.

KARMAZYN

Jakoś przepadło moje mienie.

HOŁYSZ

Na mej chudobie cięży dług.

KARMAZYN

Ale choć czyste mam sumienie

i miód niełatwie zwali z nóg.

HOŁYSZ

Srebra rodowe mam w zastawie,

na skrypt pozwano mnie przed sąd.

Bóg wie, że jeszcze służę Sprawie.

Jakoś się wżdy naprawi błąd.

KARMAZYN

Po kniejach niosły het ogary

braci szlacheckiej głośny gwar.

Dziś nam daremno szukać pary.

Dzisiaj już nie ma dawnych wiar.

HOŁYSZ

Batogiem gnałeś chłopstwo w pole,

przez pierś im szedł twój złoty pług.

Dziś umiesz z pychą znieść niewolę.

KARMAZYN

Niewolę przeżyć da mi Bóg.

HOŁYSZ

Da Bóg doczekać dni tych kiedy,

wrócimy znów do dawnych wad.

KARMAZYN

Zapomnim jakoś naszej biedy.

Daj bracie gęby, bądź mi rad.

HOŁYSZ

Niechaj swojego swój uściska!

To jutro będzie, co ma być.

KARMAZYN

Dajcie mi gęby, dajcie pyska,

dla Republiki trzeba żyć.

HOŁYSZ

Póki jesteśmy, Polska żyje,

Rzeczpospolita znaczy: my.

KARMAZYN

Z nami się pasie, z nami tyje;

że chudnie, to są głodnych sny.

HOŁYSZ

Choć miast karabel mamy kije,

odpędzim kijem głodne psy.

KARMAZYN

Daj bracie gęby, dajcie pyska!

Dla Republiki trzeba żyć.

HOŁYSZ

Niechaj swojego swój uściska.

To jutro będzie, co ma być.

KARMAZYN

Usiądźmy tutaj przy tym stole, –

karty, – rozpocząć można grę.

HOŁYSZ

Gram jakoś-takoś moją rolę,

choć nie wiem, jak to skończy się.

KARMAZYN

Cóż to za gawiedź za krzesłami?

Za krzesłami, gdzie siedzi szlachta, stoi gromada chłopstwa.

Ostatek złota idzie w pult.

Kto szlachcic brat, niech siada z nami,

będziemy grać karabelami,

będziemy grać o lity pas,

Jedyny wielki ostał kult:

honor Poloniae żyje w nas!

HOŁYSZ

Cóż to za gawiedź za krzesłami?

Widzisz, tam na brzeszczocie krew?

KARMAZYN

Co mi tam jutro, dzisiaj z wami!

Sięgnie mnie tylko Boży-Gniew.

Nie zadrży oko przed cepami.

Rzucajcie na stół złoty siew!

Będziemy grać karabelami.

Rozpędzim szablą głodne psy.

Niech stoi gawiedź za krzesłami.

Wiwat Polonia! Wiwat my!

Inna znów grupa na siebie uwagę zwraca, a w niej główną osobą: Prezes.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?