WeseleTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wesele
Wesele
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 10,99  8,79 
Wesele
Audio
Wesele
Audiobook
Czyta Janusz Żak, Mariola Kurnicka, Małgorzata Regent, Tomasz Czarnecki
7,11 
Szczegóły
Wesele
Audiobook
Czyta Michał Breitenwald
27,95  22,08 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Stanisław Wyspiański
Wesele
Wydawnictwo Psychoskok
Konin 2017

Stanisław Wyspiański

„Wesele”


Copyright © by Stanisław Wyspiański, 1901

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2017


Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania lub edytowania tego dokumentu, pliku lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain)


ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.


Skład: Kamil Skitek

Projekt okładki: Kamil Skitek

Druk: Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego, 1901

Kraków 1901


ISBN: 978-83-8119-012-1


Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/

e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

OSOBY:

GOSPODARZ

PAN MŁODY

MARYSIA

OJCIEC

JASIEK

POETA

NOS

MARYNA

RADCZYNI

CZEPIEC

KLIMINA

STASZEK

ŻYD

MUZYKANT


GOSPODYNI

PANNA MŁODA

WOJTEK

DZIAD

KASPER

DZIENNIKARZ

KSIĄDZ

ZOSIA

HANECZKA

CZEPCOWA

KASIA

KUBA

RACHEL

ISIA


OSOBY DRAMATU:

CHOCHOŁ

WIDMO

STAŃCZYK

HETMAN

RYCERZ CZARNY

UPIÓR

WERNYHORA

Akt I

DEKORACYA:

Noc Listopadowa; w chacie, w świetlicy. Izba wybielona siwo, prawie błękitna, jednym szarawym tonem pół-błękitu obejmująca i sprzęty i ludzi, którzy się przez nią przesuną.

Przezedrzwi otwarte z boku, ku sieni, słychać huczne weselisko, buczące basy, piskanie skrzypiec, niesforny klarnet, hukania chłopów i bab i, przygłuszający wszystką nutę, jeden melodyjny szum i rumot tupotających tancerzy, co się tam kręcą w zbitej masie w takt jakiejś ginącej we wrzawie piosenki…,

I cała uwaga osób, które przez tę izbę-scenę przejdą, zwrócona jest tam, ciągle tam; zasłuchani, zapatrzeni ustawicznie w ten tan, na polską nutę,… wirujący dookoła, w półświetle kuchennej lampy, taniec kolorów, krasych wstążek, pawich piór, kierezyj, barwnych kaftanów, nasza dzisiejsza wiejska Polska.

A na ścianie głębnej: drzwi do alkierzyka, gdzie łóżka gospodarstwa i kołyska i pośpione na łóżkach dzieci, a górą zszeregowani Święci obrazkowi. Na drugiej bocznej ścianie izby: okienko, przysłonione białą muślinową firaneczką; nad oknem wieniec dożynkowy z kłosów; – za oknem ciemno, mrok, – za oknem sad, a na deszczu i słocie krzew otulony w słomę, w zimową ochronę okryty.

Na środku izby stół okrągły, pod białym, sutym obrusem, gdzie przy jarzących brązowych świecznikach żydowskich suta zastawa, talerze, poniechane tak, jak dopiero co od nich cała weselna drużba wstała, w nieładzie, gdzie nikt o sprzątaniu nie myśli. Około stołu prosie drewniane stołki kuchenne z białego drzewa; przytem na izbie biórko, zarzucone mnóstwem papierów; ponad biórkiem fotografia matejkowskiego Wernyhory i litograficzne odbicie matejkowskich Racławic. Przy ścianie w głębi sofa wyszarzana; ponad nią złożone w krzyż szable, flinty, pasy podróżne, torba skórzana. W innym kącie piec bielony, do maści z izbą; obok pieca stolik empire, zdobny świecącemi resztami brązów, na którym zegar stary, alabastrowemi kolumienkami dźwigający złocony krąg godzin; nad zegarem portret pięknej damy w stroju z lat 1840 w lekkim muślinowym zawoju przy twarzy młodej w lokach i na ciemnej sukni.

U boku drzwi weselnych skrzynia ogromna wyprawna wiejska, malowana w kwiatki pstre i pstre desenie; wytarta już i wyblakła. Pod oknem stary grat, fotel z wysokim oparciem.

Nad drzwiami weselnymi ogromny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej z jej sukienką srebrną i złotym otokiem promieni na tle głębokiego szafiru; a nad drzwiami alkierza takiż ogromny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, w utkanej wzorzystej szacie w koralach i koronie polskiej Królowej, z dzieciątkiem, które rączkę ku błogosławieniu wzniosło.

Strop drewniany w długie belki proste z wypisanym na nich Słowem Bożym i rokiem pobudowania.

RZECZ DZIEJE SIĘ W ROKU TYSIĄC DZIEWIĘĆSETNYM.

SCENA 1. CZEPIEC, DZIENNIKARZ

 
CZEPIEC
 
 
Cóż tam panie w polityce?
Chińczyki trzymają się mocno!
 
 
 DZIENNIKARZ
 
 
A, mój miły gospodarzu,
mam przez cały dzień dosyć Chińczyków
 
 
 CZEPIEC
 
 
Pan polityk!
 
 
 DZIENNIKARZ
 otóż właśnie polityków
 
 
mam dość, po uszy, dzień cały
 
 
 CZEPIEC
 
 
kiedy to ciekawe sprawy
 
 
 DZIENNIKARZ
 
 
A to czytaj, kto ciekawy; —
wiecie choć, gdzie Chiny leżą
 
 
 CZEPIEC
 
 
No daleko, kajsi gdzieś daleko;
a panowie to nijak nie wiedzą,
że chłop chłopskim rozumem trafi,
choćby było i daleko.
A i my tu cytomy gazety
i syćko wiemy
 
 
 DZIENNIKARZ
 A po co – ?
 CZEPIEC
 
 
Sami się do światu garniemy
 DZIENNIKARZ
Ja myślę, że na waszej parafii
świat dla was aż dosyć szeroki
 
 
 CZEPIEC
 
 
A tu ano i u nas bywają,
co byli aże dwa roki
w Japonii; jak była wojna
 
 
 DZIENNIKARZ
 
 
ale tu wieś spokojna, —
niech na całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna
 
 
 CZEPIEC
 
 
Pon się boją we wsi ruchu,
Pon nos obśmiwajom w duchu. —
A jak my, to my się rwiemy
ino do jakiej bijacki.
Z takich jak my był Głowacki.
A jak myślę, że panowie
duza by już mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!
 

SCENA 2. DZIENNIKARZ, ZOSIA

 
 DZIENNIKARZ
 
 
Pani to taki kozaczek:
jak zesiądzie z konika, jest smutny,
 
 
 ZOSIA
 
 
A pan zawsze bałamutny
 DZIENNIKARZ
to nie komplement, to czuję
i tego bynajmniej nie tłumię
 
 
 ZOSIA
 
 
Dobrze, że przynajmniej pan umie
zmiarkować kiedy uczucie
a kiedy salonowa zabawka, —
ale w tym razie
 
 
 DZIENNIKARZ
 
 
 to sprawka
pani wdzięku, pani jest bardzo miła,
pani tak główkę schyliła
 
 
 ZOSIA
 
 
Prawda? tak jakbym się dziwiła,
że mnie tyle honoru spotyka,
pan redaktor dużego dziennika
przypatruje się i oczy przymyka
na mnie, jako na obrazek
 
 
 DZIENNIKARZ
 
 
A obrazek malowny, bez skazek,
farby świeże, naturalne,
rysunek ogromnie prawdziwy,
wszystko aż do ram idealne
 
 
 ZOSIA
 
 
widzę, znawca osobliwy
 
 
 DZIENNIKARZ
 
 
I czemuż pani się gniewa
 
 
 ZOSIA
 
 
że pan jak Lohengrin śpiewa
nademną, jak nad łabędziem,
że my dla siebie nie będziem
i pocóż tyle śpiewności?
 
 
 DZIENNIKARZ
 
 
oto tak, tak z rozlewności
towarzyskiej.
 

SCENA 3. RADCZYNI, HANECZKA, ZOSIA

 
 HANECZKA
 
 
ach cioteczko, ciotusieńko!
 
 
  RADCZYNI
 
 
co serdeńko?
 
 
 HANECZKA
 
 
tamci tańczą, my stoimy;
chcemy tańczyć także i my
 
 
  RADCZYNI
 
 
Może który z panów zechce
 
 
 ZOSIA
 
 
z nikim z panów tańczyć nie chce
 
 
  RADCZYNI
 
 
potańcujcie trochę same
 
 
 ZOSIA
 
 
mybyśmy chciały z drużbami,
z tymi, co pawiemi piórami
zamiatają pułap izby
 
 
  RADCZYNI
 
 
poszłybyście tam do ciżby
 HANECZKA
to tak miło, miło w ścisku
 
 
  RADCZYNI
 
 
Oni się tam gniotą, tłoczą
i ni ztąd, ni zowąd naraz
trzask, prask, biją się po pysku
to nie dla was
 
 
 ZOSIA
 
 
My wrócimy zaraz
 
 
  RADCZYNI
 
 
Cóżeś ty tak dziś wesoła
odgarnij se włosy z czoła.
 
 
 ZOSIA
 
 
Raz dokoła, raz dokoła
 
 
 HANECZKA
 
 
Ciotusieńka zła okropnie,
zła okrótnie, – a przelotnie, —
zaraz buzie pocałuję
 
 
  RADCZYNI
 
 
Hanka zawsze swego dopnie, —
niech się panna wytańcuje
 

SCENA 4. RADCZYNI, KLIMINA

 
 KLIMINA
 
 
Pochwalony, dobry wieczór państwu
 
 
  RADCZYNI
 
 
Pochwalony, – gospodyni
 KLIMINA
tu wsiosko od maleńkości, Klimina,
po wójcie wdowa
 
 
  RADCZYNI
 
 
 Radczyni
jestem z Krakowa
 
 
 KLIMINA
 
 
 macie syna
 
 
  RADCZYNI
 
 
tańcuje tam,
 
 
 KLIMINA
 
 
 niech się bawi;
som ta dziwki, niech nie stoją
 
 
  RADCZYNI
 
 
jakoś mu nie idzie skoro,
bo się ino pogapuje
 
 
 KLIMINA
 
 
panowie dziwek się boją;
zaraz która co przyniesie,
ino roz sie przetańcuje
 
 
  RADCZYNI
 
 
wyście sobie, a my sobie.
Każden sobie rzepkę skrobie
 
 
 KLIMINA
 
 
myślałam, pomówię z matusią,
toby wnuczka kołysała
 
 
  RADCZYNI
 
 
a toście wy skora kumosiu;
ledwo że w koło spojrzała,
jużby mi synów swatała
 
 
 KLIMINA
 
 
hej, josie bawiła wprzódzi,
terozbym lo inszych chciała.
Coraz więcej potrza ludzi.
Żeniłabym, wydawała!
 

SCENA 5. ZOSIA, KASPER

 
 ZOSIA
 
 
drużba tańczy, proszę ze mną
 
 
 KASPER
 
 
panienka obcesem wpada
 
 
 ZOSIA
 
 
a w kółeczko
 
 
 KASPER
 
 
 do okoła.
Panienka se ta wesoła.
Ano Kaśka będzie rada,
jak przestoi
 
 
 ZOSIA
 
 
 Kaśka, jaka?
 
 
 KASPER
 
 
ano ta, co w kącie taka
 
 
 ZOSIA
 
 
druchna?
 
 
 KASPER
 
 
 juści, druchna pirso,
co mi ją na żone rają
 ZOSIA
raz dokoła, raz dokoła
 
 
 KASPER
 
 
panienka się nie zgniwają,
że ją lepiej gabne w pasie,
ano Kaśka w sobie syrso
 
 
 ZOSIA
 
 
pewno drużba kocha Kasie
 
 
 KASPER
 
 
Panienka se ta wesoła
 
 
 ZOSIA
 
 
raz dokoła, raz dokoła
 

SCENA 6. HANECZKA, JASIEK

 
  HANECZKA
 
 
Jakby Jasiek chciał tańcować,
tobym z Jaśkiem tańcowała
 
 
 JASIEK
 
 
a mogę sie ofiarować,
by ino panienka chciała
 
 
  HANECZKA
 
 
Proszę, proszę, chwilkę w koło,
jak wesoło, to wesoło.
Jasiek dzisiaj pierwszy drużba
 
 
 JASIEK
 
 
najmilso mi tako służba
 

SCENA 7. RADCZYNI, KLIMINA

 
  RADCZYNI
 
 
cóżta gosposiu na roli,
czyście sobie już posiali
 
 
 KLIMINA
 
 
tym ta casem sie nie siwo
 
 
  RADCZYNI
 
 
a mieliście dobre żniwo
 
 
 KLIMINA
 
 
Dzięka Bogu, tak ta bywo
 
 
  RADCZYNI
 
 
jak złe żniwo, to was boli,
żeście się napracowali
 
 
 KLIMINA
 
 
zawszeć sie co przecie zgarnie
 
 
  RADCZYNI
 
 
dobrze sobie wyglądacie
 
 
 KLIMINA
 
 
i pani ta tyz nie marnie
 
 
  RADCZYNI
 
 
jeszcze się widzicie młoda
 
 
 KLIMINA
 
 
jak po Marcinie jagoda
 
 
  RADCZYNI
 
 
może jeszcze się wydacie
 KLIMINA
a cóz sie ta tak pytacie
 

SCENA 8. KSIĄDZ, PANNA MŁODA, PAN MŁODY

 
 PAN MŁODY
 
 
Ksiądz dobrodziej łaskaw bardzo.
Proszę nas niezapominać
 
 
 KSIĄDZ
 
 
Są i tacy co mną gardzą,
żem jest ze wsi, bom jest z chłopa.
Patrzą koso, – zbędą prędko,
a tu mi na sercu lentko.
Sami swoi, polska szopa
i ja z chłopa i wy z chłopa
 
 
 PAN MŁODY
 
 
ksiądz dobrodziej już niebawem
będzie nosić pelerynkę
 
 
 KSIĄDZ
 
 
może i należy mi się;
lecz pewnego nic nie wi się.
Inni także robią ślinkę;
może sprawię pelerynkę, —
 
 
 PAN MŁODY
 
 
może z konsystorza przecie
popatrzą okiem łaskawem,
życzę bardzo
 PANNA MŁODA
 choć co dadzą;
ino te ciarachy tworde,
trzaby stoć i walić w morde
 
 
 PAN MŁODY
 
 
moja duszko, tu sie mówi
o kościelnej dostojności,
którą mają przyznać Jegomości
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
jo myślała, że co inne
 
 
 KSIĄDZ
 
 
naiwne to i niewinne
 

SCENA 9. PAN MŁODY, PANNA MŁODA

 
 PANNA MŁODA
 
 
cięgiem ino radbyś godać.
Jakie to kochanie bedzie
 
 
 PAN MŁODY
 
 
a ty wolisz całowanie, —
będziesz kochać a powiedz-że
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
Przeciem ci już wygodała.
Przecież ci mnie nikt nie wydrze
 
 
 PAN MŁODY
 
 
serce do kochania radsze;
Toś już moja! Radość, szczęście;
nie myślałem, że tak wiele
 PANNA MŁODA
ano chciałeś, masz wesele
 
 
 PAN MŁODY
 
 
ach, nie patrzę, jak całuję;
nie całuję, kiedy patrzę,
a lica masz coraz gładsze
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
A krew sie tak resumuje
 
 
 PAN MŁODY
 
 
Pocałujże, jeszcze, jeszcze,
niechże tobą się napieszczę:
usta, oczy, czoło, wieniec
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
takiś ta nienasyceniec
 
 
 PAN MŁODY
 
 
nigdy syty, nigdy zadość;
taka to już dla mnie radość;
całowałbym cię bez końca
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
a to męcąco robota;
nie dziwota, nie dziwota,
żeś tak zbladnoł, taki wrzący
 
 
 PAN MŁODY
 
 
nie chwalący, nie chwalący,
spokoju mi nie dawały
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
abo chciałeś
 PAN MŁODY
 same chciały
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
Cóz-ta za śkaradne śtuki
 
 
 PAN MŁODY
 
 
myśmy takie samouki;
kochałem się po różnemu
a ciebie chcę po swojemu,
po naszemu,
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
 a no z duszy,
jak ci dobrze, niech ta bedzie
 
 
 PAN MŁODY
 
 
teraz ci mnie nic nie zwiedzie.
Takem pragnął, zboża, słońca…
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
Mos wesele! – podź do tońca!
 

SCENA 10. POETA, MARYNA

 
 POETA
 
 
Żeby mi tak rzekła która,
sercem już dysponująca,
tak po prostu, no chcę ciebie,
jak jaka wiejska dziewczyna
 
 
 MARYNA
 
 
to niby ja ta dziewczyna,
ja oświadczyć się mająca?
Skądże taka pewna mina?
 POETA
wcale insze miałem plany,
jeźlim plany miał w ogóle, —
chciałem coś powiedzieć czule,
chciałem zapukać w serduszko,
coś usłyszeć, coś podsłuchać:
jak się to tam musi ruchać,
jak się to tam musi palić
 
 
 MARYNA
 
 
muszę panu się pożalić,
w serduszku nie napalone;
jak kto weźmie mnie za żone,
będzie sobie ciepło chwalić;
muszę panu się pożalić:
choć zimno, można się sparzyć
 
 
 POETA
 
 
Amor mógłby gospodarzyć
 
 
 MARYNA
 
 
Amor ślepy, może zdradzić
 
 
 POETA
 
 
Amor: duch skrzydlaty, gończy
 
 
 MARYNA
 
 
Pretensyi do skrzydeł wiele
 
 
 POETA
 
 
więc się na pretensyach kończy
 
 
 MARYNA
 
 
a nie kończy się w kościele.
 POETA
byłby to już Amor w klatce
 
 
 MARYNA
 
 
lis w pułapce
 
 
 POETA
 
 
 motyl w siatce
 
 
 MARYNA
 
 
Paź królowej na usługach
 
 
 POETA
 
 
ślub po zapłaconych długach.
Miłość nęci rozmaita
 
 
 MARYNA
 
 
a to z nami kwita
 
 
 POETA
 
 
 kwita, —
nie myślałem, że coś świta,
pani prawie obrażona
 
 
 MARYNA
 
 
Czegoż to pan jeszcze szuka
 
 
 POETA
 
 
że nie poszła w las nauka
 
 
 MARYNA
 
 
któż się uczył?
 
 
 POETA
 
 
 tak wzajemnie:
ja od pani, pani ze mnie
 MARYNA
a na cóż mnie tej nauki?
 
 
 POETA
 
 
Na nic
 
 
 MARYNA
 
 
 więc?
 
 
 POETA
 
 
 sztuka dla sztuki
 
 
 MARYNA
 
 
zawrót głowy, wielka chwała;
niech pan sztuki płata różne,
bylebym ja spokój miała
 
 
 POETA
 
 
rozmowa z panienką młodą,
jak ją zwykle młodzi wiodą
w takim stylu skrzydełkowym,
rozmowa z panną upartą
o miłości, o Amorze,
o kochaniu, co w tym, owym
z nagła się przejawić może; —
szepty z panną czarującą
przez pół seryo, przez pół drwiąco, —
zawsze jeszcze studyum warto
 
 
 MARYNA
 
 
przez pół drwiąco, przez pół seryo
bawi się pan galanteryą
 
 
 POETA
 
 
ale gdzieta, ale gdzieta
 MARYNA
Pan poeta, pan poeta.
Coś jak liryzm struna brzękła;
ja o pana się przelękła,
że ta strzała niespodziana
może trafić, ale pana.
Słucham co to za wymowa
 
 
 POETA
 
 
Słowa, słowa, słowa, słowa
 
 
 MARYNA
 
 
ale gdzieta, ale gdzieta
 
 
 POETA
 
 
bawię panią galanteryą
przez pół drwiąco, przez pół seryo;
stąd się styl osobny stwarza:
nikt nikogo nie dosięga,
nikt nikogo nie obraża, —
na łokcie różowa wstęga, —
nie prowadzi do ołtarza —
tajemnicą jest kobieta
 
 
 MARYNA
 
 
Pan poeta, pan poeta
 

SCENA 11. KSIĄDZ, PAN MŁODY, PANNA MŁODA

 
 KSIĄDZ
 
 
zwracam się do panny młody,
pijąc do pana młodego
 PANNA MŁODA
cóz takiego, cóz takiego,
 
 
 KSIĄDZ
 
 
może, hm, po pewnym czasie,
bo to człowiek jest człowiekiem,
ot przykładem tylu ludzi, —
bo to człowiek jest człowiekiem,
usiada się tylko z wiekiem
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
niby jak to kwaśne mliko
 
 
 KSIĄDZ
 
 
wyście młodzi, wyście młodzi,
choć się dzisiaj wszystko godzi,
przyjdzie czas, co was ochłodzi
 
 
 PAN MŁODY
 
 
Dzięki, niech się ksiądz nie trudzi,
niech nie trudzi się dobrodziej,
wdał się Pan Bóg już w tę sprawę
i ten wszystko załagodzi;
byliśmy rano w kościele,
braliśmy ślub u ołtarza
 
 
 KSIĄDZ
 
 
no, ale to tak się zdarza;
ogromnie przypadków wiele
i przypomnieć pożytecznie
 
 
 PAN MŁODY
 
 
Podziękujże za obawę
 PANNA MŁODA
Zdarłabym jej łeb, jak krosna
 
 
 PAN MŁODY
 
 
a kocha, bo jest zazdrosna
 
 
 KSIĄDZ
 
 
ach, kolorowa bajecznie!
 

SCENA 12. PAN MŁODY, PANNA MŁODA

 
 PAN MŁODY
 
 
Kochasz ty mnie
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
 moze, moze, —
cięgiem ino godos o tem
 
 
 PAN MŁODY
 
 
bo mi serce wali młotem,
bo mi w głowie huczy, szumi,…
moja Jaguś, toś ty moja
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
twoja, jak trza, juści twoja;
bo cóż cie ta znów tak dumi,
cięgiem ino godos o tem
 
 
 PAN MŁODY
 
 
a ty z twoim sercem złotem
nie zgadniesz dziewczyno-żono,
jak mi serce wali młotem,
jak cie widzę z tą koroną,
z tą koroną świecidełek,
w tym rozmaitym gorsecie,
jak lalkę dobytą z pudełek
w Sukiennicach, w gabilotce:
zapaseczka, gors, spódnica,
warkocze we wstążek splotce;
że to moje, że to własne,
że tak światłem gorą lica
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
buciki mom troche ciasne
 
 
 PAN MŁODY
 
 
a to zezuj, moja złota
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
ze sewcem tako robota
 
 
 PAN MŁODY
 
 
tańcuj boso
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
 panna młodo?!
Cóz ta znowu, to nimozno
 
 
 PAN MŁODY
 
 
co się męczyć? w jakim celu?
 
 
 PANNA MŁODA
 
 
trza być w butach na weselu
 

SCENA 13. KSIĄDZ, PAN MŁODY

 
 PAN MŁODY
 
 
któż komu czego zabroni
 KSIĄDZ
zależy za czem kto goni
 
 
 PAN MŁODY
 
 
tak cudzego pilnujecie
 
 
 KSIĄDZ
 
 
nie każdy ma jedno na świecie
a każdy ma swoje osobne,
co go trzyma, – a te drobne
rzeczki, małe, niepozorne
składają się na jedną wielką rzecz
 
 
 PAN MŁODY
 
 
ksiądz sobie, jako chcesz, przecz. —
Szczęście każdy ma przed nosem
a jak ma, to trzeba brać, —
trzeba iść za serdecznym głosem
i nic pozwolić się kpać
 
 
 KSIĄDZ
 
 
no mój panie,
nie każdemu jednakie wołanie.
A jak kto ręką sięgnie po co, a nie dostanie.
 

SCENA 14. RADCZYNI, MARYNA

 
  RADCZYNI
 
 
A panny już bez pamięci,
widzę, hulają
 
 
 MARYNA
 
 
 do smaku
jak mnie Czepiec chwycił w pół,
jak zawinął i obleciał w kółko,
tom w oczach zobaczyła gwiazdy,
jakby jakieś napowietrzne jazdy,
kręcące się zawrotem kół
 
 
  RADCZYNI
 
 
pot oblewa całe czółko;
możesz się zaziębić wnet
 
 
 MARYNA
 
 
a tak – teraz to sobie myślę:
co insze złoto, a co insze miedź
 
 
  RADCZYNI
 
 
nie pleć, spocznij, cicho siedź
 
 
 MARYNA
 
 
a myśl moja het, het, het....
 

SCENA 15. MARYNA, POETA

 
 POETA
 
 
Elektryczność z oczu bije
 
 
 MARYNA
 
 
zgrzałam się przy tańcowaniu
 
 
 POETA
 
 
Pani marzy o kochaniu, —
co tam pani serce czyje
 
 
 MARYNA
 
 
Może pańskie serce zatem, – —  POETA
Umie pani strzelać batem – —?
 
 
 MARYNA
 
 
Jakto, co to, – tak przez kogo?
 
 
 POETA
 
 
Tak w powietrze, a szeroko
 
 
 MARYNA
 
 
Co tam panu serce czyje; —
a umie pan kopnąć nogą – —?
 
 
 POETA
 
 
tak przez kogo
 
 
 MARYNA
 
 
 Nie tak srogo, —
tak w powietrze, a wysoko
 
 
 POETA
 
 
Na, co, po co
 
 
 MARYNA
 
 
 dla niczego
 
 
 POETA
 
 
to nic złego
 
 
 MARYNA
 
 
 I nic z tego
 
 
 POETA
 
 
to zagadka
 
 
 MARYNA
 
 
 Sfinx
 POETA
 Meduza.
 
 
 MARYNA
 
 
Może z tego pan odgadnie
nowoczesny styl harbuza;
tak, jak ja odgadłam snadnie:
próżność na wysokiej skale,
w swojej własnej śpiącą chwale
 
 
 POETA
 
 
Zeus i Pan Bóg mieszka w niebie,
przedsię obaj są u siebie.
Psyche to najczulej pieści. —
O tem, gdzie kto śpi wysoko,
pani wie coś z głuchych wieści;
nie dosięgło jeszcze oko.
 
 
 MARYNA
 
 
Rozumiem coś z wielką biedą;
nie dosięgło jeszcze oko,
nie zawlokłam się na turnie;
tak tam dumnie, szumnie, chmurnie.
Bałamuctwa w wielkim stylu,
które już przeżyło tylu,
różni więksi, mniejsi, nizcy;
wszystko bardzo wyjątkowe,
bardzo dziwne, bardzo nowe,
tylko że tak robią wszyscy
 
 
 POETA
 
 
Słucham, co to za wymowa
 
 
 MARYNA
 
 
Słowa, słowa, słowa, słowa
 POETA
ale gdzieta, ale gdzieta,
to uczucia tak się garną;
szkoda, żeby szły na marno
 
 
 MARYNA
 
 
pan poeta, pan poeta;
pan myśli, że ja zajęta
 
 
 POETA
 
 
widzę, że pani pamięta,
jaka komu etykieta
przylepiona i przypięta
 
 
 MARYNA
 
 
Szkoda, żeby szły na marno
te uczucia, co się garną:
Pan poeta, pan poeta
 
 
 POETA
 
 
otóż to, to etykieta