Noc listopadowaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Wyspiański

Noc listopadowa

Sceny dramatyczne

Warszawa 2020

Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXV

XXXVI

XXXVII

XXXVIII

XXXIX

XL

XLI

XLII

XLIII

XLIV

XLV

XLVI

XLVII

XLVIII

XLIX

L

LI

LII

LIII

LIV

LV

LVI

LVII

LVIII

LIX

LX

LXI

LXII

LXIII

LXIV

LXV

LXVI

LXVII

LXVIII

LXIX

LXX

LXXI

LXXII

LXXIII

LXXIV

LXXV

LXXVI

LXXVII

LXXVIII

LXXIX

LXXX

LXXXI

LXXXII

LXXXIII

LXXXIV

LXXXV

LXXXVI

LXXXVII

LXXXVIII

LXXXIX

XC

XCI

XCII

XCIII

XCIV

XCV

XCVI

XCVII

XCVIII

XCIX

C

CI

CII

CIII

CIV

CV

CVI

CVII

CVIII

CIX

CX

CXI

I

Siedziałem – gdy to okropne zjawisko,

przed którem wszyscy przysłonili oczy,

wchodziło, – biskup, – ludu zbiegowisko; –

ciżba wylękła ich ku drzwiom się tłoczy, –

ja patrzę, – bo już miałem to przezwisko

Śmiały, – gdy cała ta procesya kroczy...

lecz pocóż niosą chorągiew Anioła...

jakby na walkę Piekła i Kościoła...

II

Pochylały się chorągwie z łomotem

u wrót, nim wstały na izbie przedemną

a chyląc się, mierzały we mnie grotem

krzyżów, – iż trwogę uczułem tajemną,

 

gdy się Archanioł rozwijał ze złotem,

w perłach, z tą twarzą malowaną ciemno,

a skrzydła w pąsach i mieczysko kręte,

weń łyskawice gromowe zaklęte.

III

I zaciemniała się zwolna komora;

wnosiły mrok i noc te chusty boże,

po siwych ścianach pobielanych dwora

szły cienie jakichś postaci potworze;

lud na kolana rzuciła pokora,

a w tym ponurym pomroków wieczorze

zorze świec twarze roświecały mnisze, –

nad niemi dymne smugi śpiew kołysze.

IV

Nikt nieśmiał oczu podnieść, wszyscy w lęku,

i ten korowód mnichów, co przyklęka

z zapalonemi gromnicami w ręku

i dzwony, śpiewem głuszone bez dźwięku

i lud, któremu z żalu serce pęka;

a wszyscy klątwie rzekli: niech się stanie

i potępiali moje królowanie.

V

Byłbym się zarwał i rozniósł na mieczach

świece, ornaty, chorągwie, kropidła

i rzeź bym sprawił im na martwych rzeczach

bez ducha, gdy mam duchem silne skrzydła,

że nie na jeden dzień mam państwo w pieczach, –

już ta z biskupem kłótnia mi obrzydła...

– gdym się w tył żachnął i zawadził słupa,

korona moja spadła przed biskupa.

VI

Oni to mieli za znak, czy za czary

i grozą zdjęci klękli przed widziadłem

i że początek już znaczy się kary,

że, w tej koronie spadłej, ja upadłem,

że dla mnie z grobów wychodziły mary,

przed których trupim widokiem pobladłem, –

tak w ich przesądnych oczach coś się stało,

co potępiło mnie i druzgotało.

VII

A oni, – jakby w obłędzie, skazańce,

za biskupiej ręki skinieniem,

bo drżeli, jak wojenne liche brańce,

śpiewy żałosnem mieszając jęczeniem,

ciskali o podłogi ziem kagańce

i przerażenie sami tem zdarzeniem,

obłędne mieli oczy, dech zaparty, –

– Biskupie! – więc to Boży Sąd otwarty!?

VIII

Co miały znaczyć łamane gromnice,

nie wiem, – lecz straszne było to rzucanie;

i wstręt mnie do nich brał i błyskawice

gniewu, – że ledwom nalazł hamowanie,

by nie cisnąć w biskupa twarz mej rękawice

żelaznej – za to księże wyklinanie; – –

poszli – ostałem sam w tronowej sali;

wnątrz piersi mściwa złość wre, gorze, pali.

IX

Ostałem sam i patrzę, – sala mroczna

i te leżące na deskach okruchy

wosku i duszność kadzideł powłoczna

w smugach, – że jakieś wijące się duchy; –

ja sam, – że tak mię opuścili da czna

wszyscy. – Za dworem świszczą zawieruchy, –

brząkają w łuski rybie u okienic,

miecą gałęźmi drzew na płatwy ścienic.

X

A tam, pod stosem świec pogruchotanych,

których trzask, łomot, wciąż trwa i przeraża,

korona, – na głos tych klątew śpiewanych...

korona! którą wziąłem u ołtarza!

w której zakułem pierścień ziem wyrwanych

memu dziadowi, ojcu! – do cmentarza

lecąca, w jakimś rozpędzie, fatalna,

pod stopy Ducha, co klnie, – – Królo-zwalna!!

XI

Zabić! – Jak, kiedy? Gdziekolwiek! Sam skłóję!

Dworaków wezmę rycernych i wpadnę, –

a którzy nas okrzykną: mnnicho-zbóje,

pościnam łby niechętnych i owładnę;

niech wiedzą o mnie, żem król, że panuję; –

tej chwili moich przybocznych zagadnę, –

Po co?! – Rozkażę! Muszą! Krew! Krwi wołam!

Księże! Nad moim mieczem świece połam!

XII

Przeciw zamczyska, przez Wiślane wody,

na ostrowiu skalistej opoce

kościół pośrodku drewnianej zagrody;

w koło szum wiklin i wicher łopoce,

tłukąc wierzbami o mosty i wzwody,

jakby się dawne w nich żalące Moce;

węgły gontyny spróchniałe przez wieki;

jezioro święte obok i pasieki

XIII

święcone; w tych gwarzyły Lele boże

w drzewach lipowych, wieczystych; stuwieczna

Moc; co ramiony objęła przestworze

nieba i Słońcu się śmiała słoneczna; –

w nich skryte niegdyś prastare wielmoże:

Krasy-lud i ich ślubna Żywia śleczna;

stały u wstęgu gaju, nieprzytomne

a chwast je w koło przerastał, niesromne.

XIV

Przypomnę to uroczysko stare,

pełne wężów, plamistych jaszczurów,

co starodawną tam szeleszczą wiarę,

z nor ześlizgnięte podskalnych do murów,

na białe płyty wpełzły ciche, szare

za pozwijane w kłębki u kosturów,

we świętą wodę sadzawki wślepione,

jak wężownice wróżebne, pośpione.

XV

Kto je tam śpiące obaczy, nie spłoszy

i wzrok nasyci rojeniem z tej wody, –

bo się wciąż szkliwo mieni w tej pustoszy,

coraz to inne ukazując spody

a dna zasnute złotem, – ten dla duszy

pojmie tajemną siłę i urody

obleją jemu twarz; – tam te zaskrońce

mają studzienny skarb: zmartwiałe Słońce,

XVI

i króla-węża, któren wiecznie czuwa

na dnie, a węzeł święty ma u czoła,

złocistą obręcz, – zeń jad wody struwa;

z wierzchu się wielkie zakreślają koła

płynne, znów widmo się nagle zasnuwa.

– Kto węża ujrzy, – tego Niebo woła, –

Raj duszy; – ręką niech zaczerpa wody

a pijąc zajdzie w tamten-świat, na Gody!

XVII

Tutaj gromady się wędrowne garną,

z lirnymi, którzy znają moc strumieni;

przystają zadumani na toń czarną,

czy z za porostów i listów kiścieni,

Szczęście uśmiechnie się twarzą figlarną.

I wody czerpią strutej do garścieni,

a męty te chowają, jak lektwarze

z Lalników przyniesione przez pieśniarze.

XVIII

Dziś w zaniedbaniu leżały studniska;

wody zerdzałą zadziergane rząsą;

tylko, jak dawniej; bujne wężowiska

w skałach i sady, które bielmo trząsą

kwietne, gałęźmi ponad te mokrzyska

zwisłe; gontyna i te, co tam z nią są

w ruinach, spadłe bogi, światowitne,

co stopą wryte w ziem, ponad dach szczytne

XIX

łbami, we wionach jabłonek, grusz, śliwek

źrałych, dzierżący w grabach wielkie kroje,

patrzały ślepiem oczu z pod pokrywek

mosiążnych... na Sobótne ludne roje,

na skoki rześkie chłopców, pląsy dziwek,

co szły częstować stare Bogi swoje. –

Dziś mchów spowite pleśnią i rdzą zjadłe,

króle, we wielkiej walce duchów padłe.

XX

Tam Chrystusową dżwignięto mogiłę,

ze skalistego wykutą wyłomu;

wryto korzenie w skałę dziewięćsiłe

i krzyż zatknięto męczeński na domu.

A Włade, w hańbach leżą w pół-przegniłe;

tylko je gędźce uczczą pokryjomu,

tylko nikt nie śmie zasypać jeziora.

Święta dziś niemoc ich, piorunna wczora.

XXI

Na skale Kościół-katedra, biskupia;

kamień do różnych przyciosany garbów

biały; – – a w światłach nocy twarz się trupia

patrzała z okien wązkich i wyszczarbów;

jak gdy się włos i ubiór zeskorupia

prastary, jakby Sezam klętych skarbów:

Wid-truchło, – tak jawiła się twarz sroga

w kamieniach, które miały rysy Boga...

XXII

Choćby i starość twoja i włos siwy,

żeś ty kościelne obrzędy przesądził,

żeś ty przez jakichś potęg czar straszliwy

wobec mnie i wobec Boga pobłądził,

żem ja potruchlał na potworne dziwy

a potruchlał, żem fałszywie sądził, –

aż się przed oczy moje stawił zmarły,

iż się przez ciebie podziemia rozwarły,

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora