KlątwaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Wyspiański

Klątwa

Tragedia

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY

TREŚĆ

OSOBY

KSIĄDZ

MATKA

MŁODA

SOŁTYS

DZWONNIK

PAROBEK

DZIEWKA

PUSTELNIK

CHÓR

Rzecz dzieje się we wsi Gręboszowie pod Tarnowem.

TREŚĆ

DEKORACJA Na plebanii.

Głąb zasłonięta przez całą szerokość domem na podmurowaniu: przed dworkiem ogródek, opłocony sztachetkami. W domostwie, środkiem, wrota od sieni otwarte, z widokiem na przestrzał; po prawej i lewej stronie podwoje okien, poprzez które widać pokoiki plebańskie i w pokoikach tych, na wprost okien, drzwi do dalszych wnętrznych izb.

Od wrót wschodowych wiedzie ścieżka ku przodowi sceny do wrotek w ogródku, który, przepołowiony w ten sposób, jest ze strony lewej zapełniony tykami sterczącymi, z których zwieszają się strzępy suche marniejącego, pnącego bobu; przed okienkami krzaki malw badylaste, rozkwitłe i zgasłe, w łachmanach liści przepalonych w słońcu.

Z prawej zaczyna się zagon ziemniakami wysadzony; widać tylko kilka grzęd i te przerywają się przy płocie granicznym; z boku, tuż za płotem, gościniec. Z lewej, w pewnej oddali widać kościółek drewniany, ocieniony olbrzymimi lipowymi konarami. Z tyłu, poza plebańskim dworkiem, grunt podnosi się z wolna, pochyło, później dość stromo, aż kończy się wałem, który ponad strzechą domu wysoko garbem się znaczy; tamtędy wiedzie ścieżka w pole, na ugór.

Wzdłuż zagonu, przy ziemniakach stoją ludzie wsiowi, chłopy i baby, i kopią.

We drzwiach plebanii staje Młoda i patrzy czas jakiś ku pracującym.

Pracujący, spostrzegłszy ją, przerywają robotę; przystają, podparci na motykach.

MŁODA

Haj tam, robota coś niesporo!

A raźnijże! Niemrawce!

Cóż to z tymi okopinami?

Pierwszy raz wam to, stare ludzie,

że się to nie umiecie brać?

Krzepcej się ruszcie!

CHÓR

Stęgłe bryły, – nieokież skała,

co jej nie można ubić;

nijak ich nie roztłuce.

MŁODA

Co by zaś ubić się nie dała?

Jeno bić z mocą! – Memłace!

CHÓR

Zdziwiajcie, jak ta wola!

Ziemia się sparła; nie puści. –

MŁODA

Ziemia człowieczej ręce korna;

A komuże to rola?!

Zstępuje ze schodków podmurowania i idzie ku przodowi.

Imajcie motyk! – Cóż to? Tela

dzisiok skopane? Marnotrawce!

Leda psom braty, darmolęgi!

Kijców by na was trza, poganiać!

CHÓR

Przestańcie ta przyganiać!

Krzyk wasz gosposiu niczem

a sami pracy życzem,

jeno, z dopustu Boga,

ziemia spiekotą stęgła;

widzicie, jako wszędy

wezdłuż, jak idą grzędy,

żywość w badylach powięgła.

MŁODA

Dopust, nie dopust,

to nie prawda, gadanie!

Wasz kłam!

Wam się roboty nie chce!

I cóż, że jest spiekota?!

CHÓR

O cóż tyle wołanie?

Nie dziwna nam robota.

Kiejście tacy ozsierdzeni,

ano dziekujem za nię!

MŁODA

Przyjdą ta inksi, bo im dam

tela drugie, co wam!

Porobią!...

CHÓR

Twój kłam, gadanie!

Nie przyjdzie do cię nikt

na skopywanie!

U was tu praca hańbi człeka!

MŁODA

Psiewiary! Wyklinace!

CHÓR

Psiewiara ty! I plemie twe sobace!

Bier se twoje motyki!

Sama se skały kop!

Rzucają jej pod nogi motyki.

MŁODA

Znajdzie sie ta kaindziej chłop

robotny; jest ich ta dość,

co przyjdą kopać, nie trza was!

CHÓR

Nie przyjdzie nikt, nie damy.

My nie damy, – ty przeklętnico! –

MŁODA

A precz mi zjadłe chamy!

CHÓR

Ty chamska! Co ty inksego!?

Zwiedłaś ludzi do złego!

Grzesznico, – Bóg cię skarze!

MŁODA

Precz, od pola, – bajcarze!

Od strony kościoła słychać kilkakrotnie ponawiane dzwonienie.

Wsiowi odchodzą, porzucając robotę.

Dziewka, ze służby plebańskiej, która się od chwili krzątała w sieni, podchodzi ku Młodej.

MŁODA

Wierzysz ty we sny?

DZIEWKA

Nie. –

MŁODA

Ale to prawda co we śnie –?

DZIEWKA

Ano juści. –

MŁODA

Jakoż nie wierzysz ty?

DZIEWKA

A bo mi się nic nie śni.

MŁODA

Tak... –?

DZIKWKA

próbuje gruntu motyką

Spalony grunt do krzty. –

Ziemia nie puści. – Skała!

MŁODA

No?

DZIEWKA

A coście śnili?

MŁODA

milczy

mówi:

Nic, – jeno mam się strzec

czyjego przeklinania,

bo stałoby się prawdą,

co ze snu wiem.

DZIEWKA

Cóż wiecie ze snu?!

MŁODA

To, czego nie chciał rzec.

To, o co pytać broni.

DZIEWKA

To z wami nic nie gada?

MŁODA

Jeno nade mną biada.

Odepchnął mię wylękłą;

milczy, ode mnie stroni,

że mi ano okież serce nie pękło – –

DZIEWKA

Ano to się trza strzec.

MŁODA

Ludzie skorzy do słowa,

cóż ta ludziom obmowa,

cóż im kogo na gębie mleć?

A to się, patrzę, leda śmieć

na mnie rzuca! –

A ja bez to mam drżeć,

żeby nie zaklął!? –

DZIEWKA

A snu nie opowicie?

MŁODA

A wy to nic nie śnicie,

nic? –

DZIEWKA

Jak legnę spracowana,

dak dośpiem zawdy rana

kamieniem,

bez nijakiego lęku. –

Straszycie się złym snem –?

Wiecie co – –?

MŁODA

Wiem, – co wiem!

Słychać ponowne dzwonienie od strony kościoła. Dziewka pozbierała tymczasem porzucane na ziemi motyki i niesie je do sieni, gdzie znika z drugiej strony domu;

Młoda stoi czas jakiś, zasępiona, – odchodzi powoli ku plebanii, do sieni i znika w komorze.

Z boku, z prawej, od gościńca, spoza dworku, idzie Parobek ku plebanii; tejże chwili z wrót plebanii występuje Ksiądz, w rewerendzie czarnej, w berecie, z książką, zmierzając ku kościołowi; Parobek zastępuje mu drogę, Ksiądz na jego głos zwraca się ostro.

PAROBEK

Idę się pytać;

jak to naskładać tego drzewa,

co to kupione. –

KSIĄDZ

Pomówiewa

teraz co insze, – słuchaj no ty,

jak mi tu będziesz w noc się włóczył

do dziwek wsiowych, – precz wygonię!

Spłać Kaśce krzywdę!

PAROBEK

Ja ta o nię

nie stoję, proszę Wielebności.

KSIĄDZ

Skrzywdziłeś, napraw głupią winę.

PAROBEK

Ja winien, ona też jednako!

KSIĄDZ

Dla dziecka litość cię nie ruszy?

Twoja powinność, zgodzić jako.

PAROBEK

A dyć mi łeb dość suszy.

KSIĄDZ

Najlepiej zrobisz, jak ją pojmiesz.

PAROBEK

Za babę? –? To mię do krzty zmoże.

Nie mam ta tela grontów.

KSIĄDZ

Przemarnisz resztę, to ci gadać;

ona ma uskładane trochę.

PAROBEK

Ćmaje tak, chytra; mnie nie złapi.

Kiej mnie, jagem jest, prawie.

KSIĄDZ

W pogwar z przecherą się tu zadać –?!

Sprośniku, spomnij srogie Piekło;

widziałeś w kruchcie obraz Sądu;

duszę podajesz Diabłu!

PAROBEK

Po co sobakę próżno wołać,

tak niby nadaremno;

trza splunąć, by co nie urzekło!

KSIĄDZ

Bluźnierstwo ci się gruźli w ustach!

Uroki? – We łbie wciąż ciemno? –

– Chcesz ta czego?

 

PAROBEK

...bo bym składał

do sągów, co na wozach stoi.

KSIĄDZ

– Powiedzą ci tu w domu!

Krzywdziłby!?

Cię!? Kary Bożej się nie boi!

PAROBEK

Tego nie mówię. – Gospodyni

powiedzą, co z sągami??

KSIĄDZ

Patrz swego nosa! – Mnie ci wara,

bąkać z gospodyniami!

woła za odchodzącym

Hej, –!

Niech stoją! Potem się wywiezie.

PAROBEK

Gdzie?

KSIĄDZ

Gospodyni powie. –

patrząc za idącym

– Jak to lezie! – –

Spoza dworku z lewej wychodzi Dziewka; zbliża się do Księdza; całuje go w rękę; Ksiądz się zwraca ku niej.

DZIEWKA

Postójcie, proszę, krótkie słowo.

KSIĄDZ

Znów czego? –

DZIEWKA

Jużem i gotowo

dać ze swego na ornaty,

żeby się ino, –

KSIĄDZ

Trapisz wciągle;

raz powiedziałem, nie odstąpię.

DZIEWKA

A no kiej dziecku trza chrztu.

KSIĄDZ

Juści!

DZIEWKA

Niechta Jegomość z gniewu spuści.

KSIĄDZ

Tak mi być trzeba, dla pouki!

– Nieślubne! –

DZIEWKA

Cóż ta, takie fuki –?!

A inksze łażą dziecka ochrzczone,

Choć też nieślubne...

KSIĄDZ

Cicho!

DZIEWKA

Muszę!

Dościem już napłakała wprzódy.

KSIĄDZ

Samaś to napytała licho.

DZIEWKA

To dziecku chcę ozjaśnić duszę.

KSIĄDZ

No, no – toć mówię! –

DZIEWKA

Już się godzą?!

KSIĄDZ

Zwolę. –

DZIEWKA

Bóg zapłać!

KSIĄDZ

Ludzie płodzą,

jak ślepi, –

Grzechem jest wszelki pomazany,

pokąd duch Boży płodu nie skrzepi.

Dziewka odchodzi rozradowana; od ogrodzenia kościelnego zbliża się Dzwonnik; Ksiądz ostro nawołuje ku niemu.

KSIĄDZ

Cóżeście tak we dzwony bili!?

Po cóż to!?

DZWONNIK

O świtaniu?

KSIĄDZ

Nie kręć! Cóżeś tak przyczajony?!

Czyj wymysł?

DZWONNIK

– Wójt prosili.

KSIĄDZ

Cóż się wójtowi mieszać w dzwony?!

DZWONNIK

Wójt miał powody.

KSIĄDZ

A tyś był skory.

hałasowaniu. –

DZWONNIK

Zwoływać było trza gromadę

trwogą, tom dzwonił.

KSIĄDZ

Mówisz trwoga!?

DZWONNIK

Że z tej posuchy klęska sroga.

KSIĄDZ

No już nie będę wchodził w zwadę;

I cóż gromada?...

DZWONNIK

Podal się zbierze

u wrotek i tu stanie

przed księdza z prośbą.

KSIĄDZ

O nowe modły.

DZWONNIK

O modły, – może jeszcze o co...

KSIĄDZ

A cóż to wójt ode mnie stronił

wczora?

DZWONNIK

Bo wysełali zawczora nocą,

widzi Jegomość, do pustelni

po Jałmużnika, –

KSIĄDZ

Po co?!!

DZWONNIK

By przyszedł i Złe zamówił.

KSIĄDZ

Kto?! Ten czarownik! – Czary, gusła!!

Tu w moich oczach, u kościoła,

skąd płyną modły Świętej Wiary!

Bezecność! –

DZWONNIK

Pustelnik, człowiek święty.

KSIĄDZ

Guślarstwo zna i czyni.

DZWONNIK

Niechże Jegomość go nie wini,

człek, mówię, święty; pokutniczy

żywot hań w leśnej ma kaplicy;

ludziom poradził nieraz,

choć już zwątpili wszelkiej radzie.

KSIĄDZ

Więc po cóż przyjść ma teraz?

DZWONNIK

Że ta posucha trwa i morzy;

że Słońce ogniem piecze.

KSIĄDZ

Kościół się modli, – Gniew snać Boży,

na lud niesforny, lud niezbożny

śle swoje klątwy. –

DZWONNIK

Zara przyjdą;

a to rzec chciałem, niech ksiądz zwoli,

by się odbyło.

KSIĄDZ

Nie pozwolę!

Wara mi guseł, czarów wara,

u świętych wrót świątyni!

a ty, ja ciebie mam na oku,

że ty zadajesz się z babami,

co się tu włóczą i wróżą,

chłopstwu się głowy zawracają,

w pokusach serca durzą;

takaż jest wasza wiara!?

DZWONNIK

Widzi Jegomość, bo to wszystko,

co oni czynią, zamawiają,

to jest ta wiara stara.

KSIĄDZ

Pogaństwo, – Chryste! –

Zaniosę skargę do biskupa.

DZWONNIK

Ano nie wiem, co będzie,

widzi Jegomość, – jak biskup zjedzie...?

KSIĄDZ

Będzie, że klątwą wieś obłoży.

DZWONNIK

Wsiowym, jak wsiowym, bez biskupiej

mają już dosyć klątwy Bożej, –

no ale inkszym gorzej. –

Biskup się dowie...

KSIĄDZ

Ze co?

DZWONNIK

Przez skargi.

KSIĄDZ

Milcz!!

DZWONNIK

Ano prawda!

A widzę – sołtys swoich wiedzie.

Sołtys wchodzi, dając gromadzie znaki, by się zatrzymała za cmentarnym ogrodzeniem kościoła.

SOŁTYS

Jegomość może posłuchają –?

KSIĄDZ

A! Sołtys! – Sprawę do mnie mają?

SOŁTYS

Sprawę, jak sprawę.

KSIĄDZ

Siądźcie.

SOŁTYS

Postoję.

KSIĄDZ

Cóż macie? –

SOŁTYS

Niby zażalenie.

KSIĄDZ

Wywódźcież.

SOŁTYS

Że to po wsi chodzą

gadania, –

KSIĄDZ

Bajki!

SOŁTYS

W bajkach zrodzą

z owce czarnego kozła, te paplaki;

rzekę, że chłop się ladajaki

narowi złym przykładem. –

KSIĄDZ

Toście w urzędzie!?

SOŁTfS

Mówię, że to

na Święto Jańskie tera będzie

prawie że rok z okładem,

jak się tych dwoje gachów zżyło

tu na plebanje.

KSIĄDZ

– Wiem i surowo karcę.

SOŁTYS

No jeno

żąda gromada, by się zmieniło,

bo się nie zmienia, choć ksiądz gada.

KSIĄDZ

Z krnąbrnością kozłów trudna rada,

cóż począć; chwasty dzikie!

SOŁTYS

Chwast ten u waszych roście progów;

rwać by go trzeba tęgą ręką,

bo jest ta dość tych głogów.

KSIĄDZ

Mówicie o kim, – wy sołtysie?!

SOŁTYS

O Kubie i o Kaśce.

Że to u Kaśki dziecko niekscone,

a Kuba się nie żeni. –

Ludzie gadają...

KSIĄDZ

Wy znosicie!

SOŁTYS

Że sobie przykład od was wzieni.

KSIĄDZ

Ostre to, cierpkie, gromkie słowo.

SOŁTYS

Jak mi Bóg żyw, boleję,

że taką muszę gadać mową,

Bóg widzi, baczcie, źle się dzieje!

KSIĄDZ

Wara wam do mnie, wy gromada!

Za moje, Bóg osądzi.

SOŁTYS

Za cudze starszy odpowiada,

błądząc w dwójnasób błądzi.

KSIĄDZ

Wy mnie nie prawcie sądów leda,

nie wasze duszne sprawy. –

We swoje mięszać się nie damy!

SOŁTYS

Ano, Jegomość, to nam bieda,

że wasze lepiej znamy.

KSIĄDZ

Was o to zwołam, co się rwiecie

mnie sądzić proste chamy.

SOŁTYS

Jegomość zaś ta z naszych przecie,

to wstyd nam naszej plamy.

KSIĄDZ

Bóg was pokarze, bezlitośni.

SOŁTYS

Was słabość przedsię gubi;

toście na gębach ludzkich głośni,

we wsi was nikt... nie lubi!

Ano po ludziach wciąż swarzycie,

nakazujecie ostro, – a któż was słucha?

KSIĄDZ

Słuchacie skwapniej złego ducha;

zły duch wam mąci dusze.

SOŁTYS

Wspomnij Jegomość, – ta Posucha,

co od dni tela suszy pola,

to co? – –

KSIĄDZ

Wam klątwa! –

SOŁTYS

Przez Was!

KSIĄDZ

Boże!! –

Serce łamiecie mi we skrusze.

Odprawiam modły, Bóg odmieni. –

SOŁTYS

Bóg zmieni, kiedy Wola.

Oddalcie, coście ziemskie wzieni

na się! – Wyżeńcie het na pola!!

Wchodzi Pustelnik w habicie zgrzebnym zakonu św. Franciszka, przepasany sznurem z pętlicami; starzec zgarbiony wpół, wsparty na kiju, głowa obnażona, łysa zupełnie; oczy zapadłe i jakby niewidzące. – Za Pustelnikiem idzie tłumnie gromada wsiowa, starsi, gospodarze, zagrodnicy.

PUSTELNIK

Szczęść wam gromado, wam Sołtysie...

KSIĄDZ

Wy skąd do mego dwora –?!

PUSTELNIK

Z daleka, z dala, widzi mi się

z tamtego świata, kaj się dusza,

jakoby gwiazda ta zapala.

KSIĄDZ

Znajcież, że kościół nie pozwala

na te praktyki, co czynicie.

PUSTELNIK

Biada, pasterzu, że winicie,

błędem piętnując, co w wiek z wieka

tajemną trwogą czci i szanuje

pamięć człowieka.

KSIĄDZ

Jedna jest tylko Cześć i Trwoga;

Cześć dla Kościoła, Bojaźń Boga.

PUSTELNIK

Bóg więc tę trwogę śle tajemną

i występnemu to przestroga,

choć jest mu trudno tę sieć ciemną

rozedrzeć, Prawdzie zajrzeć w oczy

i wyznać winę. –

KSIĄDZ

Co mówicie?

PUSTELNIK

Mówię, że znam tych klęsk przyczynę,

co wasze role niszczy spieką;

mówię, że Piorun niedaleko! –

KSIĄDZ

Wy chcecie, widzę, igrać ze mną

tajemnicami?! –

PUSTELNIK

Mówię, że trwogę znasz tajemną

ty sam, co igrasz z ludem

słowami!

KSIĄDZ

Ksiąg Bożych, gadam Słowo Boże,

co są w me ręce powierzone,

siedmioma zwarte pieczęciami.

PUSTELNIK

Pieczęć tajemnic tych ozdarta;

nad Twoją dolą zawieszona

wyroków Bożych karta.

KSIĄDZ

Śmiesz mówić, jakoż dowieść zdołasz?!

 

Próżne przechwałki, próżno wołasz;

lituję twojej głowy, Stary.

PUSTELNIK

Biadaj nad sobą, nie nade mną,

złamałeś ślub na pokus Czarta;

dziś jeszcze zaznasz kary.

KSIĄDZ

Włóczęgów groźby się nie boję.

PUSTELNIK

Toć jeno dla cię tutaj stoję.

KSIĄDZ

Nie ja wzywałem, lecz gromada,

pustelnych dziadów słuchać rada.

PUSTELNIK

To, żem tu przyszedł, całą radą;

nic więcej, – jeno prędką zwadą,

nie dałeś wyrzec...

KSIĄDZ

Cóż to chcesz prawić, – niby wróżbita –

mówić – kazanie?!

PUSTELNIK

Nie naglej, powiem, zadrżysz na nie,

bo są w tych klęskach prawdy skryte,

których, gdy sięgnąć na więcierze,

winny, gdy słucha, sam się zdradzi.

KSIĄDZ

Któż winny, –? Kędyż to prowadzi?

Przyszedłeś klątwę wywieść, skąd idzie?

Posucha skąd upalna? –

Klęska nam oto jest widzialna; –

choć się przechwalasz znać przyczyny,

nie mówisz jasno.

PUSTELNIK

Wielkie snać muszą być te winy,

po które Boża ręka sięga; –

daleko szukać tu nie trzeba,

są jawne! – Przed oczami Wam!

KSIĄDZ

Oddech zapiera jakaś tęga,

co się mi jęła tchu,

...kto jest ten winny! –?

PUSTELNIK

Kto? – Ty sam!!

– Trza, by pod nieba błękit parny

dym wzbił się w słup ofiarny,

– by żywioł Ognia z Ziemi lęgły,

z niebieskim żarem stał się sprzęgły,

– ażby strop, Słońcem przepalony,

kir dymnych chmur przesłonił czarny.

– Sprząc czarnorogich wołów czworo,

tymi dwie sągi ciężkich kłód

trza na dalekie wywieść pole

ugorne, puste,

skąd by nie widać wsiowych chat.

KSIĄDZ

Zamilcz przeklęty!

PUSTELNIK

Tyś przeklęty!

Co klątwy piętno masz na czole!

KSIĄDZ

Jakie?! –?

PUSTELNIK

Lęk.

KSIĄDZ

Zamilcz, – grozo! –

Modły Bożego wskrzeszą ducha.

PUSTELNIK

Już modłów twoich Bóg nie słucha!

KSIĄDZ

Niebiosa jasne przejmie Skrucha.

PUSTELNIK

Patrz, niebios dla cię litość głucha.

Zagłada grozi i Posucha!

Wychodzi, chłopi mu się rozstępują; idzie w stronę kościoła.

KSIĄDZ

Serce łamiecie mi we skrusze,

w oczach się moja Waga chyli

i Szczęście w oczach mieni...

CHÓR

Oddalcie, coście ziemskie wzieni

na się, – wyżeńcie het na pola!!

KSIĄDZ

Mnie klątwa! – Dolaż! – Dola! Dola! –

CHÓR

I.

Rola schnie się,

gleba pęka,

Kłos bujny mdleje, –

Bożych Sądów

groźna ręka;

Serce truchleje.

II.

Promień pali,

gorejący,

Słońce szaleje, –

Bożych Sądów

Znak karzący

Ogniami zieje! –

III.

Straszny Sędzio,

spuść srogości,

Ziści nadzieję. –

Jakoś dawał w obfitości,

dziś mej Skrusze zwól Litości,

grzeszny boleję. –

KSIĄDZ

Oczyść mą duszę, Święty Boże,

ku Tobie serce wznoszę;

prawie Twa Siła Zło przemoże,

ulitowania proszę.

Wszedłem w człowieczych błędów koło,

we zmazach żyłem długo,

w skrusze ku Tobie wznoszę czoło,

wyznaj mię swoim sługą.

Krew mnie poniosła w sprośnej chuci

ku związkom, co mię więżą,

żem jest, jak owi więźnie skuci,

którym miał tobie być pawężą.

Wejrzyj o Panie! w serca skrytość;

wypleni z serca gady.

O litość w skrusze łkam, o litość...

Coś Piotrowego zabył zaprzania

a Judaszowej zdrady,

schyl pobłażania, zwól zlitowania!

Ostatnie słowa mówi klęcząc; – – wstaje, pochylił głowę i odchodzi w stronę kościoła.

CHÓR

Wielkie znać muszą być te winy,

po które Boża sięga ręka.

Daremno błaga i uklęka,

już modły próżne, Bóg nie słucha,

Niebiosów litość dla nas głucha.

Zagłada grozi i Posucha;

.......

Co radzić, co uczynić? –

SOŁTYS

Spełnić, co kazał człowiek z lasu.

CHÓR

Ksiądz będzie swarzyć i nas winić.

SOŁTYS

Trza chyżo, póki tego czasu

ksiądz jest w kościele,

wypełnić wszystko sporo.

CHÓR

Sprząc czarnorogich wołów czworo;

tymi, dwie sągi ciężkich kłód

het na dalekie wywieść pole,

ugorne, puste,

skąd by nie dojrzeć wsiowych chat.

SOŁTYS

Wiem, jakie pole podle drogi,

ugorny ścierz,

zachwaszczon mątwą wielu lat:

księdzowe pole.

CHÓR

Tak, – tam; zarasta dziko kierz;

od lat się wielu nie zorywa.

SOŁTYS

Trza pobrać kłody i łuczywa,

powiązać powrósłami,

wszelijakiego zładzić paliwa.

CHÓR

Ksiądz nie da użyć swego pola.

SOŁTYS

Trza zrobić, jako inksza Wola;

raźno skojarzyć dwa zaprzęgi;

każdy ze swego pniaków parę,

aże się sąg dwie złoży;

trza poszanować Wiary stare;

księdza co słuchać nie ma.

CHÓR

Każdy ze swego pniaków parę,

aże się sąg dwie złoży;

trza poszanować Wiary stare;

nad księdzem, widno, palec Boży.

MŁODA

Wyszła ze sieni i staje we wrotach i poły je rozchyliwszy, słucha od chwili.

CHÓR

Trza zrobić, jako inksza Wola:

skojarzyć dwa zaprzęgi,

dwie sąg zwieść do hańtego pola,

na ugor.

SOŁTYS

Przykazom koniec, – ktoś ta słucha.

MŁODA

A dyć prawicie głośno.

SOŁTYS

Ty, co się hańbą plamisz sprośną,

dziewko, zmilkłabyś raczy.

MŁODA

Zaś znowu Sołtys mnie się haczą,

bo wam nie w porę, żem zmiarcyła,

co się tu znaczy.

SOŁTYS

Znaczy się, że wam Biada; –

znaczy się, że ci nakazuję

przemilczeć, coś słyszała;

bo trza, by się ofiara stała

na hańtem polu, co księdzowe.

MŁODA

A ino, zaś bym ta słuchała.

Jeśliście mędrek, niech wam starczy;

ja powiem.

SOŁTYS

My zrobimy swoje:

ty harna, harno nosisz głowę; –

jak się wlec będziesz z żebraniną,

bo cię wyżeną stąd, –

to popamiętasz głupstwo twoje,

grzech a błąd.

MŁODA

Łatwo nad cudzą zdziwiać winą,

skorzyście, patrzcie ino.

byście nie stali się przyczyną

ludzkiego nieszczęścia!

SOŁTYS

Czas, żebyś sobie rozum wzięła

i poszła precz we światy!

MŁODA

Pójdę precz – kiej będzie potrzeba;

a wy się to spytacie gdzie –?

To nie wasza rzecz. – –

Może przy drodze szukać chleba!

Możem ta trochę już pojęła

co z tego gadania,

jenom się tak tęgo zawzięła

do ostatniego bronić

i wszystkie wypominania

wszystką siłą precz gonić;

wyście mi dziś już drugie swaty

Sołtysie, – jakaż to konieczność?

SOŁTYS

Z tobą co gadać; wstyd, kto się para;

nie pytaj nad kim Boża kara

Spełnienie klątwy niedaleko.

MŁODA

Klątwa –??

SOŁTYS

Co nasze role niszczy spieką,

że nasze zboża w żarach giną.

MŁODA

I któż być ma tych klęsk przyczyną?

CHÓR

Ten, czyje modły próżno płyną

hen w niebo Słońcem palące?! –

MŁODA

Już modły próżne? Bóg nie słucha?

Ten, czyje modły próżno płyną

hen w niebo Słońcem palące?! –

CHÓR

Niebiosów litość oto głucha.

Zagłada grozi i Posucha! –

Ofiary trza, ofiary!!

Gromada za Sołtysem oddala się; – gdy się rozeszli, widać pod plebanią stojącego Dzwonnika, który patrzy za Młodą i również zabiera się do odejścia.

MŁODA

Odeszli, – słuchajcie no stary – – –

Oddech zapiera jakaś tęga,

co mi się jęła tchu – –

Ofiara jaka? –

DZWONNIK

Stos na ugorze

trza spalić.

MŁODA

Cóż bez to –? –?

DZWONNIK

Role od suszy, zboża od żaru

ocalić.

MŁODA

Żar piecze, bo tak widno musi

i zejdzie, gdy Bóg zejmie.

DZWONNIK

Żar Boska ręka sama pali,

spiekota jest od Boga.

MŁODA

Wiem, – jeno bez cóż kara sroga?

DZWONNIK

Bez grzech.

MŁODA

Czyj –?!

DZWONNIK

Księdza!

MŁODA

Grzech mój i moja nędza! – –

Więc oni, – chcą, co?

DZWONNIK

Stos ułożyć i spalić w ugorze.

MŁODA

A to, – myślicie, – pomoże?

Zaśby?

DZWONNIK

Że się drzewo spali?

MŁODA

No juści. – Przecież cóż ofiara

z samego drzewa?

DZWONNIK

Tym słowem żąda Wiara stara.

MŁODA

To czemuż ksiądz nie zwala?

Cóż, że się drzewo spala –? Co?? –

DZWONNIK

Też myślę; – wy pomóżcie

nam, – dopełnić, co potrzeba,

to złe was minie może.

MŁODA

To mnie to Złe? –

DZWONNIK

Mówią tak.

MŁODA

Jeźli się spełnić ma ofiara,

jeźli Bóg śle te kary,

gdy stosu żąda dawna Wiara,

a wy mnie zwiecie klęsk przyczyną,

Żem śmiertelnego grzechu winą

skalana.

to może – ze mnie – trza – ofiary – –?

Dzwonnik odchodzi; z boku krząta się Parobek, który czeka tylko, by Dzwonnik się oddalił, żeby się do Młodej zbliżyć.

MŁODA

Słuchaj no Kuba, mnie się patrzy

wiedzieć, co Sołtys ustanowią.

PAROBEK

A bo i o was też bąkają

nie jedno,

jedno nie wiecie z czego.

MŁODA

Wiem, co wiem lepiej sama, –

co ta gadanie; – jest co insze,

co wiem. –

PAROBEK

Że Kaśka, co swarzyła na mnie

przed księdzem, względem tego chrztu,

wygębowała...

MŁODA

Może! Słusznie ci się dostało.

PAROBEK

A nie mnie, ino wam: wrzescała,

że wasze dziecka, mówi, chrzczone

łażą, a jej się poniewiera

i pomstowała przed nim na wasze.

MŁODA

Na moje? – Pomsty!? –! Ta psiawiara!

PAROBEK

I podjudzała, co niemiara.

MŁODA

I trzymam taką?!

PAROBEK

Byle czego:

z złego języka, tyle złego. –

Parobek się usuwa, postrzegłszy Dziewkę, przeciw której gwałtownie zwraca się Młoda.

MŁODA

To ty mi będziesz tu przed pany

wypominała?! Ty ladaco!

Że moje dzieci się chowają?!

DZIEWKA

Wszędyścic zawdy do podsłuchu.

MŁODA

Ty ladacznico, ty paduchu,

to tak za strawę płacą?

DZIEWKA

Dyciem nie darmo, jeno z pracą.

MŁODA

Ty mi od moich dziecek waruj.

DZIEWKA

Moje mnie pirwsze, gdy je bronie.

MŁODA

Zbierz tobół, pójdziesz precz, wygonię!

DZIEWKA

Dyć się spamiętajcie,

gosposiu, – głupie słowo daruj.

MŁODA

Kroiło ci się dawno, – suko!

DZIEWKA

Jeno nad ludźmi nie zdziwiajcie,

a wyście co!?

MŁODA

bijąc ją

Naściże włóko.

DZIEWKA

O Jezu! –

upada na ziemię

MŁODA

Zbieraj się precz, – nuże!

ażbyś gdzie zczesła.

DZIEWKA

Bóg jest w górze!

co moją krzywdę zapamięta.

MŁODA

Samaś se krzywdów nawarzyła,

czas, byś na własnej czuła skórze!

DZIEWKA

podnosząc się

Bądź ty i twoje dziecka przeklęta!

Żeś moję Dolę pomarniła.

MŁODA

Podła!... Co rzekła. – Matko Święta!

Gdy Dziewka wybiegła, Młoda stoi chwilę znieruchomiona, później idzie naprzód ścieżką do wrotek ogródka, które otwiera i cofa się, milcząca, bo równocześnie otwiera też same wrotka Stara [Matka], wpół zgięta kobieta, o kiju idąca. – w narzuconej na oczy czarnej chuście. – Stara idzie, kijem o płotek trąca, wchodzi w ogródek; a Młoda się przed nią cofa.

MATKA

Teć to domostwo, ta zagroda.

MŁODA

Szukacie kogo? – Wypoczniecie –? –

MATKA

Tyleż tu grzędów, rosły kwiecie!

Cóż znikcemniały do ostatka?

MŁODA

Suchość dobytek nam marnuje.

MATKA

Toście wy może stąd, wy młoda!?

MŁODA

Ano stąd, – skądże wy zaś, matka?

MATKA

Dobrzeście rzekła, dziewko gładka;

gospodarz, co tu dworuje,

jest syn mój. –

MŁODA

Pleban!?

MATKA

Piąte lato

syna nie widzę; czasów siła; –

pisał list, więc zjechałam na to.

MŁODA

Wyście to matka, – wy – –

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora