Salon baronowej WieryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Wotowski

Salon baronowej Wiery

SAGA Egmont

Salon baronowej Wiery

Copyright © 1932, 2018 Stanisław Antoni Wotowski i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662328

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział I

Tragiczna zagadka

Młoda kobieta zdradzała od paru chwil coraz większe zdenerwowanie.

— Ależ zapewniam cię — wyrwał się z jej ust niecierpliwy okrzyk — że nie robię nic złego!

Siedzący naprzeciw czterdziestoletni, szpakowaty, wygolony mężczyzna o rozumnej i energicznej twarzy lekko potrząsnął głową.

— Nie mówię, że robisz coś złego — odparł. — Lecz twe postępowanie od pewnego czasu jest zbyt lekkomyślne! Te ciągłe dancingi, zabawy z przyjaciółkami… Wczoraj znów wróciłaś nad ranem…

— Ach, tak jakoś się złożyło…

— Może… W każdym razie nie o takiej marzyłem żonie! I ty jeszcze przed paru miesiącami byłaś inna!

Słowa te zabrzmiały dość ostro w luksusowo urządzonym gabinecie. Rozmowa toczyła się pomiędzy czarującą, złotowłosą panią Lili Ordecką i jej małżonkiem Aleksandrem, wicedyrektorem jednego z towarzystw akcyjnych stołecznych.

Snadź pani Lili poczuwać się musiała do winy, bo powolutku podeszła do wielkiego klubowego fotelu, w którym zajmował miejsce jej mąż — i oparłszy się, jęła go delikatnie głaskać po włosach.

— Nie gniewaj się Olku! — wybiegł z jej ust cichutki szept. — Ja się zmienię! Poprawię…

Tyle przymilnej pieszczoty grało w ruchach i głosie młodej kobiety, że Ordecki, czyniąc sobie w duchu wymówki, że może zbyt ostro z żoną postępuje, już chciał ją porwać w swe ramiona i obsypać szeregiem pocałunków, gdy wtem wzrok jego padł na ręce młodej kobiety.

— Nie masz dziś biżuterii??? — zapytał zdziwiony — ani pierścionka, ani bransoletki, ani zegarka?

Pani Lili, jak każda prawdziwa kobieta, bardzo lubiła klejnoty i błyskotki. Toteż otrzymawszy kolejno od męża piękny, parokaratowy, brylantowy pierścień, następnie kosztowną platynową, ze szmaragdami bransoletkę i nie mniej cenny zegarek, nie rozstawała się z tymi błyskotkami nawet na chwilę. Teraz, posłyszawszy zapytanie, zaczerwieniła się gwałtownie.

— Ach… bo… — jęła coś bąkać.

— Może zgubiłaś? — wpił się w nią wzrokiem, gdyż uderzyło go jej zmieszanie.

— Nie… nie zgubiłam… — Lili miała prawie łzy w oczach. — Tylko… na toalecie…

— Zostawiłaś u siebie na toalecie?

— Tak… to jest… nie…

— Nic nie rozumiem!

Potarła ręką czoło, starając się tym gestem pokryć niepokój.

— Głupstwa plotę! — wymówiła, opanowywując się z całej mocy. — Zostawiłam je u Zuli Słodowskiej…

— U Zuli Słodowskiej? Twojej przyjaciółki, z którą chodzisz po dancingach? W jakim celu?

— Zapomniałam! Byłam u niej dziś rano, myłam ręce i… Musiałam położyć na umywalni! Ale chyba nie zginęły! Zula schowała je na pewno!

Zdumiewał się coraz więcej.

— I ty — mówił — która dawniej bez tych cacek nie mogłaś wytrzymać paru minut, wcale tym się nie interesujesz, co z nimi przez szereg godzin się stało? Powiadasz, że pozostawiłaś je rano, a teraz — spojrzał na zegarek — blisko siódma wieczór… Nie posłałaś zapytać się do Zuli? Przecież te klejnoty przedstawiają wartość wielu tysięcy…

Zaśmiała się nieszczerze.

— Widzisz, jaka robię się roztargniona! — jęła szybko tłumaczyć. — Brak kosztowności teraz dopiero spostrzegłam sama! I przypomniałam sobie, gdzie pozostały! Lecz zapewniam cię, że przepaść nie mogły i nikt ich nie ukradł! Zula na nieszczęście nie ma telefonu, pojadę więc do niej natychmiast osobiście i…

Choć całe tłumaczenie się pani Lili wydało się Ordeckiemu dziwne i mało prawdopodobne, nie śmiał oponować. Może zresztą żona nie kłamie? Może istotnie przez roztargnienie pozostawiła biżuterię u przyjaciółki?

— Czy mam pojechać z tobą? — zapytał.

— Nie… nie… — odrzekła prędko. — Po cóż mam cię odrywać od pracy? Miałeś przejrzeć jakieś papiery. Załatw swoją robotę, ja za pół godzinki najdalej powrócę, to razem wyjdziemy na spacer. Bo Lili od dziś stanie się bardzo grzeczna i nigdzie swemu panu i władcy wieczorami uciekać nie będzie.

Złożyła na jego czole szybki pocałunek, po czym wybiegła do sypialni. Posłyszał szelest nakładanego ubrania, później stuk zatrzaskiwanych drzwi. Pani Lili pobiegła do swej przyjaciółki.

Pozostał sam i chcąc skrócić sobie chwile oczekiwania powstał z fotela i zbliżył się do biurka, aby zająć się robotą, o której wspominała żona. Już rozłożył wyciągnięte z teki papiery i miał zagłębić się w ich treść, gdy wtem nad sobą posłyszał cichy szept:

— Proszę pana!

— Cóż takiego? — drgnął lekko i spojrzał w stronę, skąd dobiegł go głos.

W drzwiach stała Małgorzata, stara służąca, więcej jeszcze niż służąca, bo piastunka dawna Lili, fanatycznie do niej przywiązana.

— Chciałam panu coś powiedzieć — mówiła teraz poufale stara — ale nie śmiałam przy pani! Bo to o panią, o moją dawną panienkę Lilę chodzi…

— Cóż takiego się stało? — powtórzył zaniepokojony.

Starowina podeszła bliżej o parę kroków i wyrzuciła prędko z siebie, jakby się pozbywając wielkiego ciężaru z serca:

— Pani od wczoraj, kiedy pana w domu nie ma, ciągle płacze i rozpacza, jak żeby ją spotkało najgorsze nieszczęście…

— Rozpacza? — podniósł ze zdziwienia wysoko brwi do góry. — Z jakiego powodu?

— Nie wiem… nie wiem… — mruknęła Małgorzata. — Sama chciałabym wiedzieć! A jak chciałam Lilę pocieszyć, rozpytać, strasznie się na mnie rozgniewała i kazała wyjść z pokoju. Nigdy jej takiej nie widziałam, bo kocha mnie przecież, jak drugą matkę… Może pan prędzej by doszedł co jest pani, bo mnie starą to trapi i boli… Przeczuwam nieszczęście…

— Dziwne, bardzo dziwne! — wyrzekł w zamyśleniu sam do siebie i ciężko opuścił się na krzesło za biurkiem.

Małgorzata postała jeszcze chwilę, lecz widząc, że Ordecki siedzi zatopiony w myślach własnych i nie odzywa się do niej ani słówkiem, kaszlnęła parę razy, po czym odeszła, potrząsnąwszy kilkakrotnie z niezadowoleniem głową.

Niewesołe go trapiły przeczucia. Kiedy mniej więcej przed rokiem żenił się z Lili, do szaleństwa w niej zakochany i pociągnięty jej urodą, czyż mógł przypuścić, że tak prędko zachmurzy się horyzont ich szczęścia? Lili była panną biedną, lecz z zacnej rodziny, i sądził, że znajdzie w niej nie tylko piękną kobietę, lecz i oddaną towarzyszkę. Tymczasem…

Co znaczy jej obecne postępowanie? Te ciągłe zabawy, hulanki do rana po dancingach? Dwuznaczne przyjaciółki! I te napady smutku i ta niezrozumiała historia z biżuterią? Zawiódł się na Lili. Czy jest to tylko pusta istota, spragniona szału i rozrywek? A potem sama ich się wstydzi? Bo dziś jakby zaznaczyła swą skruchę.

Nie, dalej trwać nie może stan podobny. Skoro Lili tylko powróci, natychmiast rozmówi się z nią szczerze…

Chcąc odpędzić przykre myśli, Ordecki zagłębił się w leżące przed nim papiery. Szybko je przeglądał, coś w nich notował. Niezadługo tak pochłonęły go one, że dopiero zapadający mrok przerwał mu tę robotę.

Wtedy drgnął.

Było lato. Przez otwarte okna wpadały fale dusznego, parnego lipcowego powietrza, a wraz z nim i pierwsze blaski latarni ulicznych. Już tak późno? Po dziewiątej. Pracował blisko dwie godziny. A Lili jeszcze nie wróciła?

Poczuł nagle wyrzut sumienia. A nuż kto ze służby skradł u Słodowskiej biżuterię i Lili jest narażona na przeróżne przykrości? Po cóż inaczej siedziałaby tak długo? Jego obowiązkiem jest pójść i jej pomóc.

Nie namyślając się, pochwycił kapelusz oraz laskę i wybiegł z domu. Znał, na szczęście, adres Słodowskiej. Mieszkała na Złotej, podczas gdy Ordeccy na Żurawiej wynajmowali mieszkanie.

Choć z Żurawiej na Złotą droga niezbyt daleka, nie mógł pohamować swej niecierpliwości i wskoczył do pierwszej napotkanej taksówki. Samochód pomknął szybko i rychło się znalazł przed wskazaną kamienicą.

Ordecki paru susami wpadł na pierwsze piętro i zadzwonił.

— Czy zastałem panią Słodowską? — zapytał, nie poznając w półmroku przyjaciółki Lili, która sama otworzyła mu drzwi.

— To ja! — odrzekła. — A, pan Ordecki! Cóż pana sprowadza o tak późnej porze? Jakieś zlecenie od żony?

— Przecież Lila jest u pani!

— Lila u mnie? — niekłamane zdziwienie zabrzmiało w głosie wysokiej, przystojnej, trzydziestoletniej, nieco wyzywająco umalowanej kobiety — Na oczy jej nie widziałam!

— Nie widziała pani? — wybąkał. — A biżuteria? Te kosztowności, które miała tu pozostawić?

— Lili pozostawiła u mnie kosztowności? — wzruszyła ramionami piękna pani. — Jakie? Nic o tym nie wiem! Powtarzam panu, że nie widziałam pańskiej żony…

Choć Ordecki poczuł, że gorąca fala krwi uderza mu do serca, dalej nie nalegał, nie chcąc się ośmieszać! Aby zatuszować niemiłą scenę, przymuszając się do naturalnego tonu, wymówił:

— Widocznie pomyłka. Źle zrozumiałem… To wczoraj byłyście panie razem na dancingu?

Pani Słodowska uśmiechnęła się lekko.

— Również i wczoraj nie byłam z Lilą na dancingu! Cały wieczór spędziłam w domu. Czy pan przybył do mnie po wywiad? — zagadnęła ironicznie. — Niestety, żadnych informacji udzielać nie potrafię!

 

— Ach, nie… nie… — mruknął zły i zażenowany. — Nie przybyłem po wywiad! — Wynikło nieporozumienie! Stokrotnie przepraszam za najście i uciekam! Dobranoc!

Zbiegł ze schodów jak oszalały i na pół przytomny pędził ulicą, potrącając po drodze przechodniów.

A więc Lila okłamała go bezczelnie. Twierdziła, że wieczory, gdy on jest zajęty pracą biurową, spędza u Słodowskiej, a ta nie widziała jej wcale. Dziś wymknęła się z domu, pod pozorem odszukania zapomnianej biżuterii. Co znaczy ta historia z klejnotami? Pretekst?

Nagle straszliwe podejrzenie zrodziło się w duszy Ordeckiego. Lila ma kochanka i z nim spędza cały czas, a on w swym zaślepieniu nie spostrzegł tego dotychczas, ufając jej bezgranicznie, wciąż zapracowany, w pogoni za pieniędzmi. Za mało uwagi poświęcał żonie! Tak, bezwzględnie ma kochanka! Kto wie, może zamierza z nim uciec, w ogóle porzucić domowe ognisko! Bo całe jej postępowanie jest więcej niż dziwne, a ostatnio nie krępuje się niczym! Niewątpliwie rzekomo skradziona biżuteria posłuży na pokrycie kosztów ucieczki.

Ordecki wbiegł do pierwszej napotkanej cukierni i stamtąd zadzwonił do domu. Niestety, niewesołą posłyszał odpowiedź.

— Pani nie ma — zabrzmiał głos Małgorzaty — jeszcze nie wróciła, a to już po dziewiątej! Nie wiem, co to znaczy! Czy mam czekać z kolacją?

Cisnął słuchawkę, nie raczywszy nawet odpowiedzieć Małgorzacie. Teraz nie miał już najlżejszych wątpliwości.

Lila uciekła! Tak, jak wyszła, w jednej sukience! Zabrawszy tylko klejnoty ze sobą.

Chłodny pot zrosił czoło Ordeckiego. Więc wszystko przepadło, wszystko skończone. Nie wiedział teraz, co dręczy go bardziej: czy myśl, że został tak podle, nikczemnie oszukany, czy rozpacz, że znikło jego ukochanie, jego jedyne szczęście na świecie.

Poczuł dokoła straszliwą pustkę i poczuł się okropnie samotny.

Do domu nawet nie chciał wracać. Po co? Aby ujrzeć pokoje, w których każdy sprzęt przypominał Lilę, pokoje przepojone wonią jej perfum, zda się — aromatem jej ciała, pełne jej fotografii i drobiazgów? Aby odpowiadać na denerwujące zapytania Małgorzaty, ukrywać przed starowiną potworną prawdę? Nie… Po stokroć, nie…

Blady, zmieniony, błędnie tocząc wzrokiem dokoła, jął się teraz błąkać ulicami, wprost przed siebie, bez celu. Widział, jak wskazówki zegarów znaczyły jedenastą, potem północ, później pierwszą, lecz nie czyniło to na nim wrażenia. Parę razy tylko zachodził do jakichś cukierni czy barów, by dzwonić do domu.

A gdy ostatni raz dzwonił, li tylko, aby uspokoić swe sumienie, bo był przekonany, że Lili do domu nie wróci, dobiegły go słowa starej służącej, na których dźwięk aż zadrżał:

— Jest pani! Od kilku minut… Niech pan zaraz wraca, bo coś niezwykłego z nią się dzieje!

Pędził teraz na Żurawią jak oszalały. Nie spostrzegł nawet, gdy zbliżył się do własnego domu.

Raptem posłyszał, że na górnym piętrze kamienicy z trzaskiem otwiera się okno.

W zasadzie nie było w tym nic tak dalece dziwnego, lecz ten trzask wydał się Ordeckiemu złowróżbny.

Zapomniawszy na chwilę o własnych troskach, zaciekawiony spojrzał w górę.

Spojrzał i okrzyk przerażenia mimowolnie wydarł mu się z gardła.

Bo scena, jaką ujrzał, każdego mogła napełnić grozą.

Na parapecie okna na trzecim piętrze majaczyła się jakaś niewyraźna postać w bieli i widocznie gotowała się do samobójczego skoku.

— Boże! — zawołał nieludzkim głosem, ale było już za późno.

W tejże chwili zobaczył, jak owa zawieszona na oknie postać runęła w dół, i posłyszał głuchy odgłos uderzającego o chodnik ciała.

— Straszne! — jęknął. — Może jeszcze żyje?

Paru susami znalazł się na miejscu katastrofy. Wpił się wzrokiem w sztywniejące ciało. Była to młoda kobieta, spoczywająca obecnie nieruchomo. Choć śmierć nastąpiła momentalnie, upadek nie zniekształcił rysów jej twarzy.

Pochylił się bliżej.

— Lilka! — ryknął nagle, chwytając się za głowę. — Ty, Lilko, odebrałaś sobie życie?

Tak, nie było najlżejszej wątpliwości! Przed nim leżał trup jego żony.

Niezadługo spokojna ulica zaroiła się od tłumu gapiów i przypadkowych przechodniów. Mdło błyskały latarnie uliczne, oświetlając tę ponurą scenę. A wśród zgorączkowanego i podnieconego tragicznym wypadkiem tłumu stał Ordecki, nieprzytomny, i odpychając wszystkich od zwłok żony, bezmyślnie powtarzał:

— Odejdźcie! Odejdźcie… Ona do mnie tylko należy… Po śmierci, do mnie… Ach Lilko, Lilko! Czemuś to zrobiła? Co cię skłoniło do tego rozpaczliwego kroku? Powiedz?… Czyż nie kochałem cię nad życie?…

Rozdział II

Pierwsze ślady

Niezadługo zwłoki Lili spoczęły w sypialni, w tej samej sypialni, która ongi była jej chlubą i dumą, gdzie najmniejszy drobiazg przypominał o pełnej, do niedawna, wesela i pragnącej się wszystkim podobać młodej kobiecie. Leżała teraz, wyciągnięta nieruchomo, na swym koronkowym łożu, a najmniejsza rana nie świadczyła o tragicznym wypadku. Nic nie zeszpeciło delikatnych rysów twarzy, pozostała jednako, jak za życia, piękna. Wydawało się, iż śni przymknąwszy oczy, a tylko bolesny grymas dokoła ust naprowadzał na myśl, że śni o czymś przykrym i niemiłym.

Ordecki jeszcze nie mógł uwierzyć w nieszczęście, jakie go spotkało.

— Panie doktorze! — zawołał do lekarza, który stał obok łoża. — Czy żona naprawdę nie żyje? Ona tylko zemdlała chyba? Ocknie się za chwilę!

Lekarz, starszy siwowłosy mężczyzna, przybyły w kilkanaście minut po wypadku, smutnie potrząsnął głową.

— Nie ocknie się, niestety! — odrzekł. — Tu nastąpiła natychmiastowa śmierć.

— Ale przecież najlżejszej rany nie widać! — mówił gorączkowo. — Ani kropelki krwi!

Lekarz spojrzał na stojącego nie opodal komisarza policji, Dymskiego, który również się znalazł w mieszkaniu Ordeckich, otrzymawszy przez telefon ponure zawiadomienie. Ordeccy należeli do ludzi znanych w Warszawie, a niespodziewane samobójstwo, w tak niezwykłych okolicznościach, stanowiło sensację nie lada.

— Zaszedł niezwykły, z punktu widzenia medycyny, ciekawy wypadek! — oświadczył lekarz. — Choć obrażeń zewnętrznych nie ma, śmierć nastąpiła momentalnie! Złamanie kręgosłupa! Ot, dowód jedyny — wskazał lekarz palcem, dotykając leżącej. — Sczerniałe plecy! W tym jedyna pociecha, że pani Ordecka poniosła bezbolesną śmierć!

Ordecki porwał się niczym oszalały za głowę — Więc nie żyje! Nie żyje! — wykrzyknął z rozpaczą. — Nic już nie przywróci jej życia! Boże, za co spotkał mnie ten cios!

Nie hamując się obecnością mężczyzn, głośno załkał. Zarówno lekarz, jak i komisarz stali teraz w milczeniu, szanując jego ból. W kącie sypialni pochlipywała tylko cicho Małgorzata.

Nagle Ordecki, starając się opanować z całej mocy, wyszeptał:

— Lecz jeśli nie żyje, jakaż jest przyczyna tej śmierci? Czemu popełniła samobójstwo? Bo ja nie pojmuję jej czynu! Mówcie panowie! Może wy prędzej wyświetlicie tę okropną tragedię?

Komisarz Dymski powoli zbliżył się do nieszczęsnego.

— Pani Ordecka pozostawiła list! — rzekł. — Nie wie pan nic jeszcze o nim. Doręczyła mi go Małgorzata. Przeczytałem ów list, nie przez czczą ciekawość, a z obowiązku! Bo tu zachodzić może przypuszczenie zbrodni! Jest on jednak tak zagadkowy i mglisty, że przyznaję się, nie pochwyciłem najlżejszej nici… Pan może prędzej…

— Dajcie, dajcie list! — zawołał gorączkowo. Po chwili trzymał w rękach niewielki arkusik papieru, zapisany kilku wierszami. Został on zapewne skreślony w wielkim zdenerwowaniu i pośpiechu, bo litery były powykręcane i nierówne.

Niespokojnie czytał:

Kochany Olku!

Nie wiń nikogo o moją śmierć, ja jedna tylko za nią odpowiedzialność ponoszę! Są rzeczy straszne, o których nawet w takich chwilach pisać się nie chce! Niedobrze jest, gdy zbyt wiele swobody posiada młoda kobieta! Zapracowany w biurze, chcąc mi stworzyć jak największy dobrobyt, pozostawiłeś mnie samą, przyczyniając się niechcący do mojej zguby… Choć może i tak znalazłabym się w tych ohydnych szponach, w jakich się znalazłam… W szponach szajki! Nie, właściwie tylko jednego człowieka, potwora… Och, potwór to, zbrodniarz bez czci i sumienia! Niech będzie przeklęty! Więcej nie dowiesz się nic, Olku! Ale pamiętaj! Nie zdradziłam Cię nigdy i Ciebie tylko jednego kochałam! Daruj mi, jeśli możesz, bo…

W szponach szajki? W szponach potwora? — powtarzał Ordecki, jak nieprzytomny. — Zbrodniarz jakiś doprowadził biedactwo do tego rozpaczliwego kroku? Panie komisarzu! Szukajmy, przetrząśnijmy wszystkie szuflady, może odnajdziemy ślad, który by nam dopomógł do wykrycia łotra!

Ale Dymski z powątpiewaniem potrząsnął głową.

— Cóż! — rzekł. — Możemy przetrząsnąć starannie całe mieszkanie! Lecz nie sądzę, by drobiazgowa nawet rewizja dała jaki rezultat! Jeśli pańska żona, w najtragiczniejszym momencie, na parę minut przed śmiercią, nie miała odwagi wyznać nazwiska tego, który ją skrzywdził, mniemam, że postarała się również dobrze o to, by zatrzeć wszelkie inne ślady.

— Czemu? Czemu?

— Nie pojmuję! Niezrozumiały jest dla mnie ten lęk! Ale do prawdy docierać musimy inaczej! Może służąca, Małgorzata, zechce nam opowiedzieć szczerze o wszystkim, co się ostatnio działo?

Ordecki już znalazł się przy Małgorzacie. Ta wciąż stała w rogu pokoju, patrząc błędnym wzrokiem na swą leżącą panią i szlochając cicho. Potrząsnął mocno starą służącą za ramię.

— Małgorzato! — zawołał. — Na miłość boską! Mów, mów, co wiesz! Toć chyba nie pragniesz, by śmierć Lili, którą tak kochałaś, uszła bezkarnie?

Skrzywiła się boleśnie.

— Kiedy ja nic nie wiem! — wyszeptała. — Nic… Ja miałabym nie powiedzieć panu? O, niech zginie ten przeklęty łajdak, przez którego popełniło samobójstwo moje biedne maleństwo…

— Ale — naglił teraz komisarz — może pani Małgorzata nam powtórzy, co zauważyła dawniej niezwykłego w postępowaniu pani? Jakie było zachowanie się pani Ordeckiej po powrocie, o północy, do domu?

— Ostrzegłam przecież dziś wieczór mojego pana — poczęła — że pani jest zmieniona, nieswoja, że gdy zostaje sama w domu, rozpacza i płacze…

— Tak! tak! — powtórzył Ordecki. — Przeczuwałem nieszczęście po ostrzeżeniu Małgorzaty! Lecz Lili już wybiegła z domu… Wcześniej należało to uczynić…

— Ale o co pani chodziło — brzmiała dalej relacja starej służącej — czemu czuje się taką nieszczęśliwą, nie miałam pojęcia! Kiedy ją nieśmiało zapytałam, co jej dolega, odparła mi opryskliwie, bym nie wtrącała się do tego, co mnie nic nie obchodzi… Po raz pierwszy Lili obeszła się ze mną tak szorstko… Wtedy wszystko powtórzyłam panu…

— Lecz — badał dalej komisarz Dymski — teraz, ostatnio, przed godziną? Nie mówiła nic? Do Małgorzaty? Do siebie? Może pani Małgorzata posłyszała jakie zdanie?

— Zaraz, zaraz, po kolei! — odparła, zmarszczywszy w zamyśleniu czoło. — Wszystko powtórzę. Kiedy pani wróciła po północy, zaraz pojęłam, że coś niedobrego się święci. Była wzburzona, zaczerwieniona, oczy błyszczały nienaturalnie. Powiedziałam jej, że pana w domu nie ma, ucieszyła się wtedy jakby nawet, później kilka minut krążyła niespokojnie po mieszkaniu, wreszcie weszła do gabinetu. Pan zadzwonił. Telefon jest u nas w przedpokoju. Dowiedziawszy się ode mnie, że to pan telefonował i niedługo powróci, zmarszczyła czoło i wydawało mi się, że z jej ust padł cichy szept: „więc niewiele mi pozostało czasu”. Później spojrzała na mnie dziwnie i poleciła ostro, abym natychmiast szła do kuchni. Ale ja udałam tylko, że odchodzę, a pozostałam w sąsiednim pokoju. Przez szparę w drzwiach mogłam widzieć, co pani robi w gabinecie. Usiadła przy biurku i prędko zaczęła pisać list, o, ten list, który panowie czytali…

— A potem! — gorączkowo wykrzyknął Ordecki.

— Potem pani wstała od biurka i prawie głośno wymówiła do siebie…

— Co? Co?!

— „Tak będzie dobrze!… A W szufladach nic nie znajdą…”

— Domyślałem się tego! — mruknął komisarz.

— Na nieszczęście, w tejże chwili pod moimi stopami w salonie, gdzie stałam, zatrzeszczała podłoga. Zanim zdołałam się ukryć, pani tam wpadła i zaczęła mi robić wymówki, że ją szpieguję. Nie widziałam pani Lili nigdy jeszcze w takim gniewie! Prędko uciekłam do kuchni…

— O, czemuż nie pozostała Małgorzata! — wyszeptał Ordecki.

Dymski jednak chciał swe badanie doprowadzić do końca!

— A czy, będąc w kuchni, nic więcej nie posłyszała pani Małgorzata?

Stara zawahała się chwilę.

— Nie, nic! Później dopiero stuk otwieranego okna i krzyk na ulicy! Ale o tym panowie wiedzą! Tylko…

 

— Tylko?

— Mogło mi się wydawać! Że przedtem, na parę minut, pani coś porusza w gabinecie na kominku! Ale to chyba nie ma znaczenia!…

Ordecki i komisarz drgnęli jednocześnie.

— Na kominku? — powtórzył Dymski. — Cóż pani Ordecka, przed śmiercią, mogła poruszyć przy kominku? Ach! — wykrzyknął nagle — czy ona tam nie spaliła jakichś papierów?

Rzucili się z Ordeckim z sypialni w stronę gabinetu. W ślad za nimi pośpieszył zaciekawiony lekarz.

Komisarz ukląkł i pochylił się nad ciemnym otworem. Starannie tam szukał.

— Nie omyliły mnie przewidywania! — raptem zawołał. — Jest tu kupka popiołu! Ktoś niedawno widocznie spalił listy…

Wyciągał je powoli. Ale na pierwszy rzut oka były to tylko zwęglone szczątki. Nagle stojący za nim Ordecki drgnął i nie mógł się powstrzymać od okrzyku:

— Jednak jest ślad…

Śród spalenizny zabłysły naraz dwa maleńkie białe skrawki…

Podbiegłszy do lampy elektrycznej, badali je teraz uważnie. Jeśli był to ślad, to więcej niż nikły. Bo pierwszy z tych skrawków pochodził, zapewne, z jakiegoś listu i zawierał jedno zdanie: „o ile nie spełnisz”, zaś drugi był nadwęgloną resztką fotografii na pocztówce i przedstawiał część ręki. Długie, kościste palce mężczyzny, przyozdobione dziwnego kształtu pierścieniem.

— Niewiele, a jednak dużo! — mruknął komisarz. — Bo teraz już ustalić można, że nieboszczka spaliła przed śmiercią list, zawierający pogróżki. Świadczą o tym wyrazy: „o ile nie spełnisz”. Dalej! Ludzi, noszących podobne pierścienie, niewielu mamy w Warszawie!

Ordecki spoglądał z rozczarowaniem na maleńkie papierki kryjące zagadkę straszliwej tragedii.

— Cóż z tego? — mamrotał. — I tak wiemy, że nieszczęsna dostała się w sieci jakiegoś nędznika! Lecz czyje? A poszukiwać człowieka, noszącego podobny pierścień, wypadnie bardzo długo!

— Może nie tak długo, jak pan sądzi! — starał się go pocieszyć Dymski. — Czasem wielką rolę odgrywa przypadek! Ja z mej strony uczynię wszystko…

— Panie komisarzu! — rzekł, chwytając przedstawiciela porządku za rękę. — W czyje szpony dostała się moja żona? Co pan przypuszcza? Cóż to za zbrodniarz, za szajka?

Czoło komisarza zasępiła chmura.

— Każde wielkie miasto — odrzekł poważnie — ma swe groźne tajemnice, z którymi aż za często przychodzi się nam stykać… Różne spelunki! Domy schadzek! Domy gry! Stowarzyszenia zboczeńców! Kokaina, heroina, morfina… Kto raz w sidła podobnych nędzników wpadnie, temu niełatwo od nich się wydostać! Wyzyskają, obedrą, zniszczą! Straszliwy to trąd, ten trąd Warszawy!

— O, bo Lilę obdarto, zanim ją zmuszono do samobójstwa! — zawołał Ordecki, uderzając się w czoło. — Toć jej zabrano brylanty! O tym zapomniałem panu nadmienić!

— Brylanty?

— Tak! Tu początek bierze cała historia! Dziś spostrzegłem, że nie ma klejnotów wartości kilku tysięcy i zapytałem ją, co się z nimi stało. Wybiegła i więcej jej żywej nie widziałem!

Czoło Dymskiego zasępiało się coraz silniej.

— Więc o ten łup im chodziło? — mruknął. — Zdobyli go i zatarli ślady? O, mocni, mocni są ci panowie! Ale staniemy z nimi do walki! Zechce mi pan bliżej opisać wygląd tych kosztowności!

Po chwili, udzieliwszy przedstawicielowi bezpieczeństwa żądanych informacji, Ordecki znalazł się w sypialni. Sam tym razem, komisarz wraz z lekarzem byli zajęci sporządzaniem w gabinecie odnośnego protokołu.

Przystanął przy łożu, gdzie leżała Lila, tak piękna w swej martwocie, i patrząc na to biedne, wykrzywione bolesnym wyrazem oblicze, z dziwną zaciętością wyszeptał:

— Choć silni oni i nieznani, a jednak cię pomszczę!