Rycerze mrokuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Wotowski

Rycerze mroku

SAGA Egmont

Rycerze mroku

Copyright © 1929, 2018 Stanisław Antoni Wotowski i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662373

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

I. Wolny

– Nareszcie… – szepnął młody mężczyzna, spozierając na ponury gmach opuszczony przed chwilą.

Stał w potokach porannego majowego słońca, rzucającego złote skry na jego wysmukłą sylwetkę i twarz wymizerowaną długim pobytem w więzieniu. Stał, trzymając małą walizeczkę w ręku i spozierał na ruch uliczny i przechodniów ni to radośnie, ni to z podziwieniem, jak ludzie, którzy z dawna odwykli od gwaru i zgiełku wielkiego miasta.

Nie, raczej spozierał radośnie…

Och, bo dłużyły mu się te ostatnie dni, te godziny ostatnie, spędzone w mrocznej celi, wlokły bez końca… Liczył sekundę każdą… i pojmował znakomicie owe niezrozumiałe i bezsensowne na pozór ucieczki swych współtowarzyszy, którzy ogarnięci dziwną psychozą, niemal w przededniu uwolnienia wyłamywali kraty, niepomni ani kary, ani grożących niebezpieczeństw, byle jeno co rychlej znaleźć się na wolności…

Jak melodyjnie zabrzmiał dziś z rana chropowaty głos dozorcy, kiedy nań zawołał.

– Numer sześćdziesiąty! Do kancelarii! Po cywilne ubranie!

Po chwili znalazł się w więziennej kancelarii przed obliczem naczelnika – naczelnik, człowiek starszy, lubił każdego ze swych byłych pupili żegnać odpowiednim przemówieniem.

– Panie Welski – rzekł, zwracając się do niego po raz pierwszy w ten sposób, „tykał“ go bowiem dotychczas na równi z innymi aresztantami – opuszcza pan nasze mury po dwuletnim pobycie i mam nadzieję, że nie zawita do nas więcej… Teraz, gdy odbył pan karę i jest człowiekiem wolnym… wyznać muszę – zastanowił się chwilę – mówię to oczywiście prywatnie, bo wyroków władz nie mam prawa krytykować, iż cała pańska sprawa wydała mi się niezrozumiałą i…

Tu urwał. Chciał dodać zapewne, iż nie wierzył w winę Welskiego i przypuszczał, że ten padł ofiarą jakiegoś nieszczęsnego zbiegu okoliczności. Urwał, bo jako wielki dyplomata sądził, że i tak powiedział dość, a jaśniej mu się tłumaczyć nie przystoi.

Welski w odpowiedzi jeno skinął głową i bez słowa opuścił kancelarię. Czyż dziękować miał za to wyrażenie w oględny sposób wątpliwości w jego winę? Toć tyle swego czasu się nazaprzeczał, namęczył się, starał wszystkich przekonać, iż dzieje mu się bezpowrotna krzywda, że dziś ponowne roztrząsanie bolesnych szczegółów uważał za zbyteczne.

– Nareszcie wolny…

Szeroko wciągnął w piersi ciepłe wiosenne powietrze, wyprostował się, ruszył z miejsca, lecz w tejże chwili przystanął.

– Dokąd?

W pierwszym porywie radości zapomniał o dręczącym pytaniu, które nieraz mu się już nasuwało w więziennej celi. W Warszawie nie miał bliższej rodziny, a przyjaciele… Część z nich odsunęła się od niego w czasie hańbiącego procesu, a ci pozostali, którzy okazywali mu niby to tyle sympatii, jak go dziś przyjmą, czy zechcą dopomóc do powrotu w ramy uczciwego społeczeństwa? Czy przejdą do porządku nad piętnującym wyrokiem, czy też usuwać się będą niczym od dotkniętego morową zarazą? Nauczony przykrymi zawodami, przywykł już był nie wierzyć ludziom ani nie wierzyć czczym zapewnieniom współczucia. Czy który z tych, którym ongi tyle przysług wyświadczył, odwiedził go choć w więzieniu lub zapytał listownie, czy on, Welski, żyje, czy mu czego nie potrzeba, czy nie chory lub nie umarł w turmie…

Uśmiechnął się z ironią.

– Dokąd? – powtórzył

Przed chwilą tak cieszył się, że ujrzy znów kwitnące kwiaty i drzewa, że napawać się będzie gwarem ulicznym, patrzeć na piękne kobiety, robić, wolny, co zechce sam… A teraz… bez pieniędzy prawie, bez dachu nad głową… Otrząsnął się gwałtownie, siłą woli rozpraszając coraz bardziej ogarniające zniechęcenie.

– Ano zobaczymy – mruknął – z twardej ja ulepionym gliny! Jeślim tyle przetrwał, przetrwam jeszcze… choćby po to, aby się spotkać z tym nędznikiem, któremu zawdzięczam dwa lata straconego życia.

Machinalnie zacisnął w kieszeni parę drobnych banknotów, doręczonych mu przy opuszczeniu więzienia za aresztancką pracę, zacisnął je silniej, jakby tym ruchem pragnąc dodać sobie otuchy i w tym zetknięciu szukać siły do nowej rozpaczliwej walki o byt.

Nie pozbył się wszakże całkowicie dręczących myśli, bo szedł z opuszczoną na piersi głową, pozornie bez celu, nie rozglądając się dokoła.

Gdyby Welski nie był się zatopił w swych niewesołych dumaniach, zapewne uderzyłby go pewien na pozór drobny szczegół.

Oto kiedy tak szedł, z przejeżdżającego tuż koło niego tramwaju wychylił się jegomość, gruby, wygolony, w amerykańskich okularach i patrzył za nim długo w ślad, jakby rozpoznając – czy jest kogo on ma na myśli.

II. W klubie

W wykwintnym apartamenciku artystki Malskiej panował tego wieczora gwar i ruch niezwykły. Nie znaczyło to bynajmniej, aby drugorzędna ta gwiazda naszego świata dramatycznego obchodziła jaką uroczystość rodzinną lub sprosiła wytwornych panów na towarzyskie zebranie. Sprawa przedstawiała się zgoła inaczej – oto leciwa nieco dama, pragnąc zasilić swe niewielkie pieniężne zasoby, za dość słonym wynagrodzeniem ustępowała od czasu do czasu mieszkanie więcej i mniej znajomym dżentelmenom na karciane rozrywki. Sama przeważnie nie uczestniczyła w nich nawet, posiadając bowiem silnie rozwiniętą żyłkę do gry – przygrywała, zdarzało się, niejednokrotnie więcej, niźli otrzymywała honorarium za wieczór.

Wśród wtajemniczonych – a wtajemniczeni tylko dostęp mieli do zacisznego mieszkanka przy ulicy Hożej – potajemny klubik cieszył się zasłużonym powodzeniem i uznaniem. Działo się to choćby dlatego, iż władze, tak nieprzychylnym okiem spozierające na wszelki hazard – nie domyślając się istotnego celu zebrań, ze względu na osobę gospodyni – nie wtrącały się do tego, co się u niej dzieje i gracze oddawać się tam mogli swej namiętności, bezpieczni przed prześladowaniami.

Wieczór dzisiejszy zgromadził stołeczną elitę. Prócz paru bankierów i przemysłowców, był i Ciemniowski, antreprener teatrzyku a zarazem właściciel stajni wyścigowej, sławny z tego, że żaden kusz na zielonym stole go nie przerażał; i gruby Siodłowski – przyjmujący wielkie zakłady na wyścigach, bogacz znany, który po każdej wygranej narzekał, że tak mało tylko wygrał; był i dobroduszny, niemniej gruby a świecący łysiną, łysiną piękną jak kolano bakchantki, Hozen; był i artysta świetny węgierski, i głośny muzyk Kusztejn przegrywający stale, wieczór w wieczór, swe ogromne artystyczne zarobki.

Bank jak zwykle trzymał Ciemniowski i jak zwykle szczęście mu dopisywało. Siedząc pośrodku za dużym stołem, dokoła którego skupili się gracze, bił partnerów na lewo i prawo, wygrywał ufny w swą gwiazdę, sapiąc tylko, jakby zgarnianie banknotów, tworzących przed nim cały stos, stanowiło trud niemały. Był wysoki, gruby i ciężki, co wśród przyjaciół zjednało mu przezwisko „słonia“.

Przeszedłszy parę rąk, zwracał się teraz z kolei do wytwornego trzydziestoletniego mężczyzny, siedzącego naprzeciw.

– Hrabia bije?

– Ile?

– Dwa tysiące…

Nazwany hrabią skinął głową i wyciągnął rękę po karty. Po chwili trzymał trójkę i figurę, lecz bankier nie dał mu nawet przykupić.

– Mam dziewięć! – rzekł krótko, oznajmiając swoje zwycięstwo.

Partner wyciągnął portfel z kieszeni, nie miał już bowiem pieniędzy na stole i wyjąwszy zeń cztery nowe pięćsetki uiścił niedbale przegraną.

– Coś nie bardzo idzie Leszczycowi – zauważył Siodłowski do Hozena – przegrywa z rzędu trzeci wieczór!

– Skoro mu to różnicy nie robi?

– Hm… nie robi… z czego on właściwie żyje?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Gwar zmieszanych głosów stawał się coraz silniejszy. Ciemniowski bowiem, przeciągnąwszy jeszcze dwie karty, deklarował, iż jest w banku do zabicia szesnaście tysięcy.

Wśród ogólnego podniecenia padł okrzyk.

– Banco!

– Patrz, Leszczyc bije!

– Hm, a będzie miał pokrycie? – cicho szepnął Siodłowski.

Lecz ten, który wzbudzał te uwagi, siedział nieruchomo i na pozór nad wyraz spokojnie. Energiczna, o ostrych rysach i nieco wysuniętym podbródku twarz, nie zdradzała najlżejszego wzruszenia. Równie niedbałym ruchem, jak poprzednio, wyciągnął z kieszeni pulares i położył na stole, jakby zadając tym kłam przypuszczeniom Siodłowskiego i pragnąc zaznaczyć, że w razie przegranej w każdej chwili jest wypłacalny.

Dokoła stołu zapanowała pełna skupienia cisza. Bądź co bądź uderzenie szesnastu tysięcy jest poważniejszym uderzeniem i nie każdy je łatwo zaryzykuje.

Wpijano się wzrokiem w krótkie, grube palce bankiera, z namaszczeniem powoli rozdającego karty. Najprzód dał Leszczycowi i sobie kartę jedną, a później znowu po jednej. Po czym zajrzał do swoich i rzucił na stół, mówiąc nieco przytłumionym głosem:

– Mam ósemkę!

Zewsząd zawrzał gwar zmieszanych wykrzykników. Podziwiano szczęście niezwykłe, dając temu podziwieniu podnieconymi wykrzyknikami wyraz – nie dziwota, Ciemniowski otwierał czwarty z rzędu „abataż“.

Jeden Leszczyc siedział spokojnie. Nie dotknął jeszcze swych kart, jakby pragnąc odwlec decydującą chwilę klęski. Nagle wykonał szybki, niedostrzegalny prawie dla obecnych ruch obiema rękami, uniósł swe karty do góry i spojrzał na przeciwnika.

 

Ciemniowski zbladł nieco – na stole leżała dziewiątka kier i dama pikowa. Przegrał.

– Służę – rzekł, przysuwając do Leszczyca stos banknotów – i winszuję.

Nie zdradzając niezadowolenia z porażki, starał się zachować rolę wykwintnego gracza do końca.

Leszczyc zgarnął pieniądze i powstał od stołu. Zewsząd go otoczono, sypały się powinszowania, gracze z ożywieniem rozprawiali nad emocjonującym spotkaniem, zakończonym tak niespodziewanym zwycięstwem. Jeden Siodłowski nie brał udziału w ogólnym podnieceniu i nieco ironicznie spoglądał dokoła.

– Udało się Leszczycowi! – ozwał się doń Hozen

– Rzeczywiście udało się… – tamten powtórzył z naciskiem – tylko…

– Tylko?

– Et, mniejsza z tym, pomówimy później…

A gdy Hozen odszedł, dodał w duchu: – Tylko że najwyraźniej widziałem, jak szła do Leszczyca trójka pik i dama treflowa. Dawno podejrzewałem tego panicza i trzeba będzie nań baczniejszą zwrócić uwagę. Lecz, skoro go się dziś nie złapało za rękę…

Leszczyc krótko cieszył się ze swego zwycięstwa w klubie. Pozorując nieznośną migrenę, mimo rozlicznych namawiań grać więcej nie chciał i niemal natychmiast stamtąd się wyniósł.

Szedł powoli, spokojny, rzekłbyś nawet na znaczną wygraną obojętny, lecz ten, kto by go lepiej znał, odgadłby wnet, jak żelaznym wysiłkiem woli ta pozorna obojętność jest okupiona. Szedł, jakby zapomniawszy o niedawnych przeżyciach, tylko ręka w kieszeni zaciskała zdradzieckie karty, a sam do siebie przemawiał.

– Doprawdy, myślałem przez chwilę, że nie zdołam podmienić, tak mi wszyscy patrzyli na ręce… A bijąc owe szesnaście tysięcy, nie miałem w portfelu nawet stu złotych! Brr… wyobrażam sobie, jaki by się zrobił skandal… Wszystko dobre, co się dobrze kończy, tylko, zdaje się, na raz ta sztuka. Ciemniowski za stary szpak, a ten bestia, Siodłowski, dziwnie później mi się przyglądał! Najgorzej się bałem, żeby kto nie zwrócił głośno uwagi i nie zarządzono w klubie przeliczenia kart lub osobistej rewizji… Teraz niech podejrzewają, nikt pewności nie ma, zresztą któż by się hrabiego Leszczyca podejrzewać ośmielił?

Hrabiemu na pewności siebie nie zbywało. Wprawdzie pochodził z dobrej ziemiańskiej rodziny – rodziny szczycącej się tytułem papieskim – lecz już jego rodzic zdążył się był tak dokładnie załatwić z fortuną, iż z niej nie pozostało ani śladu… Gdy też, przed laty paru, przybył do stolicy, nie posiadał w kieszeni grosza – lecz za to posiadał chęć niezłomną szerokiego użycia uciech wielkiego miasta i uczynienia, za wszelką cenę, życiowej kariery… Dzięki całkowitemu brakowi skrupułów, na początku udało mu się zrobić parę wcale niezłych „interesów“ – nie tyle zgodnych z kodeksem karnym, co szczęśliwych – „interesów“ w rodzaju tych, z których jeden widzieliśmy przed chwilą – i odtąd wypłynął Leszczyc nieco na powierzchnię, tumaniąc wszędy naiwnych swym jaśniepaństwem – bowiem nigdy tytuły nie imponowały tak, jak od chwili, gdy je skasowano w naszej demokratycznej Rzeczypospolitej.

Kto w Warszawie ma jeszcze i pieniądze – przed tym wszystkie drzwi stoją otworem: nikt nie pyta jakiego są pochodzenia, dość, aby były i aby ten, który nimi rozporządza, oznaczał się hojną ręką i szerokim gestem. Ponieważ zaś świetny graf nie skąpił, zabawić się lubił, a niejednemu z przyjaciół i pożyczył i postawił kolację w Oazie – wcielał się w „towarzystwo“, wcale niezłe nawet towarzystwo, a wraz tym przychodziły nowe zamierzenia i nowe apetyty. I doprawdy, żaden z tych, u kogo Leszczyc bywał, nie przypuszczał nawet, co hrabia potrafi, do czego jest zdolny, prócz paru może przezorniejszych czy więcej sceptycznie się na powojenne życie zapatrujących, którzy zapytywali z czego ten żyje w istocie. Innym wystarczało, że jest zawsze nieskazitelnie ubrany, że nie wychodzi z pierwszorzędnych restauracji, że ma pieniądze na wysoką grę i że jeszcze dotychczas w więzieniu nie siedział…

Szedł Leszczyc, uspokojony, pogwizdując z cicha i zatrzymał się na chwilę przed jasno oświetlonym wejściem jakiegoś nocnego dancingu. Z miłą chęcią byłby się zanurzył w tę sztuczną atmosferę jazzbandowej muzyki i zmysłowej podniety, gdyby nie przypomniał sobie, że tam, u niego w mieszkaniu, oczekuje ktoś wiadomości o wygranej, niecierpliwie i niespokojnie. Również przypomniał sobie, że pewniejszym będzie, na wszelki wypadek, zniszczyć w domu karty zdradzieckie – owych świadków niemych popełnionego oszustwa… Nie omylił się w swych przewidywaniach, bo kiedy otwierał drzwi kluczem, już z dala usłyszał głos.

– Nareszcie!

– A jesteś… – wyciągnął na powitanie dłoń do starszego, dość otyłego mężczyzny średniego wzrostu, wygolonego, w amerykańskich okularach. – Dawno czekasz?

– Może godzinę… Lecz jak poszło?

– Takiś niespokojny? Wcale nieźle!

Leszczyc wyciągnął z kieszeni wypchany banknotami portfel i wyrzucał je na stolik: raz… dwa… trzy… liczył, póki nie doszedł do szesnastu.

– Szesnaście! – zawołał radośnie jegomość w amerykańskich okularach, który bacznie śledził za rachunkiem. Więc się udało!

– Jak widzisz!

Leszczyc usiadł w fotelu, zapalił papierosa i głęboko zaciągnął się dymem. W tym czasie towarzysz wykładał.

– Szesnaście tysięcy! Z tego natychmiast trzeba oddać dwanaście do kasy…

– Takiś niespokojny o kasę, panie kasjerze Bilukiewicz.

– Łatwo powiedzieć – odparł nazwany Bilukiewiczem samowolnie wziąłem z kasy dwanaście tysięcy, gdyby jutro zarządzono rewizję, ładnie bym wyglądał! Ale obecnie wszystko w porządku!

Bilukiewicz przeszedł się parę razy po pokoju, wreszcie przystanął przed Leszczycem.

– Mój drogi – rzekł – wszystko to pięknie, ale tak dalej nie pójdzie! Dość się strachu najadłem przez te dwa dni, gdyś tylko przegrywał, snadź nie mogąc użyć… żadnego awantażu, jak dzisiaj. A jeśli by ci się dziś powinęła noga? Nie, na podobne afery nadal nie pójdę! Nie z jednego pieca chleb jadaliśmy i niejeden, szczerze mówiąc, szwindel się obrobiło, lecz przez ciebie nie myślę siedzieć w więzieniu. Trzeba radzić inaczej…

– A spadek?

– Na spadek należy jeszcze poczekać. Zresztą jedno nie przeszkadza drugiemu.

– Więc?

– Wszak nieraz ci mówiłem!

– Starać się o rękę panny Drohojowskiej, córki twego szefa?

Bilukiewicz skinął głową. Leszczyc namyślał się chwilę. Może myślał, że jednak mimo tupetu i hrabiowskiego tytułu, nie tak łatwo mu będzie zdobyć pannę piękną, bogatą, córkę znanego przemysłowca. Może myślał, że uderzając w konkury, narazić się może na różne przykrości, sprawdzania ze strony ojca i niepotrzebne rewelacje, mogące w Warszawie jego kredyt poderwać ostatecznie. Ponieważ jednak gra była warta zachodu, rzekł krótko do przyjaciela:

– Spróbuję!

Bilukiewicza bardzo ucieszyła ta odpowiedź. Jął zachęcać i gorąco raz jeszcze tłumaczyć korzyści, wypływające z podobnego związku. Wreszcie, znużony własną wymową i późną godziną, odliczył pieniądze, wziął do kieszeni trzynaście tysięcy – dwanaście długu i tysiąc zarobku, za „ryzyko“ – po czym jął się żegnać.

W progu jednak uderzył się ręką w czoło, jak gdyby teraz dopiero mu przyszło coś bardzo ważnego na pamięć.

– Ale, ale, w tym podnieceniu zapomniałem ci powiedzieć! Puścili Welskiego!

– Welskiego? – powtórzył Leszczyc, nieco blednąc.

– Tak, sam go dzisiaj widziałem! Zresztą cóż tu dziwnego, odsiedział swoje dwa lata i jest na wolności…

– Czy sądzisz, że zechce odgrzebywać stare sprawy, że zechce wznawiać proces?

Bilukiewicz zaczął się długo i serdecznie śmiać.

– Żartujesz chyba – wreszcie wykrztusił – on będzie odgrzebywał stare dzieje! No i cóż z tego? Wtedy nic nie mógł zrobić, a cóż dzisiaj dopiero… On nawet nie wie, że my się z tobą znamy! Mnie również nie podejrzewa. Niech szuka zdrów! Przecie na wszelkie rehabilitacje, śledztwa, badania, trzeba pieniędzy, wiele pieniędzy, on siedzi bez grosza, a ja się już tym zajmę, żeby mu nikt nie pomógł, ani żeby posady nie znalazł…

– Ale zawsze jeszcze dwa miesiące niepokoju!

– Et!

Poparłszy to ostatnie zdanie energicznym ruchem ręki, pan Bilukiewicz, zadowolony z siebie, opuścił mieszkanie hrabiego Leszczyca.

III. Spotkanie

Jeśli twierdził na początku Alfred Welski, że z twardej ulepiony jest gliny, przekonał się rychło, że w niektórych okolicznościach życiowych nie tylko glina najtwardsza, lecz i stal połamać i pogiąć się może.

Po szeregu dni spędzonych na bezowocnych poszukiwaniach i wysiłkach siedział na ławce w Alejach, nie dlatego, aby się miał rozkoszować pełnym woni bzów majowym powietrzem lub korzystać z dobrze zasłużonego odpoczynku – wprost dlatego tam zajął miejsce, iż pieniędzy nie starczyło na nocleg, drobna sumka wyniesiona z więzienia dawno się rozeszła, jak również rozeszły się grosze, uzyskane ze sprzedaży nielicznych rzeczy, jakie jeszcze posiadał.

Dziś od rana nic nie jadł i nie miał co sprzedać. Nie miał na sobie nawet kamizelki – ta starczyła na zakup paru bułek na śniadanie; wczoraj wyrwał zdrowy prawie ząb ze złotą plombą – ten opłacił koszta obiadu.

– Choćby papierosa! – myślał z utęsknieniem o narkotyku, mogącym na chwilę omamić kurcze żołądka.

Była godzina bliska północy. Liczni przechodnie, zwabieni ciepłem i tym nieokreślonym czarem, jaki wywiera letni wieczór pełen tęsknot, miłosnych uniesień i marzeń niezwykłych, snuli się powoli, leniwie, rzekłbyś z żalem opuszczając przechadzkę, aby jak najpóźniej powrócić do domów. Wesołe, roześmiane, przytulone pary, migały raz po raz i zda się zamieniła się Warszawa w tym zakątku w przybytek radości i wesela.

Przeskok od nastroju tłumu do nastroju ducha, w jakim się znajdował Welski, był tak wielki, iż nie mógł on na przechodniów spozierać bez rozgoryczenia. Określał ich jako złe i bezduszne stado, dziwił się ich pustocie i bezmyślności, nie wzruszały go nawet rozkochane pary, dumał wreszcie, czy wielu jest takich, tu na ławkach rozsiadłych, jak on, którzy przybyli szukać nie rozrywki a noclegu.

Potem jął wspominać swe daremne próby ucieczki od głodu, wynalezienia jakiego zajęcia. Gdziekolwiek się zwrócił, spotykał oziębłe przyjęcie. Snadź dziwiono się, iż człowiek karany sądownie śmie jeszcze się narzucać, przypominać o swej obecności, W najlepszym razie zbywano go nieokreśloną obietnicą zgłoszenia się za dni parę, wraz z zapewne po cichu wydanym służącej rozkazem niewpuszczania więcej intruza. Przyjaciele… Przekonał się teraz, czym są przyjaciele – toć jeden z nich, w odpowiedzi na gorącą prośbę o pomoc, zaofiarował jałmużnę, parozłotowy datek… A jednak ilu było ludzi napiętnowanych istotnie, niemniej jednak zajmujących w społeczeństwie stanowiska – ci jednak ukradli naprawdę, ukradli i potrafili zachować pieniądze, więc kłaniano się im, przyjmowano wszędzie – nie, kłaniano się ich pieniądzom!

Coraz większa ogarniała Welskiego nienawiść do tej bandy samolubów, coraz większe rozgoryczenie – lecz również i świadomość, że jednak coś postanowić musi, że po krótkiej letniej nocy nastąpi poranek, a wraz z nim troska o kromkę suchego chleba.

– Cóż dalej? – myślał – jeszcze błagać, prosić, żebrać? Czy warto? A może…

W umęczonym wyczerpaniem i głodem mózgu leniwie snuły się obrazy. Ongi, zdało się tak dawno, czytał w jakiejś książce o takim samym biedaku, który wypuszczony z więzienia, nie wiedząc co z sobą począć ani gdzie się podziać, popełnił umyślnie drobne jakieś wykroczenie, byle nie umrzeć z nędzy i znaleźć się za kratą… Czy i on miał pójść tym śladem? Piękną w takim razie byłaby ta wymarzona rehabilitacja i z wielkim zadziwieniem powitałby go naczelnik – i nie ulitowałby się nad nim nikt, nikt by nie zrozumiał prawdziwej pobudki czynu, lecz pośpieszono by zapewne ogłosić go za niepoprawnego przestępcę… Lepszym było już to drugie rozwiązanie… i tu przed oczyma wyobraźni Welskiego jęła się snuć długą wstęgą Wisła i jej szare fale.

– Brr… – wzdrygnął się… – tak bym pragnął żyć jeszcze… choć, zapewne, innego wyjścia nie znajdę…

Przymknął oczy i teraz starał się nie myśleć o niczym; chciał usnąć choć na chwilę, aby wyzbyć się smutnych a dręczących obrazów i dzięki krótkiemu wypoczynkowi odzyskać jaki taki spokój ducha. Daremne były te wysiłki, a sen, odpędzany natrętnymi wizjami, uciekał daleko.

Nagle poprzez zamknięte powieki uderzył go jakiś blask. Spojrzał i zauważył, że nie siedzi na ławce sam. Na przeciwległym jej krańcu zajął miejsce jakiś mężczyzna i zapalał właśnie papierosa. Ubrany był dostatnio, a na palcach połyskiwały kosztowne pierścienie.

 

– Burżuj!.. – mruknął z nienawiścią w kierunku przygodnego sąsiada – a czy domyślisz ty się kiedy, spasiony i ubrylantowany człowieku, iż obok ciebie takiż człowiek z głodu zdycha?

Jął rozmyślać, co rzekłby nieznajomy, którego określił jako rzeźnika, gdyby on teraz wszczął rozmowę i szczerze wszystko wyznał o sobie – na pewno zawołałby policjanta…

Lecz siedzącego na drugim krańcu ławki mężczyznę również zdawała się zaciekawiać osoba Welskiego. Przysunąwszy się nieco bliżej, znów potarł zapałkę i w jej świetle przyglądał mu się niemal natarczywie.

– Zeks! – ozwał się nagle.

– Zeks! – wyrwało się Welskiemu odruchowo, tym okrzykiem bowiem w więzieniu zwykli się byli nawoływać aresztanci.

– Kogo widzę – mówił nieznajomy szczerze uradowanym głosem – a tośwa się spotkali!

– Pan Wawrzon?

– A któżby miał być?

Rozpoznał teraz towarzysza – był nim pan Wawrzon Balas, wśród sfer złodziejskich istna powaga i znakomitość. Łączył ich, w rzeczy samej, dawniej niby zażyły stosunek, spędzili bowiem wspólnie pół roku w jednej celi, świadcząc sobie wzajemne usługi. Choć w innych okolicznościach nierad byłby może Welski podobnemu spotkaniu, teraz gorąco uścisnął wyciągniętą dłoń Balasa, zadowolony, iż może z nim choć słów parę zamienić. Ten poufale zapytywał:

– Jak się tam na wolności powodzi? Mnie to wcale niczego… Ale pan?… – obrzucił wytarte ubranie sąsiada badawczym wzrokiem.

– At, tak… – odparł z wahaniem w głosie, namyślając się, czy powiedzieć złodziejowi prawdę, czy lepiej nie mówić nic, bowiem powiedzenie prawdy mogło się równać prośbie o pomoc. Z tej strony jednak Welski sobie tej pomocy nie życzył.

– Ja tam nie nalegam – mówił pan Balas, jakby odgadując istotny stan rzeczy – ino tak zawszeć się pytam, bez sympatię… Razem się siedziało, to i o dawnego kolegę serce boli… Choć pan Welski jenteligent, ale swój chłop i proszenie napisał, jak było potrza i oberom się nie lizusował i nie był kapuś!… Skryty tylko taki, że… ale to nie nasz jenteres…

Welski milczał, a w jego duszy toczyła się ciężka walka. Czuł, że niech słówko napomknie, dawny towarzysz z celi okaże mu wszelką pomoc. Wszak ile razy w więzieniu, dzielił się z nim zapasami, nadsyłanymi z miasta… Lecz teraz, na wolności, to było co innego… I mimo całego zgnębienia, mimo że skurcze głodu stawały się coraz dokuczliwsze, słówko to, wstrzymywane potęgą ambicji, z ust jego nie mogło wyjść na zewnątrz.

Tymczasem Balas, niby to nie zwracając nań uwagi, perorował dalej.

– Skrytość dobra rzecz, tylko zależy z kim… Rozumi się, po próżnicy gadać nie wypada. Ot, i nasze chłopaki głównie bez to siedzą, że tym jęzorem machają, niczym, przymierzając, pies ogonem po podłodze… No, co tam, papierosika?

Wyciągnął z kieszeni dużą srebrną papierośnicę, pokrytą wszelakimi napisami i uprzejmie częstował.

– Dziękuję! – rzekł Welski i z lubością zaciągnął się tytoniowym dymem. Lecz wnet, po paru pociągnięciach, poczuł dziwne oszołomienie i osłabienie takie, że perliste krople potu wystąpiły mu na czoło. Kręciło mu się w głowie, a przed oczami wirowały jakieś koła.

– Grunt jest, jak się wpadnie, nie wpadać drugi raz monologował Balas, nie spostrzegając jeszcze zmiany, jaka zaszła w jego towarzyszu – o, mnie tera policaje nieprędko złowią… Ale, ale… co panu?

Zerwał się z ławki i pochylił nad Welskim.

– O, oczy zamknięte… cały mokry… znam to, znam… No, gadaj zaraz – zawołał potrząsając go za ramię – nic nie jadłeś od rana?…

– Tak! – wyszeptał cicho.

– I nie trza to było powiedzieć… – oburzył się szczerze. – Wszystko bez te cholerne jenteligenctwo! Zdycha, a jeszcze fason napuszcza… Co tu gadać, jazda do mnie… migiem hrabiego na nogi postawim! Hej, panie siofer!…

Skinął na przejeżdżającą taksówkę i ująwszy silnie pod ramię słaniającego się na nogach Welskiego, wsadził do samochodu, rzucając kierowcy nazwę ulicy, na której zamieszkiwał.