Człowiek, który zapomniał swego nazwiskaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Wotowski

Człowiek, który zapomniał swego nazwiska

SAGA Egmont

Człowiek, który zapomniał swego nazwiska

Copyright © 1933, 2018 Stanisław Antoni Wotowski i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662335

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

I

Wytworny młody człowiek

w domu obłąkanych

Potoki zachodzącego majowego słońca złociły drzewa i trawniki ogrodu. Park był duży otoczony wysokim murem i sprawiał, wraz ze znajdującymi się w nim budowlami, wrażenie więzienia. Znajdował się w pobliżu małej stacyjki, w podmiejskich okolicach Warszawy, umyślnie z dala od innych siedzib ludzkich, aby jego mieszkańcy mieli jak najmniej zetknięcia z zewnętrznym światem.

A przy bramie, wiodącej do parku, widniała duża tablica z napisem: „Zakład dla nerwowo chorych Dr. W. Trettera”, dalej zaś: „Obcym wstęp surowo wzbroniony”.

Śród drzew, spoza których przebijały czerwone gmachy samego zakładu, stały dwie młode dziewczyny, w białych fartuchach pielęgniarek, obserwując chorych.

Tuż przed nimi, tam i z powrotem chodził po ścieżce starszy, niskiego wzrostu mężczyzna, łysy, źle ogolony i wymachując gwałtownie rękami, wciąż gadał do siebie. Dalej nieco kręciła się w średnim wieku kobieta, uróżowana, w dużym, niemodnym kapeluszu, z niemodną, wypłowiałą torbą w dłoni i czyniąc przeróżne miny, przemawiała do otaczających ją sosen, niby do nadskakujących jej adoratorów. Inna natomiast stała nieruchomo pośrodku piaszczystej alei, z wzrokiem uporczywie wlepionym w dal, rzekłbyś, wypatrując kogoś.

Ale uwaga pielęgniarek nie skupiała się na znajdujących się w ich pobliżu wariatach. Przywykły dobrze do widoku i łysego mężczyzny – wynalazcy, który wciąż bredził o swych odkryciach – i do damy, ubranej niemodnie, która postradała zmysły, gdy okradł ją i porzucił daleko młodszy kochanek, i do spokojnej melancholiczki, nieprzytomnej od czasu śmierci córki, niewierzącej w tę śmierć i oczekującej wciąż, że z dalekiej podróży przybędzie z powrotem.

Wzrok pilęgniarek biegł w innym kierunku. W głębi parku spacerował samotnie wysoki młody człowiek, najwyżej lat trzydziestu. Ubrany był w garnitur, bezwzględnie pochodzący od pierwszorzędnego krawca, a na jego bladej, bez zarostu, przystojnej twarzy odbijała się dobra rasa. Chodził, opuściwszy głowę do dołu, niby nad czymś mocno zamyślony, nie zwracając uwagi na otaczających go obłąkanych i jakby umyślnie unikając ich.

– Spójrz na tego – rzekła niższa z pielęgniarek, trącając towarzyszkę i wskazując jej wysokiego młodego człowieka, którego wysmukła sylwetka rysowała się ostro na tle zieleni drzew – wyglądała zupełnie normalnie! A gdy go o coś zapytać, odpowiada wcale do rzeczy!

Wyższa jakoś dziwnie spojrzała na swą towarzyszkę i zniżywszy głos, odparła:

– Tajemnicza historia … Tyś z nim rozmawiała. Przecież doktor Tretter zabronił surowo zwracać się do niego! Opiekuje się chorym sam, wraz z zaufanym pielęgniarzem.

– Dlatego właśnie, że wydaje mi się to wszystko bardzo niezwykłe, upolowałam chwilę, kiedy nas nikt nie widział i zadałam mu jakieś banalne zapytanie.

– No i …

– Odpowiedział mi z ukłonem, niczym najgrzeczniejszy światowiec. Wprost pomieścić mi się nie chce w głowie, że jest wariatem. A doktor uprzedzał, że bardzo niebezpiecznym, który świetnie umie się maskować.

– Tak … tak … – bąknęła wyższa. – Tak twierdzi doktor, tylko …

– Tylko?

– Nie!

Ale tamta nie dała za wygraną.

– Słuchaj! – szepnęła. – Daleko więcej wiesz, niż chcesz powiedzieć! Obawiasz się doktora? Przysięgam, że cię nie zdradzę! O naszym doktorze różnie bardzo gadają, a z tym młodym człowiekiem naprawdę cała sprawa wygląda podejrzenie. Kto tu przywiózł go? Kim jest? Przecież w księgach zakładu nie oznaczono go nawet nazwiskiem! Figuruje jako Nr 210! Doktor twierdził, że podobnej tajemnicy żądała rodzina.

– Kłamie! – wyrwało się nagle wyższej. – Albo macza ręce w jakiejś brudnej aferze …

– W jakiej? – zabrzmiało niecierpliwe zapytanie.

– Dobrze! – poczęła opowiadać. – Skoro i ty domyślasz się, że tu coś nie w porządku, powtórzę ci moje spostrzeżenia. Zdobyłam je zupełnie przypadkowo. Przed kilku tygodniami nie mogłam w nocy zasnąć. Postanowiłam udać się do kancelarii, obok której mieści się apteczka, aby przynieść jakiś środek nasenny. Ubrałam się i wyszłam. Jak wiesz, aby z domku, w którym znajdują się nasze pokoje, znaleźć się w głównym gmachu, trzeba przejść aleję prowadzącą do wjazdowej bramy. Już z dala uderzył mnie warkot samochodu i wnet spostrzegłam, że Tretter, niby kogoś oczekując, stoi na ganku wraz z Antonim, tym swoim zaufanym pielęgniarzem. „Słuchaj no, Antoni – rozległ się przyciszony głos doktora – otworzysz bramę sam i wszystko tak urządzisz, aby nikt nie wiedział, kto tu przyjechał!”. Rozumiesz, że to mi wystarczyło. Zaczaiłam się za drzewem i oczekiwałam, co dalej będzie, a godzina dochodziła druga w nocy.

– Ach!

– Wkrótce – brzmiało dalej opowiadanie – rozwarła się brama i do naszego zakładu wjechał prywatny samochód. Kiedy przystanął przed gankiem, zauważyłam w nim trzy osoby. Jakąś elegancką, bogato ubraną panią, której twarzy nie mogłam rozróżnić, obok niej w średnim wieku mężczyznę, nie mniej dostatnio ubranego, ale o niemiłym i odpychającym wyrazie twarzy, no i … tego młodego człowieka. Siedział, a raczej na pół leżał na przednim siedzeniu nieruchomo i w pierwszej chwili sądziłam, że nie żyje … Do samochodu podbiegł Antoni i wraz z szoferem wynieśli stamtąd naszego tajemniczego pacjenta. Gdy go nieśli, zwisała mu głowa i nadal czynił wrażenie nieboszczyka. Ponieśli go w stronę separatek, którymi opiekuje się wyłącznie Tretter. „Czy mogę na to liczyć, panie doktorze – rozległ się głos owej wytwornej damy, gdy pozostała na ganku z Tretterem i swym towarzyszem, owym mężczyzną o nieprzyjemnym wyrazie twarzy – czy mogę liczyć, że prędko stąd nasz gagatek się nie wydostanie?” – „Może pani hrabina – zabrzmiała odpowiedź – być o to całkowicie spokojna!”.

– Hrabiną ją nazwał?

– Tak! Słuchaj dalej! „Więc nieprędko się stąd wydostanie? – powtórzył nieznajomy mężczyzna o niemiłym wyrazie twarzy. – A jeśli odzyska przytomność?” – „Tym gorzej – mruknęła dama, którą doktor przed chwilą tytułował hrabiną. – Wtedy jego dni są policzone!”.

– Boże!

– Więcej nic nie posłyszałam, gdyż właśnie powracali z góry Antoni wraz z szoferem, umieściwszy chorego w oddzielnym pokoju, i stojący na ganku umilkli. Hrabina pożegnała się uprzejmie z Tretterem, zajęła miejsce w aucie obok swego towarzysza, szofer siadł przy kierownicy i samochód odjechał równie tajemniczo, jak przybył, niezauważony przez nikogo.

– Co to wszystko znaczy?

– Wiem tyle, co i ty i przeróżne snuć można domysły. W każdym razie słowa owej hrabiny, że skoro młody człowiek odzyska przytomność, jego dni są policzone, niezbyt brzmią zachęcająco …

– Po kilku tygodniach, spędzonych w separatce, pod wyłączną opieką doktora i Antoniego … Dziś po raz pierwszy doktor zezwolił na spacer w parku, ale i tak swoboda jest względna, bo zauważ, że zza krzaka wygląda Antoni i pilnuje go. Cudem wprost udało ci się zbliżyć do tajemniczego młodzieńca i wyobrażam sobie, jaki Tretter byłby wściekły, gdyby się o tym dowiedział. Oczywiście spostrzeżeniami tamtej nocy nie podzieliłam się z nikim i ty pierwsza je z moich ust słyszysz. Radzę, milcz jak grób. Dziś o posadę niełatwo.

– Kiedy … Jeśli tu coś potwornego się dzieje? …

– Cicho! Idzie Tretter … Nie patrz się nawet lepiej w tamtą stronę …

Istotnie, z dala zarysowała się okazała sylwetka właściciela zakładu. Wysokiego, tęgiego mężczyzny, silnego bruneta o długiej brodzie, w dużych amerykańskich okularach.

Szedł powoli, niby nie patrząc na nikogo, a jednocześnie lustrując bacznie wszystko i wszystkich. Niedbale kiwnąwszy głową, minął milczące obecnie pielęgniarki, po czym, niby od niechcenia, obrzucił wzrokiem aleję, po której spacerował młody człowiek. Wydawało się, że nie poświęca mu większej uwagi, ale błysk, jaki padł zza okularów, świadczył, iż sprawdził doskonale, że za krzakiem czuwa z ukrycia Antoni.

Natomiast młody człowiek nagle podniósł głowę i spostrzegł lekarza. Jakiś skurcz przebiegł po jego twarzy.

– Zapytam się go … Zapytam! – szepnął. – Może teraz zechce mi odpowiedzieć.

Niby poruszony niewidzialną sprężyną rzucił się w stronę Trettera. Prawie biegł ku niemu. Doktor widocznie drgnął, lecz nie unikał spotkania. Stał z dala od pielęgniarek i chorych, więc rozmowy z młodym człowiekiem nikt nie mógł posłyszeć.

– Panie doktorze! – wyrzucił ten z siebie, jakimś błagalnym tonem, kiedy się zbliżył. – Zaklinam pana …

Pozornie dobrotliwy uśmiech rozlał się po twarzy Trettera. Uśmiech, jakim doświadczeni lekarze witają napastujących ich wariatów.

– Cóż się stało?

– Panie doktorze! – mówił młody człowiek. – Ja naprawdę tu oszaleję! Skąd się tu wziąłem? Gdzie jestem? Któż mnie tu umieścił? Przecież to zakład dla obłąkanych.

– Zakład dla ludzi, którym potrzebny jest spoczynek! – wymijająco odparł Tretter.

– Ależ panie doktorze! – prawie krzyczał. – Nie jestem wariatem! Nie jestem, nie jestem …

– Wszyscy wariaci tak o sobie mówią! – mruknął przez zęby Tretter.

 

Młody człowiek raptem pochwycił się za głowę.

– Straszne! Okropne! – szeptał. – Nic nie pamiętam! Nie pamiętam nawet, jak się nazywam!

– Jest pan jeszcze chory! – nagle z jakimś błyskiem w oczach wymówił Tretter.

– Nieprawda! Byłem chory, ale nim nie jestem! To pan we mnie wmawia, doktorze! Ale zaklinam – chciał pochwycić Trettera za rękę, którą ten odsunął raptownie – zaklinam pana, powiedz mi wszystko? Wiem, że długo chorowałem, prawdopodobnie na zapalenie mózgu. Teraz odzyskałem przytomność … Doskonale zdaję sobie sprawę, co się dokoła dzieje. Znajduję się w jakimś szpitalu przeznaczonym dla szaleńców. Lecz nie pamiętam mojej przeszłości … Kim byłem? Co robiłem? Skąd się tu znalazłem? Jak mam na imię i jak brzmi moje nazwisko? Toć nawet ktoś z mojej bielizny powycinał litery.

– Jest pan chory! – znów powtórzył Tretter i uczynił ruch, jakby pragnął się oddalić.

Ale młody człowiek zagrodził mu drogę.

– Doktorze! – zawołał prawie groźnym tonem. – Ja pana tak nie puszczę! Więc dobrze, jestem chory … Ale przecież pan wie, jak się nazywam, kim jest moja rodzina, kto mnie tu umieścił? W książkach zakładu muszą figurować dane. Tymczasem odkąd od kilku dni powróciła mi przytomność, ale nie pamięć, pan nic powiedzieć mi nie chce, zbywa półsłówkami moje zapytania. A ten przeklęty drab Antoni milczy niczym zaklęty. Toć pańskim obowiązkiem, doktorze, jest mi to powiedzieć!

Tretter spoza swych szkieł ogarnął młodego człowieka poważnym wzrokiem. Żaden muskuł nie drgnął na jego twarzy, gdy bezczelnie kłamał.

– Niestety – wymówił – nie mogę panu służyć wyjaśnieniami! Znaleziono pana, gdy leżał nieprzytomny koło plantu kolejowego i przyniesiono do mojego zakładu. Wiem tyle, co i pan! Czyli nie wiem, ani kim pan jest ani jak się nazywa.

– Niemożebne!

– A jednak prawdziwe! Opiekuję się panem zupełnie bezinteresownie i mam nadzieję, że rychło go wyleczę. Co do reszty dopomóc nie mogę i o ile pamięć sama nie powróci, będzie pan w dość niemiłej sytuacji. Teraz powtarzam! Jest pan chory i powinien unikać wszelkich wzruszeń. Rozumie pan to chyba? … Tedy przerwijmy tę bezcelową rozmowę …

– Doktorze …

Ale Tretter machnął tylko ręką, odwrócił się i jął spiesznie się oddalać. Rychło jego masywna postać znikła śród gęstych drzew. Młody człowiek z rozpaczy załamał ręce, a z jego piersi wydarł się jęk:

– Oszaleję … Oszaleję, otoczony tymi wariatami i bijąc się wciąż z myślami własnymi! A może … Sam już zaczynam przypuszczać, że jestem wariatem!

Znów niespokojnie jął krążyć po alei. A tak był zatopiony w swe smutne dumania, że nawet nie spostrzegł, iż z dala, zza zieleni kwitnących krzewów śledziły go jakieś kobiece, pełne współczucia oczy.

– Biedny, biedny! – szeptała dziewczyna w białym fartuchu pielęgniarki. – Co oni chcą z nim zrobić? Jasne jest, że Tretter zamyśla jakieś okropne łajdactwo! Ale jak go ratować?

Raptem rozległo się uderzenie gongu. Sygnał, że chorzy mają powrócić do swych sal, aby po spożytej kolacji udać się na spoczynek.

Rozległy się nawoływania pielęgniarzy.

Dziewczyna drgnęła i rzuciwszy młodemu człowiekowi ostatnie, jakby przepojone żalem spojrzenie, zwróciła się w stronę powierzonych jej pieczy chorych, zakochanej damy w niemodnym kapeluszu i cichej melancholiczki. Widziała jeszcze, jak do młodego człowieka zbliżył się Antoni i oświadczywszy mu coś energicznie, jął go prowadzić w stronę separatek, będących pod wyłącznym dozorem dr. Trettera.

– Biedak! – powtórzyła w myślach.

W parę godzin później, gdy w zakładzie zapanowała kompletna cisza i chorzy znaleźli się, zgodnie z przepisami, w łóżkach, właściciel zakładu dr Tretter odbył tajemniczą konferencję z pielęgniarzem Antonim w swym gabinecie.

– Antoni! – rzekł do zausznika. – Czy przyrządziłeś dla pacjenta Nr 210 – w ten sposób oznaczono w zakładzie tajemniczego młodego człowieka – odpowiednią miksturę?

– Tak jest, panie doktorze!

– Wypił ją?

– Prawdopodobnie! Przecież codziennie ją pije i święcie wierzy, że po tym „lekarstwie” prędko mu pamięć powróci!

Wykonał nieokreślony gest ręką. Zapewne myślał o tym samym, o czym myślała obecnie młoda pielęgniarka. O słowach rzuconych pamiętnej nocy przez tajemniczą hrabinę, która pacjenta Nr 210 tu odwiozła. Wszak mówiła ona wtedy: „gdy przytomność odzyska, jego dni są policzone!” …

II

Ucieczka

Pacjent Nr 210 leżał w swym pokoiku. Pokoik ten, aczkolwiek przyzwoicie umeblowany, był podobny do więzienia i ten, kto tam się znalazł, czuł się niby więzień.

Na oknie więc znajdowały się grube kraty, drzwi obito grubym materacem, a od zewnętrznej ich strony umieszczono mocne rygle. Z separatki tej, przeznaczonej zazwyczaj dla furiatów, nie sposób było się wydostać i dr Tretter wiedział, że jego pacjent jest tam zamknięty bezpiecznie. Mógł z nim robić wszystko, co chciał, gdyż dzięki grubym murom i materacom na drzwiach najsłabszy odgłos nie przedostawał się do innych pokoi.

Toteż wieczorem nie zajrzał do młodego człowieka. Odwiedził go tylko, po raz ostatni przed snem, pielęgniarz Antoni, a widząc, że na nocnym stoliku, stojącym obok łóżka, stoi w dalszym ciągu nietknięta szklanka z miksturą przyrządzoną przez doktora, z niezadowoleniem zapytał:

– Dlaczego pan nie wypił?

Pacjent Nr 210 spojrzał niepewnie na pielęgniarza, drżał w łóżku, naciągnąwszy kołdrę aż pod brodę.

– Bo … bo … – bąknął – nie smakuje mi to lekarstwo. Jest gorzkie, niemiłe … Poza tym mam wrażenie, że nie pomaga mi, a szkodzi. Czuję po nim szum w uszach, zawrót w głowie, a pamięć jakby znowu słabła …

– Nie trzeba rezonować – burknął opryskliwie Antoni, nie starając się ukryć swego rozdrażnienia – a spełniać zalecenia doktora! Głupstwa pan plecie! Tylko dzięki miksturze powróci pan jako tako do zdrowia …

– Kiedy …

– Proszę wypić!

Słowa te padły z ust Antoniego takim rozkazującym tonem, że młody człowiek zrozumiał, iż o ile natychmiast rozkazu nie spełni, zawartość szklanki przymusowo mu zostanie wlana do gardła.

– Ja piję! – szepnął z widocznym przestrachem, patrząc na swego oprawcę. – Piję!

Pochwycił długimi, rasowymi palcami szklankę i odwróciwszy się nieco na bok, ksztusząc się, jął sączyć płyn do dna. Czynił to powoli, z widocznym wstrętem i nieraz zachłysnął się porządnie. Wreszcie szklanka była pusta.

– Proszę! – wskazał ją Antoniemu i postawił z powrotem na nocnym stoliku.

Pielęgniarz mruknął coś niewyraźnie, po czym odwrócił się i nie życząc nawet pacjentowi dobrej nocy, opuścił pokój.

– Będzie spał jak zabity! – mamrotał, zasuwając ciężkie rygle. – A jutro będzie chodził ogłupiały. Jeśli w ogóle wstanie z łóżka … Ja za to dziś mogę sobie pofolgować, bo na pewno nie zbudzi mnie w nocy …

Młody człowiek pozostał sam.

Chwilę leżał nieruchomo, zamknąwszy oczy i niby nadsłuchując, czy nie powróci Antoni. Wreszcie, gdy żaden szmer, po dłuższym upływie czasu, nie zwiastował tego powrotu, porwał się ze swego posłania. Zdziwiłby się bardzo teraz pielęgniarz, gdyby mógł spostrzec, że jego pupil jest całkowicie ubrany.

– Wszystko tu straszne! – szeptał. – Nie podoba mi się w tym zakładzie! I ten Antoni, z miną zbója, i ten doktor, który choć twierdzi, że nie wie, kim jestem, wyraźnie unika mego wzroku! I to lekarstwo, po którym bezwzględnie mi gorzej … Nie odzyskuję po nim pamięci, a raczej ją tracę … Toteż postanowiłem dziś uczynić próbę. Wylałem je za poduszkę …

Spojrzał na dużą, mokrą plamę, doskonale teraz widoczną na łóżku, spoza odsuniętej kołdry.

– Zrobiłem próbę! – szepnął dalej. – Przekonam się, jak się poczuję bez lekarstwa … Bo kim jestem? Jak się nazywam? Czemu mnie tu osadzono? Straszne, potworne, okropne …

W podnieceniu przeszedł się kilkakrotnie po pokoiku, po czym zbliżył się do okna i przywarł rozpalonym czołem do zimnych, osłaniających je krat. Z dala widniało niebo usiane gwiazdami, a po nim płynął jasno księżyc, niby korab po bezkresnych dalach morza.

Ale młodego człowieka nie zaprzątał teraz obraz pięknej, letniej nocy.

– Kim byłem? – powtarzał z rozpaczą. – Chwilami wydaje mi się, że mieszkałem na wsi w jakimś pałacu. Chwilami – że w mieście, w marnej izdebce … Wydaje mi się, że zaszły tam rzeczy straszne … Ktoś okropnie uderzył mnie w głowę, chciał zamordować … Lecz może to tylko sen, bo dziwne sny wciąż mnie trapią? Czy obecnie jestem człowiekiem normalnym, czy wariatem … Wszak znajduję się w domu zdrowia … Jeśli nie zwariowałem, to zwariuję … Przecież przypomina mi się, jak przez mgły, że czytałem w jakiejś książce, iż najpewniejszym sposobem doprowadzenia zdrowego człowieka do obłędu jest umieścić go wśród wariatów …

W bezsilnej rozpaczy szarpnął kratami, o które stał wsparty.

– Co dalej? Co dalej?

Może długo jeszcze snułby swe niewesołe rozmyślania, gdyby wtem nie przerwał ich niespodziewany wypadek.

Zza drzwi rozległ się cichy skrzyp. Powoli odsuwanych rygli.

– Boże! – jęknął z przerażeniem. – Jeżeli Antoni spostrzeże, że jestem ubrany i nie wypiłem lekarstwa, będę zgubiony!

Jednym susem znalazł się z powrotem na swym posłaniu i wysoko naciągnął kołdrę pod brodę. Jednocześnie starał się zakryć sobą plamę widniejącą na poduszce.

Wpijał się wzrokiem w drzwi. Zdziwiło go tylko, że rygle ktoś odsuwa ostrożnie, a nie ze zgrzytem, jak zwykle to czynił pielęgniarz. Nagle zdumienie rozlało się na jego twarzy.

W otwartych drzwiach ukazała się postać kobiety – młodej dziewczyny w białym fartuchu. Mógł ją doskonale rozróżnić dzięki umieszczonej wysoko pod sufitem, nieco tylko na noc przyciemnianej, elektrycznej lampce. Widział przed sobą wcale przystojną pielęgniarkę, na której twarzy rysował się wyraz niepokoju i współczucia.

– Zmieniła pani Antoniego? – zapytał z zadowoleniem, sądząc, iż miast ponurego draba wyznaczył mu do opieki dr Tretter tę ładną i sympatyczną osóbkę.

Ale dziewczyna położyła palec na ustach.

– Cs … – szepnęła. – Niechaj pan mówi ciszej. Nie przybywam tu w oficjalnym charakterze! Przybywam, aby go ratować!

– Mnie ratować?

Zamknęła drzwi za sobą i zbliżywszy się do łóżka, tłumaczyła zniżonym głosem:

– Wiem, że zagraża panu poważne niebezpieczeństwo! Jak pan się nazywa? Gdzie mieszkają pańscy krewni lub przyjaciele?

Z rozpaczą załamał ręce.

– Pani! – zawołał do młodej osóbki, nabrawszy do niej całkowitego zaufania. – Gdybym ja to wiedział! Od kilku dni, kiedy odzyskałem przytomność, stwierdziłem z rozpaczą, że straciłem całkowicie pamięć. Sam nie wiem ani jak się nazywam, ani kim jestem! A ten przebrzydły doktor twierdzi, że nie może mi w tej sprawie dopomóc, bo znaleziono mnie przypadkowo w pobliżu toru kolejowego.

Dziwny cień przebiegł po twarzy przystojnej pielęgniarki. Podobne zaniki całkowitej pamięci nie były z literatury jej obce, a to, co posłyszała, potwierdzało całkowicie jej poprzednie przypuszczenia.

– Tretter kłamie! – wymówiła z podrażnieniem. – Kłamie świadomie, gdyż uczestniczy w jakimś uknutym przeciw panu spisku. Przywiozła tu pana prywatnym autem jakaś pani, którą tytułowano hrabiną.

– Nie znam żadnej hrabiny!

– Towarzyszył jej mężczyzna o niemiłym wyglądzie i drapieżnej twarzy …

– Również nie znam nikogo!

Zwątpienie przemknęło w jej oczach.

– Nic sobie pan nie przypomina? Osoby, które opisałam, nie budzą żadnych wspomnień z poprzedniego pańskiego życia?

– Nie … nie … – zawołał. – Nie … Najmniejszego wątku … Hrabina … Mężczyzna … Wszystko mi to jest całkowicie obce … Powtarzam pani, wciąż doznaję uczucia, że na moim mózgu, co do ubiegłych wypadków, leży jakaś mgła, której nie jestem w stanie przebić …

Chwilę zaległo milczenie.

– Ha, trudno! – szepnęła po pauzie. – Jeśli pan nawet nic nie pamięta, inaczej należy sobie dać radę. Przekonałam się ostatecznie, że jest pan całkowicie normalny, a tu, w tym zakładzie, nie wolno panu pozostawać ani chwili …

– I ja – przywtórzył – wyczuwam nieuchwytnie niebezpieczeństwo!

– Proszę uważać dalej! Owa hrabina, ktoś podsłuchał rozmowę – nie wspominała, że otrzymała te informacje od swej koleżanki – oświadczyła wyraźnie Tretterowi, że gdy pan odzyska przytomność, pańskie dni będą policzone … A Tretter ją zapewnił, że żywy pan się z tego zakładu nie wydostanie …

– Rozumiem! – wykrzyknął, przypominając sobie ową miksturę. – Wszystko pojmuję! Wie pani, dlaczego jestem ubrany i z nią rozmawiam? Sam powziąłem podejrzenia. Pielęgniarz Antoni, z polecenia doktora, zmuszał mnie prawie siłą do przyjmowania jakiegoś lekarstwa – wskazał na pustą szklankę, znajdującą się na nocnym stoliku – a po tym lekarstwie stale mi było gorzej, nie lepiej i znów zanikała pamięć. Dziś, gdy podsuwał tę miksturę, udałem, że ją piję, a w rzeczy samej wyplułem ją zręcznie za poduszkę … Ot, jeszcze tu znajduje się plama …

 

Teraz nie potrzebuje się dłużej ukrywać, porwał się z łóżka. Obrzuciła wzrokiem jego zgrabną postać, stwierdzając z zadowoleniem, żę w każdej chwili może być gotowy do wyjścia.

– Zagraża mi więc niebezpieczeństwo – mówił tymczasem – i moje dni są policzone. Jak się ratować, co czynić? Nie wszystko to jeszcze, że nie połknąłem trującej mikstury … Jutro nie wiem, czy uda mi się ten podstęp …

– Co czynić? – rzuciła krótko. – Uciekać!

– Uciekać? – powtórzył. – Toć ten zakład to istne więzienie! Łatwo stąd się nie wydostanę?

Ona położyła dłoń na jego ramieniu. Patrzyła nań, jak patrzy na nieszczęśliwego brata szczerze przywiązana, dobra siostra.

– Przewidziałam wszelkie trudności – oświadczyła – i teraz zdarza się taka okazja, jaka nieprędko się powtórzy. Antoni, sądząc, że pan zażył lekarstwo i zasnął, zaryglował pana starannie, a sam upił się do nieprzytomności, bo czuje stały pociąg do butelki. Leży w sąsiednim pokoju i chrapie, nawet anioł nie zbudziłby go na Sąd Ostateczny. Dlatego swobodnie mogłam przedostać się do pana, bo przyznaję się, że zaciekawił mnie jego los … Co prawda nie sądziłam, że pan całkowicie stracił pamięć, ale gdy tu szłam, już powzięłam zamiar dopomożenia mu do ucieczki. Powtarzam, Antoni chrapie, w oknach mieszkania doktora Trettera jest ciemno i od dawna śpi na górze. Będziemy mogli prześlizgnąć się swobodnie … Wyprowadzę pana boczną furtką … Jest pan ubrany, wszystko znakomicie się składa …

Przyszedł mu nagle skrupuł do głowy.

– Ale – zapytał – czy panią nie spotka za to duża przykrość?

– Najmniejsza! – odrzekła. – Tretter nabierze przekonania, że to Antoni zapomniał zasunąć rygle po pijanemu. Antoni przeżyje kilka niemiłych chwil, co mu się zresztą od dawna należy … Nie traćmy czasu i chodźmy …

– Chodźmy! – powtórzył młody człowiek z radosnym błyskiem w oczach. – Pani jest doprawdy aniołem!

Nie zwróciła uwagi na ten szczery wykrzyknik, podeszła do drzwi i otworzyła je. Obrzucił, po raz ostatni, wzrokiem swój niewielki pokoik, jakby sprawdzając, czy czego nie zapomniał, lecz wnet się uśmiechnął. Prócz ubrania, kapelusza i chusteczki do nosa przecież nie posiadał innego majątku.

Raźno podążył za swą wybawicielką.

Następny pokój był ciemny, lecz dobiegło z niego głośne chrapanie. W półmroku dojrzał rozwalonego na ceratowej otomanie pielęgniarza, który spał z otwartymi ustami.

Później jeszcze jakiś pokój, w którym pachniało chloroformem. Potem schody – i ręka młodej dziewczyny pochwyciła go za ramię.

– Ostrożnie! Kilka stopni! Już jesteśmy na dole! …

Nacisnęła klamkę i znaleźli się w parku. Owiało ich ciepłe powietrze majowej nocy, a drzewa otaczające dom, zdawało się, szeptały radośnie:

– Bogu dzięki … Bogu dzięki …

Najcięższa część zadania została spełniona. Ale należało jeszcze dotrzeć do furtki, otwierającej całkowitą drogę do swobody. I to powiodło się znakmicie, nawet żwir nie skrzypiał pod ich stopami, gdy szli do parkanu okalającego zakład dr. Trettera. W oknach domku stróża było ciemno, a kręcący się tam pies, widocznie dobrze znając pielęgniarkę, począł się do niej łasić.

Klucz, na szczęście, tkwił od wewnątrz w zamku furtki. Lekko skrzypnął jeno, gdy przekręcała go powoli.

– Jest pan wolny – szepnęła, szeroko otwierając furtkę i wskazując na dróżkę, ciągnącą się śród pól. – Za tą ścieżką znajduje się lasek. Gdy pan go minie, ujrzy pan z dala światła kolejowej stacji … A później, sama nie wiem, co mu radzić …

– Pojadę do Warszawy – rzekł, aby ją pocieszyć, pojmując, iż choć odzyskał wolność, sam nie wie teraz, co począć ze sobą. – Tylko …

Zrozumiała. Wyjęła z kieszeni fartuszka jakiś zwitek i prawie siłą wetknęła mu go do ręki.

– Zabrałam to ze sobą na wszelki wypadek! – wymówiła. – Toć nie ruszy się pan nigdzie bez pieniędzy …

Zawahał się.

– Doprawdy, pani … Jak mogę przyjmować podobną ofiarę od nieznajomej … Chociaż nie jest pani dla mnie nieznajomą … Znamy się zaledwie godzinę, a uczyniła więcej, niż rodzona siostra … Kiedy i czym odpłacę się jej za to …

Mimo mroku nocy spostrzegł, że czerwień lekko zabarwia jej policzki.

– Głupstwo! – szepnęła. – Skromna pożyczka! Żałuję, że nie mam więcej! Odda mi pań, kiedy zechce! Niepotrzebne mi są te pieniądze …

Milczał chwilę, ujęty niezwykłą szlachetnością jej postępowania.

– Pani – wymówił wreszcie, przypomniawszy sobie, że nawet nie zna jej nazwiska ani imienia. – Czy wolno choć wiedzieć, komu zawdzięczam moje ocalenie?

– Nazywam się Janina Korycka! – zabrzmiała odpowiedź. – Czy panu tak koniecznie do szczęścia potrzebna była ta wiadomość?

– Ależ wciąż o tym tylko myślę, jak …

– A ja myślę – przerwała – w jaki sposób pan sobie w Warszawie da radę? Niełatwa sprawa … Proszę sobie zapamiętać, co powiem. Gdyby panu było bardzo ciężko i źle, na Czerniakowskiej pod nr. 308 mieszka moja matka. Odwiedzam ją stale w niedzielę, gdyż te dnie mam wolne …

– Pani Korycka! Czerniakowska 308! – powtórzył.

– Tak! Może pan zapamięta! Dziś mamy poniedziałek, raczej wtorek, bo już północ minęła … Za pięć dni więc będę u matki. Wtedy znów służę wszelką pomocą …

– Panno Janino! Panno Janeczko! Stawię się na pewno! Choć po to, aby panią zobaczyć …

Może jeszcze zamieniliby kilka słów, lecz wtem jakiś podejrzany szmer zwrócił ich uwagę. Na szczęście tylko gałąź opadła z któregoś drzewa, ale szelest ten przypominał im, że niezbyt jest bezpiecznie przedłużać w obecnych warunkach rozmowę.

– Niech pan już idzie! – szepnęła.

Ucałował jej drobną rączkę i począł się oddalać z żalem. Jakże bliską mu była ta śliczna dziewczyna, jego nieoczekiwana wybawicielka.

Ona tymczasem ostrożnie zamknęła furtkę i cicho przekręciła z powrotem klucz w zamku. Po czym skręciła umyślnie w boczną, ciemną aleję, by niespostrzeżenie dostać się do domku, w jakim znajdował się jej pokój.

– Jak sobie poradzi? – rozważała. – Wszak nie pamięta nic! Bez nazwiska, bez przyjaciół, bez pieniędzy? Toć wetknęła mu do ręki zaledwie grosze … Może do niedzieli coś wymyślę, a on do tego czasu nie zginie …

Nie spostrzegła nawet panna Janeczka, że osoba nieznajomego młodego człowieka poczynała ją interesować coraz więcej.

I to nie ze względu, że dopomogła mu do uniknięcia prawie pewnej śmierci, a przez wzgląd na jego bladą, smukłą twarz i wielkie, niebieskie, marzące oczy.

– Zobaczymy! – szepnęła, rozbierając się powoli i kładąc do łóżka, gdy niespostrzeżenie dla nikogo, bez żadnych przeszkód, powróciła do swego pokoiku, znajdującego się w pawilonie pielęgniarek. – Zobaczymy!

Tymczasem młody człowiek – były pacjent Nr 210 zakładu dr. Trettera – szybkim krokiem podążał w stronę stacji.

Szczęśliwie minął dość gęsty sosnowy lasek, później dużą łąkę, tonącą w poświacie srebrzystych promieni księżyca – i wnet zarysował się przed nim szeroki kolejowy tor, a tuż przy nim niewielki, drewniany, słabo oświetlony budynek.

– Kochana dziewczyna! – pomyślał z rozrzewnieniem, chowając z powrotem banknoty i srebro do kieszeni. – Złota Janeczka! Może to jej całomiesięczny zarobek? Sobie lub matce od ust odjęła, by mnie ratować? Czym się odpłacę za tyle dobroci i poświęcenia?

Przystanek! Wdrapał się na nasyp, przeskoczył przez szyny i zatrzymał się w pobliżu pierwszej napotkanej latarni. Wyciągnął zwitek, wetknięty mu prawie siłą do ręki przez pielęgniarkę, pannę Janinę, i przeliczył pieniądze. Były tam cztery papierki dwudziestozłotowe i dwie srebrne dziesięciozłotówki, razem sto złotych.

Chwilę stał w zadumie, po czym jakby przypomniawszy sobie, że nie wolno mu poddawać się słabości, drgnął i energicznie ruszył naprzód. Śmiałym krokiem wszedł do stacyjnego budynku i rozejrzał się po małej salce, zawieszonej rozkładami jazdy oraz różnobarwnymi reklamowymi plakatami. Była całkowicie pusta, a w jej głębi jasno migało okienko z napisem „Kasa”.