Uniwersytet za kolczastym drutemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Przedmowa

Kraków – Wrocław

SACHSENHAUSEN

Opis stosunków obozowych

Krakowska grupa

Zostają sami młodzi

DACHAU

Wiosna

Lato

Jesień – zima

Komu zawdzięczamy zwolnienie

Po latach w Sachsenhausen

W Dachau po latach

Przemówienie na dorocznym zebraniu profesorów, byłych więźniów, w dniu 6 listopada 1963 r.

Spis aresztowanych 6 listopada 1939 roku

Zmarli w obozie lub zaraz po powrocie

Spis zatrzymanych w obozie po 8 II 1940

Literatura wykorzystana w tekście

Spis ilustracji

Przypisy

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Korekta: URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, ANNA DOBOSZ, ETELKA KAMOCKI

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Na okładce: fotografia autora z 1937 i nagłówek listu z Dachau, 1940 z archiwum rodzinnego

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie 1969, 1975, 2014

Wydanie pierwsze Kraków 1946

ISBN 978-83-08-05691-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.



Pisałem wspomnienia przez wiele miesięcy, małymi kawałkami, wyzyskując skrawki czasu, których nie mogłem obrócić na pracę naukową. Pisałem dyżurując w czytelni Biblioteki Jagiellońskiej (wtenczas Staatsbibliothek[1]), kryjąc się z tym przed niemieckimi urzędnikami. Jeden wszakże Niemiec o wszystkim wiedział: Adolf Zbrodniczy, który wściekłym wzrokiem patrzył cały czas z portretu nad moją głową.

Pisałem w różnych nastrojach i wbrew nastrojom, nic więc dziwnego, że w tych warunkach opowiadanie mogło się rozbić na mnóstwo stylistycznie kłócących się z sobą fragmentów. Obawiam się, że mi się nie udało temu niebezpieczeństwu zapobiec. Cały czas bałem się też, że moje niewprawne pióro, odrywane doraźnie od lingwistycznych wywodów, nie odda tego, cośmy przeżyli, a zwłaszcza grozy w obozie oranienburskim, nerwowego napięcia i kapryśnego fatum w Dachau. Jestem człowiekiem mało wrażliwym na ciosy z zewnątrz, rok obozu jeszcze wrażliwość przytępił, a lata, które już minęły, wiele rzeczy wymazały z pamięci, nic zatem dziwnego, że czytelnik mało przeżyje podczas lektury wstrząsów, mało znajdzie wielkich słów; nie umiem ich zresztą używać. Rzeczy wstrząsające znajdzie czytelnik w innych pamiętnikach. Ani Sachsenhausen, ani Dachau nie pretendują do tytułu Todes- czy Vernichtungslager[2], choć tyle tysięcy ludzi znalazło w nich śmierć i zagładę. Jednak i to, co było w Sachsenhausen, przekraczało miarę wytrzymałości, i ręczę czytelnikowi, że gdyby te warunki utrzymały się dłużej i gdyby profesorowie krakowscy nie byli tak prędko stamtąd wyszli, to w 1945 r. w Uniwersytecie Jagiellońskim nie miałby kto przyjąć młodzieży.

Aresztowanie profesorów stało się głośne na cały świat, wstrząsnęło sumieniem świata jak mało który wypadek i pierwsze zdarło obłudną maskę z oblicza Niemiec, dlatego też obszernie się rozpisałem, przekraczając rozmiary większości publikowanych dotąd wspomnień o tym wydarzeniu. Ponadto niech mnie i to usprawiedliwi, że inni przedstawiają swoje jednostkowe przygody, a ja dzieje dużej grupy ludzi. Tych kilka wspomnień członków uniwersyteckiego zespołu, co już wyszło drukiem, nie opisuje przejść młodszych jego członków w Dachau. Niniejszy pamiętnik będzie więc na razie stał odosobniony.

Okładka pierwszego wydania książki, 1946 r.

Uniwersytet za kolczastym drutem miał być tylko częścią tomu, na który winny się były złożyć wspomnienia kilku kolegów. Moje miało być ogólnym zarysem całości, oni obiecali szerzej rozwinąć niektóre sytuacje i zdarzenia bądź dzieje niektórych grupek, na któreśmy się rozpadli w Dachau zależnie od miejsca pracy. Chciałem w zarysie pokazać raczej nasze wrażenia, wewnętrzne doznania, niż dać kronikę zdarzeń. Taką skrupulatną kroniką są Wspomnienia prof. Jana Gwiazdomorskiego. Niestety, obejmują one tylko okres pobytu w Sachsenhausen, okres krótki, bo tylko trzymiesięczny, za to szczególnie dramatyczny, upamiętniony śmiercią tylu naszych kolegów. Okres późniejszy, dla większości jedenastomiesięczny, mało jest znany, nie brak nawet ludzi, którzy są przekonani, że dramat Uniwersytetu Jagiellońskiego skończył się ze zwolnieniem grupy 102 osób dnia 8 lutego 1940 r. A przecież w Sachsenhausen pozostali tak wybitni uczeni starszego pokolenia jak: Birkenmajer, Jachimecki, Leja, Semkowicz, Stołyhwo, do Dachau zaś zostali przeniesieni członkowie uniwersytetu wprawdzie młodsi, ale już wtenczas znani w nauce, albo tacy, którzy dopiero po wojnie pokazali, co byłby wraz z nimi stracił uniwersytet i Polska. Jest między nimi sześciu członków PAN, kilku rektorów i prorektorów, wielu dyrektorów instytutów PAN, kierowników katedr itd. Nie chciałbym tu wymieniać nazwisk. Losy tych ludzi poza moim pamiętnikiem prawie nie znalazły publicznego wyrazu, a w moich wspomnieniach poświęciłem im mało miejsca. Przygotowując pierwsze wydanie, byłem skrępowany rozmiarami, teraz zaś trudno już wydobyć fakty z pamięci. Boję się przy tym nieścisłości, które dostrzegam w opowieściach spisywanych po latach. Chociaż więc koledzy nalegali na mnie, aby część dachauską rozszerzyć, w małym tylko stopniu mogłem spełnić ich życzenia.

Nowe wydanie mimo wszystko zawarło trochę uzupełnień. Po pierwsze są to własne wspomnienia i ustne przypominki wielu kolegów, po wtóre korzystam z drukowanych, a mało znanych wspomnień K. Stołyhwy, po trzecie – z rękopiśmiennych relacji, złożonych w Archiwum UJ w r. 1946 przez byłych więźniów lub rodziny zmarłych. Niestety, znajdujące się tam wspomnienia K. Piwarskiego dociągają tylko do jesieni 1940 r., tak że o jego ośmiomiesięcznym pobycie w Dachau po naszym odejściu nic nie mogę powiedzieć. Pewne daty i dane statystyczne zaczerpnąłem z różnych drukowanych źródeł, po części charakteru oficjalnego. Do wspomnień dodałem opis starań o nasze zwolnienie, wrażenia z powojennego wyjazdu do Sachsenhausen i Dachau oraz przemówienie wygłoszone na jednym z dorocznych zebrań w dniu 6 listopada. Dodałem też pełny wykaz aresztowanych (w pierwszym wydaniu wymieniłem tylko nazwiska zatrzymanych w obozie 8 lutego 1940 r.). Mimo uzupełnień pamiętnik nie stracił, jak sądzę, swojego charakteru doznaniowego, nie stał się kroniczką.

Upływający czas zamienił spis aresztowanych w spory cmentarzyk. Nawet spośród dachauczyków, wtedy młodych i dzielnych ludzi, tylu już dziś nie żyje! Nie ma między nami młodziutkiego Borkowskiego ani niewiele od niego starszego Hajdukiewicza, Starachowicza, nie ma Bulasa, Doborzyńskiego, J. Gołąba, Hołdy, Jakóbca, Kameckiego, Kocwy, Lepszego, Małeckiego, Milewskiego, Miodońskiego, Moszewa, Ormickiego, Piwarskiego, Szczotki... Spośród starszych kolegów, którzy w 1940 r. liczyli co najmniej 40 lat, nie żyje nawet co trzeci. Każdy rok przynosi straty. Niech ten pamiętnik przypomni ich społeczeństwu.

Kraków – Wrocław

 

W październiku 1939 r. bardzo aktualna była w sferach uniwersyteckich Krakowa sprawa rozpoczęcia nauczania. Przeciwnikami wznowienia prac byli ludzie ostrożni, którzy nie bez racji twierdzili, że podczas wojny wskazana jest jak najmniejsza ruchliwość. Zwolennicy zaś dawali się zwodzić postępowaniem okupantów. Ci bowiem z początku postępowali kurtuazyjnie, zwłaszcza wyższe komórki. Zapewniali zarówno w drukowanych odezwach, jak i w rozmowach, że nie zamierzają się mieszać do naszego wewnętrznego życia, że pozwalają na swobodną działalność kulturalną. Oczywiście, działy się różne dla nas przykre rzeczy, ale właśnie owe wyższe władze robiły miny, jakby były gotowe im zapobiegać, częściowo nawet zapobiegały. Przykładem może być zajście opisane przez prof. Stołyhwę:

„...W nocy przyszła do Zakładu Antropologii banda żołnierzy, mając za przewodnika jakiegoś cywilnego, mówiącego dobrze po polsku, i zaprowadziła mnie do piwnicy Zakładu Antropologicznego – grożąc rozstrzelaniem. Ustawiono mię w tym celu pod ścianą piwnicy i celowano do mnie z rewolwerów. Pretekstem był rzekomy wystrzał z okna naszego zakładu. Zażądano następnie ode mnie wydania broni ukrytej w zakładzie i złożenia okupu. Gdy temu odmówiłem, twierdząc, iż broni nie posiadamy, puszczono mnie grożąc, że przyjdą dnia następnego w celu przeprowadzenia dokładnej rewizji i w razie znalezienia jakiejś broni wszystkich nas rozstrzelają”.

Jednakże nie przyszli, a policja niemiecka na interwencję rektora przysłała ochronę. Łudzące było i to, że się jeszcze Niemcy nie wtrącali do tych polskich instytucji, które zastali w ruchu lub które puszczono w ruch bez ich wiedzy w pierwszych tygodniach. Ten okres czasu, co minął od naszej wrześniowej klęski, od tragicznych dni, kiedy nam się po prostu cały świat zawalił, ten okres krótki w istocie, a dla nas niemiłosiernie długi, nie pozwolił im jeszcze wszystkiego pochwycić w łapy, nam się zaś po paru sprytnych posunięciach niemieckich, opartych rzeczywiście na dobrych informacjach, pośpiesznie wydawało, że „oni wszystko wiedzą”, że więc gdy się do czego nie mieszają, to naprawdę nie chcą. Utworzono też wówczas przy narzuconym burmistrzu, Niemcu, radę przyboczną złożoną z Polaków (nie było jeszcze w ogóle Niemców w tym „praniemieckim”, jak głosiła propaganda, Krakowie), zjeżdżały różne komisje z Berlina, które się zachowywały przyzwoicie. Pojawiła się np. komisja z Wydziału Szkolnictwa Wyższego, która zapytana, co sądzi o otwarciu uniwersytetu, uznała to za pożądane. Szło, zdaje się, okupantom o utrzymanie pozorów, że po objęciu przez nich władzy życie biegnie normalnie w promieniach ich łaskawości i tolerancji. Twierdzi jednak prof. Kleczkowski, że na życzenie zastępcy szefa tzw. Zivilverwaltung[3], dr. Hofmanna, przestrzegał rektora przed otwarciem uniwersytetu bez zgody tego urzędu. Przypuszcza też Kleczkowski, że Hofmann przyłożył ręki do aresztowania profesorów, gdy rektor po naradzie z senatem i byłym ministrem Twardowskim nie posłuchał ostrzeżenia (według pisemnej relacji w Archiwum UJ).

W tych warunkach ludzie gorętsi chcieli wyzyskać okres pobłażliwości na zrobienie czegoś pożytecznego, na maksymalne ujęcie życia narodowego w swoje ręce, aby kiedyś w razie ucisku było z czego spuszczać. Niektórzy profesorowie zaczęli nauczanie po cichu, nie czekając na oficjalne kroki rektora i senatu. Tak np. czynna była czytelnia w naszym zakładzie i odbywały się seminaria. Wreszcie dnia 19 października senat przy jednym głosie sprzeciwu uchwalił podjąć wykłady. Przyszły orientacyjne zapisy, potem ciche otwarcie uniwersytetu. Ciche, nie zaś uroczyste z tradycyjnym pochodem profesorów z kościoła św. Anny, aby nie trzeba było zapraszać niemieckich władz. Tak się przynajmniej po Krakowie mówiło, a szkoda, że się mówiło, bo mogła coś posłyszeć owa niepożądana władza. Odbyło się tylko nabożeństwo w kościele św. Anny, na którym odśpiewano po raz pierwszy hymn Boże, coś Polskę ze zmianą słów: „ojczyznę, wolność racz nam w r ó c i ć, Panie!” (nie „p o b ł o g o s ł a w”, jak śpiewano od uzyskania niepodległości). Wykłady miano rozpocząć 13 listopada.

4 listopada zeszli się wykładowcy naszego działu, aby omówić przyszłą pracę. Skorzystał z tego rektor i zawiadomił ustnie, że 6 listopada odbędzie się odczyt Sturmbannführera (podpułkownika) SS, Brunona Müllera, o poglądach rządu Rzeszy na wyższe szkolnictwo. Właśnie dzień wcześniej wezwał rektora do siebie i grzeczniutko prosił, by mógł w murach uniwersytetu przedstawić te poglądy wobec wykładowców uniwersyteckich. Rektor się zgodził, rozesłał zawiadomienia, a nas obecnych na konferencji osobno prosił o przybycie, bo się bał, jakże niesłusznie, czy słuchacze dopiszą.

W poniedziałek 6 listopada otwarłem czytelnię dla studentów, zająłem się różnymi sprawami, tak że dopiero widok zaciągniętych pod uniwersytetem posterunków policji niemieckiej przypomniał mi o odczycie. Wyobraziłem sobie, że policja chroni miejsce odczytu ze względu na Müllera. Seminarium oddzielone było od głównego uniwersyteckiego budynku ulicą. Wypadłem na nią z pośpiechem, już w obrębie łańcucha straży. Zaraz mię zatrzymano, nadbiegł ajent w cywilu. Pamiętam wyraźnie tę osobliwą twarz: czerwona, nalana i obrzękła, z wyłupiastymi oczyma za grubymi okularami. Wysłuchał moich wyjaśnień, pozwolił iść dalej, ale – rzecz dziwna – zamiast ul. Gołębią w stronę Plant i głównego wejścia, skierował mię w lewo, w ul. Jagiellońską. Ze zdumieniem ujrzałem tu pod ceglanym murem uniwersytetu kilkanaście osób stojących z twarzą ku ścianie i z rękami do góry. I mnie tam postawiono. Jakżeż się przeraziłem! Byłem pewien, że schwytano jakichś niepożądanych gości, może demonstrantów, że ja mam podzielić ich nieciekawy los. W tym lęku zaryzykowałem pobicie i choć miałem patrzeć w mur, odwracałem się, tłumacząc niesłychanie zdenerwowaną, a więc kulawą niemczyzną, że ja przecież na odczyt, że zaproszony itd.[4] Jednym słowem, głupkowato pogrążałem się coraz bardziej. Odpowiadano mi: Es stimmt, stehen Sie weiter![5] Była to jedna z moich najcięższych chwil; poważnie się z tym liczyłem, że mi się przyjdzie pożegnać z życiem. Nie na darmo przecież czytywałem i słyszałem, jak to hitlerowcy stawiają twarzą do muru, a potem bez ceremonii strzelają.

Pomimo wszystko ostrożnie zezowałem na boki. W pewnej chwili – dość to szybko szło po sobie – zobaczyłem, że za naszymi plecami posuwa się dziwny pochód: idą dwójkami profesorowie! Znikają za rogiem ulicy w stronę cerkwi ruskiej (dziś kościoła św. Norberta). Stało tam kilka wielkich, płachtami krytych aut. Naraz zainteresowano się i mną: Da ist auch welcher[6], i kazano mi iść wraz z pochodem. Na rogu spostrzegłem, że kroczący szereg kończy się we wnętrzu auta! Zbyt oszołomiony, aby zrozumieć, co się dzieje, cieszyłem się, że przecież zostałem włączony między swoich, że chyba zaszedł obrót na lepsze. Bez ociągania się wsiadłem tedy do auta, gdzie już stało kilku, a dalsi przyszli za mną. Nikt jednak poza mną nie widział nic dobrego w nowej sytuacji, przeciwnie, wszystkie miny były w najwyższym stopniu zgnębione i ponure. Rozmowy nawiązały się szeptem i ukradkiem. Dowiedziałem się teraz, co zaszło na odczycie.

Przebieg zdarzeń był następujący: Müller stawił się punktualnie i po krótkiej z kimś rozmowie przeszedł do swojego zwięzłego, a tak pełnego treści wykładu.

„Moi panowie – rzekł po niemiecku – zwołałem was, aby wam powiedzieć, że uniwersytet krakowski był zawsze ogniskiem antyniemieckich nastrojów, w tym duchu nieżyczliwym wychowywał młodzież. Teraz panowie próbowali otworzyć uniwersytet, nie pytając się nas; panowie próbowali odbywać egzaminy, nie pytając się nas; panowie próbowali zakłady otworzyć, nie pytając się nas. Dlatego zostaniecie aresztowani i posłani do obozu. Żadne sprostowania nie są dopuszczalne”.

Tu klasnął w ręce. W jednej chwili uzbrojeni policjanci, co dotąd stali w korytarzach, wpadli do sali, która zamarła w przerażeniu. Müller oznajmił paniom, było ich kilka, że są wolne. Profesorom polecono wyjść z sali dwójkami. Zaraz się zaczęły gwałty: szturchańce kolbami, kopniaki, a nawet bicie po twarzy. Gdy ktoś zaprotestował, że jest za słaby, aby iść tak prędko, krzyknął dowcipny policjant: Wer kann nicht gehen, dem wird es nachgeholfen[7]. Ucierpieli przede wszystkim starsi, a między nimi szczególnie rektorzy: K. Michalski i S. Estreicher. Nigdy w czasie swych pięciowiekowych dziejów nie został uniwersytet tak sponiewierany, a na polskiej ziemi chyba tylko legendarny król Popiel urządził równie cyniczną zasadzkę. Przemoc, obłuda i kłamstwo zawarły tego dnia idealne małżeństwo.

Profesorów Akademii Górniczej nie było w tej sali. Obradowali oni w innej nad otwarciem nauki i uchwalili jej nie rozpoczynać. Mimo to ich zabrano. Zdradzili się więc Niemcy, że otwarcie uniwersytetu nie było istotnym powodem aresztowania, to był tylko dogodny pretekst. Naprawdę szło o wielką akcję terrorystyczną, taką samą, jakich wiele przeżywaliśmy później. Czyż można było wymarzyć lepszy sposób złamania Krakowa na duchu jak uderzenie w uniwersytet? Wszak to jedyne w Polsce miasto, gdzie profesor rzeczywiście się cieszył ogromnym autorytetem. Następnego bodaj dnia zjechał do Krakowa gubernator Frank, policja miała widocznie rozkaz stworzyć mu w przyszłej stolicy Generalnego Gubernatorstwa pożądaną „lojalną” atmosferę. Z drugiej jednak strony, gdy się pomyśli, ile potem Niemcy włożyli wysiłku, aby Krakowowi nadać niemiecki charakter, aby zniszczyć do gruntu polską kulturę, to się widzi, jaką zbrodnią musiało im się wydać otwarcie Almae Matris Jagellonicae!

Gdyśmy się tak szeptem porozumiewali, korzystając z tego, że nie było wśród nas „anioła stróża”, zapełniły się pozostałe wozy. Spuszczono płótno w tyle wozu, odcinając nas od świata. Na schodkach stanęli policjanci, rzucili w naszą stronę jakieś pogróżki na wypadek, gdyby kto chciał krzyczeć, i auto ruszyło. Przez szpary w płótnie patrzyliśmy mimo zakazu, aby przecież zobaczyć, gdzie nas wiozą. Wnet poznaliśmy, że jedziemy do dawnego wojskowego więzienia na ul. Montelupich, w którym Gestapo już od pewnego czasu trzymało swoje ofiary. Auta wpadły na zamknięty zewsząd podworzec. Wysiedliśmy, kazano nam stanąć szeregami głębokimi na pięć rzędów i policzono. Opowiadał mi później jeden z kolegów, że Müller był raczej niezadowolony z tak wielkiego połowu (zdaje się, nie wiedział nawet, że uniwersytet liczy tylu wykładowców), miał też powiedzieć: Zu viel Greise[8]. Kilku osobom, co się przyznały do znajomości niemieckiego, dano papier i ołówki, polecono spisać aresztowanych, imię, nazwisko, wiek, narodowość, zawód, stan cywilny i adres. Trwało to dość długo, z czego ten i ów korzystał, by esesmanom przedstawić swoje pretensje. Okazało się mianowicie, że zagarnięto w budynku UJ różnych, z uniwersytetem nie związanych ludzi: paru studentów, co przyszli po dokumenty, technika, który szukał posady, kogoś nawet, co spacerując z pieskiem po Plantach, wstąpił do klozetu w budynku uniwersytetu. Ci to głównie zgłaszali swoje prośby o zwolnienie, bez żadnego zresztą rezultatu. Razem aresztowano 183 osoby, w tym profesorów i asystentów UJ 144; z Akademii Górniczej 20 osób.

Po ukończeniu formalności wpędzono nas do środka więzienia. Na parterze stał dozorca, licząc nas i dzieląc na trzy, jak się potem okazało, części. Dostałem się do wielkiej sali, dawnej świetlicy. Była pusta, jeśli pominąć kilka stołów, ławę, parę obrazeczków na ścianie i gazetę ścienną ułożoną z wycinków prasowych przez więźniów jeszcze przed wojną. Umeblowania dopełniały kubły do wiadomego użytku. Straży wewnątrz nie było, zaczęliśmy więc swobodnie rozglądać się między sobą, ustalać, kto jest, kogo brak. Nawiązały się rozmowy, wyjaśnienia, informacje, dyskusja na temat przyszłości. Rychło przyszedł wisielczy humor, posypały się anegdotki i dowcipy, nie wszystkie górne. Wesołkowie zainteresowali się kubłami, czekając, kto pierwszy się ośmieli publicznie. Niestety, gdy się ten pierwszy pojawił, uciecha znikła. Był to bowiem prof. W. Wilkosz, bardzo ciężko chory na nerki i cierpiący nieznośne boleści. Choroba go uratowała przed obozem, ale go powaliła w dwa lata później. Odeszła dowcipnisiów ochota do wartowania przy kubłach.

W rozmowach zastanawiano się naturalnie nad celem naszego aresztowania i nad terminem odzyskania wolności. Przeważnie nie chciano wierzyć w zapowiedziany przez Müllera obóz koncentracyjny. Woleliśmy uważać się za zakładników, co mieli gwarantować spokojny przebieg święta 11 listopada. Te same poglądy podtrzymywali Niemcy na mieście. Oczywiście łudziliśmy się[9], ale pomogło to nam lżej znieść pierwsze ciężkie chwile. Byłoby to za wiele przeżyć naraz utratę wolności, pohańbienie uniwersytetu przez policję i perspektywę obozu. Niemałą rozrywką było opowiadanie o różnych drobnych zdarzeniach, co jednych uratowały przed uwięzieniem, a innych właśnie nagnały w sieci. Np. ktoś wrócił rankiem ze Lwowa, przeszedłszy w bród San, zdążył się umyć, przebrać, nakarmić i... pognać na odczyt. Kogoś innego policjanci nie chcieli wpuścić, a ten po wielkiej awanturze obronił swoje prawa profesorskie i wdarł się do gmachu na własne nieszczęście. Innego jeszcze burmistrz, znajomy sprzed wojny, zaprosił do siebie przed dwunastą i starał się dłużej zatrzymać, wiedząc, co się święci, jednak nieszczęśnik wyrwał mu się dosłownie pięć minut przed dwunastą. Do szczęśliwych należał prof. Kumaniecki (starszy), który na widok posterunków zawrócił. Jego odważniejszy towarzysz wpadł.

 

Tymczasem nastał mrok. Zapalono światło. Nagle otwarły się drzwi i do sali wepchnięto elegancko ubranego pana. „Klimecki jestem” – przedstawił się. Był to ostatni prezydent Krakowa. Już go przedtem aresztowano i puszczano dwa razy. W kilka godzin po nas zabrano go z domu, może dlatego, że jako najwyższa władza w Krakowie podpisał zarządzenie o otwarciu szkół już po wejściu Niemców. Ponieważ w dniach klęski nie uciekł, lecz odważnie pełnił swoje odpowiedzialne obowiązki reprezentowania ludności polskiej wobec najeźdźców, zdobył sobie wiele uznania; został przez nas powitany niemal owacyjnie. Przetrzymał on obóz, lecz jeszcze raz został aresztowany i zginął rozstrzelany, podobno w Puszczy Niepołomickiej.

Znów się otwarły drzwi: tym razem wniesiono kocioł z czarną kawą i chleb. Jeszcze później doręczono dwie czy trzy paczki. Były to lekarstwa, koc i poduszka. Podziwialiśmy te panie, co nie tylko zdołały się dowiedzieć, gdzie siedzimy, ale umiały nawet przysłać mężom pomoc. Pomału biegły godziny wieczorne. Wyczerpało się nasze podniecenie, zabrakło efektownych tematów do rozmów. Krzywa humorów zaczęła opadać. Zresztą część bez przerwy pogrążona była w ponurych myślach. Pamiętam te siwe głowy zafrasowane i zgnębione, przeżuwające straszne chwile południa. My, młode wartogłowy, cośmy ponosili odpowiedzialność tylko za naszą tanią skórę, mogliśmy sobie pozwolić na płoche żarty, ale nie oni. Z tej przykrej i ciężkiej atmosfery nasuwała się łatwa ucieczka w sen. Niektórzy, czy sprytniejsi, czy bardziej zmęczeni, już dawno się pokładli na stołach i ławach. Te „reprezentacyjne” miejsca rewindykowaliśmy dla starszych. Dla kogo brakło miejsca na jakimkolwiek sprzęcie, musiał się zadowolić podłogą. Wydobyłem skądś, może z własnej kieszeni, gazetę, rozłożyłem ją na podłodze pokrytej grubą warstwą suchego błota. Zaraz jednak dałem się nabrać, bo tuż koło mnie rozłożył swój papierek ktoś inny („Pozwólcie, panie kolego, że skomasujemy”), legł wygodnie, zajmując część mojego „posłania” w taki sposób, że z reszty mało miałem pociechy. W końcu jakoś się noc przebiedowało. Zdawałem sobie wtedy doskonale sprawę z tego, że w istocie dostaliśmy komfortowe warunki. Nowo aresztowani aż zbyt często są tak stłoczeni, że nie mają gdzie porządnie stanąć, siąść, a cóż dopiero mówić o położeniu się. Albo muszą leżeć na betonowej podłodze, a myśmy mieli parkiet. To tylko skutkiem naszych „demokratyczno-burżuazyjnych” nawyków chcieliśmy się od błota oddzielić choć papierem. Potem nam to dokładnie wybito z głowy.

Wczesny był jeszcze ranek, gdy się wszczął ruch na więziennym korytarzu. I do nas otwarto drzwi, kazano wynieść kubły. Nastał krótki moment wahania. Przełamał je ks. Kruszyński słowami: Kto idzie ze mną? Chwyciłem za drugie ucho i ruszyliśmy w pierwszą parę. Chciałem od razu wyzyskać sposobność do przejścia się i rozejrzenia w otoczeniu. Nie zobaczyłem zresztą nic szczególnego. Jedna i druga cela były otwarte, kręciło się paru więźniów o charakterystycznej cerze więziennej; byli to przeważnie Żydzi. Ciemnawe cele robiły wrażenie przeładowanych, brudnych i smrodliwych. Za jakiś czas strażnicy kazali nam zabrać rzeczy i wyjść. Ogarnęło nas podniecenie; czyżby nas już miano wypuścić? Na podwórzu stały znajome auta. Krótko trwała jazda. Wylądowaliśmy w koszarach na ul. Mazowieckiej, gdzieśmy zastali już kolegów, z którymi nas rozdzielono wczorajszego wieczoru. Przyjechali troszeczkę wcześniej i już byli zajęci wyszukiwaniem sobie lepszych izb i łóżek. Rozpocząłem więc i ja bieganinę za wygodnym miejscem dla siebie i swojego profesora. Udało się znaleźć pokój i dobrać do niego dobre towarzystwo: kilku interesujących starszych profesorów i kilku młodych ludzi, aby łatwiej było zadbać o sprawy praktyczne. Nie zawiodłem się: starsi panowie prowadzili w wolnych chwilach, a tyle ich było, ciekawe rozprawy, młodsi zaś wykazali dużą zręczność, gdy szło o wydobycie spod ziemi drzewa, węgla, o palenie w piecu i zamiatanie. Byli wśród nas prof. Nitsch, Estreicherowie, Birkenmajer i Dawidowski, profesor technologii ciepła i paliwa, który się dzielnie spisał jako palacz.

Stosunki w koszarach ułożyły się zupełnie przyjemnie. Komendant koszar, dawny oficer austriacki, mający zresztą przyjazne stosunki z Polakami, starał się iść nam bardzo na rękę. (Was wollen Sie noch haben? Freiheit? ha! ha! ha![10]) Straż złożona z żołnierzy była uprzejma, pilnowała tylko, byśmy nie opuszczali budynku. Można było po nim swobodnie buszować. Na pierwszym piętrze odkryliśmy resztki biblioteki wojskowej. Wybrałem dla siebie Kraszewskiego Króla chłopków i Worcella Zaklęte rewiry; tę drugą zabrałem z sobą na całą wędrówkę, aby mieć jakieś polskie słowo. Sprawy porządkowe objęli polscy jeńcy wojenni, którym rewanżowaliśmy się papierosami i jedzeniem, oni bowiem trochę głodowali, podczas gdy myśmy mieli jadła raczej za dużo.

Kazimierz Nitsch

Już w ciągu przedpołudnia pojawiły się przed wejściem do koszar pojedyncze osoby, potem grupki, w końcu utworzył się mały tłumek. To nasze rodziny zdołały nas odszukać. Pokazywaliśmy się w oknach, aby się mogły przekonać, że jesteśmy zdrowi. Było przy tym dużo podniecenia, bo niektórzy otwierali okna, wołali do swoich. Ostrożniejsi upominali bezskutecznie, aż wreszcie straż strzeliła w górę na postrach. Zajęliśmy się więc sprawami „wewnętrznymi”, przede wszystkim, jak kto spędził noc; połączyły się bowiem trzy rozbite na Montelupich grupy. Najmniej przyjemnie powiodło się tym, których wpakowano do dawnej kaplicy więziennej. Świadomość sprofanowania świętego miejsca działała przygnębiająco. Niektóre szczegóły były umyślnie złośliwie urządzone, np. kubły stały na stopniach ołtarza. Spośród wielu opowiadań zapamiętałem tylko jedno, jak to prof. Adam Krzyżanowski okazał wyjątkowo dużo sprytu i szybkiej decyzji, okupując konfesjonał, gdzie względnie wygodnie spędził noc, a równocześnie swą brodą był dobrze dopasowany do miejsca. Na nowo też zawrzały spory na temat odczytu: co Müller powiedział, czy rzeczywiście groził obozem, czy to trzeba brać poważnie, czy jednak nie jesteśmy raczej krótkoterminowymi zakładnikami. Życzenie jest matką nadziei, toteż większość wolała uważać się za zakładników. Innym tematem namiętnych sporów było, czy otwarcie uniwersytetu było potrzebne, czy rektor winien jest, że zgodził się na „odczyt” Müllera. Oczywiście znaleźli się ludzie gwałtownie atakujący rektora, i to często ci sami, co niedawno nadmiernie mu nadskakiwali. Te same spory rozgorzały potem w Sachsenhausen.

W południe polscy jeńcy wojenni rozdali nam miski, łyżki, widelce i noże, po czym wnieśli na korytarz kocioł z zupą. Tu po raz pierwszy zabłysnął porządkowy talent dr. Frančicia. Bezładnie cisnący się do kotła uczony tłum nie bez trudu nakłonił do utworzenia ogonka, do podchodzenia salami w rozsądnej jakiejś kolejności, aby biegnący po zupę nie potrącali wracających z pełną miską. Naturalnie nie brakło przeciw Frančiciowi szemrań i zarzutów, które nabrały ostrości w obozie. Po raz pierwszy tutaj zobaczyłem, jak uczeni potrafią być małostkowi i pozbawieni praktycznego rozsądku. Co prawda, istotnie wielcy uczeni i pod tym względem stali na należytym poziomie. Frančić zajął się również organizacją mycia naczyń. Cóż jest bowiem prostszego, jak resztę zupy z miski wrzucić zaraz do wiadra z gorącą wodą i zapaskudzić całe wiadro za jednym zamachem? Na taki praktyczny pomysł wpadnie nawet profesor uniwersytetu. Trzeba więc było dopilnować, że do osobnego kubła wrzuca się resztki, że z grubsza można umyć pod kranem zimną wodą, a dopiero tak podczyszczone naczynie uwolnić od tłuszczu w tej trosze gorącej wody.

Pod bramą tłum czekał cierpliwie. Widać było, że zaopatrzono się tymczasem w paczki. Porozumiawszy się z policją, komendant koszar zdecydował się urządzić nam spotkanie z rodzinami. Zeszliśmy na dziedziniec dwójkami, czekano już na nas. Z początku powstało wielkie zamieszanie, bo nikt nie wiedział, jak to spotkanie ma wyglądać. Ostatecznie więźniowie stali w miejscu, a rodziny wyszukiwały swoich. Do mnie prócz żony przyszło jeszcze kilka osób. Nie pamiętam, co się mówiło. Żona twierdzi, że byłem bardzo rozweselony, powiedziałem najpierw: A to zabawna historia! Prędko zabrałem przyniesione rzeczy i wróciłem do koszar. Za chwilę zbiegłem na dół, słysząc od kogoś, że żona czeka jeszcze. Stanęliśmy w bramie koło wartownika, który mię nie przepuścił, ale pozwolił rozmawiać. Pamiętam, że wyglądała mizernie. Spytała z wyrzutem: Nawet mię nie pocałujesz? Pożegnaliśmy się więc, nie przeczuwając, że na tak długo, oboje bowiem spodziewaliśmy się, że wrócę do domu po 11 listopada.

W wielkim podnieceniu przetrząsaliśmy wnętrza paczek. Nie brak było utyskiwań na niepraktyczność. Jedne rzeczy jadalne nie nadawały się do przechowania, inne trzeba było jeszcze przyrządzać. Części garderoby były za delikatne lub niewygodne, np. sztywne kołnierzyki. Niekiedy była to ciężka waliza, innym razem rozlatujący się tłumok z poduszką, kołdrą i górą jadła. Dopiero pomału nauczyli nas Niemcy praktyczności w tych sprawach masowymi aresztowaniami. Ja byłem ze swego zadowolony: dostałem zmianę bielizny, przybory do golenia, igłę i nici, guziki, jasiek, krótki kożuszek zamiast płaszcza, cukier, tłuszcz, trochę kiełbasy.