NienawiśćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MATKA, SYN I CÓRKA

Dziadek Ignacy miał ogromną włochatą głowę i gęsty, ciemny, zakręcany do góry wąs. Od kiedy pamiętam, zawsze się nade mną pochylał jak ogromna mroczna góra, która nie ma końca, i choć był stary, wcale na starego nie wyglądał. Był pełen energii i wciąż szukał nowych pomysłów na życie. Nigdy nie zadowalał się tym, co już miał, tylko zmierzał do czegoś nowego. Jego włosy były kruczoczarne, bez jednego siwego pasemka. A oczy tak rozjarzone i wielkie, jakby gwiazdy w jakimś błękitnym jeziorze się przeglądały. Kiedy szedł przez wieś, widać go było z daleka; jego potężne ciało górowało nad okolicą, a chód miał powolny, dostojny i uroczysty. Długie i mocne ramiona i wielkie jak łopaty dłonie mówiły, że lepiej z nim nie zadzierać. Toteż gdy kiedykolwiek wybuchła we wsi bójka, a pojawiał się dziadek, nawet najgroźniejszy zbir i zawadiaka cofał się pokornie i szybko znikał z widoku.

Dziadek Ignacy mieszkał za wsią, w przysiółku oddzielonym od nas bukowym lasem; niedaleko rósł młody zagajnik, a niżej lśnił czystą wodą piękny, duży staw. Nieopodal płynął złoty strumyk, zawsze pełen ryb. Były czasy, kiedy co dnia nas odwiedzał i zawsze miał dla mnie jakąś niespodziankę – a to szarego malutkiego zajączka, a to młodziutką sarenkę lub cudownej urody przepiórkę. Pokazywał młode zwierzęta i ptaki z prawdziwym znawstwem, mówiąc, jak są zbudowane, gdzie lubią przebywać, czym się żywią i jak spędzają czas. Pozwalał dotknąć, pogłaskać, nawet porozmawiać z nimi, a gdy się już nacieszyłem, wychodził na pole i wypuszczał je na wolność. To były niezapomniane, wspaniałe chwile. Z przejęciem przyglądałem się ślicznej jak z obrazka sarence. Jej duże zalęknione oczy patrzyły na mnie w taki sposób, jakby mówiły: to od ciebie zależy moje życie, wypuść mnie szybko do lasu, bo zginę. Albo szare zajączki. Nie widziałem tak szeroko rozwartych w popłochu oczu, nie czułem tak gwałtownie bijącego serca. A uszy jakie wspaniałe – miękkie, delikatne i puszyste. Zając przyczajał się, mocno się wciskał w ramiona, napinał mięśnie i nagle jednym wielkim susem przesadzał płot i skakał przez pola.

Dziadek Ignacy znajdował zające na łące, gdy kosił trawy, albo za stodołą, gdy nie mogły wyzwolić się z głębokiego dołu, w którym zimą trzymał buraki. Sarenki same podchodziły pod chatę, na podwórko i nie potrafiły z niego wyjść. Dziadek musiał je ratować, a przy okazji zapoznawał mnie z ich historią i zwyczajami. Toteż wkrótce stałem się ekspertem od zajęcy, saren, przepiórek, kuropatw, dzików, których w okolicy było w bród, a także drobnego ptactwa – wróbli, jaskółek, wron, srok, gawronów – nie mówiąc o bocianach, które co wiosny licznym stadem powracały do wsi i instalowały się na dachach domów, stajni i stodół.

Dziadek pasjonował mnie z jednego jeszcze powodu: urzekał mocą i urodą rozlicznych talentów artystycznych. Grał cudownie na skrzypcach i miał dar opowiadania bajek. Czytał wiele mądrych książek, a nawet miał specjalną szafkę, w której trzymał opasłe tomiska, do których zaglądał, gdy wracał z polowania albo z wyrębu lasu. A że był gajowym, a potem nawet leśniczym, to często bywał w lesie. Gdy jednak miał wolny czas, śpiewał pieśni albo grał na instrumentach. Uwielbiałem, gdy siadał przy mnie, brał za rękę, uśmiechał się zagadkowo i pytał, czy nie chciałbym, by mi opowiedział jakąś baśń. A potem, zasłuchany i szczęśliwy, godzinami zajmowałem się tajemniczym światem bajek i baśni. Lubiłem też, gdy dziadek grał mi na skrzypcach, kiedy leżałem w łóżku.

Toteż zawsze, kiedy pod wieczór przychodził do nas, tajemniczo się uśmiechał i wyglądał jak podróżnik, który kawał drogi przebył, żeby coś ważnego nam powiedzieć, a potem siadał na szerokiej ławie stojącej przy ścianie i zaczynał rozglądać się na boki, jakby sprawdzając, czy nie ma w pobliżu niepowołanej i niegodnej osoby, ja już strzygłem uszami, bo wiedziałem, że zaraz stanie się coś nadzwyczajnego.

Dziadek wyjmował zza pazuchy skrzypce i zaczynał grać. Matka siadała przy piecu, ojciec się zamyślał, a ja, sześcioletni brzdąc, obejmowałem kozę Walę za szyję i w łóżku słuchałem tych niesamowitych dźwięków, które były pieśnią, tęsknym wołaniem, lamentem, otwieraniem słonecznej drogi, wzlotem na szczyty gór i chórem anielskim zstępującym pod strzechy, by nieść radość duszy. Cóż to była za muzyka! Co za granie! Wszystko w nim było: płacz, szlochanie, jęki cierpiących i radość życia, pełnia szczęścia i nieskończoność ludzkiej egzystencji. Serce się rwało do nadzwyczajnych czynów. A dziadek brał mnie na kolana i długo tulił, mrucząc pod nosem: „Obyś szczęśliwy był, wnuczku, obyś tylko szczęśliwy był, bo czasy złe nadchodzą i ciemność idzie przez świat”.

Choć nie rozumiałem tych słów i tej ciemności, która idzie przez świat, robiło mi się jakoś dziwnie w piersi, jakby ktoś ją dławił, nie wiadomo skąd pojawiał się strach i paraliżował moje serce i jeszcze bardziej przylegałem do dziadka całym ciałem. Musiał mnie bardzo kochać, bo byłem jego jedynym wnuczkiem i wiele poświęcał czasu, by rozwijać moje zainteresowania muzyczne. Nauczył mnie grać na skrzypcach, a potem, kiedy mu skrzypce ukradli, zrobił cymbałki i szybko wprowadzał w tajniki i tego instrumentu.

A potem raptem przestał do nas przychodzić. W domu zrobiło się pusto, cicho i smutno.

Koza Wala szukała w łóżku miejsca, a ja ją tuliłem jak najwierniejszego przyjaciela. Dwa prosiaki leżały u moich nóg i przez sen cichutko pokwikiwały. A z rzeszota, przykrytego chustą, wystawiały żółte dziobki kurczęta i cieniutko popiskiwały. Zamknął się za mną świat muzyki. I zniknął tubalny, ciężki głos dziadka Ignacego.

Matka coraz częściej stała przed świętym obrazem, a ojciec chodził nachmurzony i niepewny. Patrzył na mnie surowym okiem i zabraniał bez jego wiedzy wychodzić nawet na próg. Zamykały się przede mną wrota świata.

Aż któregoś dnia zebrałem się na odwagę i spytałem matkę, kiedy przyjdzie dziadek. Matka zastygła, szybko się przeżegnała, pobladła i przerażona cicho wyszeptała:

– Nocami ciemne duchy krążą po świecie. I licho nie śpi, synku. Zamknij oczy i śpij.

Poczułem chłód w sercu, choć była wiosna. A to licho, o którym wspomniała matka, wyrosło w mojej wyobraźni do gigantycznych rozmiarów. Miało straszną twarz i wciąż olbrzymiało, rzucając wielki rudy cień na nasze podwórko, na którym już nie mogłem bawić się z dziećmi ze wsi.

Dziadek wciąż się nie pokazywał. Matka i ojciec byli zamyśleni, niewiele mówili, stawali na progu domu i długo się w coś dalekiego wpatrywali. Gdy nadchodził wieczór, drzwi zamykali na skobel i podpierali kłodą. Matka przecierała okna i przyklejała bladą twarz do szyby, a potem nagle odskakiwała, przerażona i pożółkła, wytrzeszczała oczy i gapiła się w jakimś niepojętym oczekiwaniu na ojca. Wtedy ojciec brał koc i szybko zasłaniał okno. Kurczyłem się w łóżku, mocniej przygarniałem do siebie kozę Walę. Pierzynę podciągałem tak, że wystawała mi tylko głowa. Mimo ciepła idącego od kozy drżałem, było mi zimno, uderzały we mnie fale gorączki, a potem znowu nastawał chłód i lodowate zimno. Szczękały mi zęby, pot skraplał czoło, gardło było suche, a usta spieczone. Sufit drgnął i zakołysał się, ściany zawirowały. Wpadałem w ciemną, głęboką otchłań. Miotałem się między czarnymi kręgami, leciałem przez mroczne szczeliny, wpadałem w jakiś korkociąg, a potem, mokry jak mysz, spocony, wydobywałem się z ciemności i wyłaniałem wśród długich igieł światła, które kłuły w oczy. Mój rumak, na którym pędziłem przez mrok na złamanie karku, odfruwał.

– Dziecko ma gorączkę – usłyszałem i zobaczyłem nad sobą twarz matki.

Jej szare, duże oczy zwęziły się, a dwie świeczki, które w nich płonęły, zgasły. Oczy matki zrobiły się ciemne, wokół nich pojawiły się zmarszczki, a długi nos stał się wąski, ostry i jeszcze dłuższy. Dotykała chłodną dłonią mego rozpalonego czoła i wykrzywiała usta. Była smutna i bledsza niż zwykle.

– Co robić?

Ojciec stał obok, ociężały, z opuszczonymi ramionami i nabrzmiałymi powiekami. Miał mocno zaciśnięte wargi i ru­szał żuchwą.

– Drugi tydzień go już trzyma – szepnęła matka. Zerknęła w stronę okna i zamarła. Ojciec uniósł głowę. Oboje nasłuchiwali. Panowała straszna, ciężka cisza, która rozrywała mi mózg. I wtedy rozległo się pukanie. Ojciec i matka spojrzeli po sobie, ale żadne się nie ruszyło. Dopiero gdy pukanie się powtórzyło, ojciec wolno wstał i patrząc na matkę, ostrożnie ruszył do drzwi.

To był dziadek Ignacy. Musiał się przedzierać przez straszne ciemności, bo wyglądał, jakby czarny pył z pieca go zasypał. Był mroczny, ponury jak nigdy dotąd i od razu od progu, wyciągając szyję, zawołał:

– No jak?

Jakby pytał o jakąś ostateczność. Miał szeroko otwarte usta i nie zamykał ich.

– Telepie go – powiedziała matka.

– W nocy majaczy – dodał ojciec.

A dziadek, który, jak widać, wcześniej już w jakiś sposób posiadł wiedzę o mojej chorobie, stanął nade mną w całej okazałości, potężny, i nachyliwszy się, zmarszczył czoło. Wyciągnął wielką dłoń, która przykryła mi głowę; poczułem chłód skóry, ale i ulgę. Patrzyłem na niego spomiędzy palców i wydawał mi się ogromny i nieogarniony. A gdy zamknąłem oczy, zacząłem lecieć w jakiś żółty lejowaty dół – świat zawirował, twarz dziadka znikła i zapadła ciemność. Zawis­łem w puszystej ciszy i mgle i długo nie mogłem się z niej wydostać. A potem zaczęły docierać do mnie pojedyncze słowa, westchnienia matki, chropawy, ciężki głos dziadka i pomrukiwania ojca. Powracałem z dalekiej, trudnej drogi, dobijałem do brzegu, czułem zapachy kuchni, wonie pieca, aromaty gotowanego mleka i topionego masła.

– Musi pić gorące kozie mleko z masłem – pouczał dziadek.

– Daję mu – jęknęła matka.

– Trzeba by sadło z psa podawać – wtrącił ojciec.

Powoli otwierałem powieki, złote promienie lampy wciąż kłuły w oczy. Odleciały ptaki, których szumiące skrzydła biły w moim ciele. Wydobywałem się z głębokiej magmy, z popiołów i piasków pustyni. Rozpaczliwie szukałem jakiegoś punktu oparcia. I natrafiłem ręką na pysk kozy, ciepły, dmuchający. Poczułem, że należę do świata, który żyje. W nogach zakwiczały przez sen dwa prosiaki. Rzeczywistość przybierała swoje właściwe kształty, postaci i formy. Zaśpiewały kurczaki. Dziadek wisiał nade mną i wpatrywał się w moją twarz w taki sposób, jakby od lat jej nie widział.

 

– Tak, sadło – wyburczał po dłuższym milczeniu. – Dobre na płuca. – Kiwnął głową. – Bo może zapaść na suchoty.

– Boże! Płuca?! – jęknęła matka.

– Cicho, durna – warknął ojciec. – Sadło mu pomoże. – Spojrzał na dziadka z uznaniem.

– Jest strasznie żółty i chudy jak szczapa – z troską wychrypiał dziadek. – Tak się zaczynają suchoty. Trzeba go ratować! – oznajmił stanowczo. – Uratujemy cię, wnuczku, uratujemy. – Wbił we mnie poważne spojrzenie i uśmiechnął się, klepiąc delikatnie po twarzy. I całe konsylium przeniosło się na ławę.

Dziadek wyjął fajkę i zaczął palcami napychać ją tytoniem. Długo milczał. Marszczył czoło, spoglądał na matkę, to znowu na ojca i wciąż nabijał fajkę, jakby odprawiając szczególny rytuał oczekiwania na coś, co jest ostateczne i nieodwołalne. Już wiedziałem, że kiedy tak milczy i mar­szczy czoło, musi w sobie coś ważnego kryć i po chwili wyjawi.

– Nieszczęścia chodzą parami – wymamrotał.

Matka się zgarbiła. Ojciec zatrzymał wzrok na jego rękach.

– O czym ty? – spytał.

Dziadek wstał, podszedł do okna i uchylił zasłonę. Długo wpatrywał się w ciemną noc, uniósł spojrzenie do gwiazd i westchnął.

– Niech Bóg ma ją w swojej opiece – powiedział, a matka i ojciec nawet nie drgnęli, tak byli w niego zapatrzeni.

– O kim mówisz? – burknął ojciec.

Dziadek bił się z myślami. Zerkał na mnie, potem odwracał wzrok i znowu zerkał.

– Niedobrze, Janku – wycedził w końcu.

Matka zagryzła wargi.

– Niedobrze – powtórzył dziadek.

– Może do doktora go zawieźć, do miasta? – spytała matka drżącym głosem.

Dziadek znowu usiadł i siedział z pochyloną głową, nabijając fajkę.

– Lepiej się nie ruszać – burknął. – Psa sam zabiję i sadło przyniosę. – Spojrzał na matkę. – Wylezie z tego. – Pokiwał głową.

– Oby dał Bóg! – Matka ścisnęła dłonie i zaczęła je ugniatać.

Znowu zamilkli. Po chwili dziadek wstał i zaczął chodzić po izbie. Z opuszczoną głową, z niezapaloną fajką w zębach, sunął od ściany do ściany. Przemierzał izbę w taki sposób, jakby liczył czas własnego życia. Kroki głucho dudniły, a dom milczał.

– Coś cię gryzie, tato – powiedział ojciec.

– Ot, nieszczęście. – Dziadek pokręcił głową.

I nadal w milczeniu chodził tam i z powrotem, tam i z powrotem. Ojciec z matką niemo śledzili jego kroki. Potem stanął w oknie, zakrywając ogromnymi plecami szybę, i powiedział:

– Z getta uciekła Żydówka i dwoje dzieci. Sąsiad, znaczy Jakub Błotny, przyprowadził ich do mnie i powiada: „Ty, Ignacy, szacunek masz we wsi i nikt się nie odważy u ciebie ich szukać. Jak ty ich nie przechowasz, to nikt inny tego nie zrobi”.

– I co? – miauknęła matka; wydawała się bledsza niż zwykle, patrzyła na dziadka z wielkim napięciem.

Dziadek nie od razu odrzekł, zmierzył ją długim i ciężkim spojrzeniem, nim powiedział:

– A co, mieli ich zakatrupić?

Matka wbiła paznokcie w skórę.

– Znasz ich? – spytała.

– Albo to trzeba kogoś znać, by ratować? – odparł. – Kobieta, znaczy Helcia, jeszcze młoda, postawna i piękna kobieta, a dzieci jak aniołki. Śliczne jak z obrazka. Marysia i Szymek. Jakby ich znaleźli, koniec z nimi i ze mną, kaput.

– Matko Boska! – jęknęła matka.

– Cicho, durna! – syknął ojciec. – I co? – spytał dziadka.

– A co ma być? – Dziadek uniósł ramię, pociągnął fajkę i rzekł: – Czasami człowiek inaczej nie może zrobić, choćby chciał.

I zaczął opowiadać, co się zdarzyło.

A mnie porwały wiry ciemności, runąłem w jakąś straszną przepaść, znowu leciałem wśród migających lamp, potem oplotła mnie ruda mgła, ale szybko się z niej wydobyłem, bo usłyszałem tubalny głos dziadka, jak mówił o Żydówce Helci i jej dzieciach, Marysi i Szymku, które były „jak z obrazka”, i wróciłem do rzeczywistości. Huczało mi w głowie, widziałem, jak dziadek rusza ustami, a matka i ojciec siedzą jak zaklęci, wpatrzeni w niego, jakby był świętym. Dziadek poruszał ustami, a z tych ust wyskakiwały żywe postacie, jakby dziadek produkował gdzieś w przepastnych ciemnościach gardła małe ludziki i one, te ludziki, teraz skakały po jego wargach; były malutkie jak krasnoludki, ale żywe, i właśnie chłopiec i dziewczynka, trzymały się za ręce i czepiały się spódnicy matki. Było ciemno, dziadek patrzył w niebo i wzdychał. Ludziki zeskoczyły z warg dziadka i wraz z matką stanęły pod gołym niebem i patrzyły z dziadkiem w gwiazdy. Jedna gwiazda spadała i przecinała niebo. A ja to wszystko widziałem.

– To zły znak – powiedziała Żydówka Helcia. Szymek i Marysia przykleili się do jej brzucha.

Dziadek nie odezwał się, ale podszedł do niej bliżej, nachylił się do ucha i coś szepnął. Helcia odwróciła do niego głowę i cicho odparła:

– Dałby Bóg.

Dziadek ruszył pierwszy, a za nim ona, trzymając za ręce Szymka i Marysię. W oknie dziadka domu paliła się lampa i przez szczeliny w zasłonie wydostawały się na podwórko cienkie i długie kliny światła. Gdy Szymek znalazł się na linii światła, błysnęło mu oko, a Marysia zaskomliła. Wtedy Helcia mocno ją przyciągnęła do siebie i syknęła:

– Ciii!

Dziewczynka miała wystraszone oczy, była bardzo chuda, cieniutka, a jej nogi wyglądały jak dwie zapałki. Szymek, z kędzierzawym loczkiem na czole, ukrytym pod daszkiem szarego kaszkietu, z zapadniętymi policzkami, wydawał się nie wiedzieć, co się z nim dzieje; wciskał się w ciało matki i niespokojnie zerkał na boki. Też był chudy, z zapadniętym brzuszkiem i wklęsłą piersią. I miał bardzo smutną twarz.

Dziadek szedł wolno, pochylony, jakby szukał drogi, i tak dotarli do małej szopy. Skrzypnęły zawiasy, dziadek zmrużył oczy, postał chwilę przed drzwiami, Szymek i Marysia jeszcze mocniej przywarli do matki i zamarli w oczekiwaniu na to, co się stanie. Dziadek się rozejrzał. Wokół panowała cisza, mimo to jeszcze raz się rozejrzał. Do najbliższego domu było ze sto metrów, ale zasłaniały go drzewa i nic nie było widać, nawet światła z okna. Dziadek przetarł oko, jakby mu coś do niego wpadło, cicho odkaszlnął i skinął głową, pokazując ramieniem wejście. Matka z dziećmi wsunęli się do szopy, dziadek przymknął drzwi, z boku wpadło przez malutkie okienko blade światło księżyca. Twarze Marysi i Szymka zrobiły się szare, tylko oczy świeciły jakimś chorym, ciemnym blaskiem. Helcia drżała. Dziadek podszedł do ściany i nachylił się. Tamci patrzyli martwym wzrokiem, jak potężne ciało wisi nad ziemią, a długie ramię sięga po coś, czego nie widzieli. Oczy powoli przyzwyczajały się do szarości. Nagle uniosła się duża, kwadratowa klapa i zobaczyli ciemny dół.

– To tutaj – chrapliwie powiedział dziadek. – W tym dole trzymam kartofle, ale teraz jest pusty. Pościelę wam słomę, dam trochę siana i będzie ciepło.

Podszedł do sąsieku, ściągnął kilka snopów i rzucił w mrok dołu. Potem dorzucił jeszcze naręcz siana. Z belki ściągnął stary koc i także go wrzucił do jamy. Znalazł niewielką drabinkę, zsunął ją do dołu, odwrócił się twarzą do Helci i szepnął:

– Będziesz mogła sobie kości wyprostować. Drabina zostanie na dole. Jak zechcesz, to w nocy wyjdziesz, ale na dworze nie wolno ci się pokazywać, bo diabeł nie śpi. Tam dalej – zamachnął się ramieniem – są ukraińskie chaty. Nie daj Boże, by cię ktoś zobaczył.

Skuliła się i skinęła głową. Dzieci przyczepiły się do niej jak pijawki i ani na moment nie odrywały rąk od jej ciała. Do dołu pierwszy wszedł dziadek i kazał, by Helcia podała mu dzieci. Długie, mocne ramiona szybko przeniosły Marysię i Szymka w mrok dołu. Oboje przytulili się do siebie i karnie stali, nie wydając ani jęku. Czuł tylko, że drżą, jakby dostali febry. Objął dzieci ramieniem i przycisnął do siebie. Trzęsły się, dzwoniły im zęby, z trudem dławiły płacz. Gdy Helcia zeszła na dół, Marysia i Szymek rzucili się w ciemności ku niej i przyczepili jak kleszcze, szepcząc:

– Ich hob mojre, ich hob mojre.

– Cicho, cicho, już dobrze – wyszeptała, tuląc dzieci mocno do siebie. Oczy powoli oswajały się z mrokiem. Jama była przestronna, można było w niej zrobić kilka kroków i nie trzeba się było schylać.

– Bóg z wami – powiedział dziadek. Po chwili usłyszeli, jak zamyka nad nimi ciężką klapę, i opanowały ich ciemności. Skrzypnęły zawiasy i nastała mroczna, pulsująca cisza.

Dziadek siedział na ławie i mrużył oczy, jakby wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tamtej ciemności, w której tkwili Marysia i Szymek, i ich matka, Helcia. A ja wtulałem się w brzuch kozy i nadstawiałem uszu, by nie uronić ani słowa. Małe ludziki wyrosły na prawdziwych ludzi i wszystko stawało się realne, rzeczywiste. Mroczne wiry, mgły i huczenie wodospadu w głowie ustały. Nieruchomo wpatrywałem się w usta dziadka i czekałem na dalszy ciąg opowieści.

– I co było potem? – spytała matka.

Jej głos wibrował, a kolano drżało. Dziadek przestał pykać fajkę, zamyślił się, przymknął oczy, jakby chciał spać – był zmęczony, ciężko oddychał – aż w końcu powiedział:

– Kto się mógł spodziewać, że się to tak skończy.

– Jak? – wystrzeliła matka i szeroko otworzyła usta. – Jak? – Na jej policzki wypełzła duża, czerwona plama.

– Przez jakiś czas było dobrze – ciągnął dziadek. – Zanosiliśmy im jedzenie, w nocy wychodzili do szopy, a potem spali i tak to trwało przez dwa tygodnie.

– A później? – spytała matka.

Dziadek ciężko westchnął.

– Później – jeszcze raz westchnął – później to już diabeł zaczął mieszać – powiedział. – Któregoś dnia Helcia zachorowała. Dostała gorączki, tak jak on – dziadek wskazał na mnie – kaszlała, dusiła się, a leków nie ma, nijak nie możesz pomóc. Podawaliśmy herbatę z lipy, zioła, mleko z miodem – i nic. Choroba nie puszczała. Dławiła się, biedaczka, charczała, myślałem, że już po niej. Dzieci w strachu, płaczą, to myślę sobie, już i po nich, i po nas. Ale Bóg dał, że choroba zelżała. Kazia, znaczy moja, pomodliła się do świętego Franciszka i podziękowała za pomoc. Drugiego dnia było lepiej. Helcia już się nie dławiła. Już nie rozdzierało jej płuc. Dzieci rozpoznawała, bo już było i tak, że nie wiedziała, kto przy niej jest. „Ogień – mówiła nieprzytomna. – Świat się pali. Niebo i ziemia w ogniu”. Albo: „Deszcz pada, roztopy, ptaki umierają, groby trzeba kopać” – plotła w gorączce. A jak doszła do siebie, przygarnęła dzieci i tak mocno tuliła, że o mało co a udusiłaby, tchu im brakowało.

Chodź – powiedziałem rano – słoninę na kaszel przyniosłem. Podałem jej wielką pajdę. Oderwała się od dzieci; była przestraszona, nieprzytomna, patrzyła na mnie z przerażeniem, ale zaraz poznała i powiedziała, że już jest lepiej. Że najgorsze za nią. Ale tej nocy – dziadek zgrzytnął zębami – tej nocy naszła ją jakaś mara. Miała zwidy, prześladowały ją koszmary, majaki, i wyszła z szopy, nie wiedziała, co robi, coś się jej przywidziało, na nowo dostała strasznej gorączki i nie mogła wytrzymać w jamie. Może jej powietrza zabrakło, a może światła… – Zastanowił się. – W każdym razie wyszła. A my spaliśmy. Otworzyła furtkę i po polu łaziła, po zagajniku. I ci, co nie spali tej nocy, widzieli ją, jak snuła się między drzewami, a potem trafiła do naszego sąsiada, Hawryły. A ty wiesz – zwrócił się do ojca, który w milczeniu słuchał – ty wiesz, Janku – powtórzył – jaki jest Hawryło, co to za czort. Zawsze z nożem w zębach i z widłami przy nodze. Jak zobaczył, że obca, od razu się domyślił, że Żydówka. Czarna, ładna, choć wychudzona i w łachmanach. Na dodatek gadała od rzeczy, bredziła coś o lesie, plotła o jakichś bunkrach, ręce do nieba wznosiła, o Abrahamie mełła, o Izaaku i Dawidzie, po żydowsku pieśni śpiewała. Oczy chore miała, twarz czerwoną, rozgorączkowaną, usta spieczone, wyrzucała do góry ramiona i Boga na świadka wzywała. Hawryło za gardło ją chwycił i dusić zaczął, ty parszywa Żydówko, chrypiał jej do ucha, ale Olga, znaczy jego baba, wyskoczyła i z pyskiem na niego, że tak nie można, na oczach ludzi. To łańcuchem ją, znaczy Helcię, do wozu przywiązał, by do świtu nigdzie nie uciekła, a jak tylko otworzyli urząd, do gminy ją poprowadził, jak świnię, z łańcuchem na szyi i z batem w ręku. A w urzędzie, jak wiesz, sekretarzem jest niby nasz człowiek, Bolko Kuźmir, no i hołowa, Ukrainiec z Wilkowyszyc, Petro Hurmaniuk. Hołowy nie było jeszcze, to Hawryło naszemu ją daje, łańcuch w łapę wsuwa i każe do miasta, do getta prowadzić. A ten wariat, to ciemne bydlę, czemu nie, gada, do getta ją zaprowadzę jak nic, niech się w piekle smaży i nagrodę jeszcze dostaniemy, co? – zwraca się do drugiego zbira – prawda, Hawryłko? Klepie Hawryłę po plecach i obaj w ryk, śmieją się, rechoczą, zdychają ze śmiechu, a Helcia wytrzeszcza oczy i cała się trzęsie, potem jęczy coś o drzewach, na których wiszą szubienice, a tamci jeszcze głośniej ryczą, wprost tarzają się ze śmiechu. Ale nadchodzi hołowa, widzi, co się dzieje, i w mig pojmuje, co się stało; patrzy na Helcię, potem na tego zbira, Hawryłę, i na swego sekretarza, Kuźmira, krzywi się w kwaśnym uśmiechu i mówi, że sam „z tą żydowską świnią” co trzeba zrobi. Hawryle każe iść do domu, a sekretarza do jakiejś roboty we wsi wysyła. Gdy tamci ruszają, bierze Helcię i za urząd prowadzi, i tylko popatruje, czy tamci się nie odwrócą; widzi, że na niego patrzą, kiwa więc do nich ręką i pociąga Helcię za łańcuch i wkrótce kryją się za ścianą. Wyjmuje rewolwer, a ona wybałusza oczy, jakby nie rozumiała, co się dzieje. Hołowa mruga do niej, ale ona stoi nieprzytomna, rozgorączkowana i chora.

 

„Padnij” – szepcze hołowa.

A ona nic, ślepia tylko na wierzch wywala; płuca jej grają, a ogień pierś rozszarpuje.

Hołowa unosi rewolwer, chwilę się waha i strzela w powietrze.

Dwa zbiry, usłyszawszy strzał, zatrzymują się na moment i patrzą w kierunku budynku. Potem oblizują się, poklepują po plecach i odchodzą.

Hołowa mówi do Helci: „Treba wtikaty, dytynko!” – ale Helcia nie wie, co się do niej mówi, nie rozumie hołowy. Wójt orientuje się, że zwariowała ze strachu, i rozgląda się, jakby nie wiedział, co ma z nią zrobić. Nikogo oprócz niego w urzędzie o tej porze nie było. Popatrzył na pobliski las i zastanawiał się, jak ją tam zaprowadzić. Na razie bocznymi drzwiami ściągnął ją do piwnicy, której od lat nie otwierał, i wepchnął do najdalszego zakątka, skąd żaden głos nie dolatywał do biura.

– Nie zabił jej?! – strachliwie odezwała się matka.

– To porządny chłop – mówi dziadek.

– Petro zawsze był taki. Ukrainiec, a nie banderowiec – burczy ojciec.

– Ludzie się zmieniają – podejmuje dziadek i unosi ramiona. – Teraz to już nie wiem, co kto myśli. Strach swoje robi. Ludzie się boją. Donosicieli pełno. Co spojrzysz w oczy, widzisz złe ogniki. Spaprał się naród, spaprał.

– A co z nią? – przerwała matka. – Żyje?

Dziadek przygryzł wargi i powiedział:

– Żeby to koniec.

Matka jeszcze bardziej się zgarbiła. Ojciec drgnął, ale nic nie powiedział.

– Jak Helcia wyszła z szopy – ciągnął dziadek – po jakimś czasie wylazł na górę Szymek i zaczął jej szukać, ale, jak wiecie, jej już tam nie było. Szymek cichutko skomlił, ale dławił płacz, bo Helcia zabroniła mu płakać i nakazała, by nawet nie pisnął, bo zabiją go, a to mądry chłopak, już siedem lat skończył, dławił się od łez, ale nikt nie słyszał jego płaczu; ludzie jednak widzieli, jak się skradał między domami. Potem wyszedł na podwórze, a jak nie znalazł matki na podwórzu, to skręcił na drogę, a z urzędu wracał akurat Hawryło. Ludzie widzieli, jak Szymek idzie drogą, i widzieli, jak Hawryło go zatrzymuje, coś do niego mówi i śmieje się do rozpuku. „Czornyj żydok! Jak gid’ko!” – powiedział; ktoś słyszał. I wyjął zza cholewy buta ostry nóż. Szymek skoczył w bok, ale Hawryło już mu siedział na plecach, chwycił za kołnierz i rzucił do rowu, i przydeptał gard­ło butem. Pochylił się i wbił w oko chłopca lśniące ostrze. Rozległ się straszny jęk. A ludzie to z okien widzieli. I nikt nie zrobił kroku.

Matkę jakby wymioty chwyciły, ale nie zwymiotowała, tylko ze zdławionym gardłem próbowała odkaszlnąć. Chwyciła się dłońmi za twarz, a dziadek urwał i w milczeniu popatrzył na matkę, nim podjął opowieść.

– Ludzie przyklejali twarze do szyb, ale nikt nie pomógł. Gdy dziecko wyło z bólu, Hawryło unosił nad nim nóż i patrzył, jak ścieka krew, jakby się cieszył z tego, co zrobił. Oblizywał wargi i mruczał coś pod nosem.

Dziadek podniósł głowę, wyprostował się, ale zaraz znowu się zgarbił.

– Szymek jęczał, a Hawryło unosił nóż, jakby się zastanawiał, w co teraz ma dźgnąć. I naraz nóż przerzucił do lewej ręki, a prawą wbił w środek ust i zaczął wyrywać język; chłopiec się dławił, a on wyciągnął język na wierzch i jednym ruchem noża ciął – krew trysnęła, odcięty język został mu w ręku. Spojrzał na niego, a potem odrzucił jak zużytą szmatę w bok. Chłopiec wił się z bólu, ale żelazna ręka Hawryły była niczym imadło. Wisiał nad chłopcem i przyglądał się zimnym wzrokiem, szukając miejsca, w które by zanurzył ostrze. Z chat nikt nie wychodził. Przyglądał się chwilę żywemu oku, a potem mruknął: „Treba szczob ty maw na wse” – i uniósł się nad dygoczącym ciałem. I jednym ruchem ramienia uciął mu nos, a potem powtórzył ten ruch i uciął ucho. Z ran buchnęła krew, zalała twarz, spływała po policzkach, brodzie i szyi. Ale i tego było mu za mało…

Matka skuliła się do tego stopnia, że głowa dotykała już kolan i dalej nie można było się kulić. Ojciec zamienił się w przydrożnego świątka i trwał w nieruchomości. Nawet koza Wala nie drgnęła, prosiaki nie dały znaku życia.

– Znaczy – powiedział dziadek – Szymek jeszcze żył. Hawryło wisiał nad nim i patrzył, jak rzęzi, jak krew leci mu z oka, z ust, z twarzy. Potem popatrzył na zakrwawiony nóż, wytarł go o trawę i jednym ciosem wbił w łydkę i zaczął odcinać nogę, a potem dłoń, a jak skończył, to wbił nóż w brzuch i rozpłatał, aż wypłynęły kiszki, a on zaczął je rwać, szarpać i dźgać, a chłopiec mimo to jeszcze żył, pojękiwał coraz ciszej, ale żył. Jego żywe oko świeciło i ruszało się. No to dźgnął w to żywe oko, a ono wypłynęło i zgasł ostatni promyk światła, jaki docierał do chłopca. Ale i to go nie dobiło. Szymek wciąż żył, dygotał i rzucał się w konwulsjach po ziemi. Wtedy Hawryło zebrał chrust i podpalił. W mgnieniu oka buchnęły płomienie. Wziął chłopca za nogi i zawiesił nad skaczącym ogniem, i usłyszał ciche skomlenie, jakby życie w żaden sposób nie chciało dziecka opuścić. Zapłonęły włosy i zaskwierczała skóra. Gdy płomienie rzuciły się na boki, a chłopiec wciąż cichutko jęczał, Hawryło puścił go i ciało wpadło prosto w ciemny ogień, a Hawryło stał wśród płomieni jak upiór mroczny, jak wielki czarny pająk, z diabelskim wzrokiem wbitym w ziemię, a cienie skakały po rowie, po drodze i po nasypie.

Dziadek poruszył się, westchnął i kończył:

– Helcię tej nocy hołowa zaprowadził do lasu i ukrył w bunkrze po Niemcach, a potem przyszedł do mnie i powiedział: „Tylko ty, Ignacy, znajdziesz na to radę. Jedna Żydówka uciekła z getta i zwariowała. Trzeba ją ukryć”. No to poszliśmy cichcem do lasu i przyprowadzili Helcię. Ale nieszczęścia naprawdę chodzą parami.

Matka wysunęła głowę spod dłoni, ojciec uniósł oczy.

– Hołowa wyszedł, prowadzę Helcię do schronu. Schodzimy, a tu straszna cisza. Coś niedobrego mnie tknęło. Helcia gada od rzeczy, jest w obłędzie, nachodzą ją majaki. Może, jak spocznie, myślę, minie jej. Ale cisza coraz straszniejsza. Marysia nawet nie piśnie. Helcia jest obłąkana, i od choroby, i od życia. Teraz milknie, nie odzywa się, jakby nasłuchiwała. Cicho wołam: „Marysiu, jesteś?”, ale nikt nie odpowiada.

Helcia też nic nie mówi, jakby zapomniała o Marysi.

Cisza i ciemność.

Nic nie widzę, dopiero po chwili, gdy księżyc rzucił trochę blasku do szopy, mrok w jamie rozrzedził się. Widzę niewielki szary kształt wciśnięty w kąt dołu. Helcia zamilkła na dobre, usiadła na sianie i tylko ciężko oddychała, nie odzywała się, nic nie mówiła, już nie śpiewała. Obłęd zamknął ją teraz w milczeniu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?