NienawiśćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mamo – załkałem. – Mamo. – I nastała cisza.

A po tej ciszy głos:

– Boże, on tu jest.

I wyciągnęli mnie.

Majaczyłem, nikogo nie rozpoznawałem, przez trzy dni rzucałem się w łóżku, gadałem przez sen, przez chorobę, ciemność, ból. Aż zobaczyłem z daleka światło. Było to okno, patrzyłem w okno, a obok mnie leżała matka i tuliła, trzymając dłoń na moim czole, obłożonym wilgotnymi szmatami. Słońce przebijało przez liście kasztana.

I to od niej się dowiedziałem, co zdarzyło się później, gdy straciłem przytomność i w gorączce przeleżałem pięć dni.

Szukali mnie wszędzie. Aż matka usłyszała cichy jęk i rzężenie, i zajrzała pod łóżko. Wyciągnęła mnie. Ale ojca nie było. Poszedł mnie szukać po wsi. A gdy wrócił i odetchnął, siadając przy stole, zebrali się sąsiedzi i zastanawiali się, co mają zrobić.

Gdy Jewhen roztrzaskał Ryfce głowę, a Mychajło strzelił Jewhenowi w łeb, od tyłu zaszedł go stary Hurnyk i siekierą odrąbał mu głowę.

Żydzi następnego ranka uciekli.

Na Polaków padł blady strach.

A ja na darmo szukałem swego przyjaciela Sławka.

– Z toboju ne budu hraty, ty Lach – wciąż słyszałem jego głos.

HONOR

Gdy się ściemniło, skrzypnęły drzwi i do izby wślizg­nęła się nieznana mi kobieta. Skoczyłem pod piec i skulony wpatrywałem się w skaczące płomyki, zerkając ukradkiem na przybyłą. Była jesień, nadchodziły wichry i deszcze, ludzie garbili się i byli jakby nieobecni. Dziwnie patrzyli w gwiazdy, milczeli i wzdychali. Ogień syczał, drewno trzaskało, czarny dym szedł prosto do komina. Kobieta weszła pospiesznie, nerwowo, była roztrzęsiona i od razu rzuciła się do okna, zasłaniać szyby.

– Lepiej, by nikt nas nie widział – szepnęła.

Obejrzała się kilka razy, nie wiadomo na co, bo w izbie nie było za bardzo na co patrzeć. W kącie rozpierał się wielki kufer, na którym leżały ubrania, szmaty, koce, stare koszule i ręczniki. Pod ścianą stała długa i gruba dębowa ława. Pod drugą duże drewniane łóżko, w którym spaliśmy wszyscy – mama, tata, moja koza i ja. W kącie walał się podnóżek, za którego pomocą ojciec ściągał buty. A pod łóżkiem leżały pudełka z pastą do butów, czarną i brązową, dwie stare szczotki, ruda i czarna, oraz nocnik, którego matka nie wyrzuciła, choć już od paru dobrych lat nie był mi potrzebny. A gdy ojciec chciał go wywalić, matka mruczała:

– Jeszcze może się przydać.

Na środku izby stał mocny dębowy stół na czterech nogach, a na nim, w centralnym miejscu, lampa naftowa i kilka drobnych rzeczy – nożyczki, kubek blaszany, agrafka, koszyk z nićmi i igła. I to był cały dobytek, nie licząc tego, co walało się w sieni – jakieś młotki, gwoździe, szczypce, ryskale, słowem, warsztat ojca. Nie pomijam, rzecz jasna, zapiecka, który wtedy nazywaliśmy grubką i który często stawał się moim rajem.

Od czasu raczkowania pamiętam zapiecek jako szczególny dar szczęścia i losu. Gdy matka nie wiedziała, co ma ze mną zrobić, podnosiła wysoko i wsadzała na zapiecek. Zapiecek to było wszystko, co najważniejsze mogło zaistnieć w moim życiu: łóżko, poduszka, pierzyna, ciepło, bezpieczeństwo, zagadka i mnóstwo tajemnic, które wyzierały z każdego zakątka. A najbardziej mnie radowało to, że znajdowałem się wyżej niż inni, na wszystkich patrzyłem z góry, omiatałem ich swoim dziecięcym spojrzeniem z jakimś poczuciem wyższości, przewagi i znaczenia.

Oni – moja mama, tata, koza Wala, która meczała i szukała mnie oczami, sąsiedzi – kręcili się po izbie na dole, a ja na nich patrzyłem z góry, byłem królem mroku, pajęczyn i ciemnego świata much. Tak mi to weszło w krew, to oglądanie wszystkiego z wywyższenia, że potem, kiedy nadchodziło lato albo słoneczna wiosna, wyskakiwałem na podwórko i gnałem na pobliskie wzgórza, wdzierałem się na najwyższe szczyty i stamtąd podziwiałem bujną i pełną bogactw okolicę. Ileż tu było strumyków, rzek, ruczajów, stawów rybnych, gajów zielonych, ogrodów, sadów, lesistych wzniesień, łąk i pól. Prawdziwie była to kraina mlekiem i miodem płynąca.

– Tutaj Bóg swoją stopę postawił – powiadał mój dziadek Piotr, za którym tęskniłem, bo mi zabawki z drzewa lipowego ciosał i ludziki rzeźbił. Ale nie było dziadka, zaszył się w lesie i głowy stamtąd nie wychylał.

Przyszła za to nieznana kobieta, pooglądała nasze meble, zerknęła na sufit, jakby jakiejś dziury w nim szukała, a gdy już nieco ochłonęła i usiadła na ławie, matka wzięła mnie za rękę, pociągnęła do nieznajomej i powiedziała:

– To ciotka Zuzia, pocałuj ciotkę w rękę.

I ja, choć nie znałem ciotki Zuzi i ani razu nie widziałem jej w naszym domu, cmoknąłem ją w nadgarstek i patrząc wystraszonymi oczami, czekałem, czy jeszcze czegoś nie będę musiał robić. Mocowałem się z ramieniem matki, chcąc, by puściła mnie na zapiecek, ale ona mocno mnie trzymała i kręcąc z niezadowolenia głową, narzekała:

– Takie dzikie to dziecko! Sama już nie wiem, co mam z nim robić. W ogień by tylko patrzyło albo na zapiecku siedziało.

I miała rację. Nic piękniejszego nad ogień nie było. Czego to w płomieniach nie widziałem. I duchy się tam unosiły. I postacie dziadów z kijami do komina szły. I zjawy straszne spomiędzy języków ognia wyskakiwały i patrzyły na mnie czarnymi oczami, a ja truchlałem i potem oka zmrużyć nie mogłem. Ileż się z ognia mamideł ulatniało, ileż upiorów z mrocznymi skrzydłami w oczy mi patrzyło! A czasami zwierzę jakieś wypłynie na falach powietrza, albo jakieś dalekie i obce królestwo otworzy swoje wrota. I ja nad tym wszystkim wiszę, nad wszystkim panuję. Wystarczy, że dorzucę drewna, a nowy żywioł buchnie i znowu rozsunie się furtka baśni. Jakżeż nie mogłem się czuć potężny i wielki?! Byłem panem nad panami, królem nad królami, potworami, a nawet nad aniołami, które krążyły w blasku ognia. Czułem się jak władca płomieni, król mroków i cesarz zwidów, omamów i złudzeń.

A jeśli chodzi o zapiecek, to miał on też niezliczone zalety kulinarne. Ileż zapachów się tam mieszało! Jakie wonie z kuchni ulatywały i nad głową krążyły! Jak się nozdrza rozszerzały i oczy zaokrąglały! Gdy kołociocha z baniaka tłustego i pełnego pachniała. Albo mamałygi woń do nosa wchodziła. Albo placki kukurydziane, owsiane, pszeniczne, ziemniaczane, ciepłe, pachnące i parujące, w ustach jak miód się rozpuszczały. Królestwo delikatnych balsamicznych woni, mocnych ziołowych zapachów, upajających, cudownych aromatów. Czegóż więcej chcieć mogłem. I to tam mnie ciągnęło, do ogni i na zapiecek, a nie do nieznajomych kobiet.

A mama kazała mi teraz łapy nieznanej baby lizać, kobiety, która niby miała być moją ciotką, a ja z nabożną czcią, ale i z przerażeniem w oczach, stałem przed nią jak na mękach piekielnych i chciałem jak najszybciej uciec. Bo ona, ta obca baba, zwana ciocią Zuzią, nie była moim światem. Nie była oplątana siecią pajęczyn ani cieniami nocy. I nie ulatywały z niej w przestworza dziwy ognia, widma mroków i złudzenia nocy. Toteż gdy tylko poczułem, że żelazny uścisk mamy słabnie, wyrwałem się i rzuciłem w stronę zapiecka. Wlazłem w najciemniejszy kąt i tam jak wystraszony szczur dygotałem. A matka jeszcze jęknęła:

– Skaranie boskie z tym dzieckiem! – i wyczekująco patrzyła na przybyłą. Potem podeszła do okna, uchyliła zasłonę i mruknęła: – Janek idzie.

Znaczy, mój ojciec.

– To dobrze, Marysiu, to dobrze – szybko powiedziała kobieta.

Usiłowałem wydobyć z niej choćby cień jakiejś mojej ciotki. Powiedzmy, ciotki Stasi z długim nosem i zielonymi oczami, ciotki Kazi z cudownym uśmiechem czy ciotki Milci z zagadkową twarzą i bieluśkimi jak mleko zębami.

A ta nie miała ani zielonych oczu, ani cudnego uśmiechu, ani białych zębów. Była zasępiona, przygnieciona jakimś okrutnym ciężarem, którego w żaden sposób nie mogłem odgadnąć, i rozdygotana. Ręce jej się trzęsły, a wargi drżały.

Otworzyły się drzwi i wszedł ojciec.

– Zuzia?! – burknął tak jakoś, że nie bardzo wiadomo, czy się cieszyć, czy martwić.

– Dobrze, żeś przyszedł, Janek – powiedziała i szpiegowskim wzrokiem spojrzała w moją stronę, ale pewnie nie mogła mnie dostrzec, bo zaszyłem się w najdalszym kącie zapiecka, dokąd nie docierało nikłe światło naftowej lampy i gdzie było najciemniej, i czułem się bezpiecznie; za plecami miałem ciepłe oparcie, a przed sobą kuchnię obłożoną gorącymi plackami, po które w każdej chwili mogłem sięgnąć.

Zapadł wieczór.

Ojciec pokiwał głową, jakby przeczuwając niedobre wieści, chrząknął i powiedział:

– Przyjechałaś.

– Tak, Janek, przyjechałam.

– Furą?

– Tak, furą, Janek, z bazaru. Ludwik Purzycki mnie zabrał.

– Aha – burknął ojciec.

A matka zaśpiewała:

– Może ci kołociochy podać?

– Potem – sucho odparła ciocia Zuzia, do której wciąż nie mogłem nabrać przekonania. Dlaczego jej nigdy nie widziałem?

– A jak tam u was w mieście? – spytał ojciec.

I już się czegoś dowiedziałem: że jest z miasta. W mieście tylko kilka razy byłem, na targu, jak ojciec kury woził albo prosiaki na sprzedaż. Miasto wydało mi się straszne. Krzyki, wycia, mnóstwo ludzi, niesamowity ruch, przy wozach kłótnie, wrzawa, niczego nie można zrozumieć. Przykryłem się słomą i wytrzeszczałem oczy, błagając w duszy ojca, by jak najszybciej wracał do domu. Chciałem już być na swoim zapiecku, w ciszy, wśród pająków i patrzeć w ogień. Dzikie i pokręcone w środku wiejskie dziecko. Nawet blaszany kogucik, którego kupił mi ojciec, by mnie udobruchać, naburmuszonego i zbuntowanego, nie przekonał mnie do miasta.

A teraz słuchałem kobiety, która przyjechała z miasta i była, jak rzekła matka, moją ciotką. Ubranie jakieś inne, błyszczące, nakrochmalona spódnica, szeroka i bufiasta, nos krótki, perkaty, a policzki jakby mąką posypane.

 

– Mamy, Janek, do pogadania – powiedziała ciężko i spojrzała na zapiecek.

– Możesz mówić – przeciął ojciec wszelkie wątpliwości, ale cicho burknął: – Znowu wlazł między pająki. – Odkaszlnął i powiedział: – Mów.

Ciotka Zuzia zamrugała i głośno westchnęła.

Podłożyłem sobie pod plecy starą skórę, która od niepamiętnych czasów leżała na zapiecku, sucha, poskręcana, ale ciepła i wygodna, więc oparłem się o tę skórę, nadstawiłem ucha i zastygłem.

– Mów – burknął ponaglająco ojciec i usiadł na łóżku.

Zanim ciotka Zuzia zaczęła swoją opowieść, matka podeszła do lampy stojącej na stole i skręciła światło. W domu zrobił się półmrok. Ciotka Zuzia zerknęła w okno, nachyliła się do ojca i powiedziała szeptem:

– Nikt nie może o tym wiedzieć.

Ojciec wzruszył ramieniem, ale nic nie rzekł.

– Wiesz, że w mieście spaliło się getto? – spytała ciotka.

Matka usiadła obok ojca, mnąc dłonie.

– Tak gadają. – Ojciec skinął głową i poruszył szczęką.

– Spędzili wszystkich Żydów, których złapali, i teren od kościoła Najświętszej Marii Panny do prawosławnej cerkwi przy wałach ogrodzili kolczastym drutem. Nikt nie miał prawa stamtąd wyjść. Mysz by się nie prześlizgnęła. Żydzi żyli w wielkim strachu. Kilku zwariowało, wyszli na ulicę z białą flagą z niebieską gwiazdą i śpiewali żydowskie pieśni. A był tam jeden taki ukraiński policjant, tępy gbur i pijak, który z byle powodu katował albo mordował. I jak tylko Żydzi zaczęli śpiewać, podbiegł do nich i kolbą zaczął walić po głowach, ale oni wciąż śpiewali, no to on się wściekł i wszystkich zastrzelił. A pilnowali ich gestapowcy i ukraińska policja. Jak tylko który próbował uciec, strzelali. Nabili ich a nabili, jak zwierząt. Bo Żydzi tunele sobie kopali, do lasu uciekali. Albo na druty się rzucali. A policja ukraińska, wściekła jak psy, nie darowała nikomu. Jak Żyd rymnął na druty, to kula w łeb. Nie certolili się.

– Aha – znowu burknął ojciec.

Nie był za rozmowny. Jak się opowiadało w domu o Żydach czy mordach, nabierał wody w usta. Ja struchlały i pobladły słuchałem z suchymi, spalonymi od gorączki ustami. Czasami ojciec burczał: „Lepiej o tym nie gadać. Licho nie śpi”.

Teraz siedział markotny, pochylony, patrzył na swoje dłonie.

– Mów dalej – odezwała się matka i przysunęła bliżej ojca.

– Janek… – Ciotka Zuzia zatrzymała na ojcu wzrok dłużej niż zwykle i zamilkła.

Ojciec powoli uniósł głowę.

– Jakby to nie była ciężka sprawa, Zuzia – powiedział chrapliwie – tobyś do nas nie przyjeżdżała.

– Tak – potwierdziła ciotka Zuzia. – Po próżności bym nie przyjeżdżała.

– To gadaj.

Ojciec zwrócił na nią ciężki wzrok.

– Zaraz ci wszystko powiem. – Wyraźnie się do ojca zwracała, a nie do matki. Mimo to matka wlepiała w nią oczy pełne wyczekiwania i strachu. – Pewnego razu podjechała policja pod getto ciężarowymi samochodami i zapakowała na nie mężczyzn. Wybrali najsilniejszych i w większości młodych.

– A kobiety? – spytała mama.

– Kobietom dali spokój. Płaczom i jękom nie było końca. Szloch i łkanie dochodziły aż do dzielnic aryjskich. Nikt nie wiedział, dokąd ich zabierają. Ludzie myśleli, że wywożą, by zabić. Tym bardziej że Niemcy pakowali łopaty. Kobiety załamywały ręce, rwały sobie włosy z głowy, rozszarpywały szaty. I pędziły pod koła samochodów, żeby tylko jechać razem z mężami i synami. Ale jak która do swego męża właziła, odrywali ją siłą, ręce karabinami miażdżyli, palce odcinali, dłonie odrąbywali, włosy razem ze skórą z głowy ściągali albo na śmierć zabijali! – Urwała.

– Gadaj – ponuro burknął ojciec, cały czas zapatrzony na swoje dłonie.

– Samochody ruszyły do lasu, w stronę Stryja – kontynuowała ciotka. – Po bokach na motocyklach jechali Niemcy, za nimi ukraińska policja. Same zbiry i mordercy. Kiedy dojechali do lasu, Niemcy wytyczyli kawał terenu i oznaczyli sznurem, rozciągając ogrodzenie na wielkim prostokącie. Żydów natychmiast ze wszystkich stron otoczyła policja i Ukraińcy wymierzyli w nich lufy karabinów. Stali z rozstawionymi nogami, z palcami na cynglach i ponuro na Żydów patrzyli. Kazali się im rozebrać.

– Jezu! – jęknęła matka.

– Żydzi myśleli, że to już koniec – ciągnęła ciotka Zuzia. – Że zaraz ich rozstrzelają. Kilkunastu rzuciło się do ucieczki. Ale karabiny maszynowe natychmiast ucieczkę zlikwidowały. Trupy leżały między drzewami. Nikt się nimi nie zajmował. Leżały jak dzika padlina. Trzech rannych młodych Żydów, którzy jęczeli, ukraińscy policjanci dobili z rewolwerów, strzelając im prosto w głowy. Zrobiła się straszna cisza.

Matka westchnęła, otworzyła usta, ale nic nie powiedziała; siedziała z tymi otwartymi ustami jak zaklęta.

– Wtedy kazali im wziąć łopaty – kontynuowała ciotka Zuzia – i kopać dół. Żydzi wiedzieli, że to już koniec. Myśleli, że kopią dla siebie grób. Ale to nie był koniec. Za ich plecami stała ukraińska policja. Każdy Żyd był na celowniku. Pochylili się i zaczęli kopać.

– Boże! – znowu jęknęła matka. – Kopali dla siebie grób! – Kiwała głową i zaciskała zęby. Nagle zestarzała się, jej twarz pokryły zmarszczki, których do tej pory u niej nie widziałem. Zbladła i jakoś zapadła się w sobie.

A ja chciałem się jeszcze bardziej cofnąć, wbić się ciałem w zapiecek, bo strach mnie wielki obleciał i najlepiej by było, bym się skrył w środku ściany albo w kominie, ale nie mogłem, ściana była twarda i odporna na moje naciski.

– Gadaj – wychrypiał ojciec.

– Jak Żydzi kopali dół, głęboki ze dwa metry – mówiła ciotka Zuzia – to policjanci kpili sobie z nich, docinali, szydzili, pluli na nich i krzyczeli: „Żydowskie parchy! Wszy parszywe! Gnoje! Szybciej!”. A jak który tracił siły, to walili go kolbą albo łopatą w głowę, aż wpadał do dołu. Parskali śmiechem i rechotali, ze śmiechu aż się skręcali.

Matka skuliła się, stała się mniejsza i nadal malała.

– A jak wykopali już dół – ciągnęła ciotka Zuzia – to znowu kazali się Żydom ubierać. Poniewierali nimi, poniżali, znęcali się nad nimi gorzej niż nad zwierzętami. – Ciotka znów urwała; tym razem zamilkła na dłużej.

Ojciec nadal patrzył na swoje dłonie. Na jego czoło wypełzły ciemne zmarszczki.

– Potem Żydów zapędzili do samochodów – powiedziała ciotka – i z powrotem zawieźli do getta.

– Znaczy się, nie dla siebie kopali grób – odezwał się ojciec. – Znaczy, dla kogoś innego. – Uniósł wreszcie głowę.

– Dla kogo? – przestraszyła się matka. – Dla kogo?

Ciocia Zuzia jakby nie słyszała pytania.

– Żydzi też się zastanawiali dla kogo – powiedziała dopiero po chwili. – W innych gettach, jak wiecie, robili to za jednym zamachem. Wywozili wszystkich do lasu i kazali im kopać doły, a potem w tych dołach ich chowali. I naszych zmuszali, by ich zasypywali ziemią. A tutaj coś zaczęli kombinować. Żydzi nie wiedzieli, co się święci. Podejrzewali najgorsze. I tego się bali. Bali się, że teraz zabiorą całe rodziny, zapędzą do lasu i wystrzelają.

– Znaczy chcieli – burknął ojciec – żeby męczyli się dłużej. Żeby ich dusza się męczyła. Śmierć chcieli rozciągnąć w czasie, po kawałku ich zabijać. Najpierw w myślach zabijać, w sercu, w duszy, a potem ciało zamordować. Mieli żyć ze śmiercią w każdej chwili.

– W każdym razie Żydzi wiedzieli, że coś się święci – wróciła do opowieści ciotka Zuzia. – Naradzali się po nocach, co robić. Wiedzieli, że nadszedł ich czas. I wtedy starszyzna żydowska postanowiła, że podpalą getto.

– Co? – wyrwało się matce.

Ciotka znów jakby nie usłyszała jej pytania i mówiła:

– Nie mogli tak dalej żyć. Chorowali, wariowali, dostawali obłędu, straszliwie cierpieli i nie mieli się czym leczyć. Dzieci padały jak muchy. Nie mieli już wyjścia. Getto było otoczone. Uciec nie można. Pomyśleli, że jak podpalą getto, zrobi się straszny rejwach, buchną dymy, ulice pokryją ciemności, nikt się nie będzie tego spodziewał, policja wpadnie w popłoch, Niemcy stracą głowę, a oni uciekną. I jak uradzili, tak zrobili. Przez kilka dni porządnie obmyślili plan. Przygotowali bańki z benzyną, getto oblali ze wszystkich stron, przygotowali tylko kilka korytarzy do ewakuacji, do lasu i na przedmieścia, ale jedynie oni wiedzieli i wtajemniczeni Polacy, którzy im pomagali, gdzie te korytarze. I podpalili getto w samym środku nocy, równocześnie w wielu miejscach. Ognie buchnęły w ciemną noc. Żydzi rzucili się do ucieczki, przerwali kordony, druty kolczaste, zasieki i runęli w stronę lasu. Żandarmeria i policja ukraińska natychmiast otoczyły getto i zaczęły do Żydów strzelać jak do kaczek. A oni uciekali. Jedni do umówionych wcześniej polskich kamienic albo do domów na peryferiach, a inni do lasu. Zrobiło się straszne zamieszanie. Miasto się paliło, między murami przeskakiwały cienie, policjanci ganiali jak wściek­li, z pianą na ustach, walili z automatów do wszystkiego, co się ruszało, nieraz przez pomyłkę i w swoich strzelali. Powstał nieopisany chaos, bałagan, zgiełk, hałas, nieustająco słychać było rozpaczliwe krzyki, jęki rannych, wołanie o pomoc, płacz starych Żydówek. Dachy domów zwalały się z hukiem na ulice, mury pękały, ściany się rozlatywały. Piekło i straszny ryk. A że to koniec lata, wszystko suche, łatwe do zapalenia, wyły płomienie, ryczał mrok i świstały kule. Piekło i sądny dzień. Zdawało się, że nikt z tego piekła nie wyjdzie już żywy. Ogień przeskakiwał z kamienicy do kamienicy, płomienie sięgały nieba. Zdawało się, że chmury płoną, niebo się zapala i świat cały staje w ogniu. A między płomieniami i wśród dymów widać było goniące się sylwetki, upadające cienie, powstające z ziemi widma i zjawy, które nagle jakby ulatywały w powietrze, unosiły się na krótki moment w przestrzeni i na powrót opadały, jakby demony ciemności. Albo jakieś jasne, płomieniste postacie z płonącymi skrzydłami wyfruwały z okien i opadały w syczące wody.

Ciotka otarła czoło.

– A gdy już nadszedł ranek i getto się dopalało, widać było, że pół miasta zalegają trupy. Po ulicach, w bramach, na chodnikach, w zaułkach i pod zwałami gruzów i syczących jeszcze belek leżały ciała martwych, rannych, okaleczonych i z odłupanymi twarzami, słowem, zgroza i koniec świata. – Ciocia Zuzia przerwała opowieść, a mnie się zdawało, że i mnie te płonące ciemności, te wyjące mroki z jakąś ostateczną siłą wbiły w ścianę i ruszyć się nie mogę.

Matka już taka malutka się zrobiła, że ledwie ją widziałem, skurczona i zmarszczona, jak łódeczka z papieru dokądś odpływała. Musiała się strasznie skurczyć, ledwie jej chusta widniała i białe jak papier ręce.

Ojciec siedział nieporuszony, ze zwieszoną głową, jakby gdzieś tam w dole widział ten straszny świat, który płonął i zapadł się pod ziemię. Musiał widzieć ojciec, jak się zwalają ziemskie trony i upadają królestwa, o których mówił mi dziadek, gdy zjawiał się pod wieczór i przynosił diabła albo anioła wyrzeźbionego w drewnie. I już coś wiedziałem o świecie ciemności. Musiał ojciec widzieć te straszne majaki i ryczących w ciemnościach, bo bardzo poczerniał na twarzy, jakby go smoła piekielna oblała. Ale nie podniósł się, zgarbiony, jakby nieobecny, tylko pobielały jego dłonie zwinięte w kułak. Dopiero po chwili szczęka się poruszyła w górę i w dół, w górę i w dół. Zapadła głęboka, ciemna cisza. Wstrzymałem oddech. Zdawało się, że nikt już nie oddycha, nawet koza Wala, która leżała na łóżku, z głową przyklejoną do poduszki i z otwartymi oczami. Ale i ona nie ruszyła powieką. Jakby się ziemia miała zaraz zapaść i świat miał runąć w odwieczną ciemność. Trwało to dość długo, aż mama, nie wiadomo skąd, z jakiejś szczeliny czy głębokiego dołu jęknęła:

– Mów, bo serce nie wytrzyma.

Ciocia Zuzia nabrała powietrza, poszukała wzrokiem matki, ale pewnie nie natrafiła na nią, bo matka mogła już być tylko ziarnkiem piasku albo kropką w szarości nocy, więc ciocia Zuzia, nie znalazłszy jej, martwym głosem mówiła:

– Ruiny i zgliszcza getta, ranni i trupy z rozwalonymi czaszkami, kilku obłąkanych Żydów, którzy unosili w górę ręce i w milczeniu szli przed siebie, oto nadranny widok. Zginęło ponad czterystu Żydów, zastrzelonych, zakłutych bagnetami, z oderwanymi głowami, spalonych, z gołymi, osmalonym głowami, bez uszu, rąk i nosów, Sodoma i Gomora.

– A ocalał ktoś? – Z niebytu wydobył się głos mojej ­mamy.

– Tak, uciekło ze trzystu Żydów, najwięcej do lasu, wielu ukryło się w domach, piwnicach, na strychach u naszych ludzi. A reszta… – zawiesiła głos – resztę, tych, których złapali, zaprowadzili pod mur i rozstrzelali. Starców, kobiety, dzieci.

Zrobiła się cisza.

Matka już nawet ziarnkiem piasku nie była. Z mroku wydobywał się cieniutki jęk albo pochlipywanie.

 

A mnie przyszedł na myśl dziadek Piotr, który o zmroku, kiedy kobiety i mężczyźni zebrani w chacie opowiadali straszne rzeczy o końcu świata, tulił mnie do piersi i mruczał: „A gdy się skończy tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie uwolniony i wyjdzie, by omamić narody z czterech narożników ziemi, Goga i Magoga, by ich zgromadzić na bój, a liczba ich jak piasek morski. Wyszli oni na powierzchnię ziemi i otoczyli obóz świętych i miasto umiłowane, a zstąpił ogień od Boga z nieba, pochłonął ich. A diabła, który ich zwodził, wrzucono do jeziora ognia i siarki, tam gdzie Bestia i Fałszywy Prorok. I będą cierpieć katusze we dnie i w noc, na wieki wieków…”.

Dziadek często powtarzał te słowa, toteż znałem je prawie na pamięć. Zawsze mi się one przypominały, gdy tylko nadchodziły wieści, że znowu ktoś kogoś zamordował. Nie rozumiałem tych słów, ale wydawały mi się straszne i teraz jak ulał pasowały do tego, co mówiła ciotka Zuzia.

– Tak – przerwała milczenie ciotka i rozejrzała się. – Żydzi nie wytrzymują męki – powiedziała. – Siedzą po strychach, w piwnicach i w bunkrach, jak zwierzęta, trawią ich choroby, umierają na suchoty, od gorączki, dzieci kaszlą, krwią plują, na rękach matek życie kończą.

– Tak – odezwał się ojciec.

– Ciężko. Bardzo ciężko, Janku – powiedziała ciotka Zuzia. – Kilku Żydów, których ukryli w komórce Polacy, pewnego dnia wyszło na ulicę i…

– I co? – z niebytu odezwała się matka.

– Wyszli – ciągnęła ciotka – i powiedzieli, że są ludźmi i nie będą całe życie w ciemnościach żyć. Nie chcą, by ich ciała wrzody obsypały, a twarze w nocy szczury gryzły. Nie chcą umierać po kryjomu, w mroku. Nie chcą, by ich trupy się między ich dziećmi rozkładały. – Westchnęła. – Ból, Janku, wielki ból – mówiła. – I cierpienie, straszne cierpienie tych ludzi – już nie mówiła, już szeptała ciotka. – Ubrali się w najładniejsze stroje, jakie mieli, księgi święte wzięli z sobą i wyszli na ulice.

– W biały dzień? – spytała trwożliwym głosem matka.

– Tak, wyszli z rana i stanęli na środku drogi. Ludzie zamarli. Stali oniemiali w oknach i uwierzyć nie mogli.

– „Nie możemy się bać całe życie” – powiedział starzec, który szedł na czele. – „Życie w strachu to poniżenie – mówił – a my nie chcemy być poniżani, upokarzani, dławieni, bez własnego głosu, niemi i głusi. Chcemy umierać z godnością, tak jak każdy powinien umierać. Patrząc śmierci prosto w oczy”.

– I gdzie poszli? – usłyszałem cieniutki jak nitka głosik matki.

– Szli w swoich żydowskich świątecznych strojach – relacjonowała ciotka – z księgami świętymi, z uniesionymi do góry głowami i śpiewali pieśń O mój Izraelu. Łkać się chciało. Gardła zatykało. Tak przejmująco śpiewali. Biła od nich jakaś duma, wielka odwaga i moc potężna.

– Honor! – powiedział ojciec.

A mnie się wydało, że honor to coś takiego, jak bardzo wysoka góra, na którą wspinają się Żydzi. I sam chciałem się wspiąć na taką górę. Poczułem, że ta góra w życiu jest najważniejsza.

– Tak, mieli swój honor – zgodziła się ciotka. – I poszli na posterunek niemieckiej żandarmerii. Niczego się nie bali. Wyglądali, jakby byli wyzwoleni od strachu, ciemności, chorób, głodu i cierpienia. Wyprostowani, szli z dumą i godnością, powoli, krok po kroku, i nie spuszczali oczu. Tak się idzie ku chwale, ku czemuś wyższemu, najważniejszemu. Jakby świętymi byli.

Cienie znieruchomiały. Ojciec trwał w zastygnięciu, matka powoli się wyłaniała z niebytu, jakby na powrót zaczęła rosnąć. Jakby ci Żydzi, którzy przestali się bać, i jej skrzydeł dodali i na moich oczach rosła, robiła się większa, aż zauważyłem, jak się tuli do ojca. Mrugnęła kilka razy powiekami i zapatrzyła się w ciotkę Zuzię jak w zjawę.

– Ale, Janku – wróciła do opowieści ciotka Zuzia – wielu Żydów dalej się ukrywa. Chcą przeżyć. Człowiek ma prawo żyć – zaakcentowała.

Ojciec drgnął.

– Niedługo skończy się jesień, przyjdzie zima i Żydzi pomrą w lasach. – Ciotka westchnęła. – A jest ich tam dużo. Przy takich mrozach jak u nas, czterdziestostopniowych, nie wyżyją w ziemiankach.

– Znaczy, że przyszłaś, by… – wychrypiał ojciec.

– Tak – przerwała mu ciotka. – Przyszłam, Janek, bo wiem, że mogę na ciebie liczyć. Masz stodołę, masz strych, możesz kilku przechować.

– Ale za przechowywanie Żydów… – odezwała się lękliwie matka, znowu jakby z otchłani. – Mamy dziecko – dokończyła ze strachem i zerknęła w stronę zapiecka.

– Tylko przez zimę – odezwała się ciotka Zuzia.

– Niech przyjdą – chrapliwie wyburczał ojciec, nie podnosząc głowy. – Jak trza, to trza.

Matka się nie odezwała.

Rano ciotka Zuzia zniknęła.

Gdy się obudziłem, przy mnie leżała koza Wala, matka kręciła się przy kuchni, a ojciec siedział na zydlu i o czymś rozmyślał.

Następnego dnia o zmierzchu, kiedy patrzyłem na tańczące płomienie, ktoś zaskrobał w okno. Nie zapukał, ale zaskrobał. Matka zastygła. Ojciec podniósł wzrok. Skrobanie się powtórzyło. Było wyraźne, jakby ktoś po szkle pazurem przejechał. Matka podeszła do lampy, wzięła ją ze stołu i zbliżyła się do szyby. Zobaczyłem kilka bladych, chudych twarzy z długimi siwymi brodami. Matka stała jak porażona. Ojciec ciężko się podniósł i powiedział:

– Przyszli.

I wyszedł.

Matka złożyła ręce i szeptała modlitwę. Jej wargi drżały.

Kiedy ojciec wrócił, a ja zobaczyłem na jego plecach kilka słomek, matka wyjęła kankę z mlekiem, pokroiła chleb, posmarowała masłem, obłożyła czosnkiem i cebulą, i włożyła wszystko do szarego woreczka. Pochyliła się w drzwiach i pochłonęła ją ciemność.

Tego wieczoru ojciec tylko raz się odezwał i powiedział:

– Bóg z nimi.

Spojrzał na mnie i długo się we mnie wpatrywał. Wyłoniłem się spośród mroków i zaciskałem zęby, jakbym zaciskał w jakichś kleszczach całą straszną wiedzę małego pająka o świecie.