NienawiśćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ZABIĆ DZIADKA

Siedziałem wciśnięty w kąt zapiecka i drżałem.

Było ciemno, pod ścianami tłoczyły się cienie, pachniało smażonymi plackami i kukurydzą. Z zapartym tchem nasłuchiwałem, kiedy odezwie się ten straszny głos. Sąsiedzi zbierali się wieczorami w domach, zapalali lampy naftowe i z lękiem popatrywali na zasłonięte okna.

Tego jesiennego wieczoru znowu zjawili się w chacie mężczyźni zza rzeki zwanej Złotą Lipą; byli bardzo przejęci. Zanim się odezwali, długo gnietli w dłoniach czapki. A gdy zakradły się do sieni ich kobiety, patrzyli na nie spod brwi i zaciskali zęby.

– Zanim zagonili Żydów do getta – burknął ponury, ciężki głos – to Niemcy i ukraińska policja wyśmiewali ich.

Ktoś westchnął.

– Jak złapali pejsatych Żydów – ciągnął chrapliwy głos – to kazali im rozbierać się do gołego i śpiewać żydowskie pieśni, a potem tańczyć.

– Nie! – jęknęła jakaś kobieta. – Nie!

– Nie nie, tylko tak – burczał głos. – Popędzili ich pod synagogę…

– Pod ich święte miejsce? – zdławionym głosem pytała kobieta.

– Tak, pod ich święte miejsce.

– I co?

– Ukraińska policja stała z wycelowanymi karabinami i Żydzi tańczyli.

– Jakże tak? – jęknął ktoś. – Tańczyć? W takiej chwili?

– Żydówki też? Gołe? – z przerażeniem spytała pierwsza kobieta.

– I Żydzi tańczyli, młodzi i starzy, i Żydówki gołe. Rozkładali szeroko ramiona, unosili do nieba głowy, a ich włosy powiewały jak sztandary. I byli jakby zaklęci. Jakby tym śpiewem modlili się. Jakby z Bogiem rozmawiali – ciągnął stary głos. – A ukraińska policja zgoniła na plac tłum ludzi i kazała się im przyglądać. Tłum rechotał, jakby na weselu. Klaskał i trząsł się z uciechy jak w galarecie.

– Dzicz! – burknął głos z kąta.

– Biedny naród! – zaskomliła kobieta.

I zapadło milczenie.

– I nikt nie mógł nic zrobić? Pomóc jakoś, ratować ich?

– Nie. Nikt nie mógł.

Słyszałem ciężkie oddechy. Wcisnąłem się głębiej w kąt, by mnie nie dostrzegli.

– A co potem zrobili z tymi Żydami? – zapytał jakiś mężczyzna.

– Zagonili ich gołych do synagogi – wyburczał starzec. – I synagogę podpalili.

– Nieszczęście. – Matka przykryła dłońmi twarz.

– Nawet mysz się nie wyślizgnęła. Tylko kości i popiół pozostał po nich.

– To jeszcze nic – odezwał się ktoś cienkim głosem.

– Jak to nic?! – jęknęła kobieta. – Mało wam?!

– Banderowcy to najpierw noże święcili w cerkwi – kontynuował tamten. – Pop ich błogosławił i żegnał krzyżem świętym, jak szli na mord. A potem tymi poświęconymi nożami gardła Żydom podcinali. Kazali im przed krzyżem klękać i święte prawosławne obrazy całować. A potem mordowali.

– I to też jeszcze nic – wycharczał garbaty cień, jakby chciał przelicytować pozostałych. Jakby w ogóle można było cokolwiek tutaj przelicytować.

– A co? – bez sensu spytała babina z nasuniętą na oczy chustą.

– W Podhajcach, w naszym powiecie – ciągnął garbaty – u mego krewniaka, Poldka Żelińca, chłopa na schwał, młody Żyd, Srulek Goldman, z ojcem, żoną i trójką malutkich dzieci się ukrywał. A odwiedzał krewniaka czasami jego znajomy Ukrainiec, Włodzio Krysz, kiedyś porządny człowiek. Chodził do cerkwi, trzy razy się żegnał. A teraz kapuś i świnia. I on wywąchał, że za dobudowaną ścianą Żydzi siedzą. Poldek bardzo się bał, bo wiadomo, co za to groziło. Kula w łeb. A najgorsze było to, że stary Żyd, Chaim, zachorował. Była zima, mróz, Chaim się przeziębił i zapalenia płuc dostał. A lekarza sprowadzić się nie dało. Chaim kaszlał. Aż któregoś dnia przyszedł Włodzio Krysz i szpiegowskim oczkiem zaczął obmacywać ściany. Niby niczego sobie, ot tak, jakby nigdy nic, ale jak usłyszał kaszel, zjeżył się i zaczął nasłuchiwać. „Kto to?” – spytał. Poldek zbladł. Zaczął się jąkać, że to głos z ulicy. Ale kapuś już miał go na oku. Kiedy wyszedł, to zaczął ściany od zewnątrz dokładnie oglądać. Wtedy Poldek wcisnął się do komórki i powiedział, że coś z tym kaszlem trzeba zrobić, bo już jeden Ukrainiec czegoś się domyśla. Młody Żyd, znaczy się Srulek, bardzo się przestraszył. Cały się trząsł i słowa powiedzieć nie mógł. Tylko patrzył na swoje śliczne dzieci, dwóch synków i jak laleczka piękną Sarę, zaciskał pięści, a jego oczy były martwe. A starszy syn pojękiwał: „Ich hob mojre, ich hob mojre”, co znaczy, boję się, boję.

– I co? – w napięciu spytała kobieta.

– Lepiej nie mówić – burknął garbaty i umilkł. Odsapnął, jakby ciężki worek dźwigał na plecach. Po chwili podjął opowieść:

– „Zróbcie coś z tym kaszlem” – powtórzył Poldek, patrząc na Srulka. Srulek zwiesił głowę, długo milczał, a potem cicho wyszeptał: „Tate już nie będzie kaszlał”. Jak to mówił, grdyka mu skoczyła do góry, a pot zrosił czoło. Poldek gadał, że blady był jak papier. A później szybko objął najmłodszą, śliczną Sarę, przytulił ją mocno, a oczy miał takie, jakby nic nie widział. Jakby patrzył na dzieci, ale i patrzył gdzieś dalej, poza nie, w jakąś straszną pustkę, w ciemność. „Tate już nie będzie kaszlał” – powtórzył martwym głosem, a jego oczy były obce i straszne. No i potem stało się najgorsze. – Garbaty znów zamilkł.

Zrobiła się niedobra cisza. Wibrowała mi w uszach. Jeszcze mocniej wpychała się w ściany, w szarość wieczoru. Czułem, jak łomocze mi serce.

– Co się stało? – zdławionym głosem spytała kobieta.

– Niemcy ich zabrali? – wydukał wysoki, chudy cień.

– Nie – zaprzeczył garbaty. – Jeszcze nie. – Kilka razy przełknął ślinę, jakby głosu dobyć nie mógł. – Któregoś dnia – wrócił do opowieści – jak stary Żyd, znaczy się Chaim, zaczął kaszleć, to młody, znaczy Srulek, nachylił się nad nim i szepnął: „Tate, tate, dzieci” – i spojrzał na wystraszone, pożółkłe twarze. Usłyszał ukraińską mowę. Wiedział, że za ścianą jest donosiciel. Stary Żyd, znaczy Chaim, zatkał sobie dłonią usta i strasznie chrypiał. „Tate!” – jęknął Srulek. – „Tate!” – Uniósł ramię. Ale Chaim się rozkaszlał jeszcze bardziej. Chrypiał i kaszlał…

– I co? – wtrąciła babina z chustą na oczach.

Garbaty znowu przełknął ślinę.

– Chaim dusił się od kaszlu – ciągnął. – Srulkowi huczało w głowie. Zdawało się, że już będzie po wszystkim.

– I co? I co? – równocześnie odezwały się dwa głosy.

– Co? – powtórzył garbaty. – Jak stary Chaim tak strasznie kaszlał i dusił się, wtedy jego syn, znaczy Srulek, nachylił się nad nim, wziął szyję w obie ręce i zaczął zaciskać na niej palce, znaczy się, zaczął dusić.

– Jezu! – jęknęła jakaś babina.

Kilku mężczyzn miało otwarte gęby. I zrobiło się duszno i ciężko, jakby każdy górę dźwigał na plecach. Mnie tak wcisnęło w kąt, że moje drobne kostki trzasnęły. A garbaty kończył:

– Srulek zamknął oczy i dusił ojca, ile miał sił w rękach. Chaim jeszcze chrząknął, potem poczerwieniał, nabrzmiał, żyły mu wyszły na wierzch, wywalił język, ślina mu wyciekła, ciało drgnęło, w końcu pobladł jak kreda i zwisał mu z rąk. Nie żył.

– Udusił go? – ponuro ni to spytał, ni oznajmił głos z kąta.

– Ojca!? – dodał ktoś inny.

– Musiał, żeby dzieci ratować – mruknął garbaty.

Zrobiła się straszna cisza.

Słyszałem ciężkie sapanie mężczyzn. Chciałem zobaczyć ich twarze, ale mieli opuszczone głowy. A garbaty dokończył:

– Donosiciel już wiedział, że ktoś jest za ścianą. Zawiadomił ukraińską policję i przyszli. Tych zza ściany zabrali do getta, a Poldka i jego dwoje dzieci rozstrzelali na miejscu. Jego żona, Lusia, uratowała się. Poldek w ostatniej chwili wepchnął ją za takie przepierzenie, znaczy się, jakby w skrytkę, do spiżarni, w każdym razie w mrok, i nikt jej nie zobaczył. Sam też chciał się schować z dziećmi, ale nie zdążył. I ona wszystko słyszała, wszystko, co się tam działo. Jak ona to wytrzymała, nie wiadomo. Aż myśleć się nie chce. Ale od razu zwariowała. Zrobiła się siwa jak gołąbek. A była młodziutka i śliczna jak panienka. Od tej zgryzoty zmarszczyła się i poczerniała. Że poznać jej nie można było. Nie mogła sobie darować, że nie wyszła z tej skrytki, znaczy się, spiżarni, by zginąć razem z dziećmi. Chodziła z oczami uniesionymi do góry, wyrzucała do nieba ręce i śpiewała żydowskie pieśni, jakby Żydówką była. – Garbaty westchnął.

– Czy Bóg to widzi? – szepnęła kobieta z chustą na oczach, a kilka innych zerknęło w okno, jakby sprawdzając, czy Bóg nie patrzy z powietrza przez szybę.

Ale nie patrzył.

Długo nikt nic nie mówił.

A ja miałem szeroko rozwarte oczy i zrobiłem się płaski jak deska.

A w desce mocno biło serce.

ANIOŁ I GBUR

Ojciec chodził jak struty, z pochyloną głową, zamyślony i milczący. Matka z niepokojem oglądała się za siebie. Gdy była na podwórku, szybko uwijała się z robotą, a potem w pośpiechu wracała do izby, mocno zamykała drzwi na zasuwę i siedziała ze ściśniętym gardłem.

Od kilku miesięcy we wsi panowały nowe porządki. Od kiedy Niemcy przeszli przez las i pognali na wschód, w gminie nastała ukraińska władza. Polski wójt nagle zniknął i wszelki ślad po nim zaginął. Nasz sołtys, Jasio Podleś, znany z pogody ducha i wesołego usposobienia, zamilkł i głowy nie wystawiał poza swoje podwórko. Nastała ukraińska policja, a w miasteczku powiatowym, Podhajcach, nowa żandarmeria. Nasza wieś była duża, mieszkali w niej Polacy, Ukraińcy i Żydzi.

Któregoś ranka karczmarz Szmul nie pojawił się w karczmie, a gdy chłopi pukali do jego drzwi, nikt nie odpowiadał. Nie było ani jego, ani jego pięknej żony Salci, ani dwojga uroczych dzieci. I nikt nie miał pojęcia, co się z nimi stało. Chata była pusta i przed nocą, o zmroku, a potem w gęstej ciemności wyglądała jak ogromna mara. Pozostałe cztery rodziny żydowskie – Katzów, Szajów, Gołąbków i Jagdenów – strasznie się zmieniły. Ich kobiety trwożliwie spoglądały w las, a mężczyźni zbierali się wieczorami po domach i po cichu się nad czymś naradzali. A po tym strasznym wypadku, o którym chcę opowiedzieć, i te cztery rodziny żydowskie wyniosły się ze wsi.

 

Matka zabraniała mi już wychodzić na podwórko i bawić się z dziećmi z sąsiedztwa. Mój przyjaciel z dzieciństwa, a mieliśmy wówczas po siedem, osiem lat, Żyd Motio dawno opuścił swój dom i nie wiem, dokąd pojechał. Mój ukraiński przyjaciel Sławko któregoś dnia powiedział, że nie wolno mu się ze mną bawić, bo jestem Lach. Nie wiedziałem, co to znaczy Lach, ale on się nadął, jakby się nadmuchał, jak purchawka, twarz mu się zaokrągliła, oczy wyszły na wierzch i obcym głosem raptem do mnie:

– Ty Lach i ne budu z toboju hraty.

– Sławko, co ty? – pisnąłem. – Co ty gadasz? Jaki ze mnie Lach? Jestem Zbynio, twój przyjaciel, tyle wiosen i lat przeganialiśmy po polach i tyle wiewiórek podpatrzyliśmy na drzewach, że nie można ot tak sobie powiedzieć, ne budu z toboju hraty. Ja chcę się bawić. Chcę grać w chowanego i berka, chcę z tobą jeże i żaby podglądać w rowach i na konia włazić, by pęd wiatru poczuć. Sławko, szczo z toboju?

A on oganiał się ode mnie jak od osy i oglądał się za siebie, czy ojciec nie widzi. Bo to jego ojciec, Hawryło, był najgorszy. To on nam nie pozwalał razem się bawić.

I oto nie ma już mojego przyjaciela Motia, jakieś obce i nieprzyjazne wichry go porwały. I Sławko się skrył za ścianą milczenia, która między nami wyrosła. Powstał we wsi niewidzialny mur ciszy, który chaty polskie od ukraińskich oddzielił. I już kobiety do siebie na tłokę nie chodziły, razem kaczek i gęsi z piór nie obierały, razem nie śpiewały i razem do stołu na święta nie siadały. Nie spotykały się w świetlicy i wspólne tańce w Domu Ludowym się skończyły. I nie było już sąsiedzkich wizyt na polskie Boże Narodzenie i na ruskie święta. Nie było kolęd wspólnych, kutii radosnej ani pogaduszek wieczornych, gdy baby zbierały się przed chatami i opowiadały niestworzone rzeczy, a my, dzieci polskie, ukraińskie i żydowskie, słuchaliśmy tych opowieści z rumieńcami na twarzach i z zapartym tchem. Wszystko runęło i przeminęło.

Nastał czas strachu, przerażenia i niepewności. I nie wiadomo było, co się zdarzy za godzinę. Gdy szliśmy spać, matka żegnała się krzyżem świętym, ale nie tak jak zwykle, jak przed tym przeklętym rokiem czterdziestym pierwszym, kiedy Niemcy na nas napadli, choć po prawdzie, to strachu się ludzie najedli i w trzydziestym dziewiątym, jak Sowieci nas zajęli i swoje porządki robili. Ale wtedy nie było jeszcze takiego wielkiego strachu jak później, nie było tej strasznej ciemności w duszach, nie było tego szlochu w piersiach, który kobiety w sobie dusiły. Gdy więc matka żegnała się przed snem i nade mną krzyż rysowała w powietrzu, robiła to jakoś niezwyczajnie, uroczyście, jakbyśmy się na zawsze żegnali, a nie na ten krótki nocny sen, który miał nas na chwilę rozdzielić. Nie – jak dawniej – pośpiesznie, szybko. Robiła to powoli, z zastanowieniem, marszczyła czoło, unosiła brwi do góry, oczy do nieba i cicho szeptała modlitwy. Przykrywała mnie pierzyną, całowała w czoło i wciąż od mego łóżka nie odchodziła.

To był jeden ze znaków, który mówił o zmieniających się czasach.

Drugim było to straszne wydarzenie, które mnie na drugi i daleki brzeg życia wtedy wyrzuciło. Jeszcze wówczas bawiłem się ze Sławkiem. Jeszcze w ptasich gniazdach szczebioczące pisklęta podglądaliśmy. Ale powietrze już gęstniało, już ludzie mijali się w inny sposób niż dawniej. Pozdrawiali się, ale te pozdrowienia były jakieś chłodne, obce. I już sąsiedzi szybciej obejścia zamykali i w domach się chowali. Czuło się, jakby światło zgasło, a w duszach mrok zapadł. A i w powietrzu lęk się wytwarzał, jakby trucizna szła wolno przez świat i niewidzialnie umysły zatruwała, serca i wiarę.

Wtedy właśnie to się stało.

Szmula już nie było. A jego chata straszyła pustką i grobową ciszą. We wsi mieszkał pewien Ukrainiec o nazwisku Hurnyk; miał dwóch synów, Jewhena i Mychajła. Był naszym sąsiadem. Jak siadłem w oknie, to widziałem wszystko, co się u nich dzieje. Całe podwórko jak na dłoni. Jego żona, Swytłana, była pobożną i lubianą we wsi kobietą. Modliła się do świętych obrazów i do cerkwi chodziła. Natomiast mąż Swytłany, Wasyl, to był kawał byka. Mrukliwy, zamknięty w sobie, na nikim nie zatrzymał wzroku, tylko wiecznie patrzył pod nogi zakrwawionymi ślepiami. Czerwona, mięsista, tłusta morda, oczka małe, wąskie, podstępnie patrzące na świat, nieufne, wąs ciemny, włosy czarne, gęste; ponure, ciężkie spojrzenie.

I jego syn Mychajło był taki sam. Kropla w kroplę. Tyle że był wielki. Powiększona matryca ojca. Ogromne, potężne chłopisko, z szerokim, nalanym pyskiem, z grubym, tłustym karkiem i długimi, ciężkimi łapami. Oczy zawsze opuchnięte, jakby podbite, z głębokimi siniakami, straszne. Mówiono, że jak ktoś w nie zajrzy, to piekło zobaczy. Dla nas, dzieci, postrach. Potwór i upiór ze ślepymi gałami. To on gardła świniom podrzynał. On nóż wbijał w kark bykom. On siekierą głowy kogutom ucinał. I brzuchy zającom rozpruwał. Był krwawy, ponury i straszny.

Nieraz siadywał na kamieniu i milcząc, ciemnym wzrokiem omiatał pustą drogę. Nikt nie miał odwagi do niego podejść ani nawet na niego spojrzeć, szczególnie wtedy, gdy zaczęli znikać Żydzi. Ludzie omijali go z daleka, a kobiety na jego widok żegnały się trwożliwie. Szeptano po cichu, że ludzką krwią umazane ma potężne i ciężkie łapy.

Jego brat, Jewhen, zupełnie nie był do niego podobny. Delikatny, rachityczny. Przypominał matkę – drobną, chudą kobietę z bladą twarzą i smutnymi oczami. Był płaski jak deska, cieniutki, z wklęsłą piersią, zapadniętymi policzkami i wątłymi jak patyczki nogami. Za to był żywy, uśmiechnięty, zadbany, zawsze ogolony i wesoły jak nikt we wsi. Za dawnych dobrych czasów lubił z polskimi i żydowskimi kolegami na zabawę pójść, pohulać, na panienki zapolować albo ryby w leśnym stawie połowić. Dla sąsiadów był miły. Przy żniwach pomagał. Do lasu, drewna przywieźć, pojechał starej i chorej sąsiadce, polskiej babie, Hani Bruździe. Z dziećmi się pobawił. Konia podkuł. Ślepej i chromej Kurzajce leki z miasta przywiózł. Chłopiec-anioł.

Od czasu jednak, gdy wieść po wsi gruchnęła, że młodzi Ukraińcy po lasach się zbierają i bandy tworzą, Jewhen też zmienił się nie do poznania. Stał się poważny, zamknięty i z nikim się nie zadawał. Chodził zasępiony, niekiedy rzucał ukradkowe spojrzenia na żydowskie domy, ale szybko spuszczał wzrok, gdy widział, że ludzie śledzą jego kroki; wydawało się, że jest jakiś zakłopotany, jakby się z czegoś tłumaczył. Musiał mieć na pieńku z ojcem, bo omijał go łukiem, a jak się na starego Hurnyka natknął niespodziewanie, to szybko mu z drogi schodził. Nie wiadomo, co między nimi było i co zżerało jego duszę, pewne było tylko, że coś go strasznie gnębi. Od czasu tych tajnych leśnych spotkań.

Chłopi opowiadali wieczorami niestworzone rzeczy. Że bandy gromadzą się po lasach, karabiny, broń maszynową i rewolwery w bunkrach zakopują na czarną, jak powiadają, godzinę. Że szkolą się, jak Żydów mordować. Że bagnetami zwierzęta katrupią, by sprawdzić, czy ręka nie drgnie albo serce nie zakołacze. Że oczy sarnom wyłupują, by udowodnić, że są mocni i gotowi na wszystko. Że druty kolczaste szykują na obozy; gwoździe, noże, sztylety, kosy i widły z domów wynoszą. Słowem, przygotowują się do jakiejś strasznej rzezi, o której już w innych okolicach ludzie przebąkują.

Kiedy przed nocą obaj, Jewhen i Mychajło, szli do lasu, to ludzie mówili, że zawsze pierwszy szedł czerwony jak burak i wypasiony jak knur Mychajło – pochylony, twardo stawiający kroki, zdeterminowany, z głową żubra i karkiem byka – a za nim, ociągając się, idąc niepewnie, jakby niechętnie, posuwał się chudy, cienki i blady jak śmierć Jewhen.

Polacy na widok oddalających się w mrok Jewhena i Mychajły pospiesznie się żegnali i poruszali niemo ustami. A w domach mówili, że nic z tego dobrego wyjść nie może. Gdy matka rozmawiała z sąsiadką, Jasią Kurzajką, kryła mnie za plecami, jakby się nawet jej bała.

No i nadszedł ten dzień. Była jesień czterdziestego pierwszego roku. Kresowe, wielkie jak złota kula, słońce rozświetlało gęste gaje, żółte i brązowe szczyty wzgórz, a długie cienie snuły się po brązowych i srebrnych dolinach. Strumyki i ruczaje z krystalicznie czystą wodą zdawały się uciekać z tej ziemi, po nocach pełnej podejrzanych postaci, duchów i mar, które przesuwały się pod ścianami, szybko znikając w ciemności.

W dzień wieś tonęła w jasności. Nawet ponury nastrój nocy powoli odchodził w niepamięć i zdawało się, że w taki dzień jak ten niedzielny, kiedy biły dzwony i kobiety świąteczne chusty na głowach wiązały, wszystko do normalności powróci, a polskie baby, mijając ukraińskie domy, znowu się swoim sąsiadkom kłaniać będą, ale te szybko znikały w sieniach, udając, że są bardzo zajęte. Mimo dziennej jasności, świeżego i czystego powietrza, lekko drżącego, pachnącego jesiennymi kwiatami, mimo wznoszących się nad ziemią woni lasów, pól i zagajników dusza się coraz mniej radowała.

A gdy nadeszło popołudnie, wróciłem z matką z kościoła do domu, szybko wskoczyłem na parapet okna, nos przykleiłem do szyby i lustrowałem wzrokiem podwórka, szukając rówieśników, do których bym mógł skoczyć i pobawić się z nimi. Ale nikogo nie było. I gdy już chciałem zeskoczyć, dojrzałem, jak z daleka, jakby się kryjąc pod płotami, to podbiegała, to szła wolno, czujnie i niepewnie, słodka Ryfcia, którą bardzo lubiłem. Była córką piekarza, starego Litla z pejsami i burzą siwych włosów na głowie. Miała wtedy siedem lat, była ode mnie młodsza o rok. Przepadałem za nią, bo polskie, żydowskie i ukraińskie piosenki śpiewała – i tańczyła – jak nikt we wsi, choć taka malutka była. Wierszyki recytowała, bo jej matka, Golda Litl, bardzo uczoną kobietą była, książki czytała i wiedziała, co się w dalekich krajach dzieje. A nawet wiedziała, dlaczego słońce świeci i gwiazdy mrugają. Nieraz przychodziła do mojej mamy i opowiadała jej, że ludzie za granicą inaczej żyją, że maszyny za nich robią, a panowie ruchome obrazy w jakimś kinematografie oglądają, na których widać wozy jadące, samoloty wielkie jak pałace, tańce i śpiewy, a nawet samego papieża można zobaczyć. Mama zamierała z wrażenia. Zawsze myślała, że papieża tylko w świętym mieście Rzymie zobaczyć można, a okazywało się, że papież też po jakimś kinematografie jeździł. Golda Litl opowiadała dalej, że w świecie i zwierzęta są inne niż u nas, czego swoim malutkim rozumem do siebie nie dopuszczałem. Jakie mogły być inne zwierzęta? Dla mnie moja zagroda pełna była zwierząt – konie, krowy, króliki, koty, psy, myszy, szczury, węże – a pole, las i wzgórza aż się roiły od saren, wilków, jeleni, dzików i wiewiórek. Czego mi jeszcze więcej trzeba? A już by jakieś inne zwierzęta, ogromne jak fabryki, po morzach pływały, nijak zrozumieć nie mogłem. A mama Ryfki takie rzeczy opowiadała. Włos mi się jeżył na głowie. Zawsze z miasta nowe książki przywoziła i małą Ryfkę różnych rzeczy uczyła. Ryfka jak aniołek była, śliczna, słodka i do rany przyłóż. Z każdym się przyjaźniła, każdego kochała, każdemu bułki kawałek odrywała i do smakowania podawała. Śmieszką straszną była, chichotała, tańczyła i podskakiwała. Oczy miała piwne, duże, jak gwiazdy świecące. I włosy ciemne, lśniące, długie, po plecach jej opadały. A liczyć jak potrafiła? Nie do stu czy nawet do tysiąca. Ona mogła cały dzień liczyć i końca tego liczenia nie było, taka mądra była. I bajki najrozmaitsze znała. I opowieści magiczne, w których czarownice na miotłach latały, a gwiazdy z nieba spadały. Ryfka, chodź do nas, zapraszały ją matki ze wszystkich podwórek, rusińskich i polskich.

Ale teraz, widziałem to na własne oczy, Ryfka przestraszona była. I choć podskakiwała i nuciła sobie coś pod nosem, to niespokojnie przy tym spoglądała na boki. Ale nawet przestraszona potrafiła skakać na jednej nodze. I właśnie co kilka metrów podskoczy sobie, rozejrzy się, podbiegnie i znowu podskoczy, a potem jakoś czujnie, z przyklejonym do płotu ciałem, idzie dalej, do swego domu, który na skraju wsi stał. Pewnie od ciotki Oksany wracała. A kiedy już się znalazła na końcu naszego podwórka, chciałem krzyknąć: Ryfka, chodź do mnie, pobawimy się, po strychu poganiamy, nietoperze spłoszymy. Chciałem ręką do niej machnąć, ale sam nie wiem dlaczego się przestraszyłem, że ktoś zauważy, i już tylko patrzyłem, jak Ryfka podskakuje, a potem skrada się pod płotem.

Gdy zbliżała się do zagrody Hurnyków, oderwałem od niej spojrzenie i wbiłem oczy w okno sąsiada, które wychodziło na drogę. I zastygłem. Mychajło Hurnyk, z opuchniętymi oczami i tłustym karkiem, podobnie jak ja śledził Ryfkę. Stał pochylony i przyglądał się jej z daleka, a jego mięsiste i tłuste wargi poruszały się, jakby sam do siebie mówił. Widziałem go dobrze. Podniósł się powoli, ale po chwili schylił gruby kark i zniknął mi z pola widzenia.

 

A Ryfka już podskakiwała przed jego domem.

I nagle zamarła, zbladła, oczami po bokach rzuciła. Znowu chciałem krzyknąć: Ryfka, skręć do mnie, zamknij się ze mną w chacie, a rysować zwęglonym drewnem po desce będziemy. Ale jakoś tchu mi zabrakło, by krzyknąć. Byłem jak zahipnotyzowany. Głową ruszyć nie mogłem. Tylko moje wytrzeszczone oczy wolno krążyły, jakby planetami były. Obiegały podwórko – świat, a potem raptem stawały i zastygały na długo, jakby kosmiczna maszyneria się popsuła. Bałem się, że zaraz ten drab i morderca świń, owiec, byków i baranów na ganek wyjdzie, ręką do Ryfki kiwnie i krzywdę jakąś jej zrobi. Bo wszystkiego się po nim spodziewać można było.

Musiała usłyszeć skrzypnięcie drzwi, bo zatrzymała się, by zobaczyć, kto wyjdzie. Ale to nie Mychajło wyszedł.

Wyszedł jego brat, Jewhen. Pochylony, jakby Ryfki nie widział, szedł jednak prosto na nią, prowadzony jakimś instynktem, chudy, płaski, z bladą twarzą, zgięty w kabłąk; plecy podobne do łuku miał. I piękną, delikatną twarz. Wciąż do niej szedł, choć to było niedaleko, może dwadzieścia metrów, a on szedł i szedł, jakby czas się wydłużył, jakby dojść nie mógł, stawiał kroki, a wszystko dokoła nieruchomiało. Drzewa, płoty, cienie, nic się nie ruszało. Wiatr nawet ucichł, jakby się chciał przyjrzeć, jak Ryfka malutkie palce w kułak zaciska. Cała wieś zastygła. Domy, dachy, okna zastygły. Nawet ręczniki i prześcieradła na sznurach nie drgnęły. Ryfka miała szeroko rozwarte oczy i patrzyła na idącego ku niej Jewhena. Już doczekać się nie mogłem, kiedy weźmie ją za rękę i odprowadzi do domu. Nawet przemówiłem w duchu do niej: Jak to dobrze, Ryfka, że to Jewhen wyszedł po ciebie, a nie ten potwór i morderca Mychajło, co kogutom głowy odcina.

Ryfka skamieniała.

Już nie podskakiwała na jednej nodze. Już nie podśpiewywała sobie pod nosem. Stała jak sparaliżowana, jak szczapa wbita w ziemię, cieniutka, krucha, z ciemnymi włosami, ogromnymi oczami lalki patrzącej w nieskończoność, cienkimi jak u bociana nóżkami.

Zerknąłem, czy w oknie nie czai się czasem Mychajło z tłustym karkiem. Ale go nie było.

Jewhen doszedł w końcu do Ryfki, stanął przed nią i, odwrócony do mnie bokiem, zatrzymał na niej wzrok. Patrzył na nią w taki sposób, jakby jej dawno nie widział. Potem coś jej powiedział albo o coś zapytał, może dokąd idzie albo gdzie była, ale tego nie słyszałem, w każdym razie Ryfka skinęła głową i znowu zamarła; stała niema i tylko wytrzeszczała na niego swoje duże, piwne, przestraszone oczy.

– Weź ją – szeptałem – zaprowadź do jej matki, bo na pewno się martwi, że tak długo nie wraca. – Przemawiałem do Jewhena, ale on nic nie robił, tylko patrzył na Ryfkę.

A to, co się stało, wydało mi się snem, przywidzeniem.

Jewhen nagle rzucił się na Ryfkę, na to malutkie, drobne ciałko, kopnął ją z całych sił, a później, gdy upadła, chwycił za dwie nóżki i zaczął kręcić dokoła siebie, jakby wiatrak robiąc. Najpierw myślałem, że w taki sposób się z nią bawi. Że okręca ją wokół swego ciała, by doznała zawrotu głowy. Nieraz ze mną takie zabawy urządzali sobie starsi chłopcy. Ale to kręcenie wkrótce przestało na zabawę wyglądać. Było w nim coś strasznego, groźnego. Ryfka krzyknęła. Usłyszałem straszny, rozdzierający krzyk dziecka, które się boi. I skamieniałem; byłem martwy, rzucony w ciemną otchłań majaków i upiorów. I tchu wydobyć z siebie nie mogłem.

Jewhen coraz szybciej okręcał się z Ryfką i podchodził z nią w tym krążeniu, podobnym do karuzeli, do wielkiego kamienia, i nagle głową Ryfki w głaz uderzył. Czaszka pękła, a ze środka trysnęła szara, wodnista masa. A on jeszcze raz uderzył i jeszcze raz, i jeszcze, aż z głowy nic nie zostało. Roztrzaskana czaszka rozleciała się na kawałeczki.

A ja ruszyć się nie mogłem.

Wrosłem w parapet okna. Przestałem oddychać. Jęk ze mnie się wyrwał, ale chory, krótki.

Jewhen ciało Ryfki rzucił do rowu, odwrócił się i wolnym krokiem wracał do domu.

I wtedy wyszedł na ganek jego brat, Mychajło. Gruby, nadęty, patrzył jakoś tak spod czoła, ponuro. Gdy Jewhen zbliżył się do schodów, Mychajło w mgnieniu oka wyjął rewolwer i strzelił mu w łeb. Wszystko się działo jak w malignie. Było nieprawdopodobne, absurdalne.

Szarpnęła mną jakaś ciemna siła i wyrwała spod okna.

Runąłem na podłogę i skoczyłem pod łóżko. Jak pies, skomląc i podwijając ogon, skryłem się w najciemniejszym rogu, jęcząc i łkając, zatykając usta kułakami, by mnie kto nie usłyszał. Wcisnąłem się głębiej, między pajęczyny, tam, gdzie odchody myszy i odór zdechłych szczurów, a strach telepał moim ciałem. Cały się trząsłem. Jąkałem się, wołając coś w mroku, ale jedyne uczucie, jakie zapamiętałem z tego wieczoru, to było pragnienie, by zapaść się pod ziemię, skryć się przed światem, wpaść w ciemną otchłań, do której nikt nigdy nie zajrzy. W oczach mi wirowało, chwyciły mnie wymioty, tąpnęło coś w głowie jak w kopalni i runęła ciemność, gwiazdy i ognie piekielne, i poczułem, że spadam w wielką głębię, czarną i nieskończoną. Taką, jaką ksiądz proboszcz w kazaniu opisywał, gdy o piekle opowiadał. Tak, to mogło być piekło i już wiedziałem, o czym ksiądz proboszcz ludziom mówił.

A później, skądś z daleka, usłyszałem jakieś jęki i łkanie i wydawało mi się, że to noc szlocha, drzewa wyją i ciemność huczy nade mną. Zacząłem nasłuchiwać, a z tej nocy wyłaniały się pojedyncze głosy, pochlipywania i gruby, zachrypły bas mężczyzny, który wydawał mi się znajomy.

– Gdzie on jest? Boże, co się z nim stało? W taki czas? Jezu drogi – cieniutko zawodziła kobieta. I jej głos wydawał mi się znajomy, tylko że płynął ze strasznie dalekich stron, z jakiejś ciemności.

– Pójdę do Karolki – burknął mężczyzna.

A mnie i Karolka coś przypominała, tyle że znowu wpadałem w ogromną, bezdenną, dla odmiany białą jamę. Leciałem wśród wirów i krążących plam, między mgłami i obłokami, wywracał się do góry nogami świat i czułem, jak ogarniają mnie zawroty głowy. Musiałem wyrzucić z siebie ciężką porcję zepsutego wnętrza, bo po chwili poczułem ulgę, usłyszałem, jak pulsuje cisza, i zobaczyłem anioła, który nade mną stał i się uśmiechał. A więc koniec moich mąk, pomyślałem, jestem w niebie. Było łagodnie, ciepło, cicho i kojąco. Kołysały mnie skrzydła niebiańskiej husarii i unosiłem się na jakiejś błękitnej chmurze. Długo musiała trwać moja wędrówka po niebiańskich krainach, ponieważ z jakiejś wyspy – albo zatoki – dolatywały śpiewy, głosy rozmów, a potem zapadła cisza, jakby i w niebie nastał czas spoczynku. I w tej ciszy nagle usłyszałem rozmowę:

– Dlaczego Jewhen to zrobił? Dlaczego? – pytała jękliwie jakaś kobieta.

– Wszystkiego bym się spodziewała, tylko nie tego – wyszeptała druga. – To wszystko przez tych banderowców, co się zbierają po lasach. To oni mu kazali.

– Popatrzcie, jak to nigdy w życiu nic nie wiadomo. Mychajło pasował na takiego, co morduje, a tu Jewhen ją zakatrupił – ciężko powiedział mężczyzna.

– A stary skąd wyszedł? – odezwał się inny mężczyzna cienkim głosem.

– Z szopy.

– Z siekierą?

– Tak, z siekierą.

Przez chwilę panowała cisza. A potem odezwał się burczący starczy głos:

– I wyrównał rachunki.

O czym oni mówią, o jakich rachunkach, nie miałem pojęcia. Zdawało mi się, że coś pojmuję, jakbym znał te imiona – Jewhen, Mychajło – i rozumiał, co znaczy siekiera, ale jedno do drugiego nie pasowało. I raptem w głowie mi coś pękło, huk wielki znowu się rozszedł, ból rozsadzał czaszkę.