Planeta LEMa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

KULTURA

Mówi głos w ciemności

O Dostojewskim niepowściągliwie

Jak przyjmować gości z gwiazd

O geniuszu zapoznanym

Fizyka pola i poezja

Rozkosze postmodernizmu

Magik i uwodziciel

Rozważania sylwiczne XIX

Proza gęsto tkana

Klimat przeszłości i smak rzeczy

Rozważania sylwiczne XCI

Rozważania sylwiczne XCIII

Rozważania sylwiczne XCIV

Mój Miłosz

Psychologia tłumu

Czy zmierzch literatury?

Moje lektury

NAUKA

Technologia cudu

Dziesięć lat energii atomowej

Czy jesteśmy sami w Kosmosie

Herezje

Hodowla informacji

Czy przejmiemy technologię życia?

Komputeryzacja mózgu

Języki i kody

Rozważania sylwiczne XXVIII

Rozważania sylwiczne XXIX

Rozważania sylwiczne XXXV

Sztuczna nieinteligencja

Kwantowy komputer?

Transgeniczna mysz

Symulowanie kultury

Mój pogląd na świat

Rozważania sylwiczne LXIII

Czy jesteśmy sami?

Skąd błąd?

Muzyka genów

Iluminacja i mózg

Splątany kłębek

Hochsztaplerzy

Wszechświat

Genetyka

Nieśmiertelność

Magicy i szarlatani

Zagłada Ziemi

Zagłada i kreacja

Geologiczna symfonia

WYDARZENIA

Tatry zimą – suplement

Poza granicą pojmowania

Wiek papieru ściernego

Po wyjściu z Egiptu

Tragiczne akrobacje

Krwawy pochód

Niepokoje

Energetyczne dylematy – na marginesie sprawy Temelina

Sprawa krwawego błota

Straszliwa lekcja

Powrót do atomu

Nowy świat?

Spór o Powstanie

Rosja Putina

Żądza krwi

PRZYSZŁOŚĆ

O astronautyce – rzeczowo

O granicach postępu technicznego

O roku 2000

Sex Wars, czyli świat i Polska

Rozważania sylwiczne XX

Rozważania sylwiczne LXV

Koniec końców

O SOBIE

Rozważania sylwiczne XVI

Rozważania sylwiczne XVIII

Rozważania sylwiczne XXIII

Rozważania sylwiczne XXXII

Okrutny mecenas

Busola z Maisons-Laffitte

Rozważania sylwiczne LXVII

Rozważania sylwiczne LXXI

Żegluga

Wspomnienie o Mieczysławie Choynowskim

Stacja Solaris

Życie w próżni

Horyzont za mgłą

Rwąca fala

Obiektywem w przeszłość

Głosy z sieci

Posłowie – Jerzy Jarzębski: Obszary dyskusji

Przypisy

Podstawa wyboru tekstów Stanisława Lema:

Wejście na orbitę, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1962

Dylematy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

Moloch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

Sex Wars, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004

Krótkie zwarcia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004

Rasa drapieżców, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006

Cykl felietonów Czy jesteśmy sami w Kosmosie (1978–1979), „itd”. Tygodnik Studencki

Opieka redakcyjna: KRYSTYNA ZALESKA

Konsultacja: JERZY JARZĘBSKI

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, ETELKA KAMOCKI, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK

 

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Edycja

© Copyright by Tomasz Lem

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

© Copyright for the Afterword by Jerzy Jarzębski

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05925-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Kultura

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Mówi głos w ciemności

Dżumę kończyłem z rozczarowaniem, w którym kryła się ulga. Ulga zawodowca obawiającego się nie tylko zdystansowania przez czołówkę, lecz zupełnego od niej oderwania. Oczekiwałem zakłóceń w odbiorze wielkiej syntezy, spowodowanych naszym anachronizmem. Obsesje ubogiego krewnego. Tymczasem – nic z tego. Ach, więc ten tragizm laicki, ta mgła heroizmu osaczonych, to już wszystko? Miałem spokojną pewność, że wiem więcej, chociaż nie umiem tego napisać, Camusowi z Dżumy mogłem zakreślić granice we własnym doświadczeniu, starczyło mi na to terenu, który przeszedłem. Osoby i sceny o rozmytych konturach, w pół drogi między dosłownością a alegorią. Świat, który został stworzony po to, aby przeprowadzić wywód, usamodzielnia się, twórca nie wyzwolił się do końca od jego materii, szczury o okrwawionych mordkach naprawdę wychodzą z podziemi, aby zdechnąć na proscenium. Genius epidemiae jest równie wszechobecny, jak strach w tyranii, ale nie jak zdrada. Epidemiologia zajmuje się strategią inwazji z zewnątrz; człowiek nie jest tu odpowiedzialny za c a ł e zło, filozofie moralne nie ścierają się w pełni swego rynsztunku. Dżuma stwarza zbyt małe ciśnienie. Są chorzy, ale są i zdrowi; choroba pęta ciała, nie dusze, te są tak mało zawisłe od jego upadku! Luksus, do którego nie byliśmy przyzwyczajeni. Rozumiem, że pisarzowi była potrzebna wolność, bo bez niej nie ma antycznej tragedii, lecz pozbawieni choć raz podobnej przestrzeni dla manewru czują, że przeszli granice zbytkownej poetyki. Co zaś najgorsze, była chwila, w której zauważyłem, że książka jest dość gruba. To znaczy nużąca. Byłem chłodny przez cały czas. Obnażałem głowę przed żałobnymi pochodami, ale jak przybysz z kraju, w którym odbywa się to trochę inaczej. Marszowa muzyka, żadnych orszaków, pośpiech, pośpiech i rowy z mięsem, a rozpamiętujący swych zmarłych są tam godni zazdrości – stać ich na rozpacz, widać mają jeszcze czas. Oczywiście mówię jak barbarzyńca, powtarzając: „mydło z ludzi, mydło z ludzi”, nie zajdziemy w sztuce daleko. Ale to jest tak: duchy miejsca, czasu, epoki, „esencja istnienia” – istnieją zawsze, unoszą się wszechobecne, przepajają rojowisko ludzkie, jak elektryczność atmosferyczna – niebo, lecz rozrzedzone powszedniością, ospałym tempem wydarzeń, ich bierną pogodą, nie dają się pochwycić, ukonkretnić, i żeby obcować z nimi oko w oko, by się namacalnie zmaterializowały, literatura ucieka aż do gwałtowności, właśnie jak przyroda, stężająca tę jakąś tam niewidzialną elektryczność atmosfery w piorunowych wyładowaniach burz. Stąd zbrodnie w powieściach Dostojewskiego, brutalność Amerykanów, dlatego muszą w rzeki rosnąć powieści mieszczańskie, które takiej kondensacji nie stosują; niedostatek stężenia zastępują rozległością zbadanego obszaru. Gwałtowne sytuacje są więc środkiem do osiągnięcia celu, są właściwie pretekstem; cóż ma wszakże począć sztuka, gdy rzeczywistość wzmaga gwałtowność nad miarę wszelkiej poetyki – kiedy ciśnienie jej, idąc poza punkt krytyczny materializacji, zgęszczenia losów, nadal rośnie, miażdżąc, rozbijając osobowości na nie poddające się już scałkowaniu elementy? Niektórych opowiadań okupacyjnych Vercorsa wprost czytać nie mogłem; odrzucało mnie od nich. Ten Niemiec, który kocha muzykę, ale jako żołnierz musi itd. ... Ten bohater ruchu oporu, który u kresu sił ześwinił się w obozie i teraz gryzie go sumienie! No, proszę! Więc gdyby nie pchnął w stronę zagłady tego jednego żywego trupa, współwięźnia, byłby już czysty i spokojny, i mógłby dzieciom przy kawie opowiadać „widziałem, jak się piekło milion ludzi”. W takim razie byłby już w porządku, co? Podziwiam skwapliwość absolucji, ten ogrom dobrych chęci. Niestety, rezultatem jest katharsis przeznaczona wyłącznie dla niedoświadczonych. Istnieje nadmiar wiedzy o człowieku, który zmusza artystę do milczenia, przynajmniej w obrębie dotychczasowych poetyk, starych konwencji. Dżuma, choć o niebo lepsza, zaleciała mi jakimś zatrzymaniem się na drodze do prawdy – podyktowanym względami artystycznymi. Trzeba było zmniejszyć wybuchowość materiału, by nie obrócił w chaos konstrukcji.

Teraz przeczytałem Upadek. Cóż za książka? Zamykając ją, miałoby się ochotę rozbić maszynę do pisania. In der Beschränkung zeigt sich erst der Meister. O, tak. Byłem nie tylko „wzięty”, ale i zaskoczony. Ogarniał mnie małostkowy niepokój, bo w „teorii literatury”, jaką wykoncypowałem na własny użytek, właściwą metodą jest pokazywanie, a nie nazywanie świata, selektywny odbiór faktów, nie pojęć. Odwrót z postawy interpretacyjnej na opisującą, przez słabość, nie przez skromność; jeśli tego nie podźwignę, to nie chcę udawać, że mi się udało. Ale – tak myślałem – odwrót jest pozorny, gdyż opisać świat, to już go wyjaśnić. Treści interpretacyjne winny wypełnić dzieło tylko jak powietrze – zbudowany dom. Bo jeśli się je explicite ponazywa, jednoznacznie zdefiniuje, to ledwo historia zrobi krok, całe nasze klasyfikatorstwo, wyroki, wymierzane doraźnie rzeczywistości z pisarskiego wywyższenia, okażą się, porzucone przez ewoluujący dalej świat znaczeń, osamotnioną starzyzną, taką właśnie, jak wyługowane z sensu i tylko zabawnie precyzyjne dziewiętnastowieczne definicje atomów. A zatem należy ślubować wierność faktom, przemilczając z rozsądku to, co dziś o nich myślimy, jak je osądzamy. W portrecie gwiezdnych konstelacji, naszkicowanym tysiąc lat temu przez chińskich mędrców, współczesny astronom odczytuje nie obecność smoków, które oni tam widzieli, lecz wybuch supernowej. Nie wyrzekajmy się naszej wiedzy, lecz ukrywajmy ją poza szańcem wzniesionym ze zjawisk. To i pewniejsze, i uczciwsze. Nie od razu przeląkłem się o „mój system”. Przeczytawszy ze trzydzieści stron Upadku, pomyślałem: to spowiedź nowoczesnego Stawrogina, który jest francuskim burżujem, a więc, oczywiście, kulturalnym mecenasem. Podjąć się jej, tak oczyszczając tekst z realiów, tak je lekceważąc, to szaleństwo. Dopowiadać, nazywać, uogólniać, wartościować, wciąż sądzić, ależ on sobie na tym kark skręci!

Niedługo zorientowałem się w pomyłce; teoria zatrzeszczała. Przemknęło mi wtedy, że to nie tyle spowiedź Stawrogina, ile Wspomnienia człowieka z lochu. Podobny temat w innym opracowaniu, bo o co chodzi? No, o rzecz raczej sporą; w ostatecznym rachunku – bohaterem będzie cały gatunek! Na to wygląda. Skomponowane to – tak myślałem – od nowa; kontrapunkt, tonacja, instrumentacja – wszystko inne. Tam – ponura uciecha samoupokorzenia, samobiczowanie takie, żeby razy padające na własny grzbiet trafiały otaczających, szczerość histeryczna, tchórzliwy pośpiech w zdzieraniu zasłon, przenikliwość, która się płaszczy, zjadliwy szept przechodzący w krzyk.

Tu – spokój. Złagodzenie, dojrzałość. Głos równy, w cuglach. Toczy się ten sam proces, ale komplet sędziów elitarny; sama wyrozumiałość, kurtuazja do końca, żadnego fanatyzmu, a prokurator jest poetą, i to jakim! Kanciaste, okrwawiające dłoń kamienie Dostojewskiego odnajdujemy w czystym nurcie Camusa jako miłe dla oka, pozbawione szarpiących krawędzi głazy. Choć ciężar pozostał ten sam.

Więc jakże? U Rosjanina – kamienowanie biblijne, u Francuza – absolucja, odpust?

Nie, nie ma rozgrzeszenia. Ale tu muszę się wycofać, bo ważniejszy jest dla mnie od wyroku – przewód sądowy. Wróćmy więc do naszego kodeksu praw, to jest do teorii literatury.

Gdyby była w Polsce uczelnia kształcąca pisarzy (los nam tego oszczędził) i gdyby złośliwy traf uczynił mnie asystentem przy katedrze budowy postaci, myślę, że na egzaminie konkursowym dałbym adeptom takie chyba zadanie: Człowiek niestary, lecz czujący już zmęczenie tuż po przebudzeniu – od pewnego czasu nie doznaje satysfakcji przy zaspokajaniu swych namiętności. Nigdy zresztą nie były to namiętności, raczej zamiłowania, lecz teraz i one pustoszeją, zostają po nich tylko formy zewnętrznego nawyku. Pogardzał otoczeniem zawsze, lecz było mu potrzebne jako trampolina – teraz tylko jako tampon pustki. Zaczyna się zmuszać do swady, do gry, lecz im żywiej działa, tym bardziej odczuwa pustkę; szuka nowych bodźców. Nie wyeksploatował siebie do końca; w głębi duszy jest okrutny, tam mieszczą się jeszcze pewne rezerwy, ale nie może do nich dotrzeć. Nie rozumie dlaczego; brak mu konwencjonalnych oporów etycznych, nareszcie dopuszcza się czynu, który, ujawniony, otrzymałby miano podłości; nie będzie ujawniony – to pewne. Sytuacja, która przyniosła momentalne ożywienie, we wspomnieniu budzi niesmak. Żadnych wyrzutów; wszystko letnie. Wszystko zblakło. Żywy pozostał tylko strach przed śmiercią, nieznana dotąd nowość. Strach przychodzi atakami; poza nim jest nuda. Pewnego wieczoru, w przystępie paniki, która chwyciła go wobec perspektywy powrotu do pustego mieszkania, przysiada się w kawiarni do człowieka właściwie niemal obcego i nawiązuje byle jaką rozmowę. Tamten nie okazuje zachwytu, spieszy się może gdzieś. Trzeba odejść. Wie o tym, lecz zostaje. Sytuacja puchnie. Czuje, że musi przestać mówić, nie może; mówi, mówi, byle mówić: „Boże, cóż za upokorzenie” – myśli i gada dalej. Nareszcie nie ma w nim już miejsca nawet na refleksje; płaszczy się jak pod prasą. Przez cały czas – „towarzyska rozmowa”.

Otóż zadanie brzmi: należy napisać tylko to, co on mówi. Muszą to być, naturalnie, rzeczy obojętne, neutralna gadanina o gładkiej powierzchni; mimo to trzeba czytającemu zasygnalizować w tej wypowiedzi nakreśloną powyżej formułę postaci. Czyli: nie ujawnić, bo to niemożliwe, ale milcząco dać do zrozumienia, do odczucia, tak by pozostało wrażenie pustyni za ścianką bardzo cienką, lecz zatrzymującą wzrok; uczucie, że za banalnymi słowami czyha chęć wyznania, intymnego do nieprzyzwoitości; cofa się i znów powraca; zbliża i oddala, lecz do głosu nie dochodzi. To nie wszystko. Kiedy po pewnym czasie mówiący popełni samobójstwo, od tego faktu padnie światło, w którym elementy towarzyskiej konwersacji przegrupują się, nabierając znaczenia zwiastunów klęski. Stanie się zrozumiałe, że wtedy, w kawiarni, ten człowiek był już właściwie bliski podobnej decyzji. Zapewne sam o tym nie wiedział.

Problem wydaje się raczej trudny, ale to właściwie elementarz, cząstka znacznie większych mozołów konstruktorskich pisarza. To tylko jedna nitka osnowy; jeśli się chce zobaczyć, jak „robi się” podobne rzeczy, trzeba sobie zakreślić i przeczytać w Zbrodni i karze wypowiedzi, którymi Dostojewski wprowadza Swidrygajłowa.

Czy w naszym zadaniu chodzi o „podtekst”? Niestety, nie jestem pewny znaczenia tego terminu.

Ktoś myśli jedno, a mówi drugie; na papierze utrwalamy tylko to, co powiedział. Reszta jest do odgadnięcia. Czy to jest podtekst?

Może być jednak podtekst zdania, i sceny, i sytuacji; tekst może być jednoznaczny do końca, a inspirowany przezeń podtekst – nie; to, co do domyślenia, może mieć charakter intelektualno-psychologiczny, emocjonalny, ze wszystkimi możliwymi wariantami; mamy przed sobą problem z dziedziny psychologii postaci (w sensie Gestaltpsychologie), to pewne, i równocześnie – teorii informacji. To, co niewypowiedziane expressis verbis, można sygnalizować nie tylko brakiem, luką semantyczną, ale i nadmiarem (to metoda typowa dla Dostojewskiego) określeń; jeśli tak jest, to pojęcie podtekstu staje się workiem, do którego można zapakować pięć szóstych całej sztuki pisania. Jeśli się nie mylę, tradycyjnie przyjęło się nazywać najchętniej „podtekstem” te słowa, które służą ukrywaniu (ale znaczącemu) myśli osób działających. W istocie współpraca tak pojmowanego „podtekstu” z tekstem jest długodystansowa, obejmuje właściwie całe dzieło, a tylko wykrywalna jest tym łatwiej, im bardziej rośnie dysproporcja, różnica napięć między sytuacją budowaną przez wyobraźnię czytającego a informacją udzielaną przez tekst. Do im większego wysiłku konstruktorskiego zmusimy czytelnika, tym więcej „nafabrykowaliśmy” podtekstu. Odbiorca bierny to pień; dosłowność wyłączna odbioru to „niemuzykalność” czytelnika literatury. Dodajmy: literatury dobrej.

 

Mój kodeks praw pisarskich daje szczególnie wysoką lokatę Amerykanom. Mam na myśli twórców, którzy – rozmaicie zresztą – realizowali w swej sztuce behawioryzm. Jest to rezygnacja z wylewności, ściszanie, kiedy robi się coraz głośniej, skąpa ilość małych słów o wielkich sytuacjach, reakcje bohaterów – w przerastających ich sytuacjach – jakby za drobne, jakby nieproporcjonalne, ale rysowane z najwyższą precyzją; ma to dwie konsekwencje. Po pierwsze, odświeżanie waloru znaczeń; powściągliwość tekstu działa na umysł czytelnika jak ciemność na wzrok; wzrasta wrażliwość; dla przygotowanych na krzyk – szept staje się wstrząsem; gwiazdy widać tylko nocą.

Po wtóre – budowanie z faktów raczej niż ze znaczeń zdaje się zapewniać trwałość dzieł poprzez możliwość ponownego ich odmiennego odczytania w świetle nowych, późniejszych doświadczeń i teorii. Wspomniałem już o tym. To są rzeczy znane. Ale – i w tym sęk – szkoła amerykańska nie rezygnuje całkowicie z intelektualizmu, to zresztą niemożliwe; treści intelektualne przekazywane są – by tak rzec – stopniowo, system ontologiczny nie jest w książce dany, ona go dopiero buduje; odbywa się to głównie poprzez coś, co nazwałbym „pseudoprymitywizmem” wypowiedzi. Oczywiście „pseudo”, bo pisarz musi wiedzieć, dokąd zmierza. Zasadniczo mamy tu jednak przed sobą – w tej chwili myślę głównie o Caldwellu, ale można znaleźć przykłady i u innych – teatr debilów, a przynajmniej ludzi okrutnie przeciętnych, którzy swymi bezwinnymi odruchami, naiwnym przekraczaniem wszelakich Rubikonów wznoszą przed naszymi oczami nie jakiś chaos ubogi, lecz coś podobnego raczej do teorii Einsteina.

Zaczynam mówić ciemno, sam to czuję, spróbujmy się więc wydobyć z tej krasomówczej koleiny. Potrzeba nam konkretu. Weźmy zatem Fiestę Hemingwaya. Jest to nagromadzenie niezbyt pomysłowych rozrywek Amerykanina we Francji, potem w Hiszpanii. Trochę mniejszych i większych pijatyk, jazd autami, wałęsania się paczki ludzi, nic właściwie nie mających sobie do powiedzenia. Z małych takich scenek, z przypadkowości wyboru partnera do łóżka, z niezdecydowania, ze wszystkich przedmiotów akcji wstaje powoli aura nieszczęścia, w którym ludzie bawią się, piją, śpią ze sobą, bez większego ładu i składu. Pozornym źródłem tej aury i pierwszym dnem powieści jest impotencja bohatera, która doprowadza go do tego, że w końcu staje się seksualnym pośrednikiem między kobietą, którą kocha, a młodym torreadorem. Ale to tylko pierwsze dno. Aura książki obejmuje także innych, nie cierpiących z powodu seksualnego kalectwa. O co chodzi naprawdę? Chyba o pustkę życia. Impotencja, ukazana dość późno zresztą w książce, jako „pierwsza przyczyna” wielkiej niewygody, „bólu istnienia”, jest w gruncie rzeczy tym samym, czym siekiera Raskolnikowa: ośrodkiem krystalizacji, materialnym jądrem orzecha do zgryzienia; ale chodzi o grzech, nie o jego wymienne w gruncie rzeczy jądro.

Tym twardym orzechem jest, naturalnie, pytanie: „co robić”. Niedobrze, kiedy odpowiedź na nie jest, by tak rzec, narzucona człowiekowi przez porządek rzeczy. Wtedy życie – to napierająca ściana; wypełnia je wysiłek podtrzymywania samej egzystencji, mrówcza zapobiegliwość, szamotanina z biedą, w przypływach buntu – walka z pętami formowanymi przez siły społeczne; wszystko to rzeczy nieznośne, wyczerpujące, złe, ale tamponujące szczelnie czas. Tylko palacze w kotłowni na walczących pancernikach nie odczuwają lęku, bo nazbyt ciężko pracują; jest żar, szufla węgla, otwarty piec, trzeba się zamachnąć, zrobić krok, cisnąć ładunek w głąb, a pilnować się; na tym koniec; jutro będzie pewno tak samo, ale nie mam czasu o tym myśleć, zresztą po co? Żadnej z mąk nie ma się oszczędzonej prócz jednej: swobody wyboru.

Przed innymi ludźmi ściana rozpada się, znika. Otwiera się przychylny obszar; jest materialna pewność bytu, otwarty, czekający na zużytkowanie czas, swoboda egzystencji. Już nic się nie musi, wszystko jest tylko możliwe, z jednym wyjątkiem: przymusu powzięcia decyzji. Rozwiera się wielki luz, pustka wolności, zaspokajać zachcianki – to miłe, ale płyną lata; na koniec: gdzie moje nieosiągalne marzenia? Nie, nie, ja nie chcę zaraz mieć, ja chcę tęsknić! Jak to, nie można? Już nie? To zabija.

Wariant pierwszy, według Irzykowskiego: „Życie polega na tym, że nie można żyć”. Wariant drugi: „polega na tym, że nie wiadomo, co z nim począć”.

Walka i pustka – to dwa przeciwległe bieguny świata zamknięte w literaturze, którą umownie, dla uproszczenia, nazwałem amerykańską.

Więc, jeszcze raz, do znudzenia: jak oni to robią?

Są artyści, którzy potrafią, przy pomocy chusteczki, piłki pingpongowej, kawałka szminki i swoich pięciu palców odegrać przed nami mikropantomimę, godną nazwy „dramatu istnienia”. Ich surowcem jest tylko to, co dotykalne, widzialne, materia, świat przedmiotów. O świecie znaczeń milczą, ale w sposób szczególny. To, co nie zostało nigdzie nazwane, staje się wszechobecne; filozofia, nie wzywana natarczywie, sama schodzi na scenę.

Amerykanie są rzeczowi. Wydawać by się mogło, że ich celem jest odtworzyć dźwięk szkła, drganie gałek ocznych pijanej, ruch, którym powieki zaciskają się w spazmie rozkoszy, to, co się dzieje, kiedy pocisk trafia ciało; jacyż z nich cierpliwi podpatrywacze! Już wiemy, że nie o to chodzi. To tylko drabina, po której wprowadzają nas do nieba, a raczej piekła wtajemniczenia. Tak z architektoniki rzeczy ciężkich, zwykłych, sprawdzalnych, powstaje przybytek materialny do dna, do końca; wiążą łuki, kładą ostatnie cegły, a gdy robota skończona, gdy oddalają się ci solidni budowniczowie, objawia się naraz sens całości, opłaciło się milczenie przy pracy, kamienie, chmury, drzewa, ciała śpiących kochanków, wszystko się tłumaczy, odzywa – już cały świat mieści się w strukturze budowli, powstałej z tak świadomej rezygnacji artystycznej. To miałem na myśli, mówiąc przedtem, dość niezręcznie, o odgrywanej przez prostaków teorii Einsteina.

Opanowawszy elementy pisarskiego rzemiosła, nie jest szczególnie trudno imitować Amerykanów, i to tak, że czytelnik inteligentny, to znaczy pełen dobrej woli, a i szczypty snobizmu, gotów doszukiwać się i „podtekstów”, i nieba autorskiej filozofii, w które powinna prowadzić drabina. Drabina, w samej rzeczy, stoi, widać szczeble, na każdym można nogę postawić, cóż – kiedy prowadzi donikąd.

Lepiej lub gorzej – Amerykanów można naśladować. Camusa z Upadku – nie. Groziłoby nie „pół nieszczęścia” – to jest książka „kościół bez Boga”, pozbawiona ducha syntezy, ale czytelna – lecz nieszczęście całe: banał.

Skąd się to bierze? Stąd, że łatwiej jest zbudować kościół, niż wymyślić religię.

Nie wiem, czy to się rzuca w oczy. Mówiliśmy o powściągliwości artystycznej Amerykanów; Camus idzie w niej jeszcze dalej. Nim przystąpił do wywołania „ducha syntezy”, wyrzucił ze swego przybytku wszystkie rzeczy, przedmioty, nawet ludzi, bo mogą rozrzedzić temat główny, nareszcie sam ów przybytek zburzył, tak że nie zostało już nic, tylko ciemność, a w niej jedyny aktor – chociaż nie, bo i on jest niewidzialny – został już tylko człowieczy głos.

Zdaje mi się, że to kres; dalej pójść niepodobna. Wspomnienia człowieka z lochu – to spisany monolog; sytuacja, zdawałoby się, zredukowana do bezwzględnego minimum, najwęższa, jaką można sobie wyobrazić. Nieprawdaż? A jednak okazuje się, że jest jeszcze jeden krok: ukazujemy mianowicie nie całą sytuację, ale tylko jej część. Jednego rozmówcę. Drugi, pozbawiony samodzielnego bytu, pozostaje za książką. W „podtekście”.

Proszę nie sądzić, że to tylko „odświeżający chwyt formalny”, rzecz można podbudować solidną egzegezą gnoseologiczną.

S u m m a lojalności pisarskiej: rezygnacja z ostatnich resztek „wszechwiedzy” o wydarzeniach. Skoro świat zawsze oglądany jest czyimiś oczyma, i „po kantowsku”, sam w sobie, przedstawiony być w dziele nie może, to czy nie najuczciwiej jest ograniczyć się do jednego bohatera? Prawda, musi on działać, musi tkwić w jakiejś konkretnej sytuacji, potrzebny jest drugi człowiek, jego obecność określa bohatera, polaryzuje go, ale pokazywać tego drugiego – to już stworzyć fikcyjnego obserwatora, i od razu wpadamy w starą konwencję, już uczyniony jest pierwszy krok w stronę równie wygodnej, co fałszywej wszechwiedzy, której w rzeczywistym świetle nic nie odpowiada. Bo ta konwencja uznaje porzucanie jednego bohatera, żeby się zająć z kolei innym, i niebawem uczestniczy w „przesiadance” introspekcji, coraz to odbywają się „przenosiny” z jednego wnętrza duchowego w drugie. A któż to widział, przeżył? Że to wzbogaca? Czasem, być może, lecz jedna wartość zostaje utracona, i to bezpowrotnie; niepowtarzalności indywidualnego strumienia duchowego. Behawioryści konsekwentni (konsekwentnych do końca właściwie nie ma, ale to sprawa wymagająca rozważań, w których byśmy się teraz zgubili) ograniczają się do opisu faktów zewnętrznych. Ale jest i druga możliwość, mianowicie – przestać istnieć poza bohaterem. Czyli: wcielić się weń tak zupełnie, żeby powstał szczelnie zamknięty świat, bez żadnej reszty. Zauważcie: istnienie narratora jest w Upadku absolutne, wypełnia całe dzieło. Nie słychać słów tego drugiego, bo przez nie musiałby się zdradzić autor. On jednak tego nie chce. I cóż zostało nam z naszej „teorii literatury”? Chyba tyle: Dostojewski, będąc obecny w dziele, tę swoją obecność zaciera, dając odautorskie oceny wzajemnie sprzeczne, znoszące się; Amerykanie redukują komentarz odautorski do minimum; patronują bohaterom, milcząc; zasadą ich jest rezygnacja z wszechwiedzy pisarskiej posuwana coraz dalej; np. Faulkner od siebie „nic już nie wie”, stąd potrzeba odszukiwania faktów we wspomnieniach ludzkich, stąd nawroty akcji w pogoni za świadkiem, stąd akcentowana „niepewność zeznań”; nareszcie Camus w Upadku znika całkowicie ze sceny – dzięki zupełności wcielenia. Mówi głos w ciemności, nie on.

Warstwa anegdotyczna tej książki jest niesłychanie wątła; sprawa centralna, historyjka o samobójczyni, która skoczyła z mostu, a bohater uciekł, w ten sposób „demaskując się przed sobą” – to tylko pretekst, już całkiem jawny, w znaczeniu, jakie miałem na myśli, mówiąc o impotencji w Fieście czy zbrodni Raskolnikowa. Aby reakcja potoczyła się we właściwym kierunku, potrzebny jest nie wielopostaciowy dramat, wielkie wyładowanie, lecz drobiazg, pyłek w strumieniu narracji; decyduje nie ciężar zewnętrzny, nie rozmiary zjawisk, lecz ich waga moralna. Szalę przeważa kropla – gdyż w tym momencie wszystko jest już gotowe, wszystko się dokonało.

Dla pisarza, który wciela się w jedną tylko postać i przemawia z jej wnętrza – ono jest pierwotne, a nie świat otaczający. Mamy więc przed sobą nie fakty, lecz ich nieustające całkowanie – obszarów życia, sfer ludzkich stosunków, ich praw; autor, który interesuje się wyłącznie sobą, staje się niewolnikiem swej biografii; to jednak, co wychodzi pisarzowi na złe, może być dla jego bohatera dobre. Ograniczywszy się tak bezwzględnie, Camus uzyskał wolność.

Wolność – od czego? Od historii. Nie istnieje ona w książce wypełnionej po brzegi istnieniem jednostkowym; spowiedź, której słuchamy, mogłaby się toczyć niemal bez zmian w XVII czy XVIII wieku. W królestwie psychologicznych powszechników rządzą te same wciąż prawa; ten sam milczący balet biegnie przez scenę, odgrywając teatr, którego widownią jest nicość. Świat Camusa – to pamięć zamknięta szczelnie, jak wszechświat Einsteina, bez wyjścia, bez odwołania, bez nadziei innych wartości, prócz doczesnych, a te, ledwo stając się, już się rozwiewają; to nie ukazywanie czarnej podszewki cnót, nie spowiedź „dziecięcia wieku”, gdyż byt jest bezwieczny; to nie manicheizm, lecz tylko pozór, pozór i daremność; zawsze jest za późno. Ontologia pożarła, unicestwiła socjologię; zawsze ma się kobiety, przyjaciół i zawsze ich się traci; portret ma być zwierciadłem podsuniętym ludzkim twarzom. Cóż się w końcu ostaje? Jakiś bunt, jakiś niepokój gdzieś w głębi; każde doświadczenie wciela się bezopornie w los człowieka jako zdarzenie prawie obojętne, choćby to było zdarzenie najstraszliwsze, z czasów ostatniej wojny; jeśli gra jest przegrana od początku, nie grozi już nic. Od chaosu ratuje już tylko świadomość przegranej: „sędzia-pokutnik”... Oto pierwsze kroki na terenie filozofii Camusa. I tu, w miejscu, w którym należałoby podjąć z nią rozprawę, zawieszam te uwagi – z nadzieją powrócenia do nich w przyszłości.

1957