Ogród ciemności i inne opowiadaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ostrzegałem was, że nie jest to historia o duchach. Zjawy zza grobu, przeczucia, mistyczne proroctwa, klątwy, widma pokutujące i cała reszta tych uczciwych, wyraźnych, wdzięcznych, a przede wszystkim prostych stworów znikła z naszego życia raz na zawsze. Żeby dokładnie opowiedzieć o duchu, który właził do maszyny IBM przez główną mufę sieci federalnej, należałoby rysować diagramy, pisać wzory, a jako detektywów używać jednych komputerów, żeby się dobierały do innych. Duch nowego typu powstaje z wyższej matematyki i dlatego jest tak nieprzystępny. Moja historia musi się rozleźć, zanim postawi wam włos na głowie, bo będę teraz wykładał to, co mi powiedział Hart. Sieć informatyczna przypomina elektryczną, tyle że zamiast energii czerpie się z niej informację. Krążenie zaś, czy to energii elektrycznej, czy wiadomości, przypomina ruch wody w zbiornikach połączonych rurociągami. Prąd płynie tam, gdzie spotyka najmniejszy opór, czyli gdzie jest największe zapotrzebowanie. Jeśli przerwać jeden kabel dosyłowy, elektryczność sama szuka sobie drogi okólnymi liniami, co zresztą może doprowadzić do przeciążenia i awarii. Obrazowo mówiąc, mój IBM, kiedy tracił łączność z dalekopisem, zwracał się o pomoc do sieci, która ruszała na to hasło z szybkością kilkunastu tysięcy kilometrów na sekundę, bo tak szybko porusza się prąd w przewodach. Nim się zgrały wszystkie wezwane posiłki, mijała jedna do dwu sekund i przez ten czas właśnie komputer milczał. Potem połączenie zostawało jak gdyby odtworzone, ale w jaki sposób właściwie, o tym nie mieliśmy nadal pojęcia. Wszystko wyjaśnione do tego miejsca miało bardzo rzeczowy, fizykalny charakter, a nawet dawało się przeliczyć na dolary, tyle że zdobyta wiedza była czysto negatywna. Wiedzieliśmy już, co uczynić, żeby komputer stracił swoje nadzwyczajne talenty; wystarczyło w tym celu odłączyć go od informatycznej mufy. Ale nadal nie pojmowaliśmy, jak mogła mu pomóc sieć, bo i jakże właściwie dobierała się do jakiegoś Sherabadu, gdzie było akurat trzęsienie ziemi, albo do sali w Rio, w której odbywał się mecz bokserski? Sieć jest zamkniętym systemem połączonych komputerów, ślepym i głuchym na cały świat zewnętrzny, z wejściami i wyjściami, którymi są dalekopisy, przystawki telefoniczne, rejestratory w korporacjach czy w urzędach federalnych, sterujące pulpity w bankach, w centralach energetycznych, w wielkich firmach, w portach lotniczych i tak dalej. Nie ma ona żadnych oczu, uszu, anten własnych, czujników zmysłowych, a ponadto nie wykracza swoim zasięgiem poza teren Stanów Zjednoczonych, więc jakże mogłaby zdobyć informacje o tym, co działo się w jakimś Iranie?

Hart, który wiedział tu akurat tyle co ja, to znaczy nic, zachowywał się jednak w sposób zupełnie odmienny od mego, bo ani sam takich pytań nie stawiał, ani mnie nie dopuszczał do głosu, kiedy go nimi chciałem zarzucić. Kiedy zaś nie udało mu się już powstrzymać mojej rozeźlonej ciekawości i kiedy powiedziałem mu niemiłe rzeczy, które łatwo wymykają się z ust między trzecią a czwartą nad ranem po nie przespanej nocy, oświadczył mi, że nie jest wróżką, znachorem ani jasnowidzem. Sieć, jak się okazuje, przejawia własności, których nie zaplanowano w niej ani nie przewidziano; są ograniczone, jak o tym świadczy historia z Marsem, więc mają fizykalny charakter, czyli podlegają badaniu, które może przynieść po pewnym czasie określone wyniki, ale które zapewne nie będą odpowiedziami na moje pytania, ponieważ tego rodzaju pytań w nauce stawiać nie wolno. Zgodnie z regułą Pauliego, każdy stan kwantowy może być obsadzony tylko przez jedną cząstkę elementarną, a nie przez dwie, pięć albo milion, i fizyka ogranicza się do takiego stwierdzenia, natomiast nie wolno jej pytać, czemu ta zasada jest przez wszystkie cząsteczki bezwzględnie przestrzegana i co albo kto zabrania cząstkom zachowywać się inaczej. Zgodnie z zasadą indeterminizmu cząstki zachowują się w sposób tylko statystycznie określony, a w obrębie owego indeterminizmu pozwalają sobie na rzeczy ze stanowiska klasycznej fizyki nieprzyzwoite albo wręcz koszmarne, bo naruszają prawa zachowania, ale ponieważ to się dzieje w przedziale nieokreśloności, nie można ich nigdy obserwować na gorącym uczynku naruszania tych praw. I znów nie wolno pytać, jak mogą cząstki pozwalać sobie na te wybryki w indeterministycznym przedziale obserwacji, skąd biorą upoważnienia do takich wyskoków, które zdają się sprzeczać ze zdrowym rozsądkiem, ponieważ sprawy takie do fizyki nie należą. W pewnym sensie doprawdy można by sądzić, że wewnątrz szpary nieokreśloności cząstki zachowują się jak przestępca zupełnie pewien bezkarności, dlatego bo wie, że na pewno nikt go in flagranti nie przyłapie, ale są to antropocentryczne sposoby mówienia, które nie tylko nie dają niczego, lecz wprowadzają w rzecz szkodliwy mętlik, bo zdają się przypisywać cząstkom elementarnym ludzkie intencje jakiejś perfidii czy chytrości. Z kolei sieć informatyczna potrafi, jak wolno sądzić, zdobywać wiadomości o tym, co się dzieje na Ziemi również i tam, gdzie tej sieci w ogóle nie ma ani też żadnych jej czujników. Oczywiście można by oświadczyć, że sieć wytwarza „własne pole percepcyjne” z „gradientami teleologicznymi”, czy też, posługując się podobną terminologią, sporządzić inne pseudotłumaczenie, które jednak nie będzie miało żadnej wartości naukowej; chodzi o to, aby się przekonać, co, w jakich granicach, przy jakich warunkach początkowych i brzeżnych sieć może wykonać, a cała reszta należy już do nowożytnych powieści fantastycznych. O tym, że można dowiadywać się o otoczeniu bez oczu, uszu i innych zmysłów, wiemy, bo dowodzą tego specjalnie sporządzone modele i doświadczenia. Dajmy na to, że mamy maszynę cyfrową z optymizatorem, dbającym o maksymalne tempo obliczeniowych procesów, i że ta maszyna może się poruszać własnym napędem po terenie, który jest w połowie zacieniony, a w połowie osłoneczniony. Jeżeli maszyna, przebywając w słońcu, będzie się przegrzewała i od tego tempo jej pracy spadnie, optymizator uruchomi napęd i maszyna będzie się póty błąkała po tym terenie, aż trafi w cień, gdzie ochłódłszy, będzie pracowała wydajniej. Tak więc maszyna owa, chociaż nie ma oczu, odróżnia cień od światła. Jest to przykład niezwykle prymitywny, wskazuje jednak na to, że można się orientować w otoczeniu bez posiadania jakichkolwiek zmysłów skierowanych na zewnątrz.

Hart osadził mnie, przynajmniej na jakiś czas, i zajął się swoimi rachunkami i eksperymentami, a ja mogłem sobie myśleć, co mi się żywnie podobało. Tego nie mógł mi już zabronić. Być może, myślałem, kiedy jakieś kolejne przedsiębiorstwo włączyło swój komputer do sieci, został bez niczyjej wiedzy przekroczony punkt krytyczny i sieć stała się organizmem. Od razu przychodzi do głowy obraz molocha, potwornego pająka czy elektrycznego wielonoga, kablowymi mackami zarytego w ziemi Gór Skalistych po Atlantyk, który wykonując zlecane mu obliczenie ilości przesyłek pocztowych i rezerwując miejsca w samolotach, jednocześnie po cichu knuje straszliwe plany owładnięcia Ziemią i wzięcia ludzkości w niewolę. Oczywiście są to bzdury. Sieć nie jest organizmem takim jak bakteria, drzewo, zwierzę czy człowiek, po prostu powyżej punktu krytycznej złożoności stała się systemem, jak systemem staje się gwiazda albo galaktyka, kiedy nagromadzi się dość materii w przestrzeni, sieć jest systemem i organizmem niepodobnym do żadnego z nazwanych, bo właśnie nowym, takim jakiego dotąd jeszcze nigdy nie było. Myśmy ją sami wprawdzie zbudowali, ale nie wiedzieliśmy do samego końca, co właściwie robimy. Wykorzystywaliśmy ją, ale były to drobne uszczknięcia, ot jakby mrówki pasły się na mózgu, zajęte wyszukiwaniem tego, wśród miliarda toczących się w nim procesów, co pobudza ich czułki smakowe i szczęki. Hart przychodził zwykle na mój dyżur koło trzeciej, z teczką wypchaną papierami, termosem pełnym kawy, i brał się do dzieła, a ja czułem się wystrychnięty na dudka, cóż jednak mogłem począć, skoro pod względem rzeczowym miał słuszność? Myślałem dalej po swojemu, wpadając w koleiny dostępnych mi wyobrażeń, a więc na przykład przedstawiałem sobie, że świat martwych dotąd przedmiotów, linie przesyłowe, kable podmorskiego telegrafu, telewizyjne anteny, może metalowe siatki ogrodzeń, łuki i zwory mostów, szyny, wyciągi, struny w betonowych gmachach, że wszystko to, za impulsem sieci, ulega nagłemu sprzęgnięciu w jeden olbrzymi układ ś l e d z ą c y, któremu przewodzi akurat mój IBM przez liczone sekundy, bo do tego, że on właśnie stał się ośrodkiem krystalizacyjnym tej potencji, doprowadziło parę błahych przypadków. Ale nawet te moje majaki nie wyjaśniały, chociażby w jakiś mglisty sposób, zdumiewających i tak konkretnych szczegółów, jak talent przewidywania zajść, jak jego dwuminutowe ograniczenie – musiałem więc zmuszać się do milczącej cierpliwości, bo widziałem wszak, że Hart daje z siebie wszystko.

Przechodzę do faktów. Omawialiśmy z Hartem dwie rzeczy – praktyczne zastosowania efektu i jego mechanizm. Wbrew pozorom, praktyczne perspektywy efektu stu trzydziestu siedmiu sekund nie są ani specjalnie wielkie, ani doniosłe, mają raczej spektakularny charakter – niesamowitego wyczynu. Decyzje, które przesądzą o losach narodów i o biegu historii światowej, nie mieszczą się na ogół w przedziale dwu minut, ponadto zaś dwuminutowe przepowiadanie przyszłości potyka się o niby drugorzędną, lecz zasadniczą przeszkodę: po to, żeby komputer zaczął stawiać te swoje nieomylne prognozy, trzeba pierwej wprowadzić go na określony trop, nakierować go, a wymaga to czasu, zwykle dłuższego od dwu minut, więc chodzi o zysk pod względem praktycznym przeważnie od razu roztrwoniony. Granicy przewidywania nie można przesunąć ani o ułamek sekundy. Hart przypuszczał, że jest to jakaś stała, constans, o uniwersalnym, chociaż nie znanym nam dotąd charakterze. Zapewne można by bawić się w rozbijanie banków, wielkich domów gry, myśleć o zyskach czerpanych z ruletki na przykład, lecz koszt zainstalowania odpowiednich urządzeń byłby niemały (IBM kosztuje ponad cztery miliony dolarów), a zorganizowanie dwukierunkowej łączności, i do tego skrzętnie skrywanej, między graczem przy stole a ośrodkiem obliczeniowym też byłoby niełatwym do zgryzienia orzechem, nie mówiąc już o tym, jak prędko zorientowano by się, że coś jest nie w porządku; zresztą takie wykorzystanie efektu obu nas nie interesowało. Hart sporządził fragmentaryczny katalog osiągnięć naszego komputera. Jeśli spytacie go o płeć dziecka, które ma się za dwie minuty urodzić konkretnej kobiecie w konkretnym miejscu, rozpozna tę płeć niezawodnie, lecz trudno uznać taką prognozę za coś godnego zachodu. Jeżeli zaczniecie rzucać monetą lub kostką do gry, podając komputerowi wyniki początkowe serii rzutów, a potem urwiecie podawanie informacji, wyliczy wyniki wszystkich następnych rzutów aż do stu trzydziestu siedmiu sekund w przyszłość, i to jest już wszystko. Musicie oczywiście naprawdę rzucać tą kością czy monetą i podawać komputerowi kolejne wyniki, co najmniej w ilości trzydziestu sześciu do czterdziestu, co silnie przypomina wprowadzenie psa na właściwy trop, jeden z miliardów, bo wszak w tym samym momencie Bóg wie ilu ludzi rzuca monetami czy kośćmi, a komputer, który jest głuchy i ślepy, musi zidentyfikować w owym zbiorze waszą serię rzutów jako tę jedyną, o którą chodzi. Musicie też naprawdę rzucać kością lub monetą. Jeśli przestaniecie nią rzucać, będzie wystukiwał same zera, a jeśli rzucicie tylko dwa razy, poda tylko te dwa kolejne wyniki. Także i do tego niezbędna jest mu łączność z siecią, chociaż na zdrowy rozum sieć nie może mu w niczym pomóc, skoro rzucacie kością o dwa kroki od niego – i cóż tu ma do rzeczy owa sieć? Wszystko w tym sensie, że odłączony od niej, nie wyduka ani sylaby, a nic w tym, że nie pojmujemy tego związku. Zauważcie, że komputer wie z góry, czy będziecie, czy też nie będziecie rzucali kością, a zatem przewiduje rozwój całej sytuacji, to jest nie tylko los kości, to, jakimi powierzchniami do góry upadną, ale i wasz własny los, przynajmniej w obrębie decyzji rzucania lub nierzucania kością. Robiliśmy też i takie próby, że postanawiałem rzucać na przykład sześć razy po kolei, a Hart miał mi to na przemian udaremnić lub umożliwić, przy czym nie znałem jego decyzji w danych rzutach. Okazało się, że komputer zna z góry nie tylko mój plan rzucania, ale i postanowienie Harta, czyli wiedział, kiedy Hart zamierza chwycić mnie za rękę trzymającą kubek, żebym nie mógł wykonać następnego rzutu. Raz zdarzyło się, że chciałem rzucić cztery razy pod rząd, a rzuciłem tylko trzy w przedziale właściwego czasu, ponieważ potknąłem się o leżący na podłodze kabel i nie zdążyłem rzucić kości w porę. Otóż komputer przewidział jakoś to moje potknięcie, dla mnie samego najzupełniej niespodziewane, więc wiedział wtedy o mnie znacznie więcej niż ja sam. Obmyślaliśmy znacznie bardziej skomplikowane sytuacje, w których miałoby uczestniczyć wielu ludzi naraz, ot, na przykład takie, żeby doszło do walki, niepozorowanej, o kubek z kośćmi, ale nie wypróbowaliśmy takich wariantów, bo wymagały czasu i zachodu, na które nie mogliśmy sobie pozwolić. Hart użył też zamiast kości małego przyrządu, w którym poszczególne atomy izotopu rozpadają się, a na ekranie pojawiają się błyski, tak zwane scyntylacje: komputer nie umiał przewidzieć ich dokładniej, niżby to zrobił fizyk, to znaczy podawał tylko prawdopodobieństwa rozpadu. Kości ani monet to ograniczenie nie dotyczy. Widocznie dlatego, bo są makroskopowymi przedmiotami. Ale w naszym mózgu przecież o decyzjach przesądzają procesy mikroskopowe. Widocznie, mówi Hart, nie mają one kwantowego charakteru.

 

W całym obrazie zdają się tkwić sprzeczności. Dlaczego komputer może przewidzieć to, że potknę się za dwie minuty, chociaż gdy stawia prognozę, sam nie wiem jeszcze o tym, że wykonam ów krok, który doprowadzi do potknięcia, a zarazem nie może przewidzieć, które atomy radioaktywnego izotopu się rozpadną? Sprzeczność, twierdzi Hart, nie znajduje się w samych zdarzeniach, lecz jest własnością naszych wyobrażeń o świecie, a zwłaszcza o czasie. Hart uważa, że to nie komputer przewiduje przyszłość, ale że to my jesteśmy w pewien osobliwy sposób ograniczeni w postrzeganiu świata. Oto jego słowa: „Jeżeli wyobrazić sobie czas jako linię prostą, rozciągniętą z przeszłości w przyszłość, nasza świadomość jest jak koło, toczące się po tej linii i dotykające jej zawsze tylko w jednym punkcie; ten punkt nazywamy teraźniejszością, która niezwłocznie staje się chwilą minioną i ustępuje miejsca następnej. Badania psychologów wykazały, że to, co bierzemy za moment teraźniejszy, wyzbyty rozciągłości czasowej, jest w istocie odrobinę wydłużone i obejmuje nieco mniej niż pół sekundy. Otóż jest możliwe, że styk z tą linią, jaką stanowi czas, może być jeszcze szerszy, że można przebywać w kontakcie z jej większym odcinkiem naraz i że maksymalne rozmiary tego odcinka czasowego wynoszą właśnie sto trzydzieści siedem sekund”.

Jeżeli tak jest naprawdę, powiada Hart, to cała nasza fizyka wciąż jest jeszcze antropocentryczna, bo wychodzi z założeń, które nie są ważne poza obrębem zmysłów i świadomości człowieka. Znaczy to, że świat jest inny, niż dziś głosi fizyka, a jasnowidzenie, jako przepowiadanie przyszłości, elektronowe czy nieelektronowe, nigdy nie zachodzi. Fizyka przeżywa koszmarne kłopoty w związku z czasem, który podług jej ogólnych teorii i praw właściwie p o w i n i e n być doskonale odwracalny, ale nie jest taki wcale. Ponadto zagadnienie pomiarów czasu w skali zjawisk wewnątrzatomowych nasuwa rozmaite trudności, tym większe, im mniejszy jest czasowy interwał do ustalenia. Być może wynika to stąd, że pojęcie teraźniejszości nie tylko jest tak względne, jak o tym mówi teoria Einsteina, czyli jest uzależnione od lokalizacji obserwatorów, ale że jest też zależne od samej skali zjawisk w tym samym „miejscu”.

Komputer przebywa po prostu w s w o j e j teraźniejszości fizycznej i ta teraźniejszość jest bardziej rozległa w czasie aniżeli nasza. To, co dla nas ma dopiero nastąpić za dwie minuty, dla komputera już się staje, właśnie tak samo jak dla nas to, co teraz dostrzegamy i czujemy. Nasza świadomość jest tylko cząstką tego wszystkiego, co zachodzi w naszym mózgu, i kiedy postanawiamy rzucić kością tylko jeden raz, aby „oszukać” komputer, który ma przewidzieć całą serię rzutów, on się od razu o tym dowiaduje. W jaki sposób? To możemy sobie wyobrazić, tylko posługując się prymitywnymi przykładami: błysk i grzmot wyładowania atmosferycznego są równoczesne dla obserwatora bliskiego, a różne w czasie dla oddalonego; błysk w tym przykładzie to moja milcząco powzięta decyzja, żeby zaprzestać rzucania kością za kilkanaście sekund, a grzmot to chwila, w której rzeczywiście zaniecham kolejnego rzutu; otóż komputer w jakiś niewiadomy sposób potrafi wychwycić z mojego mózgu „błysk”, czyli powzięcie tej decyzji; Hart powiada, że ma to ważne konsekwencje filozoficzne, oznacza bowiem, iż jeśli mamy wolną wolę, rozpościera się ona dopiero poza granicami stu trzydziestu siedmiu sekund, tyle że nam samym z introspekcji nic o tym nie wiadomo. W obrębie tych stu trzydziestu siedmiu sekund mózg nasz zachowuje się podobnie jak ciało, które się porusza bezwładnie i nie może zmienić nagle kierunku ruchu, do tego niezbędny jest czas, w którym będzie działała odchylająca tor siła, i coś w tym rodzaju dzieje się w każdej ludzkiej głowie. Wszystko to nie dotyczy jednak świata atomów i elektronów, bo tam komputer jest tak samo niezaradny jak nasza fizyka. Hart sądzi, że czas nie jest naprawdę jakąś linią, lecz jest to raczej continuum, które na poziomie makroskopowym ma zupełnie inne własności niż „na dole”, tam gdzie są już tylko atomowe wymiary. Hart przypuszcza, że im pewien mózg lub układ mózgopodobny jest większy, tym szerszy jest obszar jego styku z czasem, czyli z tak zwaną „teraźniejszością”, natomiast atomy właściwie nie stykają się z nią wcale, lecz niejako wciąż wokół niej tańczą. Jednym słowem, teraźniejszość to coś w rodzaju trójkąta: punktowa, dozerowa tam, gdzie są elektrony i atomy, a najszersza tam, gdzie są wielkie ciała, obdarzone świadomością. Jeżeli powiecie, że nie zrozumieliście z tego ani słowa, odpowiem wam, że ja też tego nie rozumiem i co więcej, Hart nigdy nie ośmieliłby się mówić takich rzeczy z katedry czy opublikować ich w naukowym piśmie. Właściwie powiedziałem wam już wszystko, co zamierzałem opowiedzieć, i pozostają mi tylko dwa epilogi, jeden rzeczowy, a drugi stanowiący rodzaj ponurej anegdoty, którą odstępuję wam bez zysku.

Pierwszy był taki, że Hart przekonał mnie i sprawę wzięli w ręce fachowcy. Jeden z nich, wysoka figura, powiedział mi po kilku miesiącach, że po rozebraniu i ponownym złożeniu komputera zjawiska nie dało się już więcej odtworzyć. Nie tyle to wydało mi się podejrzane, ile fakt, że specjalista, z którym mówiłem, był w mundurze. A i to jeszcze, że ani jedna zgłoska tej sprawy nie dostała się do prasy. Sam Hart został od badań szybko odsunięty. On też nie chciał poruszać tego tematu i tylko raz, po wygranej partii madżonga, powiedział ni z tego, ni z owego, że sto trzydzieści siedem sekund nieomylnego przepowiadania to w pewnych okolicznościach różnica między zagładą i ocaleniem kontynentu. Na tym utknął, jakby się ugryzł w język, ale już wychodząc od niego, zobaczyłem na biurku otwarty tom jakiejś pracy, naszpikowanej matematyką, o rakietach zwalczających głowice nuklearne. Być może miał na myśli takie właśnie pojedynki rakiet. Ale to są już moje domysły.

Drugi epilog zdarzył się tuż przed pierwszym, dosłownie w pięć dni przed najazdem chmary rzeczoznawców. Powiem wam, co wtedy zaszło, ale nie będę tego komentował i z góry odmawiam odpowiedzi na wszelkie pytania. Były to już ostatki naszych samotnych eksperymentów. Hart miał przyprowadzić na mój dyżur pewnego fizyka, któremu roiło się, że efekt stu trzydziestu siedmiu pozostaje w związku z tajemniczą liczbą sto trzydzieści siedem, podobno pitagorejskim symbolem podstawowych własności Kosmosu: pierwszy zwrócił uwagę na tę liczbę już nieżyjący astronom angielski, Eddington. Ów fizyk nie mógł jednak przyjść i Hart zjawił się sam, koło trzeciej, kiedy numer szedł na maszyny. Hart nauczył się wprost fenomenalnie postępować z komputerem. Dokonał kilku prostych usprawnień, które ogromnie ułatwiły nasze próby. Nie trzeba już było wyciągać wtyczki z gniazdka, bo w kablu był przycisk, i jednym dotknięciem palca odłączało się dalekopis od komputera. Jak już wiecie, nie można go o nic pytać wprost, ale można mu przekazywać dowolne teksty przypominające ten rodzaj bezosobowo zredagowanej informacji, jakim odznaczają się notatki prasowe.

Mieliśmy zwykłą elektryczną maszynę do pisania, pełniącą rolę dalekopisu. Wystukiwało się na niej odpowiednio ułożony tekst i urywało się go w wybranym z góry momencie, tak by komputer został niejako zmuszony do kontynuowania sfingowanej „wiadomości”.

Hart przyniósł tej nocy kostki do gry i rozkładał właśnie swoje rzeczy, kiedy zadzwonił telefon. Był to dyżurny linotypista, Blackwood. Należał do wtajemniczonych.

– Słuchaj – mówi – mam tu Amy Foster, wiesz, żonę Billa, udało mu się uciec ze szpitala, wpadł do domu, zabrał jej siłą klucze od wozu, wsiadł i pojechał, no, we wiadomym stanie, dała już znać policji, a teraz przyleciała tutaj, że może my jej coś pomożemy. Ja wiem, że to nie ma sensu, ale jest ten twój prorok – może on by coś skombinował, jak myślisz?

– Nie wiem – mówię – nie wyobrażam sobie... ale... wiesz... trudno ją tak odprawić, słuchaj, przyślij ją do nas, niech pojedzie służbową windą.

A ponieważ ta jazda musiała trwać chwilę, zwróciłem się do Harta i tłumaczę mu, że nasz kolega, dziennikarz Bill Foster, w ostatnich dwu latach rozpił się, pociągał nawet na dyżurach, aż go wylano z pracy, wzmocnił to wtedy psychodelikami, miał w ciągu miesiąca dwa poważne wypadki samochodowe, bo prowadził półprzytomny, odebrano mu prawo jazdy, w domu było piekło, wreszcie żona oddała go z ciężkim sercem na kurację odwykową, a teraz wymknął się jakoś ze szpitala, wrócił do domu, zabrał auto i wyjechał nie wiadomo dokąd – rozumie się, co najmniej pijany. Może i po narkotyku. Żona przyszła tu, policji dała już znać, szuka pomocy, rozumie pan, doktorze, jak to jest. Właśnie zaraz tu będzie. Jak pan uważa – możemy coś zrobić? I pokazuję oczami komputer.

Hart nie zdziwił się, nie jest to człowiek, którego łatwo zaskoczyć, i powiada: – Cóż ryzykujemy? Proszę połączyć maszynę z komputerem. – Jeszczem to robił, kiedy pojawiła się Amy. Widać było po niej, że nie dała mu tak od razu tych kluczyków. Hart podsunął jej krzesło i powiada:

– Proszę pani, chodzi nam o czas, nieprawdaż? Więc proszę nie dziwić się żadnym pytaniom, które będę pani zadawał, tylko proszę odpowiadać podług najlepszej wiedzy. Najpierw potrzebne mi są dokładne dane osobiste męża: imię, nazwisko, wygląd i tak dalej.

 

Ona, nieźle nawet opanowana, tylko ręce się jej trzęsą, mówi:

– Robert Foster, Sto trzydziesta szósta Ave., dziennikarz, trzydzieści siedem lat, pięć stóp i siedem cali wzrostu, brunet, nosi rogowe okulary, na szyi poniżej lewego ucha ma białą bliznę po wypadku, sto sześćdziesiąt dziewięć funtów wagi, grupa krwi zero... czy to wystarczy?

Hart nie odpowiada, lecz zaczyna stukać. Równocześnie na ekranie pojawia się tekst: „Robert Foster, zamieszkały przy Sto trzydziestej szóstej ulicy, mężczyzna średniego wzrostu, z białą blizną poniżej lewego ucha, o grupie krwi zero, wyjechał dziś z domu autem –”

– Proszę o markę i rejestrację wozu – to do niej.

– Rambler, N.Y., sześćset pięćdziesiąt siedem dziewięćset dziewięćdziesiąt dwa.

– „Wyjechał dziś z domu autem marki Rambler, N.Y. sześćset pięćdziesiąt siedem dziewięćset dziewięćdziesiąt dwa, i znajduje się obecnie...”

Tu doktor naciska wyłącznik. Komputer zdany jest na siebie. Nie waha się ani chwili, tekst na ekranie rośnie:

„I znajduje się obecnie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zła widoczność, spowodowana deszczem, przy niskiej powłoce chmur, utrudnia prowadzenie...”

Hart wyłącza komputer. Namyśla się. Zaczyna pisać jeszcze raz od początku, z tą różnicą, że po „znajduje się” pisze dalej „na odcinku drogi pomiędzy” – tu wyłącza znów dopływ informacji. Komputer kontynuuje bez wahania: „Nowym Jorkiem a Waszyngtonem. Jadąc skrajnym pasem, wyprzedza długą kolumnę samochodów ciężarowych i cztery cysterny SHELLA, przekroczywszy dozwoloną szybkość maksymalną”.

– To już jest coś – mruczy Hart – ale nie wystarcza nam kierunek, musimy wycisnąć więcej. – Każe mi skasować to, co było, i zaczyna jeszcze raz. „Robert Foster... i tak dalej... znajduje się na odcinku drogi pomiędzy N.Y. a Waszyngtonem, pomiędzy kamieniem milowym numer...” tu wyłącza kabel. Komputer robi wtedy coś, czegośmy jeszcze nie widzieli. Anuluje część tekstu, który już się pojawił na ekranie, i czytamy: „Robert Foster... wyjechał z domu... i znajduje się obecnie w mleku na poboczu drogi Nowy Jork–Waszyngton. Należy się obawiać, że strata, poniesiona przez firmę Muller-Ward, nie zostanie pokryta przez Towarzystwo Ubezpieczeniowe United TWC, ponieważ wygasła przed tygodniem polisa nie została odnowiona”.

– Czy on zwariował? – mówię. Hart daje mi znak, żebym siedział cicho. Zaczyna pisać jeszcze raz, dochodzi do krytycznego miejsca i wystukuje: „znajduje się obecnie na poboczu drogi Nowy Jork–Waszyngton w mleku. Jego stan...” – tu urywa. Komputer ciągnie dalej: „jest taki, że nie nadaje się do spożycia. Z obu cystern uszło łącznie 29 hektolitrów. Przy obecnych cenach rynkowych...”

Hart każe mi skasować to i mówi do siebie „typowe nieporozumienie, był w porządku z gramatyką, bo «jego» mogło się odnosić tak do Fostera, jak do mleka. Jeszcze raz!”

Włączam komputer. Hart uparcie pisze ten dziwaczny „komunikat”, po owym mleku daje kropkę i młóci od nowej linii: „Stan Roberta Fostera w obecnej chwili jest...” – urywa, komputer zaś zamiera na sekundę, potem oczyszcza cały ekran – mamy przed sobą pusty, mgławo świecący kwadrat bez jednego słowa – wyznaję, że włosy zaczęły mi stawać na głowie. Potem formułuje się tekst: „Robert Foster nie jest w żadnym poszczególnym stanie, ponieważ właśnie przecinał autem marki Rambler N.Y. 657992 granicę międzystanową”. A żeby cię diabli wzięli... myślę, oddychając z ulgą. Hart, z twarzą wykrzywioną nieprzyjemnym śmieszkiem, znów poleca mi znakiem skasować wszystko i bierze się do tego od początku. Po słowach „Robert Foster przebywa obecnie w miejscu, którego lokalizacja opiewa” – naciska wyłącznik. Komputer kontynuuje: „rozmaicie w zależności od tego, jakie kto żywi na ów temat poglądy. Należy uznać, iż chodzi o osobiste opinie, których podzielania, zgodnie z naszymi obyczajami i naszą konstytucją, nikomu nie można narzucać. W każdym razie tego zdania jest nasze pismo”. Hart wstaje, sam wyłącza komputer i daje mi głową dyskretny znak, żebym wyprowadził Amy, która jak mi się zdaje, nic z tej całej magii nie rozumiała. Kiedy wróciłem, telefonował, ale mówił tak cicho, że nic nie dosłyszałem. Odłożywszy słuchawkę, popatrzał na mnie i mówi:

– Przejechał na przeciwbieżny pas i czołowo zderzył się z cysternami, które wiozły mleko do Nowego Jorku. Żył jeszcze około minuty, kiedy wyciągali go z wozu; dlatego on się wyraził najpierw „znajduje się w mleku”. Kiedy powtórzyłem ten fragment po raz trzeci, już było po wszystkim, no i w samej rzeczy można żywić rozmaite opinie na temat, gdzie przebywa się po śmierci, a nawet czy przebywa się wtedy gdziekolwiek.

Jak widzicie z tego, wykorzystywanie tak nadzwyczajnych szans, jakie daje nam postęp, nie zawsze jest rzeczą łatwą, nie mówiąc już o tym, że może to być dosyć koszmarna zabawa – zważywszy mieszaninę żargonu dziennikarskiego i bezbrzeżnej naiwności, czy, jeśli wolicie, obojętności na ludzkie sprawy, jaką – siłą rzeczy – okazuje maszyneria elektronowa. Możecie w wolnej chwili porozprawiać o tym, co wam opowiedziałem. Sam nie mam już nic, ale to nic do dodania. Osobiście wolałbym posłuchać teraz innej jakiejś historii, żeby o tej zapomnieć.