Matka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Matka

Niesmaczna sztuka w dwóch aktach z epilogiem

Saga

MatkaZdjęcia na okładce: Shutterstock Copyright © 1924, 2019 Stanisław Ignacy Witkiewicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726322910

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

OSOBY:

 

 JANINA WĘGORZEWSKA – matrona lat 54. Chuda, wysoka. Siwe włosy. Ma dwa sposoby mówienia: pospolitawy i istotny – i więcej dystyngowany i powierzchowny.

 

 Pierwszy (1), drugi (2).

 

 LEON WĘGORZEWSKI – jej syn. Przystojny brunet, lat 30. Ogolony zupełnie.

 

 ZOFIA PLEJTUS – panna, lat 24. Bardzo ładna brunetka.

 

 JÓZEFA BARONÓWNA OBROCK – siostra Janiny. Chuda stara panna, lat 65.

 

 JOACHIM CIELĘCIEWICZ – dyrektor teatru. Siwy. Tłusty i czerwony. Broda i wąsy.

 

 Lat 60.

 

 APOLINARY PLEJTUS – ojciec Zofii. Siwy. Sumiaste wąsy. Lat 75.

 

 ANTONI MURDEL – BĘSKI – podejrzane indywiduum. Wąsiki. Bez brody. Brunet lat 35.

 

 LUCYNA BEER – bardzo duża i bardzo piękna dama, lat około 40. Typ semicki.

 

 NIEZNAJOMA MŁODA OSOBA – lat 23. Bardzo piękna i uderzająco podobna do Janiny.

 

 NIEZNAJOMY MŁODY MĘŻCZYZNA – brunet bardzo przystojny z czarnymi wąsami. Głos – bardzo piękny baryton.

 

 GŁOS ZZA SCENY – podobny do głosu Nieznajomego.

 

 ALFRED HR. DE LA TRÉFOUILLE – arystokratyczny bubek, lat 30.

 

 WOJCIECH DE POKORYA – PĘCHERZEWICZ – typ bogatego ziemianina i żuisera. Lat 32.

 

 SZEŚCIU ROBOTNIKÓW – zawzięte gęby, brodate i ogolone.

 

 DOROTA – służąca, lat 40.

AKT PIERWSZY

W I akcie wszyscy są absolutnie trupio bladzi, bez cienia koloru. Usta czarne,

rumieńce czarniawe. Ubrania i dekoracje tylko i jedynie w tonach czarno-białych.

Jedną rzeczą kolorowa jest robótka włóczkowa, którą robi Matka – mogą być

kolory: niebieski, różowy, żółty i jasnopomarańczowy. W razie pojawienia się kolorów

dodawane będą osobne objaśnienia

Scena przedstawia salonik skombinowany z pokojem jadalnym. Urządzenie dość

nędzne. Kanapa ceratowa pod ścianą wprost. Przy kanapie stół, pokryty ceratą w

desenie. Za stołem siedzi Matka, sama, i robi robótkę w kolorach: niebieskim,

różowym, żółtym i jasnopomarańczowym. Okno na lewo, drzwi na prawo.

MATKA

odkładając na chwilę robótkę i wpatrując się przed siebie. Wolno, z jadem (1)

Podły wampir. Wdał się w ojca. A może jestem niesprawiedliwa w stosunku do nich obu – może to moja wina, że on jest taki? Czymże ja zasłużyłam na inną egzystencję niż tę, którą mam? Czy dokonałam czegoś nadzwyczajnego? Nic, nic…

Jestem pospolita kwoka i nic więcej. Ale za co znowu mam tak strasznie cierpieć?

O, Boże! Życie moje przemyka jak sen okropny obok mego drugiego, prawdziwego istnienia, które umarło. Muszę sobie uświadomić wszystko. Może to da mi siłę do przetrzymania jeszcze gorszych rzeczy, które mnie czekają, (nagle zaczyna wyć

dzikim głosem następującą piosenkę)

Ja byłam kiedyś piękna, młoda,

Ja miałam duszę, a nawet ciało,

Wszystkiego dla mnie było mało.

A teraz nic nie zostało!

Co za szkoda!

Co za szkoda!

(liczy ) Dług u księgarza – 150, za książki z biblioteki – 50, pokój – 200. I to wszystko dla tego tak zwanego kształcenia się. Kiedy ja to wszystko wyrobię tymi robótkami? Idiota! Dureń! Niedołęga życiowy! Żeby przynajmniej zabrał się do jakiejś pożyteczniejszej pracy! On nic porządnego nigdy nie napisze. A ja?

Malowałam, miałam duży talent do muzyki, pisałam wcale niezłe nowele… To, co mówię, to nie żaden psychiczny ekshibicjonizm – tu nikogo nie ma – na pewno. Ach – ta wieczna samotność. I znikąd słowa pociechy.

GŁOS

Cha, cha, cha, cha!

Matka nie zwraca uwagi na Głos.

MATKA

Nie wiem, czemu przypomniał mi się jego śmiech. Leon ma śmiech podobny, tylko gorszy. Co u tamtego było otwartą zbrodnią, u tego jest małą podłostką, czymś obrzydliwym, przydeptanym błyszczącym butem – tylko ogonek tego widać, ale dla mnie to dosyć… Och – jaki on marny jest, ten mój syn! Czemu go nie karmiłam wódką od dziecka? Byłby przynajmniej taki mały jak te pieski japońskie, co od szczeniaka wódkę żłopią – nie byłby tym wstrętnym dorosłym niczym. Jako karzełka, kretyna mogłabym go po prostu kochać. Schamiałam zupełnie – ja, baronówna von Obrock. Ale Józia schamiała także. Może to blaga z tym Obrockami przez ck – może my jesteśmy po prostu zwykłe obroki, przez małe o i k? A mówią, że dobre rasy nie chamieją nawet w najgorszych warunkach, (wyje znowu)

Nade mną zwisa przepiękna maska,

Diabeł bez ciała ciągnie mnie w grzech,

Wszystko od żądzy utajonej trzaska.

Miałam kochanków, miałam aż trzech.

Czy mu się przyznać? czy nie? ( Wchodzi Dorota.) Moja Doroto, proszę nastawić makaron na zimnej wodzie, po włosku, tak jak panicz lubi. Tak dobrze jest być matką i móc dogodzić synkowi. Prawda?

DOROTA

Słucham jaśnie panią. Ja byłam też matką. Ale ja jestem szczęśliwsza – mój syn zginął na wojnie.

MATKA (2)

Precz! Precz! Do makaronu! Ja mego syna uratowałam od wojny, bo on musi zbawić ludzkość całą. On jest wielki myśliciel, a przy tym taki słabowity. Tacy nie mogą ginąć – powinna być specjalna komisja…

DOROTA przerywa jej

Znowu jaśnie pani piła za dużo, a pewnie na czczo do tego! Nie mogła to jaśnie pani dotrzymać choć do kolacji?

MATKA (1)

Ach…

Macha ręką ze zniechęceniem.

DOROTA Ja nie mówię przeciw paniczowi. Ale czasem lepiej mieć dobrą pamięć o synu jak mieć go żywym i zdrowym, a nie takim, jakim go się widzieć chciało. Czy ja wiem, jaki by był mój Ferdek teraz – w tej całej maltretacji dzisiejszej?

Łobuz był okrutny, a tak wiem przynajmniej, że jest bohater, i tyle.

MATKA błagalnie

Moja Doroto, czyż Dorota nie widzi, nie czuje, że ja się męczę, okropnie męczę.

Ja nie mogę już pracować, a on – on ciągle zajęty i taki daleki ode mnie, na tyle wyższy ponad wszystko, że ja nie mogę mu przypomnieć, że ja już nie mogę…

tymi robótkami – o Boże! Cały dom… Och, moje oczy… ja już ślepnę, mnie doktor zabronił do końca życia robótki… Ach, Doroto, Doroto…

DOROTA

Trzeba było bić, póki był młody. Teraz, w naszych ciężkich czasach, taki się tak zakłamie, tak wykłamie wszystko od samego środka, tak okłamie siebie i rodzoną matkę, tak się wkłamie w siebie i w innych, że go nikt, żadna siła, nie odkłamie. Dokłamać się musi do końca. A pojeden to się jeszcze przekłamie na wylot – i to bywa.

GŁOS

To tak jak ja. Ale ja byłem konsekwentny – ja się stryczka nie bałem. (śpiewa)

I pamięć Węgorzewskiego jest święta pośród zbrodniarzy,

I każdy małoletni przestępca o Węgorzewskim tylko marzy.

MATKA (2)

Znowu mi się przypomniał mój mąż. Straszny to był wprost mezalians. I Bóg mnie za to pokarał. Bóg mezaliansów nie lubi. Czy Dorota wie, że mój mąż zginął na szubienicy w Castel del Assucar, w Brazylii, jako bandyta rzeczny. Robił niesłychanie ryzykowne wyprawy… ale mniejsza z tym. Jedno trzeba mu przyznać:

miał cudowny baryton, był piękny i odważny, miał fantazję. A nade wszystko nigdy nie miał wyrzutów sumienia. Był prawdziwym rycerzem fortuny – un vrai chevalier de fortune.

DOROTA

No, to pójdę już do kuchni, bo potem będzie się jaśnie pani wstydzić, że się jaśnie pani za wiele zwierzała. Tylko jedno: czy jaśnie pani nie przestałaby tak pić?

MATKA (2)

Nie – pić będę – to jedyna rzecz, która mi jeszcze została. Ale on o tym nie wie. Morfinuję się też, ale stosunkowo rzadko. To procent od zarobku, który wzięłam na siebie. To ostatnie mówię Dorocie w najściślejszej dyskrecji. I

właściwie, gdzieś na dnie, w zachwyt mnie wprowadza to życie bez żadnego sensu – to poświęcenie bez granic w tej pospolitości bez dna, którą tak kocham jednak bez miary. Kocham każdy kącik, każdą drobinkę kurzu, każdą niteczkę. Ja siebie w tym kocham, moja Doroto. Ja siebie gonię jak własną małą siostrzyczkę wśród klombików rezedy i heliotropu – to nie jest normalna miłość do świata – to ten okropny odwrócony egoizm. On to ma, ale tego nie odwraca. On w głębi duszy nienawidzi wszystkiego, i mnie też. Ja go odkarmiłam, bo z głodu chciał umrzeć, biedaczek. Do siódmego roku życia – cieniutki był jak tyczka. O - taką miał szyjkę, (pokazuje ręką robiąc kółko z tzw. kciuka i palca wskazującego ) Ja siebie kocham w nim i może więcej go kocham, że jest taka mała świnka – ja go za to żałuję tak, że mi serce pęka. To są sprzeczności uczuć ponad miarę, ponad siły człowieka. On czuje to samo – ja go znam. A od sprzeczności uczuć gorszym jest tylko ich ciężar – jak ktoś na kimś swoim uczuciem zacięży i zegnie go, i zmiażdży w końcu. To jest jego męka – mego syna. Ja to wszystko rozumiem, ale nic ulżyć mu nie jestem w stanie – przeciwnie, mimo woli robię wszystko, aby mu było jeszcze ciężej. I wiem, że mojej śmierci on nie przetrzyma. A może mi się zdaje? Może nic nie czuje to wyrodne dziecko i ja się męczę na próżno? Ale co to kogo obchodzi? Bo ta cała jego uczoność to blaga, czysty “bajc”, jak Dorota mówi. Tego nie rozumie nikt ani, zdaje się, on sam. On jest takie zero z troszką jakiegoś spryciku… A może go nie rozumiem? Może to wielki mędrzec? Boże jedyny! Jakże pięknie urządzone jest najpodlejsze nawet życie, jak wszędzie widać tę dbałość Twą o Twoją własną chwałę!

 

Płacze.

DOROTA

Ee – urżnęła się dziś jaśnie pani jak nieboskie stworzenie.

Dzwonek, Dorota idzie otworzyć. Wchodzi Leon.

LEON

Co to? Mateczka płacze? Znowu ataczek nerwowy? (siada przy niej i obejmuje ją)

Moja najdroższa, a tak właśnie dziś chciałem, aby mateczka była zupełnie spokojna i normalna, bez żadnego przeczulenia.

MATKA chlipie, ale się opanowuje

Dobrze, dobrze, Leoneczku. Zaraz się uspokoję. Ty wiesz przecie, że ja dla ciebie wszystko, wszystko… Żebyś nie ty, tobym ani chwilki jednej nie żyła…

Jestem już u końca moich sił…

LEON

Tak, tak. Ale po co przygniatać mnie zaraz całym ogromem poświęcenia? Zastanów się lepiej, co byś robiła, gdybyś nie była moją matką, gdybyś nie musiała robić tych ciągłych robótek, gdybyś cały dzień mogła robić, co byś chciała. Czy nie robiłabyś tego samego właśnie i z taką [samą] zawziętością? Zamiast tej robótki do sprzedania byłby jakiś ornat, jakieś pończochy dla biednych – czy ja wiem co?

No, czyż nieprawda?

MATKA

Prawda, prawda, mój najdroższy. Powiedz mi teraz, czemu chciałeś, abym dziś była spokojna? Czy mam się przygotować na jakąś złą wiadomość?

LEON

Przypuszczam, że nie. Wiesz, jak okropnie rozpraszająco działają na mój umysł te wszystkie tak zwane “moje kobiety”. Postanowiłem zerwać te ostatnie pięć romansów, które mi się tak dziwnie splątały, i ożenić się z kimś zupełnie z innej sfery psychicznej. Węgorzewski, syn nieudanego stolarza i śpiewaka, może sobie pozwolić na pewien mezalians – choćby psychiczny. Inny mezalians trudno by mi było zresztą popełnić. A nawet – jeśli weźmiemy pod uwagę tak zwaną kądziel, a nie tylko miecz – to od biedy i z punktu widzenia Almanachu de Gotha jest to…

MATKA

Leoneczku!

LEON

Ależ ja żartowałem. Nie wiem, czy Obrockowie, przez ck, są tam notowani, i nic mnie to nie obchodzi…

MATKA

Ależ na pewno. Szkoda, że sprzedałam tę piękną książkę, kiedyś był jeszcze mały.

Cześć dla przodków.

LEON z ironią

Tak – szczególnie ojciec mój czczony jest w tym domu. Ale wszystko jedno: myślę, że nie będziesz robić niepotrzebnych trudności. Niech się tombak łączy z aliażem tombaku i złota. Ona czeka tu, w tej cukierence na lewo. No, mateczko?

MATKA po krótkiej pauzie

Jesteś niesmaczny. Czy… czy jest bogata?

LEON z wahaniem

Przede wszystkim jesteśmy niesmaczni wszyscy, i ty też, mamo. Nie, nie jest bogata – właściwie nie ma nic. Jest bardzo źle wychowana, ma fatalne formy towarzyskie i nic nie chce się jej robić. Nawet nie jest w moim typie.

Pamiętasz, co mówił nieboszczyk wuj: “Nie żeń się nigdy ze swoim typem – każda ładniejsza dziewczynka na ulicy w tym rodzaju zdystansuje ci żonę.” Ale Zosia jest piękna i, mimo że nie powinno tak być, podoba mi się szalenie. Podobno takie kombinacje są najistotniejsze.

MATKA

I najniebezpieczniejsze…

LEON

Ee – nie mówmy o niebezpieczeństwach tego rodzaju – są gorsze na horyzoncie.

Poza tym ona cierpi na zupełne zniechęcenie do życia – dziwne u osoby tak pierwotnej. Wspaniale skombinowałem te właściwości – prawda? Opłacą się w innej sferze. Jest do doskonały antydot na moje intelektualne przemęczenie. Ty myślisz, że ja nic nie robię? Jestem przepracowany – dochodzę do wniosków ostatecznych w mojej pracy. A moja narzeczona ma jedną zaletę: rozumie wszystko, cokolwiek jej mówię lub czytam. Znamy się od kilku dni zaledwie – jeszcze nie eksponowałem przed nią moich idei zasadniczych.

MATKA

Otóż to właśnie: to jest zasadnicze – ja cię nie rozumiem – wiem. Więc jeszcze jeden ciężar zwala się na mnie. Czyż ty nie widzisz, że ja już naprawdę nie mogę ostatkami sił…

LEON

Tylko na rok, a najwyżej na dwa. Wiesz, mamo, że mam jakąś nienormalną ambicję na punkcie pieniędzy. Jednej rzeczy nie mógłbym zrobić, to jest ożenić się bogato. Byłbym w stanie o byle głupstwo zerwać z moją żoną na zawsze w takich warunkach.

MATKA

Tak – tej ambicji nie masz tylko w stosunku do mnie. Ze mną o byle co nie zerwiesz.

LEON

Czyż nie jesteś moją matką?

MATKA

Chwilami nie wiem już naprawdę, kim jestem: jestem matką od kuchni, robótek, wycierania kurzu i poprawiania bielizny, ale…

LEON

Ach! Tak chciałem choć raz uniknąć tych przykrych rozmów – jeden wieczór. Tu trzeba być aniołem, żeby się nie wściec!

MATKA

Dla ciebie to tylko przykra rozmowa, a dla mnie całe moje życie, którego ciężary…

LEON

Ach, dosyć, na Boga! Jeden jedyny wieczór w spokoju!!

Myślę, że za rok, może za dziewięć miesięcy będę już profesorem we własnej szkole, którą mam zamiar założyć… (zagaduje)

MATKA

I tak bez doktoratu, bez docentury, a nade wszystko bez stosunków? Czy ty czasem nie przesadzasz, mój drogi?

LEON

Znowu mi mama chce odebrać odwagę, jak wtedy z tym odkryciem zasady logizacji każdej wiedzy, nie tylko podstaw matematyki. A teraz już x ludzi pisze o tym samym i zastosowuje moją metodę. A ileż faktów podobnych było w dzieciństwie.

MATKA

Ja wiem – ja psuję wszystko. A w zamian za to zniechęcanie do wszystkiego daję ci tylko marne utrzymanie. Ale cóż to może mieć dla ciebie za wartość?

LEON

Czy może mama woli, żebym został od razu alfonsem lub szpiegiem? To są zawody, które nie wymagają przygotowania i nie wyczerpują intelektualnie.

MATKA

A ty nie mówisz niepotrzebnie przykrych rzeczy? Czyż ty nie rozumiesz, że ja ci chcę otworzyć oczy na to, co jest? Czy ty pomyślałeś kiedy nad tym, czym będziesz, kiedy mnie nagle zabraknie?

LEON

Myślałem. I tylko jedna Zosia może mnie wstrzymać od samobójstwa w tym wypadku.

Bo ty jednego tylko nie rozumiesz, że ja ciebie naprawdę kocham i że dotąd nie widziałem życia przed sobą bez ciebie. Nawet moje koncepcje…

MATKA

Zostaw na chwilę te twoje koncepcje. Tobie się zdaje, że ty masz uczucia – ty jesteś tylko sentymentalny. Ty na przypomnienie mojej możliwej śmierci widzisz jedną rzecz tylko: twoje samobójstwo, które nigdy zresztą nie nastąpi, bo właściwie jesteś tchórzem.

LEON

Jeśli tak jest, to twoja wina, że mnie na takiego wychowałaś.

MATKA

Byłeś tak słabowity… Ach, co ja mówię. Jak my w ogóle mówimy – przecież to jest wstrętne.

LEON

Otóż to, kręcimy się w kółko. Czy nie lepiej porzucić te rozmowy i brać życie takim, jakim jest?

MATKA

No tak – to znaczy wysysać tę nieszczęsną matkę, aż póki nie zdechnie jak spracowane bydlę. Ja wiem, ja wiem – to nazywasz tragizacją. Logizacja – tragizacja. Ty logizujesz wiedzę o przyszłości ludzkiej, ja tragizuję wiedzę o mnie samej i o tobie.

LEON

I cóż zostaje po takiej rozmowie? Jedyny wniosek jest ten: żebym porzucił moją istotną pracę i zaczął zarabiać w zupełnie bezmyślny sposób.

MATKA

Ach, Leoneczku, czyż ty myślisz, że ja jestem taka naprawdę jak teraz, gdy z tobą mówię?

LEON obejmując ją

Ja wiem, ja wiem wszystko – ja nie jestem taką świnią, za jaką mnie masz. I

wszystko będzie jeszcze tak dobrze!

MATKA

Ja tylko jednej rzeczy chcę: żebyś ty nie łudził się co do siebie. Może nie pojmuję tej twojej pracy, ale nie wierzę w nią. Ty nie rozumiesz życia zupełnie.

Ja cię przed nim osłaniam jak pancerz. I boję się, żebyś nie dożył tej chwili, w której poznasz, że całe twoje życie to ja i nikt, i nic więcej.

LEON

Czy ty myślisz, że ja tego nie wiem? Dlatego mówiłem o samobójstwie.

MATKA

Gdybyś to wiedział, to byś nie tylko nie mówił mi o tym samobójstwie – ty byś tego nie pomyślał.

LEON

Tak – i wtedy nie posłyszałbym od ciebie tej okropnej prawdy, że jestem tchórzem – o ile to w ogóle jest prawdą.

MATKA

Nie – ty wleziesz na jakiś szczyt, ty nawet możesz mieć pojedynek – żeby mnie tylko niepokoju nabawić – ale to jest nie to, nie to…

LEON

Ja wiem: ja nie mam odwagi zostać robotnikiem czy urzędnikiem na poczcie – o to chodzi. Oto są te nasze rozmowy – nawet nie są tragiczne w swej otwartości. Czy nie lepiej zawołać Zosię?

MATKA

Tak się boję, tak się strasznie boję, że ja ją będę musiała nienawidzić.

LEON

Boję się czegoś innego – oto, że ty przestaniesz mnie do reszty uznawać, a nawet kochać, jak poznasz ją. Poza tym swoim lenistwem i bezwzględnością to jest cudowna istota. Zaraz ją sprowadzę.

Wychodzi.

MATKA do siebie

Boże jedyny! Znowu to samo. Przysięgłam sobie, że nigdy mu już tego wszystkiego mówić nie będę – i nic: musiałam, musiałam… O męko straszliwa wymuszonych od wewnątrz czynów, przed którymi skręca się ze zgrozy cała ta nasza głupia, niby-ludzka powłoczka, nędzna maseczka na tym bydlęcym balu maskowym, którym jest życie społeczne, zaczynając od rewolucji francuskiej. On ma jednak rację, ten bydlak. (Wchodzi Dorota i nakrywa do stołu. ) Gdzież całe moje wychowanie, gdzie cała moja niby-arystokratyczna finezja? A jednak trzeba się skupić do ostatniej walki i być sobą na nowo. (innym tonem ) Moja Doroto, proszę mi dać mój czarny czepek.

Dorota podaje. Matka mizdrzy się do siebie przed lustrem na prawo. Dzwonek.

Matka siada bezwładnie. Dorota idzie otworzyć.

Wchodzi Zofia i Leon.

LEON

Mateczko, oto moja narzeczona, panna Zofia Plejtus – jedyna kobieta, którą bez dysonansu wewnętrznego możemy przyjąć do naszego domu.

Dorota nakrywa dalej.

MATKA

Do mojego domu. (wstaje ) Dobry wieczór pani. ( Zofia chce ją pocałować w rękę .)

O, nie potrzeba; nasze stosunki ułożą się same – bez przymusu.

LEON

Moja matka lubi czasem okazać się gorszą, niż jest. Niech pani na to nie zważa, panno Zofio. Od dziś będzie się pani stołować u nas wraz z ojcem pani. (do

Matki) Ojciec pani jest byłym stolarzem, tak samo jak mój ojciec.

MATKA

Leoneczku, twój ojciec był też śpiewakiem, (do Zofii ) Ponieważ pani ma zamiar stołować się u nas z całą rodziną, więc lepiej niech się pani dowie całej prawdy od razu.

LEON

Tylko nie zaczynajmy jakichś dramatów á la Ibsen, z tak zwaną tragedią fachów i niedociągnięć do tych fachów. Raczej już niech będzie tragedia zimnych zup i wygotowanego z soków mięsa á la Strindberg.

MATKA

Tak to obniżasz wartość wszystkiego. Tak samo postępujesz z Ibsenem i

Strindbergiem jak ze mną. Cóż jest genialniejszego jak “Sonata widm” Augusta

Strindberga? Ale mniejsza o to. Otóż, moja Zosiu – wszak mogę cię tak nazywać?

ZOSIA nieśmiało

Jeszcze z panem Leonem jesteśmy na pan i pani. Zaręczyliśmy się przed pół godziną.

LEON rozwiąźle

Głupstwo – cała wieczność jest przed nami. Zaczynamy się tiutuajować od tej chwili…

MATKA do Leona

Nie bądź niesmaczny. Nie chodzi o formy, (do Zofii) Czy wy się kochacie? (Pauza.

Dorota wychodzi cicho) . Nie? – a więc to jest to samo co w stosunku do mnie. On mnie nie kocha – on nie kocha nikogo. On tylko mówi, że jest przywiązany do swoich idei, ale i to nie jest pewne.

ZOFIA

A czy pani go kocha?

Pauza ciężka.

MATKA głucho

 

Nie wiem. Wiem jedno, że gdyby umarł, nie mogłabym…

LEON

Po co te wielkie słowa i wielkie problemy? Burza w kuble z pomyjami.

MATKA

Jesteś ordynarny. Jak się nie wstydzisz przy pani?

LEON

Ach – nudzi mnie już to wszystko. Są rzeczy stokroć ważniejsze od tego, czy się kochamy, czy nie. Życie można tworzyć nie rozstrzygając tych pozornie wielkich małomieszczańskich sprawek…

Siadają wszyscy.

MATKA

A jednak materialnie…

LEON

Czy nie moglibyśmy pozostać w sferze czysto psychicznej jedynie?

MATKA

Nie, nie – to się wszystko splata w jedną całość. Zimna zupa i zamiatanie pokoju – teraz mam służącą, ale moje oczy…

LEON zrywając się

Boże, Boże! Ja chyba oszaleję!

MATKA

Chyba – to bardzo charakterystyczne.

ZOFIA wstaje i kładzie Leonowi rękę na głowie

Uspokój się, Leonku.

Leon flaczeje i siada. Zofia siada również.

LEON

Tak – doszliśmy do tego, że nie wiemy już, czy się kochamy, czy nie, jakkolwiek żyć byśmy bez siebie nie mogli. Czyż jest coś gorszego? A ja powiem wam otwarcie: ona mówi, że ja jestem wampirem – teraz przybył nam drugi wampir -

Zosia i trzeci – jej ojciec; dawajcie więcej wampirów, które są potrzebne, abym istniał ja, bo ja usprawiedliwiam wasze istnienie.

ZOFIA

A tego to już nie rozumiem. Nie gniewaj się, Leonku.

MATKA

To potworne, co on mówi.

LEON

Wcale nie. Ja jeden wpadłem na genialny pomysł. Wy nie wiecie? Mogłem być artystą w trzech rodzajach sztuk: grałem, malowałem i pisałem. Mogłem być także zwykłym realistycznym rzemieślnikiem w tychże samych fachach: realistycznym malarzyną, kopistą niedościgłej natury, modnym wyszukiwaczem nowych dreszczów uczuciowych dla histerycznych kobiet w muzyce i literatem – to jest takim panem, który wszystko opisać potrafi, i mogłem mieć pieniądze. Mogłem być i prawdziwym artystą w sztukach tych, to znaczy tym, który stwarza koncepcje formalne, nawet za cenę deformacji. Mogłem być uznany lub nie – to inna kwestia – ale mogłem też być blagierem spekulującym na upadku sztuki w ogóle, szakalem wylizującym resztki z cudzych półmisków, i przy pomocy tego zrobiłbym już pieniądze na pewno – nie chciałem. Moja ambicja sięga dalej niż to wszystko.

MATKA

Zawsze byłeś dyletantem, a dyletant nie może mieć prawdziwej ambicji

LEON

Myli się mama; dziś być dyletantem to znaczy czasem więcej – czasem, mówię – niż być specjalistą chodzącym w kieracie z klapami na oczach. Już w sztuce są dziś specjaliści, nie tylko w nauce – ale geniusza tej miary co Leonardo da Vinci nie ma i być nie może. Jest w tym wszystkim wina rozrostu wszystkich tych sfer, niemożności ogarnięcia całości. Ale oprócz tego sama siła indywidualności jako takiej przygasła, a nie tylko zdaje się nam to na tle dzisiejszego rozwoju społeczeństwa. I wiecie, gdzie można być jeszcze dobrym dyletantem? – w historii i wnioskach, które z niej wyciągnąć się dadzą na przyszłość. Powiecie, że ja na tym zyskuję w moich oczach, że sam się sztucznie podnoszę. Zgadzam się: moje życie jest jedno i jedyne jak każde inne, ja je przeżywam, a nie kto inny ani nie zbiorowość…

ZOFIA

Pleciesz bzdury, Leonku – to są truizmy.

LEON

Poczekaj, może ci się tylko tak zdaje. Podstawy logiki wydać się mogą niespecjalistom także jakąś bezmyślną bzdurą, powtarzaniem z uporem tego, że A

równa się A. Ja nie staczam się bezwładnie po linii najmniejszego oporu – ja moje życie staram się przeżyć na tym najwyższym poziomie, danym mi przez przeznaczenie, które mam wypełnić. Ostatecznie ktoś musiał się poświęcić, aby to właśnie zrobić co ja – tak jak Judasz musiał się poświęcić, aby sprzedać

Chrystusa – inaczej nie byłoby zbawienia.

ZOFIA

Ale jaka jest ta twoja idea, Leonku? Wytłumacz nam to raz dokładnie.

MATKA

On mówił mi to już tysiąc razy. Nic nie rozumiem. Niech ci tłumaczy, moja Zosiu.

Ja idę zająć się kolacją.

Wychodzi.

LEON

Dziś miałem pierwszy odczyt w tajemnicy przed wami. Jednak uciekłem przed dyskusją. To jest mój start, a jak się nie uda, jestem zarżnięty na wiele, wiele lat i czeka mnie znowu to tak zwane wysysanie pracy mojej matki.

ZOFIA

Zostaw już raz tę matkę. Ty wysysasz najwięcej sam siebie wyrzutami sumienia.

LEON mówi z wzrastającym zapałem

Masz rację; otóż idea moja jest prosta jak drut. Faktem jest, że ludzkość degrengoluje coraz bardziej. Sztuka upadła i niech koniec jej będzie lekki – można się bez niej obejść zupełnie dobrze. Religia skończyła się, filozofia wyżera sobie bebechy i też skończy śmiercią samobójczą. Koniec indywiduum zarżniętego przez społeczeństwo – rzecz już dziś banalna. Jak odwrócić ten pozornie absolutnie nieodwracalny proces uspołecznienia, w którym ginie wszystko, co wielkie, co ma związek z Nieskończonością, z Tajemnicą Istnienia?

ZOFIA

To się odwrócić nie da.

LEON

Właśnie, że się da! Ale nie przez odradzanie rasy nadludzi – to blaga tego potwornego umysłowego impotenta, Nietzschego – i nie przez mrzonki o ogólnej szczęśliwości, w której wszyscy dobrzy ludzie będą mieli czas na wszystko – oni będą może mieli czas, ale będą innymi ludźmi, raczej zmechanizowanymi bydlętami, tego nie rozumieją nasi naiwni marzyciele; i nie przez sztuczne odnawianie religii przy pomocy fabrykowania nowych mitów – to blaga ostatecznych historycznych niemowląt naszej epoki. To wszystko są formy zasłaniania sobie oczu na potworność tego faktu, że my giniemy. To wstrętne. Jeśli mamy już raz, do diabła, ten intelekt, który według Spenglera jest symptomem upadku, to mamy go dany na coś, nie tylko na to, aby uświadomić sobie ten nasz upadek i nic więcej. Ten sam intelekt może stać się czymś twórczym i odwrócić ostateczną katastrofę.

ZOFIA

To są gołosłowne obietnice. Jak to wykonać, tego sam nie wiesz.

LEON

Wiem, jak zacząć. A więc przede wszystkim nie chować głowy pod skrzydło, tylko spojrzeć prawdzie w oczy i tym właśnie pogardzanym dziś intelektem odeprzeć historyczną prawdę, która się na nas wali: szarzyzna, mechanizacja, plugawe bagienko społecznej doskonałości. Dlatego że intelekt okazał się symptomem dekadencji, stać się antyintelektualistą, sztucznym durniem, blagierem á la

Bergson? O nie. Na odwrót: uświadomić sobie to wszystko aż do granic ostatecznych i nie sobie tylko, ale i innym też. Zadanie piekielnie trudne:

uświadomić szerokie masy, że wolny, naturalny rozwój społeczny grozi upadkiem.

Założyć trzeba będzie specjalne instytuty tej wiedzy i wytworzyć różne stopnie jej popularności. Akcja musi być zbiorowa, na olbrzymią skalę. I jeśli miliard ludzi sprzeciwi się świadomie upadkowi, to upadku nie będzie. Zorganizować tak ogólną świadomość całych klas, całych społeczeństw, aby na ten zbiorowy upadek nie było po prostu miejsca… chyba między mrówkami.

ZOFIA

Nie widzę zupełnie tego punktu, gdzie ta myśl może zaczepić się o rzeczywistość.

LEON

Czekaj, nas zabija instynkt społeczności – odwrócić go przeciw niemu samemu – na to mamy właśnie organizację zbiorowości, aby się nie dać i zabić w niej to, co jest szkodliwym dla indywiduum. Zamiast obałwaniać tłumy utopiami państwowego socjalizmu i potworną rzeczywistością syndykalizmu i kooperatyw – zużyć w tym celu już osiągniętą organizację społeczną, aby uświadomić każdego o niebezpieczeństwach dalszego jej rozwoju. Jeśli każdy będzie myślał tak jak ja, to już tym samym społeczeństwo nie zdoła przerosnąć osobowości. Na to mamy organizację nauczania, na to społeczną dyscyplinę, aby móc tego dokonać, a wtedy może, przy takim zbiorowym stanie ludzkości, ukażą się nowe, nieznane perspektywy. W każdym razie nowych możliwości nie ma w koncepcji ogólnej szczęśliwości naszych nędznych idealistycznych tchórzów – jest tylko mrok zmechanizowanej szarzyzny. Tak – indywiduum w ogóle skończyło się. Możliwe, że to ja jestem ten jeden jedyny w swoim rodzaju osobnik, od którego rozpocznie się zwrot naprzód, naprawdę naprzód, a nie staczanie się w otchłań stadowej nędzy pod maską wysokich ogólnoludzkich ideałów. To musi być zbiorowy czyn uświadomienia na szaloną skalę. Stan wzajemnego antyspołecznego odpychania indywiduów przezeń wytworzony musi przewyższać siłę społecznej przyczepności, a wtedy zobaczymy.

ZOFIA

Och – gdybyśmy to mogli zobaczyć! Gdyby ta idea dała się przeprowadzić, byłoby to naprawdę coś wielkiego.

LEON

Zrozum, że tu jeden człowiek ani grupa wystarczyć nie może. Dopiero cała ludzkość uświadomiona w ten sposób stworzyć może taką atmosferę społeczną, w której powstać będą mogły indywidua nowego typu, bo ta atmosfera będzie nowa, taka, jakiej od początku świata nie było. To nie jest żadna dotychczasowa mdło demokratyczna organizacja tak zwanej “inteligencji” – mdła demokracja to wcielenie fałszu – ona nie pozwala na spojrzenie prawdzie w oczy, a to ostatnie dopiero, i to masowe, stworzyłoby nowy zbiorowy stan, o jakim mówię.

ZOFIA

A jeśli to się nie uda? Co wtedy?

LEON

Nie mamy nic do stracenia. Może to fikcja, ale jedyna, której warto jeszcze spróbować. W każdym razie tam, gdzie my idziemy teraz, dokąd wloką nas ślepe siły społeczne, to jest ku ostatecznej mechanizacji i zbaranieniu, nie ma przed nami nic. Szalona praca jest do wykonania – trzeba wykuć z niczego podstawy nowych możliwości, które są nieobliczalne. Najpiekielniejsza transformacja, jaka się da pomyśleć. Ale dlatego musi nastąpić przede wszystkim odmaterializowanie socjalizmu, jako pierwszy stopień – rzecz pozornie niewykonalna, a jednak konieczna. Nie burzyć społeczeństwa i nie stwarzać błaznów á la Nietzsche, tylko zużywając siły społeczne stworzyć społeczne, nie indywidualne możliwości powstania nowej ludzkości. A oprócz tego wszystkie inne fizyczne środki odrodzenia mogą być potęgowane dalej. Ale my dążymy do produkowania zdrowych automatów, stokroć tragiczniejszych w automatyzmie swym od owadów – bo myśmy to wszystko mieli i stracili.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?