Wyrok śmierci 2. W imieniu prawa

Tekst
Z serii: Wyrok śmierci #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Goszczurny

Wyrok śmierci 2. W imieniu prawa

Saga

Wyrok śmierci 2. W imieniu prawa

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1978, 2021 Stanisław Goszczurny i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728023549

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Słowo wstępne

Opowiedziana w niniejszej książce historia rozegrała się pod koniec roku 1923 oraz w roku 1924. Jednakże jej początek miał miejsce wcześniej, w połowie roku 1923 (opisaliśmy ją w poprzednim tomiku tej serii pt. „Prowokacja”).

Były to lata, kiedy Polska, odrodzona po długiej niewoli, nie mogła wydobyć się z chaosu i bezsilności. Walka o władzę różnych ugrupowań prawicowych, gra międzynarodowych sił antylewicowych, w którą Polska była uwikłana, walka z wewnętrznymi siłami komunistycznymi, wreszcie samolubna, antyludowa i antyrobotnicza polityka wielkiej burżuazji i obszarników — wszystko to stwarzało chaos, powodowało bezrobocie, głód, nędzę mas pracujących. Toteż narastało niezadowolenie ludzi pracy, mnożyły się strajki, protesty, manifestacje.

Burżuazyjne władze za wszelką cenę chciały zrzucić z siebie winę za sytuację, w jakiej się znalazł kraj i ludzie pracy. Trzeba więc było na żer opinii publicznej rzucić „winnych”.

Tak narodziła się prowokacja polityczna, której autorem był nadkomisarz policji politycznej w Warszawie, Józef Piątkiewicz, mający — rzecz jasna — swoich mocodawców i współpracowników. Postanowił on rzekome zamachy bombowe, akty terroru — prowokacyjnie organizowane przez policję — oraz wszelkie czyny antypaństwowe i antyrządowe przypisać działającym w podziemiu polskim komunistom. W ten sposób miały być upieczone od razu dwie pieczenie: kompromitacja komunistów i wskazanie „winnych”.

Głównym instrumentem w realizacji tej prowokacji stał się agent policji Józef Cechnowski. Na podstawie jego oskarżeń aresztowano dwóch oficerów komunistów: porucznika Walerego Bagińskiego i podporucznika Antoniego Wieczorkiewicza.

Mimo pewnych powikłań i nieprzewidzianych trudności akcja została przeprowadzona: Bagińskiego i Wieczorkiewicza aresztowano pod zarzutem utworzenia organizacji terrorystycznej, dokonywania zamachów bombowych i innych działań antypaństwowych.

Piątkiewicz mógł być zadowolony: obie ofiary wpadły w jego pajęczynę.

Tomik niniejszy opowiada o przebiegu procesu i dalszych losach oficerów.

Rozdział pierwszy
1.

Nadszedł dzień dwudziesty listopada 1923 roku.

Sala Sądu Wojskowego była niezbyt wielka, mogła pomieścić nie więcej niż około stu osób. W sam raz tyle, ile potrzeba: oficjalnych urzędników, reprezentantów władz, prawników, dziennikarzy i tych gości, którzy proces powinni zobaczyć. Wypełniona była całkowicie, do ostatniego miejsca. Przy drzwiach żandarmi sprawdzali karty wstępu, baczyli, by nikt nie zakłócił przebiegu procesu.

Dostojnicy, z generałem na czele, siedzieli najbliżej miejsca, gdzie miał się toczyć proces: zajmowali pierwsze rzędy. Nie rozmawiali, byli poważni, skupieni, jakby niezbyt pewni tego, co przyniesie rozprawa.

Prokurator Janczewski i jego pomocnik jeszcze przeglądali jakieś dokumenty, wymieniali uwagi. Pułkownik-oskarżyciel zachowywał się swobodnie, żeby nie powiedzieć beztrosko. Tu skłonił głowę, tam posłał uśmiech, demonstrował pewność siebie i zadowolenie.

Inaczej zachowywał się major Zieliński. Jego chuda, zazwyczaj zgarbiona postać wydawała się jeszcze bardziej przygięta. Pochylony nad pulpitem coś notował. Minę miał poważną, nie rozglądał się po sali, sprawiał wrażenie, jakby się chciał odizolować od tego całego tłumu, który przeszkadzał mu w skoncentrowaniu się na sprawie. Drugi adwokat — urzędowy obrońca podporucznika Wieczorkiewicza — o coś zapytał Zielińskiego. Major odburknął niechętnie i tamten odsunął się lekko urażony.

Całą tę krzątaninę, gwar, falowanie głów ludzkich nagle przerwał głos woźnego. Zabrzmiał wyraźnie i dostojnie:

— Proszę wstać, sąd idzie!

Weszło trzech mężczyzn w wojskowych mundurach. Przewodniczący, pułkownik, nie patrząc na nikogo zajął środkowe miejsce, asesorzy stanęli po jego bokach. Sędzia przez chwilę patrzył na zamarłą w bezruchu salę. Wreszcie skinął głową, usiadł, a w ślad za nim wszyscy zajęli swe miejsca. I zanim ucichł wywołany tym szmer, sędzia zarządził:

— Proszę wprowadzić oskarżonych!

Weszli bocznym wejściem w towarzystwie dwóch żandarmów. Obaj byli w mundurach galowych, na piersiach widniały odznaczenia, sprawiali wrażenie, jakby nie zasiadali na ławie oskarżonych, ale przybyli na teatralną premierę.

Tylko poważne, skupione twarze, nieco podkrążone oczy Bagińskiego i czujne, trochę spłoszone spojrzenie Wieczorkiewicza mówiły, że to nie będzie zwykły spektakl. Zieliński przelotnie spojrzał na swego klienta i nieznacznie skinął głową. Prosty gest, bez zbędnych uśmiechów i znaków, a jednak Bagiński poczuł, że ma w nim prawdziwego obrońcę.

Na ławie dla prasy publicysta Leon Okręt pochylił się do kolegi.

— Ależ się szykują na tych dwóch biedaków, niech pan spojrzy, prokurator drży jak chart przed atakiem. Niezły cyrk nam zapowiada.

— Iii, polecą dwie główki — wzruszył ramionami młody dziennikarz.

Okręt, doświadczony wyga dziennikarski, popatrzył kpiąco na kolegę:

— Taki pan pewny ich winy?

— A pan nie? Idę o zakład, że prokurator i policja mają żelazne materiały...

— Już niektóre publikowano — zadrwił Okręt. — Nie wyglądają na żelazne, a raczej na gumowe...

— Dlaczego?

— Naciągane — zaśmiał się Okręt.

— A pan zawsze broni tego, co na lewo? — złośliwie przygadał dziennikarz.

— Młody przyjacielu — Okręt spoważniał. — Bronię tego, co prawdziwe. Niech pan to zapamięta. A zakładu niech pan nie robi, bo proces dopiero się zaczyna.

— Proszę o spokój — upominał sędzia nie tylko dziennikarzy, ale i publiczność, która podniecona ukazaniem się tak głośnych oskarżonych zaszemrała. Sala znów zamarła.

Oskarżeni siedzieli z podniesionymi głowami. Obaj byli spokojni, patrzyli śmiało na sędziego, prokuratora, dziennikarzy i publiczność.

Bagiński wolno wodził wzrokiem po sali. Gdy jego spojrzenie napotkało oczy prokuratora, stało się nagle zimne, uparte, wrogie. Prokurator odwzajemnił się lodowatym spojrzeniem. Zdawali sobie obaj sprawę, że teraz nadchodzi pora pojedynku.

Bagiński oderwał wreszcie spojrzenie od pułkownika i dalej patrzył na salę, jakby chciał wiedzieć, kto pragnie być świadkiem tej komedii. Wieczorkiewicz odpowiadał na jakieś pytanie swego obrońcy.

Sędzia głosem poważnym i uroczystym otworzył przewód sądowy. Po wygłoszeniu formuły rozpoczynającej proces i wymienieniu nazwisk oraz stopni obu oskarżonych, a także prokuratora i obrońców, głos oddał oskarżycielowi. Janczewski podniósł się — to była jego chwila. Głos prokuratora brzmiał dobitnie i wyraźnie, ale w sposób nieco sztuczny, po staroświecku teatralny.

— Oskarżam porucznika Walerego Bagińskiego i podporucznika Antoniego Wieczorkiewicza o:

— Przynależność do nielegalnej, komunistycznej partii, której idee i cele działalności są przez nasze państwo uznane za sprzeczne z prawem;

— Utworzenie nielegalnej, komunistycznej organizacji, której zadaniem było stosowanie terroru i dokonywanie zamachów bombowych. Celem tej zbrodniczej działalności miały być obiekty wojskowe, rządowe, koleje oraz gmachy publiczne. Wynikiem tej działalności był między innymi zamach bombowy na Uniwersytecie Warszawskim, podczas którego zginęła jedna osoba, a inne odniosły rany, choć bezpośredni udział obu oskarżonych w tym właśnie zamachu nie jest przedmiotem niniejszego oskarżenia;

— W ramach działalności tej grupy terrorystycznej oskarżeni wysadzali lub zamierzali wysadzić w powietrze obiekty Powiatowych Komend Uzupełnień na terenie Śląska, w Katowicach, Sosnowcu, Będzinie, a także w Częstochowie, Białymstoku i innych miejscowościach. Zamierzali ponadto wysadzić w powietrze linie kolejowe na trasie Kraków-Tarnów-Radom, co jednak nie zostało dokonane w wyniku działania policji państwowej. Wielu czynów planowanych w ramach stworzonej i kierowanej przez siebie komunistycznej, terrorystycznej organizacji oskarżeni bądź ich wspólnicy nie zdołali dokonać, gdyż działalność ta została ujawniona i udaremniona;

— Celem tej działalności było stworzenie w kraju atmosfery strachu, terroru i niepewności. Powodowało to zagrożenie mienia i życia obywateli. A wszystko to miało prowadzić do celu ostatecznego: dokonania zbrojnego przewrotu komunistycznego!

Sala zaszumiała po tych słowach. Wymieniano oburzone spojrzenia. Tylko Leon Okręt pokiwał głową z politowaniem. Zaś prokurator kończył:

— To wszystko, a także wiele innych spraw związanych z oskarżeniem, prokuratura zamierza udowodnić i udowodni w toku procesu.

 

Sędzia skinął głową i zwrócił się do obu oficerów:

— Czy oskarżeni przyznają się do winy?

— Nie! — zabrzmiała niemal równocześnie ich odpowiedź. Znów przez salę przebiegł lekki szmer, jakby oskarżeni popełnili nietakt, nie przyznając się do zarzuconych im czynów. Sędzia surowo spojrzał na publiczność, potem powiedział:

— Sąd otwiera postępowanie dowodowe. Głos ma oskarżyciel wojskowy.

Obaj oskarżeni nadal siedzieli nieruchomo, spokojnie, zdawać by się mogło, że wszystko, co się tutaj dzieje, ich nie dotyczy. Patrzyli teraz ponad głowami ludzi na szare listopadowe niebo i gałęzie drzew niemal zupełnie już pozbawione liści.

A na sali zapanowała atmosfera jak podczas wielkiego meczu: który z przeciwników zwycięży, kto poda lepsze argumenty, czyje racje okażą się bardziej przekonywające?

Prokurator wstał. Był powściągliwy, oszczędny w gestach jak człowiek, który jest całkowicie pewny swoich racji. Poprosił sąd o wezwanie pierwszego świadka oskarżenia. Był nim podkomisarz policji państwowej, szef placówki policji politycznej w Częstochowie — Józef Stanisz, podwładny nadkomisarza Piątkiewicza.

Po krótkiej ceremonii wstępnej — zaprzysiężeniu świadka i sprawdzeniu jego danych personalnych — przystąpiono do przesłuchania. Prokurator poprosił:

— Niech świadek opowie Wysokiemu Sądowi o zdarzeniu, jakie miało miejsce przed kilkoma miesiącami, a dokładnie trzydziestego czerwca obecnego roku.

Stanisz przestąpił z nogi na nogę, wyprostował się i niemal w postawie na baczność zaczął recytować:

— Tak, Wysoki Sądzie, to było w nocy trzydziestego czerwca, jak podkreślił pan prokurator.

— Proszę podawać fakty bez żadnych dygresji — upomniał go sędzia.

Trochę zbity z tropu podkomisarz odpowiedział:

— Tak jest, Wysoki Sądzie — i zaraz podjął: — Otóż około pierwszej w nocy do mojego mieszkania przyszedł nieznany mi wówczas osobnik. Powiedział, że wie, kto kilka dni przedtem, to jest dwudziestego czwartego czerwca, dokonał zamachu bombowego na gmach Powiatowej Komendy Uzupełnień w Częstochowie. Ponieważ zamach taki rzeczywiście miał miejsce, a jak wiadomo zamachy bombowe odbyły się także w innych miastach, wiadomość ta bardzo mnie zainteresowała.

Sędziego natomiast zainteresowało coś całkiem innego. Spytał:

— Co znaczy „nieznany osobnik”? Czy świadek go wylegitymował?

— Naturalnie, Wysoki Sądzie — skwapliwie potwierdził Stanisz.

— Kto to był?

— Niejaki Józef Cechnowski.

— Nic więcej świadek o nim nie wie?

— Wiem — stwierdził Stanisz. — Otóż tenże Cechnowski powiedział mi sam, że należy do organizacji terrorystycznej, stworzonej przez komunistów. Początkowo do niej wstąpił, bo, jak twierdził, założenia były atrakcyjne, a sam także należał do niezadowolonych z sytuacji panującej w kraju. Później jednak, kiedy i od niego zaczęto wymagać uprawiania działalności terrorystycznej, podkładania bomb uznał, że jest to niezgodne z jego zasadami ideowymi i postanowił dobrowolnie oddać się w ręce policji oraz wszystko szczerze wyznać.

W tym momencie prokurator spojrzał na sędziego. Po milczącym skinieniu głową przez sędziego, prokurator rozpoczął zadawać pytania:

— Czy ów Cechnowski podawał świadkowi bliższe dane dotyczące tej organizacji, a może wymieniał jakieś nazwiska?

— Tak jest — odparł Stanisz. — Podał mi nazwisko podporucznika Antoniego Wieczorkiewicza, z którym miał się najczęściej kontaktować w sprawach aktów terroru.

— Czy Cechnowski przyniósł wówczas, podczas tej nocnej wizyty, jakiś przedmiot, coś, co świadczyłoby o jego skrusze i prawdziwości zeznań? — pytał prokurator.

Major Zieliński podniósł się i powiedział:

— Protestuję przeciwko takiemu sformułowaniu pytania. Zawiera ono wyraźną sugestię co do odpowiedzi.

Sędzia pochylił się do jednego, potem do drugiego asesora i zdecydował:

— Sąd nie uwzględnia sprzeciwu obrony. Niech świadek odpowiada.

Przy triumfującym błysku oczu prokuratora Stanisz odpowiedział:

— Cechnowski stwierdził, że ma przy sobie jedną bombę, która była przeznaczona do podłożenia pod gmach PKU w Sosnowcu. Tę właśnie bombę oddał mi jako dowód rzeczowy i świadectwo, że mówi prawdę.

Prokurator wyjął spod pulpitu pakunek. Położył na stole z prośbą, by bombę włączono jako dowód rzeczowy do sprawy. Sąd wyraził zgodę.

— Świadek, jako urzędnik policji — ciągnął prokurator — był zobowiązany podjąć działanie i od razu rozpocząć śledztwo. Proszę powiedzieć, co świadek uczynił?

— Zapytałem Cechnowskiego, od kogo i kiedy otrzymał tę bombę — mówił Stanisz. — Wówczas przyznał on, że bombę tę poprzedniego wieczoru wręczył mu na Dworcu Gdańskim w Warszawie jakiś porucznik. Na dalsze moje pytania odpowiedział, że osób zamieszanych w tę sprawę jest wiecej, a zbierają się w Warszawie przy ulicy Wolskiej 54.

— Co było dalej? — dociekał prokurator. — Chodzi mi o działanie świadka.

— Protestuję — podjął znów Zieliński. — Jest to proces, w którym nie chodzi o działanie świadka Stanisza, lecz oskarżonych, a także osób, które ich obciążają winą.

— Sąd uchyla protest — ponownie odparł sędzia. — Pytanie ma bezpośredni związek ze sprawą. Proszę odpowiedzieć.

— Następnego dnia — kontynuował Stanisz — Cechnowski potwierdził swoje zeznania na piśmie. Ponieważ sprawa była ważna i wykraczała poza Częstochowę — razem z Cechnowskim i bombą pojechałem do Warszawy, gdzie zgłosiłem się do nadkomisarza Piątkiewicza, który przejął dalsze śledztwo w tej sprawie.

— Jeszcze jedno pytanie — prokurator był niezwykle uprzejmy dla Stanisza. — Czy ten porucznik, który wręczył bombę Cechnowskiemu, został wymieniony z nazwiska, bądź w jakikolwiek inny sposób zidentyfikowany?

— Tak jest — odparł Stanisz. — Był to porucznik Walery Bagiński.

Bagiński, który do tej pory siedział z kamienną twarzą, jakby to wszystko, co działo się na sali, wcale go nie dotyczyło, teraz podniósł głowę.

— W jaki sposób porucznik Bagiński został zidentyfikowany? — chciał wiedzieć sędzia. Stanisz bez zająknięcia odparł:

— W gabinecie nadkomisarza Piątkiewicza — po zdaniu protokolarnie i przy świadkach bomby — odbyła się później konfrontacja.

— Świadek w niej uczestniczył?

— Protestuję — znów podniósł się Zieliński. — Świadek opowiada rzeczy, które go osobiście nie dotyczą.

— To zeznanie będzie potwierdzone — replikował prokurator — mogę zapewnić pana majora!

— Sąd uznaje protest — przerwał dialog sędzia. — Prokurator winien udowodnić tę sprawę w sposób bezpośredni.

— Tak jest, Wysoki Sądzie! — Janczewski skłonił głowę. — Nie mam więcej pytań.

— Proszę, obrona może zadawać pytania — sędzia zwrócił się do ławy obrońców. Pierwszy wstał major Zieliński.

— Czy świadek kiedykolwiek przed dniem trzydziestego czerwca widział lub w ogóle znał Cechnowskiego?

— Nie! — szybko zaprzeczył Stanisz.

— A po tym wydarzeniu i opisanym już sądowi postępowaniu — dociekał Zieliński — czy świadek utrzymywał nadal kontakt z Cechnowskim?

— Tak, do pewnego stopnia... to jest... — zaczął się jąkać Stanisz nie przygotowany na takie pytanie.

— Więc tak czy nie?

— Tak.

— W jakim celu, skoro sprawa znalazła się już w rękach nadkomisarza Piątkiewicza?

— Cechnowski mieszkał w Częstochowie, siłą rzeczy zatem znajdował się w zasięgu moich kompetencji.

— Co znaczy określenie „w zasięgu moich kompetencji? Proszę bliżej sądowi wyjaśnić ten zwrot.

— Cechnowski okazał się cennym świadkiem i prawdziwym informatorem. Nie mógł pozostać bez opieki. A z drugiej strony w Warszawie nie było bezpiecznie go zostawiać.

— Inaczej mówiąc — bezlitośnie dociekał Zieliński — Cechnowski nie został zatrzymany, tylko ukryty pod opieką świadka w Częstochowie. Czy świadek może powiedzieć, w jakim celu?

— Protestuję — teraz zerwał się prokurator. — Pytanie obrońcy nie tylko odbiega od meritum sprawy, ale wkracza w dziedzinę metod działania policji.

— Pragnę tylko się dowiedzieć, kim był i co robił Cechnowski po tej nocy, kiedy się zgłosił, i po dostarczeniu go do Warszawy — odparował Zieliński. — To ważne dla sprawy.

— Sąd uwzględnia protest prokuratora i uchyla pytanie.

— Nie mam więcej pytań — z godnością powiedział Zieliński.

Obrońca podporucznika Wieczorkiewicza wstał, pochylił się, jakby chciał dobrze przyjrzeć się świadkowi. Wreszcie powiedział:

— Świadek zeznał, że Cechnowski bez wahania wymienił nazwisko podporucznika Wieczorkiewicza.

— To prawda — stwierdził Stanisz.

— Nikt tego nie kwestionuje — zimno stwierdził obrońca. — Ale czy wobec tego świadek może powiedzieć, co uczynił w celu unieszkodliwienia wymienionego podporucznika Wieczorkiewicza, bo skoro był on niebezpiecznym organizatorem zamachów, to obowiązkiem policji było jego natychmiastowe unieszkodliwienie, czy tak?

— Zgłaszam protest — przerwał prokurator. — Z tych samych powodów, co poprzednio. Obrona chce zdyskredytować świadka, a także ujawnić metody pracy naszej policji.

— Jeśli te metody są tajemnicą, to w jaki sposób dowiemy się prawdy o oskarżonych? Czy będziemy zmuszeni wierzyć na słowo funkcjonariuszom policji, czy wolno nam będzie dociekać prawdy, uchylać zasłonę, za którą rozegrał się ten dramat? — patetycznie zapytał obrońca.

Sędzia powiedział:

— Sąd oddala protest prokuratury. Obrona ma rację mówiąc, że musimy gruntownie zbadać sposób identyfikacji oskarżonego Wieczorkiewicza i jego działalność. To nie powinno stanowić tajemnicy policyjnej, a raczej powinno przynosić jej zaszczyt, że szybko potrafi ująć winnego. Proszę, niech świadek odpowie.

Niepewnie zerkając na wyraźnie niezadowolonego prokuratora, Stanisz zeznał:

— Od czasu przejęcia sprawy przez nadkomisarza Piątkiewicza byłem łącznikiem między nim a Cechnowskim, który, jak mówiłem, został uznany za ważnego świadka, mogącego nam pomóc w rozwikłaniu całej sprawy.

— To już sąd wie — przerwał sędzia. — Proszę do rzeczy.

— Więc wynająłem Cechnowskiemu mieszkanie w Sosnowcu. Chodziło o to, że Cechnowski mówił Wieczorkiewiczowi, iż mieszka w Sosnowcu, a więc winno to być zgodne z prawdą...

— A nie mieszkał? — zdziwił się obrońca. — Czemu zatem kłamał towarzyszowi z konspiracji?

— Nie wiem, chyba także ze względów konspiracyjnych, nie chciał, by Wieczorkiewicz w każdej chwili mógł go osiągnąć.

— A to dlaczego? Skoro zgodził się na współpracę, musiał też zgodzić się na kontakty.

— Już mówiłem, że jako miejsce kontaktów Cechnowski podał mieszkanie w Warszawie na Wolskiej.

— Trudno zrozumieć tę grę oraz kłamstwa Cechnowskiego, a ponadto, dlaczego policja, konkretnie świadek, pomógł w tym, by kłamstwo o zamieszkaniu w Sosnowcu stało się rzeczywistością — zdziwił się obrońca.

— Fakt, że obrona czegoś nie rozumie, nie interesuje sądu — powiedział przewodniczący. — Proszę zaspokajać swoje zainteresowania poprzez pytania, a nie przez wyrażanie zdziwienia.

— Tak, Wysoki Sądzie — zgodził się obrońca. — Więc co świadek czynił dalej razem z Cechnowskim?

— Cechnowski z Sosnowca pojechał do Krakowa, skąd przywiózł materiały wybuchowe od Wieczorkiewicza.

— W jakim celu?

— W celu zamachu. Ale materiały te także zostały przekazane nadkomisarzowi Piątkiewiczowi.

— Skoro działano w ten sposób, to jak doszło do zdemaskowania podporucznika Wieczorkiewicza? Czy podejmowano jeszcze jakieś kroki?

— Tak jest. Cechnowski miał się spotkać z Wieczorkiewiczem w Sosnowcu w celu dokonania zamachu. Pojechałem tam z Cechnowskim. Ponieważ nie było Wieczorkiewicza w Sosnowcu, pojechaliśmy do Krakowa. Cechnowski spotkał się z Wieczorkiewiczem sam, by omówić zamach.

— Jaki zamach?

— Na most kolejowy koło Tarnowa.

— Co było dalej?

— Ustaliliśmy z nadkomisarzem Piątkiewiczem, że pojedziemy wszyscy do Tarnowa, by ująć Wieczorkiewicza w czasie akcji, to jest na gorącym uczynku. Jednak Wieczorkiewicz nie przybył.

— Jak świadek sądzi, dlaczego?

— Może przeczuł, że grozi mu niebezpieczeństwo.

— A może w ogóle nie spotykał się z Cechnowskim i nie było żadnego omawiania zamachu na most w Tarnowie? — palnął obrońca.

 

— Protestuję! — krzyknął niemal prokurator. — Przed zamknięciem przewodu obrońca pozwala sobie na wysnuwanie wniosków i znieważanie świadka, który składał przysięgę prawdomówności!

— Historia sądownictwa zna niejeden przykład krzywoprzysięstwa świadków — odparował obrońca.

— Sąd uznaje protest oskarżyciela — surowo powiedział sędzia. — Czy są jeszcze pytania do świadka?

— Dziękuję, nie mam pytań — obrońca usiadł. Po raz pierwszy Zieliński uśmiechnął się do swego kolegi.

Stanisz szedł przez salę z opuszczoną głową, jakby nie chciał spojrzeć w oczy oskarżonym, którzy zresztą nie zwracali na niego najmniejszej uwagi.