Wyrok śmierci 1. Prowokacja

Tekst
Z serii: Wyrok śmierci #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Goszczurny

Wyrok śmierci 1. Prowokacja

Saga

Wyrok śmierci 1. Prowokacja

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1978, 2021 Stanisław Goszczurny i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728023556

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Od autora

Trzy tomiki („Prowokacja”, „W imieniu prawa”, „Zamach”) składające się na serię WYROK ŚMIERCI nie są pracą historyka. Jest to opowieść osnuta na kanwie wydarzeń, które miały miejsce przed z górą pół wiekiem, w latach 1923—1925. Mimo pewnej fabularyzacji zdarzeń oraz kreślenia scen, które mogły towarzyszyć owym historiom, głównym tworzywem były autentyczne dokumenty, zachowane w archiwach, jak i publikowane już prace, powszechnie dostępne. Czuję się zatem w obowiązku podać, iż inspiracją do napisania niniejszej opowieści były następujące źródła: Dokumenty archiwalne; Roman Juryś: „Kulisy wielkiej prowokacji”. Warszawa 1968; Wanda Wasilewska: „.. Ż e padliście w boju”. Warszawa 1958; Adam Pragier: „Czas przeszły dokonany”. Londyn 1966 (fragment zamieszczony w „Polityce” 1966 nr 42 pt. „Reżyseria zbrodni”); Tadeusz Rek: „Sprawa Bagińskiego i Wieczorkiewicza”. „Prawo i Zycie” 1958 nr 17; Janusz Płowecki: „Zeznania Komisarza”. „Polityka” 1967 nr 25; Jakub Janiak: „Nowe fakty w sprawie wybuchu w Cytadeli” (Przyczynek do procesu Bagińskiego i Wieczorkiewicza). „Z pola walki” 1969 nr 2.

Słowo wstępne

Rok 1923. W niespełna pięć lat po odzyskaniu niepodległości Polska daleka była od stabilizacji gospodarczej i politycznej. Kraj pogrążony był w chaosie, depresji ekonomicznej, szalała inflacja, rosło bezrobocie. Konsekwencją tego była niestałość rządów, brak autorytetu organów przedstawicielskich i wykonawczych państwa.

Rząd Chjeno-Piasta, na czele którego stał ludowy działacz Wincenty Witos, nie był w stanie opanować sytuacji, zaś jego polityka gospodarcza nie przynosiła poprawy warunków życia ludziom pracy, lecz pogłębiała nędzę, bezrobocie i rozgoryczenie. W konsekwencji narastała fala protestów, strajków, buntów, mnożyły się walki uliczne, w których przeciwko robotnikom brutalnie występowała policja, pomagały jej zaś bojówki typu faszystowskiego.

Lewica polska, której przewodziła Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, wskazywała drogę zmierzającą do osiągnięcia zmiany sytuacji. Istniał też potężny przykład sąsiada, młodego państwa radzieckiego.

Ale równocześnie działały w kraju silne ugrupowania prawicowe, nacjonalistyczne, o rozmaitych odcieniach i zabarwieniach, które wszakże łączyło jedno: strach przed rewolucją, nienawiść do komunizmu i komunistów. Mnożyły się różnego typu mniej lub bardziej tajne organizacje antylewicowe, narastała również ze strony prawicy walka przeciwko rządowi. Pierwszym jednak i głównym wrogiem sił prawicowych był komunizm. Toteż przeciwko tej partii, jej działaczom, a także przeciwko robotnikom domagającym się swoich praw i sprawiedliwości społecznej używano wszelkich, nawet najbardziej brutalnych i podstępnych środków.

Także rząd zdawał sobie sprawę z siły klasy robotniczej i potęgi robotniczego protestu i buntu. Brutalnie tłumił strajki, rozpędzał manifestacje robotnicze, było jednak jasne, że siła, pałka i karabin to środki doraźne i nie dające na dłuższą metę pożądanych efektów. Rząd wiedział, że trzeba odpowiedzieć na pytania ludzi pracy: Kto winien? Kto ponosi odpowiedzialność za stan, w jakim się znalazł kraj? Postanowiono udzielić odpowiedzi na te pytania. „Winni” mieli być ukazani społeczeństwu i ukarani z całą surowością.

Zadania tego podjął się człowiek, który miał wielkie doświadczenie w walce politycznej przeciwko klasie robotniczej i w ogóle siłom lewicowym. Ba! Walka ta była jego jedynym, podstawowym obowiązkiem. I prowadząc tę walkę nie przebierał w środkach i metodach.

Rozdział pierwszy
1.

Pogodny lipcowy ranek w Warszawie. Dzień robił się upalny, najlżejszy wiatr nie poruszał gałęziami drzew. Ludzie otwierali okna, tu i ówdzie przed sklepami właściciele polewali chodniki wodą, opuszczali pasiaste markizy.

Mimo wczesnej pory ruch był dość duży, choć nietypowy jak na tę porę dnia, kiedy robotnicy powinni już pracować w fabrykach, urzędnicy w biurach, zaś handel jeszcze nie rozpoczął swej zwykłej działalności. W bocznych ulicach, zwłaszcza w dzielnicach fabrycznych, gromadziły się grupy robotników i robotnic. Ktoś mówił coś podnieconym głosem do współtowarzyszy, ktoś inny wymachiwał gazetą niewielkiego formatu. I.udzie przeważnie milczeli. Tłum gęstniał, w niektórych dzielnicach, na Woli, Mokotowie, już się robiły zatory. Dorożki i nieliczne samochody były zmuszone się zatrzymywać, szukać objazdów. Z rzadka widać było policjantów, którzy na pozór obojętnie przyglądali się ludziom, a tylko w wypadku głośniejszych okrzyków lub na widok kolporterów ulotek czy pism komunistycznych próbowali interweniować, zawsze jednak bezskutecznie, ponieważ kolporterzy natychmiast nurkowali w tłum, wchłaniający ich i tworzący mur nie do przebycia.

Nadkomisarz Piątkiewicz szedł do pracy. Ulice, które prowadziły do jego biura, nie były zbyt zatłoczone, ale i tutaj dawało się wyczuć nienaturalne podniecenie; przechodziły rzadkie grupy robotników spieszących na miejsce zbiórki, ze sklepów niekiedy wyglądali zalęknieni właściciele.

Piątkiewicz, mężczyzna o postawie wojskowej, dobrze zbudowany, nieco już szpakowaty, był w cywilnym ubraniu. Niczym nie różnił się od innych dbających o swój wygląd mężczyzn w średnim wieku. Nawet czarna teczka, którą trzymał w ręce, była podobna do teczek innych urzędników.

Szedł niezbyt spiesznie, obojętnie mijał przechodniów, ale na widok grupek robotników jego oczy robiły się czujne — nie przystając patrzył, dokąd się kierują, nieco dłużej zatrzymał wzrok na sylwetkach policjantów, którzy, pozornie obojętnie, kręcili się jednak w ilościach większych niż zazwyczaj, gotowi do akcji w każdej chwili.

Nadkomisarz znalazł się na niewielkiej, spokojnej uliczce. Szare, ciężkie budynki, dwa rzędy drzew na skraju chodników, gładka, asfaltowa jezdnia, z rzadka przejeżdżające samochody wiozące do pracy wysokie osobistości znikające w bramach, przy których stali wartownicy. Tu już nie było robotników, niewielu takż można było dostrzec przechodniów, widać było za to kilku policjantów, zwłaszcza na krańcach uliczki, tam gdzie dochodziła ona do większej arterii.

Piątkiewicz wszedł do jednego z tych urzędowych gmachów. Gdy dyżurny policjant stuknął obcasami i zasalutował, odpowiedział mu skinieniem głowy.

Nadkomisarz dotarł do swego gabinetu. Położył teczkę na biurku, siadł ciężko i przeciągnął palcem pod kołnierzykiem, jakby był zbyt ciasny. Drzwi otworzyły się bezszelestnie i do pokoju wszedł starszy mężczyzna. Choć tak jak Piątkiewicz był w cywilnym ubraniu, od razu jednak przyjął postawę wojskową, ręce przycisnął do szwów spodni. Piątkiewicz z chmurną miną skinął mu głową i powiedział gniewnie:

— Duszno tu, trzeba było otworzyć okno. Czy zawsze muszę to robić sam?

— Przepraszam — bąknął uniżenie sekretarz. — Pan komisarz przyszedł dziś tak wcześnie, że nie zdążyłem. — Mówiąc to już otwierał okno na całą szerokość. Z ulicy dobiegł niewyraźny, daleki szum miasta. — Będzie dziś upał — zauważył.

— Mniejsza z tym — mruknął Piątkiewicz. — Co tam nowego?

Sekretarz zbliżył się z szacunkiem i położył przed nim płaską, czarną teczkę.

— Tu są meldunki — powiedział. — Ale chyba nic godnego uwagi. W oddziałach spokój... Od czasu tej historii z wybuchem na uniwersytecie nie ma rewelacji.

— Dobrze — Piątkiewicz odsunął akta. — A co poza tym?

— Pan komisarz sam widział — sekretarz wskazał głową okno. — Od wczoraj się szykowali do strajku. Już chyba czwarty raz w tym miesiącu. Jak nie tramwajarze, to pocztowcy, jak nie pocztowcy, to drukarze i tak w kółko... Ale dziś to wygląda trochę groźniej. W meldunkach jest coś niecoś. Od rana mieli się zbierać w trzech punktach: na Woli, Mokotowie i Pradze. Będą chyba chcieli dojść do śródmieścia... Wygląda na to, że dziś strajkuje ich więcej niż zazwyczaj.

— Dobrze, dobrze, widziałem — mruknął Piątkiewicz. — Mundurowi jakoś się z tym rozprawią. Coś jeszcze?

— Czeka ten człowiek, którego pan komisarz kazał wezwać na ósmą. Przyszedł wcześniej.

— Dobrze — ożywił się nadkomisarz. — Później przyjdzie jeszcze jeden. Niech pan tak zrobi, żeby się nawzajem nie widzieli.

— Tak jest. Poprosić tego?

— Za chwilę, niech jeszcze trochę poczeka. Proszę mi dać najpierw kawy, od tego upału czuję się całkiem sflaczały, a dzień będzie ciężki.

— Rozkaz.

Sekretarz wyszedł z gabinetu. Piątkiewicz wstał i podszedł do okna. Głęboko zaczerpnął powietrza. Patrzył w dół, na pustawą ulicę, ale z niezbyt daleka dochodziły do jego uszu odgłosy przypominające szum lasu. Gdy się wsłuchał uważniej, począł rozróżniać okrzyki, chóralny śpiew, tupot maszerującego tłumu. Nasłuchiwał przez dłuższą chwilę...

 

Tam, gdzie się kończyła mała uliczka, w poprzek przebiegała szeroka arteria. Wychyliwszy się z okna mógł dostrzec manifestujący tłum robotników. Szli w kierunku centrum miasta. Piątkiewicz cofnął głowę, przymknął gwałtownie okno, ale zaraz się roześmiał sam z siebie. Otworzył okno i wrócił na swoje miejsce.

Sekretarz postawił na biurku filiżankę kawy, poczekał aż nadkomisarz nasypie sobie cukru i znów zostawił go samego. Piątkiewicz upił mały łyk i otworzył czarną teczkę. Wyjął z niej dwa niezbyt grube komplety dokumentów spięte spinaczami.

Hałasy z ulicy się wzmogły. Podniósł głowę i słuchał przez moment ze zmarszczonymi brwiami, zaraz jednak wbił wzrok w papiery.

Wziął do ręki fotografię znajdującą się na wierzchu. Było to niewielkie zdjęcie legitymacyjne. Przedstawiało trzydziestoletniego przystojnego człowieka w mundurze porucznika i oficerskiej czapce.

Nadkomisarz długo przyglądał się fotografii, jakby chciał z niej wyczytać wszystko o tym człowieku. Następnie szybko przerzucił dołączone papiery i sięgnął po drugi komplet. Tu zdjęcie przedstawiało nieco młodszego mężczyznę, tym razem podporucznika. Także i tej fotografii nadkomisarz przyglądał się dość długo, potem przebiegł wzrokiem po załączonej kartce z informacjami.

Pociągnął jeszcze trochę kawy, zapalił papierosa i zamknął teczkę. Nacisnął guzik na biurku i niemal natychmiast zjawił się sekretarz.

— Niech wejdzie Trojanowski.

— Tak jest — odparł sekretarz i pochyliwszy się nieco dodał — ten drugi też już jest. Czeka osobno.

— W porządku.

Gdy sekretarz wyszedł, natychmiast zjawił się w gabinecie mężczyzna w średnim wieku, ubrany dość niedbałe. Patrzył spode łba, nieufnie. W ręku trzymał pokaźną teczkę. Obejrzał się, czy drzwi zostały zamknięte i dopiero wówczas podszedł do biurka Piątkiewieza.

Nadkomisarz uśmiechnął się lekko, ręką wskazał fotel, sam przysiadł się blisko gościa.

— No, co słychać, panie Trojanowski? — głos Piątkiewicza był pogodny, życzliwy. — Co pan taki przestraszony?

— Nie lubię tu przychodzić — mruknął przybyły.

— Ja też nie lubię, jak pan przychodzi, ale tym razem sprawa jest pilna, nie było czasu na spotkania gdzieś w mieście. Zresztą w końcu jesteśmy wśród swoich, tu pan się nikogo nie musi obawiać...

— Tu nie — mruknął Trojanowski. — Ale jakby tak ktoś z redakcji zobaczył, że do was wchodzę, byłbym spalony. A w mieście dziś gorąco, ruch, reporterzy latają jak z pieprzem...

— Co mają reporterzy chłopskiej gazety do strajku robotników? — burknął Piątkiewicz.

— Wspólny front, zresztą ich wszystko interesuje.

— Mnie też — roześmiał się Piątkiewicz. — No ale chyba nie myśli pan, że spotkaliśmy się, żeby sobie ponarzekać, co?

— Jasne.

— Polecenie wykonane?

— A czy kiedy nie było wykonane?

— Wiem, wiem, że mogę na panu polegać.

— Do czasu, panie komisarzu. Jak kiedyś wpadnę z tą robotą w redakcji, to dopiero będzie prawdziwa bomba...

— Coś mi się zdaje, że pan dziś wyolbrzymia trudności. Czyżby przed pierwszym w kieszeni było pusto? — zadrwił Piątkiewicz.

— Co pan komisarz? Swoje pobory mam i nigdy się nie targowałem...

— Ja też nie, sam pan wie. Od każdej sztuki coś tam pan ma, powinien się pan cieszyć, że daję zamówienia.

— Tak, ale wolałbym je wykonywać gdzie indziej. Na przykład tu... Wśród swoich bezpieczniej. A tam, jak wpadnę, to...

Piątkiewicz pochylił się. Teraz twarz jego była gniewna, brwi zmarszczone.

— Trojanowski! Czy mam przypominać, że dobry funkcjonariusz wykonuje rozkazy i nie filozofuje? — Zaraz trochę złagodniał i dodał: — Pan wie, że nie bez kozery wsadziłem pana do tej redakcji. Nocna praca ułatwia zadania. A my z tym nie możemy mieć nic spólnego...

— A jak wpadnę?

— Nie będzie nieszczęścia...

— Co pan komisarz mówi! — żachnął się Trojanowski.

— Nie zaszkodziłoby trochę kompromitacji tej redakcji. Za bardzo ich ciągnie na lewo...

— A ja wyląduję w kiciu? I jako kto? Pracownik redakcji czy funkcjonariusz?

— Znajdę sposoby, żeby pana wyciągnąć — roześmiał się Piątkiewicz.

Trojanowski nie rozchmurzył się. Widać było, że zapewnienie nadkomisarza nie bardzo go uspokoiło. Piątkiewicz zauważył to, bo klepnął go w kolano i roześmiał się:

— No, głowa do góry! Nic panu nie grozi. A zadanie jest ciekawe i pożyteczne. Jak zakończę całą akcję, może pan być pewny, że potrafię docenić pański udział.

Trojanowski trochę się odprężył, przyjął papierosa. Zaciągnął się głęboko, spojrzał w okno. Nadal dobiegały stamtąd odgłosy manifestacji. Nagle nasunęła mu się refleksja:

— Ale zawsze to niewesoło pomyśleć, że przeze mnie może stać się komuś coś złego...

Piątkiewicz poderwał się z miejsca. Teraz był wściekły.

— Dość tego! — huknął. — Co to za filozofia? Jeszcze trochę, a rozklei mi się pan z litości dla szumowin... — Chodził przez chwilę, w końcu zmitygował się i już łagodniej zakończył: — Zresztą niech pan uspokoi swoje sumienie. Pańskie wyroby pirotechniczne nikomu nie zrobią krzywdy.

— Więc po co są panu potrzebne?

— Żeby zrobić trochę huku i smrodu — roześmiał się Piątkiewicz.

— A co było na uniwersytecie? — Trojanowski zapytał cicho, jakby w obawie przed nowym wybuchem gniewu nadkomisarza. Ten zatrzymał się, spojrzał na skuloną w fotelu postać i powiedział twardo:

— Tamto to co innego. Śmierć profesora i rany tych dwóch osób to robota czerwonych. Ja mam to panu mówić?

Trojanowski nie odezwał się, tylko zdusił w popielniczce papierosa. Piątkiewicz też widocznie miał dość tej rozmowy, bo zwrócił się już oficjalnie.

— No dobrze, pogawędziliśmy, choć nie należy do moich obowiązków dyskutowanie z podwładnymi. Przyniósł pan to, co zamówiłem?

— Tak jest — Trojanowski sięgnął po teczkę, z której wyjął niewielką paczkę przewiązaną sznurkiem. Ostrożnie położył ją na stole.

Piątkiewicz wyciągnął rękę, ale zaraz ją cofnął, jakby się bał dotknąć paczki. Trojanowski uśmiechnął się.

— Nie ma obawy, nie wybuchnie tak łatwo.

— Działanie — jak zwykle? — zapytał Piątkiewicz.

— Oczywiście.

— To dobrze. Niech pan już idzie. Na razie nie mam nowych zleceń. — Podał dłoń Trojanowskiemu i uśmiechnął się pojednawczo. — No widzi pan, nie przeciążam pana zbytnio robotą. A te... formalności — jak zwykle załatwi sekretarz.

— Dziękuję — mruknął Trojanowski.

Piątkiewicz odczekał, aż tamten wyjdzie, następnie ostrożnie wziął paczkę i przez chwilę ją oglądał. Była niezbyt duża, zapakowana w szary papier, starannie obwiązana sznurkiem. Zwykły pakiecik z jakimś mało ważnym zakupem. Przyjrzał się bliżej. W miejscu, gdzie sznurek tworzył pętelkę, za którą można było nieść paczkę, mały drucik przebijał papier i znikał w środku. Drucik był cienki i tak zamocowany, że na pierwszy rzut oka nie było go widać pod sznurkiem.

Nadkomisarz schował paczkę w szufladzie biurka i wezwał sekretarza. Kazał mu wpuścić drugiego mężczyznę czekającego od dłuższej chwili.

W uchylonych drzwiach ukazała się sylwetka wezwanego. Piątkiewicz jeszcze nie widział jego twarzy, widocznie tamten odwróciwszy głowę mówił coś do sekretarza. Na progu można było dostrzec mężczyznę ubranego w jasny, niezbyt elegancki garnitur.

W tym momencie zabrzęczał telefon. Piątkiewicz rzucił w stronę drzwi „chwileczkę” — przybysz zatrzymał się w sekretariacie.

— Nadkomisarz Piątkiewicz, słucham. — Widocznie telefonistka powiedziała coś ważnego, bo wyprężył się, zakrył mikrofon dłonią i krzyknął: — Proszę zamknąć drzwi — a gdy zostały zamknięte, rzucił: — Tak jest, proszę łączyć! — Po chwili mówił służbiście: — Melduje się nadkomisarz Piątkiewicz... Tak jest... Wiem... No, to nic nadzwyczajnego, ostatnio przecież... Tak jest, rozumiem... Tak, panie generale, będę za pół godziny... Rozkaz, melduję się natychmiast, już wyjeżdżam.

Odłożył słuchawkę, popatrzył na nią z niechęcią. Mocno zaciągnął się papierosem, zdusił niedopałek i wypił ostatni łyk kawy. Wezwał sekretarza, a gdy ten się zjawił, polecił mu:

— Niech tamten jeszcze zaczeka. Muszę wyjechać. Schowajcie go gdzieś, nie ma potrzeby, żeby tkwił na widoku, w kancelarii.

— Rozumiem — sekretarz swoim zwyczajem pochylił głowę.

— To dobrze. I dajcie mi samochód. Piorunem. Ma być natychmiast, bo już schodzę na dół!

— Rozkaz.

Sekretarz zniknął, zaś nadkomisarz począł zbierać z biurka akta. Przejrzał je raz jeszcze, starannie włożył do teczki i opuścił gabinet.

2.

Samochód przeciskał się przez ulice z coraz większym trudem. Po przejechaniu dwóch spokojniejszych uliczek, podobnych do tej, przy której znajdowało się biuro Piątkiewicza, znaleźli się w rejonie gęsto zatłoczonym. Teraz to już nie były pojedyncze grupki, środkiem ulicy szedł bowiem pochód zajmujący całą szerokość jezdni. Przechodnie na chodnikach przyciskali się do ścian, jakby w obawie przed manifestantami, żaluzje sklepów opadały z hukiem. Z tłumu rozlegały się okrzyki, nad głowami płynęły transparenty z hasłami: „Chleba”, „Precz z Witosem”, „Precz z rządami Chjeno-Piasta”.

Policja gęsto otaczała maszerujący tłum, w którym nie brakowało kobiet, nawet z małymi dziećmi. Wóz Piątkiewicza utknął i nie było sposobu, by mógł posuwać się dalej tą trasą.

Niespodziewanie z bocznej ulicy wyłonił się oddział policji konnej. Dowodzący wyjął szablę, konie dreptały niecierpliwie, szarpały się podniecone.

Z przodu zaś, przed pochodem wyrósł mur policyjnych mundurów. Pałki, karabiny, wyciągnięte z kabur pistolety dowodziły, że policja jest gotowa do użycia siły.

Pochód na moment się zatrzymał. Z tyłu napierali ludzie nie wiedząc, co dzieje się na przedzie. A tam trwała pełna napięcia cisza. Jakby dwóch zawodników stało naprzeciw siebie w oczekiwaniu, który pierwszy zaatakuje. Nagle z tłumu buchnęła pieśń:

Na barykady ludu roboczy

Czerwony sztandar do góry wznieś!

Tłum demonstrantów drgnął i ruszył. Niczym groźna lawina sunął naprzód w stronę nieruchomych policjantów. Robotnicy byli coraz bliżej i bliżej...

Wtedy nad gwar i ponad pieśń wzbił się ostry krzyk komendy. To ruszyła do ataku policja konna. Runęła na pochód z boku, konie wspinając się na tylne nogi unosiły kopyta nad głowami ludzi. Krzyk kobiet, płacz dzieci, przekleństwa. Niektórzy robotnicy usiłowali łapać konie za uzdy, lecz natychmiast płazem, a często również ostrzami spadały szable na wyciągnięte ręce.

Wtedy także ruszyła policja piesza. Dwie fale zmieszały się z krzykiem, nad głowami ludzi ukazały się białe pałki, huknął jeden i drugi strzał.

Niespodziewanie z drugiej bocznej ulicy, vis à vis konnicy, ukazał się oddział młodych ludzi uzbrojonych w kije i pałki. Byli bardzo różnie ubrani: chłopaki z przedmieść w brudnych i niechlujnych koszulach, studenci w korporanckich czapkach. Rzucili się na manifestantów, a ten i ów krzyczał: „bić czerwonych”, „precz z żydokomuną!”

Piątkiewicz trącił kierowcę w ramię, miał dosyć tego widoku, a w dodatku się spieszył.

— Jedźmy w prawo — polecił — tam chyba się przeciśniemy. Nie mam zamiaru stać tu do końca świata. — Kierowca bez słowa zaczął manewrować i odjechał we wskazanym kierunku.