Londyniszcze

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Aleksandra Niemczyk and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2013

© Copyright for Irytacja nieposkromiona? by Rafał Habielski and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2012

ISBN 978-83-242-2292-6

Opracowano na podstawie wydania:

Stanisław Mackiewicz, Londyniszcze, Czytelnik, Warszawa 1957

W książce zachowano styl Autora, uwspółcześniając jedynie pisownię i ortografię. Wszystkie przypisy oraz uwagi w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji niniejszego wydania.

Opracowanie redakcyjne

Jan Sadkiewicz

Projekt okładki i stron tytułowych

Ewa Gray

Spis treści

Irytacja poskramiana

W ciągu kilku sekund

Przypisy

Kieliszek koniaku

Przypisy

Psychologia góruje nad prawem

W odpowiedzi na listy i anonimy

Przypisy

O podświadomości w polityce zagranicznej

Przypisy

Felieton o snobizmie

Przypisy

Europa a Anglia

Moje emigracyjne dossier

Przypisy

Rok 1863

Rok 1877 i konferencja w Wersalu

Przypisy

O niedotrzymanym układzie

Rafał Habielski, Irytacja nieposkromiona?

Przypisy

Noty biograficzne

Irytacja poskramiana

Lat blisko siedemnaście mieszkałem w Anglii. Przyjechałem aeroplanem z Portugalii w dniu 8 września 1940 roku.

Kiedy jechałem z lotniska do Hotelu Park Lane na Piccadilly, ogromny dym unosił się za Dworcem Wiktorii. Był to właśnie dzień pierwszego poważnego nalotu na Londyn. Dwie następne noce huk bomb i trzask artylerii przeciwlotniczej utrudniały nam sen. Trzeciej nocy było ciszej. Opowiadano nad ranem, że armatom londyńskim zabrakło amunicji.

Przyjechałem do walczącej dalej Anglii z Francji, która broń złożyła. Nastawienie moje wobec Anglików było podobne do nastawienia innych Polaków, to znaczy, że było wręcz entuzjastyczne.

Zresztą Anglicy robili, co mogli, aby nas w tym entuzjazmie utwierdzić. Jego Królewska Mość Jerzy VI czekał na peronie kolejowym, aby przywitać naszego Raczkiewicza. Po bitwie nad Brytanią podkreślano powszechnie, że to udział lotników polskich zdecydował o zwycięstwie. Nigdy nie widziałem ludzi tak dumnych i tak zadowolonych z siebie jak wówczas nasi lotnicy. Chodzili z gębami uśmiechniętymi od ucha do ucha. Powodzenie u Angielek i Szkotek nasi żołnierze mieli kapitalne. Rekord pobił pewien kapitan, który był jednocześnie kochankiem córki, matki i babki w jednym z miasteczek w Szkocji. Zdarzyło się innemu kapitanowi, że zastrzelił przyjaciela żony, także Polaka. W Anglii za takie rzeczy wieszają bez żadnego zastanowienia się, wieszają nieomal automatycznie. W danym wypadku nastąpiło niespodziewane dla wszystkich uniewinnienie, motywowane bardzo względnej wartości argumentami, że policja nie dokonała szczegółowszych oględzin pistoletu. Postąpiono tak wprost przez gościnność. Pewien lotnik polski, bardzo źle wychowany, zaczął dla kawału latać tak nisko nad polem golfowym, że aż uciął skrzydłem swego aparatu głowę jakiemuś lordowi. Nie było sądu. Lotnika wysłano po prostu na niebezpieczny lot bojowy, z którego nie wrócił.

Zachwycało mnie wtedy to wszystko u Anglików, co później tak bardzo irytowało i drażniło. Ich powolność i flegma. Bomba niemiecka przebija sufit jakiejś restauracji z dancingiem. Na sali trupy i gruzy, tańczyć dalej jest trudno. Anglicy stają w ogonku do szatni, swoim zwyczajem nie rozmawiając z sobą, senni, obojętni, spokojni, nudni.

Bombardowanie jest nieznośne. Około godziny trzeciej w nocy stoimy na korytarzu naszego hotelu, w którym ludziom, którzy schronili się z ulicy, wydają po filiżance herbaty z albertem. Bomba wybuchła tuż obok. „Sorry” – mówi pannica, wyciągając do kogoś filiżankę herbaty.

Bawił mnie także humor angielski, tak pewny siebie, tak daleki od naszej tromtadracji. Oto w czasie silniejszych bombardowań stacje kolejki podziemnej służyły za schrony. Karykatura przedstawia taką stację w nocy, mnóstwo zbiedzonych twarzy, tłok, ludzie leżą na betonie. Pod karykaturą podpis: „Anglia króluje nad morzami i… podziemiem”.

Starsi panowie ćwiczeni byli po dwie godziny dziennie w tak zwanej Home Guard, która miała się bić dopiero w chwili najazdu hitlerowców na Wyspę Brytyjską. Karykatura przedstawia typową Angielczycę w starszym wieku, obok kominek, kot, ona robi na drutach. Przez drzwi wchodzi mąż w mundurze z naszywką Home Guard, z ogromniastym karabinem na plecach. Żona pyta się go: „Cóż ty tak wcześnie dzisiaj. Czy to inwazja się zaczęła?”.

Ale te sympatyczne wrażenia prędko minęły. W miarę toczącej się wojny stało się dla mnie jasne, że Anglicy celowo i prowokacyjnie pchnęli Hitlera w stronę Polski, aby jego pierwszy atak śmiercionośny odwrócić od Zachodu, a zwłaszcza aby wywołać wojnę rosyjsko-niemiecką. Coraz wyraźniejsza była różnica rachunku krwi angielskiej i naszej, wzruszanie ramion nad naszymi interesami narodowymi.

Po wojnie nastroje sympatyczne w stosunku do nas stopniały jak śnieg na wiosnę. Znajomi angielscy od dziesiątek lat utrzymujący stosunki przyjazne z bogatymi rodzinami polskimi, tacy, którzy do tych polskich swoich znajomych nawet do Polski przyjeżdżali na polowania, przestali u nich bywać i ich zapraszać. Z eleganckiego Klubu Świętego Jakuba, który tradycyjnie był otwarty dla dyplomatów, wyrzucono Polaków, z wyjątkiem kilku osób. Nie było mowy o uzyskaniu przez Polaka jakiejkolwiek pracy wykwalifikowanej. Anglik nie ujawnia swych nastrojów na zewnątrz. Zawsze jest opanowany i na swój sposób grzeczny. Ale ma niesłychane poczucie wyższości narodowej i spore obrzydzenie do cudzoziemca. Z narodów europejskich szanowani są w Anglii jedynie Niemcy, Holendrzy i narody skandynawskie, potem w pewnej estymie są Hiszpanie, zapewne ze względu na razy, które Anglia od Hiszpanów nieraz w ciągu historii doznawała, natomiast do Francuzów czują Anglicy odrazę, do Włochów pogardę, a do Polaków i odrazę, i pogardę. Te wszystkie cechy, którymi się tak chlubimy i które – o święta naiwności – sami przypisujemy Anglikom, jak wygórowane poczucie honoru, szlachetność celów, szerokość gestów, niesłychanie Anglików drażnią i brzydzą.

Rok mijał za rokiem i wzrastała moja do Anglików antypatia. Zresztą nie tylko moja. Polacy w Anglii z roku na rok stają się większymi anglofobami. Ja tylko wyprzedzałem w tej anglofobii swoich rodaków o lat kilka. Dziś przeciętny Polak w Anglii ma taki stosunek do tego narodu, jaki ja miałem przed sześciu laty. Z całą pewnością można powiedzieć, że im dłużej Polak mieszka w Anglii, tym mniej lubi ten naród, tym gorzej się tam czuje. Z emigracją polską i niepolską w innych krajach bywa zwykle odwrotnie. Polacy w Ameryce na przykład im dłużej tam mieszkają, tym więcej się przywiązują do tego kraju wszelkich możliwości.

Głównie chodzi o to, że nasze pojęcia o Anglii są zupełnie opaczne. Jedno, co jest prawdziwe, to tylko to, że Anglicy są powolni i flegmatyczni. Ale na tym kończy się podobieństwo pomiędzy Anglikiem z naszych pojęć a Anglikiem rzeczywistym. Poza tą flegmą prawdziwy Anglik i prawdziwa Angielka nie ma nic, ale to nic wspólnego z naszymi o nich pojęciami.

Byłem przed wojną kilka razy w Anglii i pisałem o niej swe wrażenia. Sądzę, że gdybym poszedł do piekła, to diabli by mi te moje przedwojenne artykuły o Anglii głośno odczytywali, a to w charakterze tortur i znęcania się nade mną. Banał i szablon pojęć o Anglii jest potężny i człowiek, który w Anglii bawi krótko, gotów jest znaleźć w niej potwierdzenie tego, co sobie świat o Anglii ubzdurał. Działa tu jakaś dziwna hipnoza, do której jeszcze często będę musiał powracać.

Oto mała felietonowa i oczywiście niedotycząca spraw najważniejszych ilustracja: u nas w Polsce zawsze mówiły kobiety: „kostium angielski” lub „ona jest ubrana po angielsku”. Oznaczało to, że jakaś kobieta ubrana jest gładko, prosto, w jednym tonie, nobliwie, bez jakichś fatałaszek, jednym słowem: „po angielsku”.

 

W rzeczywistości takich po angielsku ubranych kobiet w Anglii nie ma, z wyjątkiem oczywiście cudzoziemek.

W rzeczywistości przeciętna i nieprzeciętna Angielka jest ubrana całkowicie kakofonicznie, jaskrawo, dysharmonijnie, łączy na sobie kolory potwornie gryzące się z sobą. Poza tym cała obsiana jest jakimiś ozdóbkami – tu kwiatek, tu ptaszek, tu perełki, tu pióra, tu jeszcze coś. Nie ma na świecie pod żadną szerokością geograficzną bardziej krzykliwie ubranych kobiet niż Angielki. Gust Angielki jest skrajnym przeciwieństwem tego, co się u nas gustem angielskim nazywa.

„Les femmes sans pudeur, les hommes sans honneur” („kobiety bez wstydu, mężczyźni bez honoru”) – powiedział o Anglii Napoleon Bonaparte. Poczucie honoru w naszym pojęciu w Anglii nie istnieje. Honor oznacza tam udzielane przez króla szlachectwo i ordery. Każdy w Anglii rozumie dobrze, co to jest „lista honorów” ogłaszana w określonym czasokresie, zawierająca nadanie tytułów szlacheckich i orderów. Natomiast jeśli się Anglikowi mówi: „wasz honor narodowy” lub „twój honor”, to on tego nie rozumie nie tylko przez flegmę, ale po prostu dlatego, że pojęcie honoru, tak żywe i zrozumiałe dla Polaka, Hiszpana, Francuza czy narodów żółtych, w tym kraju w ogóle nie istnieje, jest w ogóle niezrozumiałe.

Dalszymi oryginalnymi cechami narodu angielskiego jest wrodzony sadyzm, wrodzona hipokryzja, a wreszcie bardzo specyficzny klimat stosunków seksualnych, który także oddziałuje na psychikę całego narodu.

Czuję w tej chwili, że drażnię uczucia swoich polskich, krajowych czytelników. Ludzie nie lubią, kiedy ktoś obraża w nich to, co oni „wiedzą dobrze” od dzieciństwa. Raz jeszcze powtórzę, że także emigrant polski zmieniał swe tradycyjne, przez przekonania pokoleń wyrobione, poglądy na Anglię i Anglików dopiero pod naporem kilku lub kilkunastu lat przykrego doświadczenia.

Postaram się jednak później szczegółowo uzasadnić powyższe swoje twierdzenia.

Pisano kiedyś o mnie, że przygotowuję książkę pod tytułem Lata w Anglii, która będzie miała dwa motta, tak jak moja książka o dziejach emigracji nosiła tytuł Lata nadziei i miała także dwa motta.

Te moje projektowane motta do książki o latach spędzonych w Anglii miały brzmieć:

Pierwsze, zaczerpnięte z pism wielkiego Irlandczyka, Bernarda Shawa:

– Are you English?

– No, I am a gentleman.

(Czy jesteś Anglikiem? Nie, jestem dżentelmenem).

Drugie motto było wygrzebane z dziennika nieszczęsnego ostatniego cesarza rosyjskiego, Mikołaja II, z kart jego pobytu w Hesji w charakterze narzeczonego Alicji, księżniczki heskiej, późniejszej Aleksandry Teodorówny.

Wtedy dziennik Mikołaja przyznaje się wstydliwie:

„W priegłupyj spasob potieriał wsio utro. Okazałsia zapiertym w kłozietie”.

(W sposób przegłupi straciłem cały ranek. Okazało się, że jestem zamknięty w klozecie).

Ale nie chcę, aby to, co napiszę o Anglii, było jakimś paszkwilem, podyktowanym przez irytację. Przeciwnie, chciałbym jak najbardziej obiektywnie rozkładać prawdziwe cienie i prawdziwe światła.

Anglia współczesna jest oczywiście dekadencją Anglii wieku XVII, XVIII, XIX, ale Anglikom pozostały jeszcze dwie wspaniałe cechy, które, jak przypuszczam, stworzyły ich wielkość, a mianowicie:

Wspaniałe poczucie solidarności narodowej.

Wspaniały zmysł realizmu narodowego.

Do uzasadnienia tych dodatnich cech angielskich także przejdę w swoim czasie. Teraz pozwolę sobie wywołać taki obraz. Rano nazajutrz po wyborach do parlamentu, w jakimś podrzędnym szynku robotniczej dzielnicy Londynu, wysłuchuję rezultatów obliczeń z tych okręgów wyborczych Wielkiej Brytanii, z których nie podano wiadomości poprzedniej nocy.

Konserwatyści i laburzyści idą strzemię w strzemię, nie można jeszcze wymiarkować, czyja naprawdę będzie większość w parlamencie. Zainteresowanie wynikami jest więc ogromne u tłumu, który mnie w tym szynku otacza. Wyraża się w całkowitej ciszy.

Zachrypnięty głośnik wywołuje nazwę okręgu, ilość uprawnionych, ilość głosujących, potem podaje: „Konserwatysta tyle i tyle, laburzysta tyle i tyle, liberał tyle i tyle. Wybrany konserwatysta, liberał stracił swoją kaucję”.

Według ordynacji wyborczej brytyjskiej każdy ubiegający się o mandat poselski musi złożyć kaucję pieniężną, dość dużą. Kaucja ta przepada, o ile nie uzyska pewnego procentu głosów.

Wtedy, kiedy słuchałem tego ogłaszania wyników wyborów, liberałowie kandydowali dość licznie, przeszło ich zaledwie kilku; wszyscy inni, z wyjątkiem kilkunastu, uzyskali tak drobny odsetek głosów, iż potracili swe kaucje.

Otóż robotniczy tłum, razem ze mną słuchający głośnika, nie reagował ani radością na wybór laburzysty, ani niechęcią na zwycięstwo konserwatysty; słuchał tego wszystkiego w największej ciszy, a tylko wtedy, gdy padały słowa: „liberał stracił kaucję” – wybuchał powszechnym, pogardliwym śmiechem.

Śmiech ten nie był bynajmniej wynikiem jakiejś specjalnej odrazy do liberałów. Wręcz przeciwnie, ten tłum miał na pewno więcej sympatii do liberałów aniżeli do konserwatystów. Śmiech ten był tylko wyrazem jak najbardziej wkorzenionej w mózg Anglika pogardy do czynów nierealnych, do porywania się na coś, co nie ma szans, do porywania się z motyką na słońce.

Tak to jest właśnie w tym społeczeństwie.

W ciągu kilku sekund

W XIII wieku wielkie masy kawalerii mongolskiej wyszły ze wschodniej Azji, poszły na środkowy wschód, swoim prawym skrzydłem zalały księstwa ruskie, przeszły przez dzielnice polskie, doszły do Śląska. Te zwycięstwa Mongołów związane były z koniem. Potęga Czyngis-chana była to potęga, która wyrosła z mas kawalerii.

W XVII wieku zaczęła się budowa wielkiego Imperium Brytyjskiego. Potęga ta była oparta na flocie morskiej, wpierw na żaglach, potem na parze, wreszcie na ropie naftowej. „Anglia panuje nad falami” – głosił słusznie hymn narodowy angielski1. Polityka angielska była czuła na cieśniny morskie, które zajmowała lub broniła przed państwami silniejszymi, jak zajęła Gibraltar i Suez, jak przed Rosją przez dwieście lat broniła Dardaneli; interesowała się portami i krajami nadmorskimi, była niedbała na zagadnienie państw wciśniętych w głąb kontynentów. Okres panowania żagla, względnie okrętu – to okres potęgi brytyjskiej.

Jakże ciekawie pisze Winston Churchill o jutlandzkiej bitwie morskiej, wskazując, że Niemcy wykazywali w niej większą inicjatywę, zaczepność, większą odwagę manewru. Churchill tłumaczy: ryzyko było całkiem inne dla Niemców, inne dla Brytyjczyków. Gdyby Niemcy stracili pod Jutlandem swoją flotę, byłaby to dla nich wielka przegrana, wielka klęska. Ale gdyby Wielka Brytania wtedy straciła swą flotę, byłby to koniec Anglii.

Potęga Anglii zaczyna powstawać w wieku XVII i jak każdy proces historyczny, rozwija się pomału, z pewnymi wahaniami i cofnięciami, aż wreszcie załamuje się nagle i ginie w ciągu kilku sekund…

Wybuch bomby atomowej w Hiroszimie to koniec potęgi angielskiej.

(„C’est la nature des armes – powiedział wielki Napoleon – qui change la face des batailles”).

Tutaj stało się jednak coś więcej, tutaj „natura” nowej broni zmieniła oblicze nie tylko toczącej się bitwy czy wojny, zmieniła oblicze świata.

Anglia w 1938 roku zrozumiała, że jej tradycyjna odwieczna broń, to jest flota morska, nie jest bronią wystarczającą, i zaczęła budować lotnictwo chociażby dla ochrony swoich okrętów. Istotnie, podczas drugiej wojny światowej wielkie pancerniki ginęły od bomb lotniczych. Okręt w stosunku do aeroplanu to prawie nasze pułki ułańskie w stosunku do czołgów.

Anglia dorównała Niemcom w lotnictwie, ale nie potrafi tego zrobić w stosunku do Ameryki i Rosji w walce atomowej. Przede wszystkim i Ameryka, i Rosja posiada przestrzenie olbrzymie – Anglia ściśnięta na wyspie maleńkiej przedstawia dla bomb atomowych cel jeszcze o wiele łatwiejszy niż wyspy japońskie.

Pancerniki, panowanie nad cieśninami, drogi morskie – wszystko to stało się w przededniu epoki atomowej czymś w rodzaju takiego przestarzałego rynsztunku wojennego, który w historycznych pałacach i zamkach rozwiesza się na ścianie.

Potęga polityczna i wojenna Anglii służyła zawsze jej przemysłowi i handlowi, jej gospodarstwu. Przez długie lata Anglia i jej banki dysponowały kredytami pieniężnymi na całym świecie. Do drugiej wojny światowej Anglia miała także największy transport morski, największą flotę handlową. Po drugiej wojnie światowej i potęga banków przeniosła się do Ameryki, i Anglia została przez Amerykę pobita na głowę pod względem tonażu floty handlowej.

W ogóle jeśli chodzi o skutki drugiej wojny światowej, to jeszcze w czasie toczącej się wojny wskazywałem, że los Anglii po wojnie będzie taki, jaki byłby los Austro-Węgier po pierwszej wojnie światowej, gdyby państwa centralne pierwszej wojny światowej nie były przegrały, lecz wygrały. Wtedy Austro-Węgry istniałyby na pewno nadal w takiej czy innej formie, lecz straciłyby swą niezależność polityczną na rzecz Niemiec.

„Anglia po wojnie – pisałem – straci swą niezależność polityczną na rzecz Ameryki”.

Ta moja przepowiednia sprawdziła się tylko częściowo. Imperium Brytyjskie rozpadło się jednak prędzej i radykalniej, niżby można było przewidywać. Indie liczą się dziś bardziej z polityką Chin i Rosji niż z jakimiś sugestiami Londynu; Pakistan uprawia politykę solidarności azjatyckiej, a jeśli z tego systemu czasami się wyłamuje, to tylko dlatego, że związany jest z Ameryką. Południowa Afryka jest rządzona przez antyangielsko nastawionych Burów; w Afryce czarnej z roku na rok należy oczekiwać jakiegoś generalnego buntu i wielkiej rzezi białych, a wreszcie państwa o większości angielskiej, państwa lojalnie wysyłające swe delegacje na koronację królowej Elżbiety II, jak Australia, Nowa Zelandia, Kanada, są angielskimi tylko w dziedzinie sentymentu, natomiast swą politykę o wiele bardziej uzgadniają z Ameryką niż z Anglią.

Nie tak dawno Egipt był czymś w rodzaju angielskiej kolonii. Dziś Egipt jest organizatorem antyangielskiej linii politycznej na całym Bliskim i Środkowym Wschodzie.

Ta dekadencja polityczna Anglii pokrywa się z jej dekadencją przemysłową.

Od końca XVIII wieku począwszy i przez prawie cały wiek XIX Anglia głosiła zasady handlu bez barier celnych, innymi słowy: tak była pewna dobroci towarów przez siebie wytwarzanych, że nie bała się barier celnych, że uważała, iż rogatki celne nie tylko nie potrzebują jej bronić, ale są wymierzone przeciwko niej. Jak każdy liberalizm, tak samo liberalizm gospodarczy stanowi tylko dowód poczucia własnej siły.

Dziś odwrotnie, chyba nie ma państwa bardziej owiniętego w szykany celne, bardziej gospodarczo chronionego przed obcą konkurencją. Przemysł angielski ma obecnie wyraźne poczucie swej słabości.

Nic dziwnego. Dużo się zmieniło od czasów, kiedy tkaniny angielskie i wszystko, co angielskie, było towarem wyszukanym i bezkonkurencyjnym. Dziś trochę selekcjonowanych towarów przeznaczonych wyłącznie na eksport pretenduje do wyższej wartości. Rynek wewnętrzny angielski zalany jest tandetą całkiem niemożliwą. Ubranie, buty, wyroby ze skóry, wszystko to rozłazi się w sposób niebywały.

Robotnik angielski i inżynier angielski nie wytrzymują konkurencji kontynentalnej. Pozwolę tu sobie na wyrazistość anegdotyczną.

„Czemu polscy staruszkowie emigracyjni trzymają się tak kurczowo Anglii?” – zapytał się ktoś. Istotnie, młodzież emigracyjna wyjeżdża do obu Ameryk, a ten były minister, były wojewoda, starosta itd. pozostaje w Anglii. Odpowiedź jest prosta: bo nigdzie indziej nie otrzymałby pracy. Wyobraźcie sobie jegomościa ponad sześćdziesiąt lat, który siada z trudnością, podnosi się z krzesła z cierpieniem, pracującego przy podawaniu snopów w Białostockiem lub w charakterze robotnika we Włoszech. Ależ koledzy współrobotnicy powiedzieliby mu zaraz: „Panie kochany, my bardzo pana lubimy, ale nie przeszkadzaj nam w pracy swym żółwim tempem”.

A oto nocne zakłady przemysłowe Londynu, jakieś mywalnie naczyń, piekarnie, układalnie biszkoptów do pudełek, wypełnione są polskimi staruszkami z wysokimi stopniami w naszej byłej hierarchii urzędniczej i ludzie ci pracują jak „stachanowcy” w stosunku do robotnika angielskiego.

Technika angielska zaimponowała w ostatnich czasach całemu światu: radar, penicylina, inne wynalazki w dziedzinie medycyny. Ale to są chyba wyjątki takie, o których się mówi, że wyjątki potwierdzają tylko regułę. Na ogół poziom studiów technicznych w Anglii idzie w kierunku szkolenia praktycznego z dużym zaniedbaniem wiedzy teoretycznej i nauki. Nie może być żadnego porównania pomiędzy powagą studiów naukowych młodego człowieka we Francji czy Niemczech a w Anglii.

 

Innymi słowy: robotnik angielski jest dziś o wiele leniwszy od robotnika kontynentalnego, a inżynier angielski o wiele mniej wykształcony. Wolna konkurencja Anglii z kontynentem jest dzisiaj dla Anglii rzeczą niemożliwą.

Angielską gospodarkę ratuje Anglia nie drogą swej pracy, lecz drogą obrotnej polityki międzynarodowej, bardziej chytrej i mniej lojalnej niż polityka zagraniczna wszystkich innych państw.

Ideałem gospodarczej polityki angielskiej w stosunku do innych państw są, a raczej byłyby, zasady XVIII-wiecznego merkantylizmu.

Zasady te, którymi Anglia mogła się kierować w pierwszej połowie XVIII wieku, brzmiały:

1) Kolonie angielskie mogą wysyłać towary i otrzymywać towary wyłącznie z pokładów okrętów angielskich.

2) Handel kolonialny musi przechodzić przez porty angielskie.

3) Kolonie nie mają prawa budować fabryk i zakładów przemysłowych.

Pitt starszy groził swej kolonii amerykańskiej, że jeśli wyprodukuje „jedną nić przędzy”, „jedną podkowę do podkucia konia”, to on „wypełni ją żołnierzami”.

Ale już Pitt starszy dożył chwili, w której kolonia, której zabraniał wykuć podkowę dla konia, ogłosiła swą niepodległość po zwycięskiej z Anglią wojnie2.

Dziś Anglia nie jest w stanie zahamować rozwoju przemysłu w Indiach, Australii czy Kanadzie, ale doktryna ekspansji przemysłowej angielskiej wciąż jest ta sama, tylko to, co kiedyś było dla niej osiągalną rzeczywistością, dziś jest tylko marzeniem. Wódz rewizjonistów żydowskich, Żabotyński, w swej książce wydanej na kilka lat przed drugą wojną światową wykazuje, jak dalece Anglia przeszkadzała Palestynie do zmontowania jakiegokolwiek własnego przemysłu.

Należy dla pełności obrazu wspomnieć tu, że gospodarcza doktryna amerykańska jest wręcz odmienna. Dla Anglii ideałem jest gospodarcza bezsilność jej kontrahenta, dla Ameryki to, aby ten kontrahent był bogatym odbiorcą, aby miał dużą siłę kupna. Anglia gotowa jest swe perkaliki sprzedawać ludom wygłodniałym, Ameryka szerokim gestem rozrzuca dolarowe kredyty, aby tworzyć sobie na świecie bogatych konsumentów.

Ale system gospodarczy angielski jest tylko częścią psychicznego nastawienia Anglików do reszty świata.

Anglik jest nacjonalistą i rasistą, Anglik ma wrodzoną pogardę dla cudzoziemca i niesłychane poczucie wyższości rasowej.

Nie mam tu żadnej ochoty zmniejszać zbrodni rasizmu niemieckiego, ale muszę podkreślić, że ustawy norymberskie były prawem, natomiast rasizm angielski tkwi we krwi każdego Anglika. W Europie ten rasizm angielski nigdy nie ujawnił się w zbrodniach w rodzaju zbrodni hitlerowskich, ale społeczeństwo polskie nie zna historii kolonizacji angielskiej za morzami i nie bardzo zdaje sobie sprawę, jak postępowano z ludami innych kolorów skóry. Były całe narody, całe szczepy, które „wyginęły przy zetknięciu z cywilizacją”, jak czytamy w podręcznikach geografii. Przy bliższym badaniu tego terminu naukowego okazuje się, że te ludy zostały po prostu wymordowane.

Ustawy norymberskie nie zezwalały na stosunki płciowe z Żydami czy Murzynami. W stosunku do Żydów rasizm angielski oczywiście nie działa, ale z kroniki kryminalnej i sądowej Londynu wiemy, że nie każda prostytutka londyńska zgodzi się na płciowy stosunek z Murzynem. W tej sprawie żadne ustawy norymberskie nie są potrzebne.

W koloniach angielskich obowiązuje przedział pomiędzy ludnością tubylczą a angielskim „Herrenvolkiem” bardzo daleko idący. Istnieją osobne wagony, osobne tramwaje, osobne restauracje. Dziś Indie są niepodległe, ale jeszcze w czasie ostatniej wojny do restauracji angielskiej w Indiach Hindus nie miał wstępu.

Za czasów swej młodości pisywałem artykuły zestawiające Commonwealth brytyjski z Rzeczpospolitą Jagiellońską, a Kiplinga z Sienkiewiczem. Ulegałem oczywiście czarowi Kiplinga i wydawało mi się, że kocha on Indie, nieomal jak Mickiewicz kochał Świteź. Bardzo niebezpieczne są takie teorie pisane na odległość, wyłącznie pod wpływem literatury. W rzeczywistości pomiędzy Imperium Brytyjskim a państwem Jagiellonów są tylko przeciwieństwa. U nas nie było mowy o jakiejkolwiek dyskryminacji narodowościowej. Budrysi porywają co prawda Laszki synowe w wierszach Mickiewicza, ale w rzeczywistości te Laszki synowe wychodziły za Budrysów najzupełniej dobrowolnie, a Litwinka, Anna Radziwiłłówna, była regentką Mazowsza.

Niechęć polityki angielskiej do Włoch wiąże się właśnie z zagadnieniami powyżej poruszonymi. Mało kto zdaje sobie sprawę, że pomiędzy dwiema wojnami niechęć polityki angielskiej do Włoch była o wiele większa aniżeli do Niemiec. Anglicy swoją polityką wepchnęli Mussoliniego w ramiona Niemców. Anglicy nie uczynili nic, aby przeciągnąć Włochy z obozu osi do obozu koalicji antyniemieckiej. Pochodzi to z tego, że we Włochach Anglicy widzieli swego najpoważniejszego konkurenta w dziedzinie kolonizatorskiej. Włoch w koloniach może pracować o wiele ciężej niż Anglik, Włoch nie jest rasistą jak Anglik, przeciwnie, wychowany jest na nauce uniwersalnego katolicyzmu.

W kościołach protestanckich w Afryce Południowej są osobne nabożeństwa dla białych, osobne dla Murzynów. Kościół katolicki nie może oczywiście stosować podobnych metod.

Na tle stosunków angielsko-włoskich pragnę wypowiedzieć i zilustrować zasadę główną polityki angielskiej, polegającą na tym, że Anglia tylko wtedy toczy wojnę, gdy zdoła dokoła siebie stworzyć odpowiednio silną koalicję polityczną.

W roku 1935 wisiała na włosku wojna z Włochami. Polityka angielska zdążała do tego, aby Liga Narodów zastosowała sankcje wojenne w stosunku do Włoch. Ale w Lidze Narodów nikt bić się z Włochami nie chciał, a znowuż nikomu w Anglii nie przychodziło do głowy, aby staczać pojedynek z Italią.

Wszystkie wojny, które Anglia toczyła od początku XVIII wieku, były wojnami w oparciu o koalicję. Anglia tworzyła koalicje przeciwko Ludwikowi XIV i Ludwikowi XV, zabiegała o stworzenie koalicji przeciw Katarzynie II, z Napoleonem zawarła pokój w Amiens, kiedy koalicji zabrakło, pobiła Napoleona także w koalicji.

Jedynie w swych posiadłościach zamorskich Anglia wojuje sama.

Anglia wojen nie przegrywa. W czasie ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat Anglia przegrała tylko jedną wojnę, a mianowicie z Waszyngtonem, która do pewnego stopnia miała charakter wojny domowej.

Powyższe wskazuje na wielkie poczucie odpowiedzialności w tym narodzie. W ogóle cele polityki angielskiej nie są nam sympatyczne, metody polityczne angielskie często wręcz antypatyczne, ale podziwiam poczucie odpowiedzialności wobec przyszłości narodowej, wobec losu swych dzieci, które stanowi cechę tego narodu.

Nasze ulubione hasła w rodzaju: „Poszli nasi w bój bez broni” – byłyby w Anglii uważane nie tylko za dowód choroby umysłowej, ale i za zbrodnię. Przyjmowanie wojny w warunkach sprawiających, iż przeciwnik może ci zabić sto razy więcej ludzi niż ty jemu, nie mieści się w rozumowaniu angielskim.

Pomiędzy naszym tradycyjnym stosunkiem do wojny a angielskim stosunkiem do wojny zachodzi ogromna różnica. Dla nas, a kto wie, czy także nie dla innych narodów w Europie, wojna ma coś z charakteru instytucji pojedynku, zrodzonej jeszcze w średniowieczu. Nie wolno od wojny się uchylić, chociażby nieprzyjaciel był sto razy silniejszy i chociażby nie było żadnych szans na jej wygranie, bo tego wymaga honor narodowy.

Pojęcie honoru narodowego w Anglii nie istnieje w ogóle, a wojna dla Anglika jest takim samym interesem jak każdy inny; rozpoczyna się ją tylko wtedy, kiedy ma się szanse ją wygrać, kiedy przyniesie ci realne korzyści. Prowadzi się ją możliwie za pomocą cudzych żołnierzy i cudzej krwi.