Kobiety w życiu wielkich ludziTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Antoni Wotowski

Kobiety w życiu wielkich ludzi

Warszawa 2016

Spis treści

Wstęp

Wielka Teodora

Miłostki króla Kazimierza Wielkiego

Fałszywa Joanna D’Arc

Piękna piekarka

Sinobrody na tronie

Legenda o Marion Delorme

Wstęp

Wielu wielkich mężów w ujemny sposób odzywało się o kobiecie. Voltaire gotów był oddać dwie żony temu – kto zabierze mu trzecią. Konfucjusz przepędził swą połowicę, ponieważ przeszkadzała mu w pracy. Powiadają, iż jakiś mędrzec starożytności przez lat trzy chodził z opuszczonymi oczami – byle wzrok nie padł na niewiastę.

Muzułmańscy filozofowie, opierając się na Koranie, tudzież doświadczeniu życiowym, takich rad udzielają:

Skoro znajdziesz się wobec sprawy poważnej a trudnej – zwołaj przyjaciół, ugość należycie, proś o radę – i postąp wedle ich zdania. Jeśli nie masz przyjaciół – zawołaj przechodnia – w jego mądrości szukaj pomocy. Lecz jeśli nie masz ani przyjaciół, ani znajomych, ani odszukać nie możesz nawet przechodnia – udaj się do twej żony. Wyłóż jej wszystko, wysłuchaj cierpliwie, co ci powie – a następnie uczyń wprost na odwrót, jak ci doradziła!

Ale nie wszyscy ludzie genialni tak nieprzychylnie się wyrażali, Goethe nazywał niewiastę Koroną wszelakiego stworzenia, zaś Schiller pisał:

Ehret die Frauen, Sie flechten und veben Himliche Rosen ins irdische Leben!

Zdania są więc podzielone, a jeśli w słowach niektórych poetów brzmi nuta rozgoryczenia – to tylko dlatego, iż zbyt wiele włożyli serca w kobiety może serca niegodne, a pamięć o doznanych krzywdach serdecznych pozostała. Ta pamięć! Toć nie darmo Mickiewicz swój wiersz, zatytułowany Do M., tak rozpoczyna:

Precz z moich oczu!... posłucham od razu; Precz z mego serca!... i serce posłucha; Precz z mej pamięci!... Nie – tego rozkazu Moja i twoja pamięć nie posłucha!

Odgrywały więc kobiety w życiu wielu wielkich i genialnych ludzi rolę znaczną. Pod ich drobną rączką formowały się charaktery, dzieje żywota... ba, twórczość sama. Czasem padały one ofiarą swych nieprzeciętnych kochanków, czasem geniusz topniał pod złośliwą dłonią, a samo pasmo życia przecinało się tragicznie. Przy tym miały przywilej wcale znaczny: ileż nicości i puchów marnych przeszło do potomności li tylko dlatego, że łączył je stosunek dłuższy lub krótszy z niepospolitym artystą, politykiem, poetą czy monarchą...

Te to niektóre wypadki ciekawych dziejów pragnę w niniejszej pracy przedstawić.

St.A. Wotowski

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wielka Teodora

Najmniejszą wadą kobiet, które się oddają miłostkomsą ich miłostki.

La Rochefoucauld

Jesteśmy na początku VI wieku w Bizancjum...

Potoki słońca zalewają złociste kopuły kościołów, tonące śród zieleni wspaniałe pałace patrycjuszów, w jego blaskach migocą tysiącami barw bogate mozaiki, którymi rozrzutnie ozdobiono domy... Tam i sam z zalotnym uśmiechem, podzwaniając ciężkimi złotymi bransoletami, snują się kobiety dyszące namiętnością i południowym żarem.

Kupcy zachwalają wschodnie towary a młodzież ściga wzrokiem niewieście sylwetki, poszukując towarzyszki do uniesień Erosa...

Jesteśmy na początku VI wieku w Bizancjum, a więc na rubieży starożytności i wieków średnich, na rubieży Europy i Azji... Usta tam jawnie szepcą chrześcijańskie modlitwy, lecz w sercach tkwi jeszcze głęboko kult pogańskiego piękna; czoła chylą się kornie przed posągami świętych, lecz oczy miłośnie się wznoszą do promienistego Apollina i słodkiej w swym wyuzdaniu Wenery... Świat jest niby inny, lecz w gruncie pozostały jeszcze tradycje dekadencji Romy i poetycznej mitologii Hellady...

W cieniu marmurowego portyku stoi dwóch młodzieńców. Ich posągowe, niby w kamei rżnięte profile świadczą, iż należą do potomków władców świata. W pozie znać pewną zniewieściałość, włosy mają kunsztownie trefione, palce pokrywa szereg drogocennych pierścieni.

– Patrz – szepcze jeden z nich, wskazując przechodzącą kobietę. – Klnę się na Bachusa – to istna Afrodyta!

– Ech! – krzywi się pogardliwie drugi.

Mijała ich właśnie wysoka blondynka, niedbale otulona w cieniutkie tkaniny. Spod nich wyzierały jakby toczone posągowe kształty godne dłuta Fidiasza. Szła w aureoli swych złotych włosów, lekko, lubieżnie kołysząc się w biodrach. Przechodząc obrzuciła obserwujących spojrzeniem wielkich niebieskich oczu, w którym było coś z niewinności dziecka i coś z wyuzdania bachantki.

– Czemuś się skrzywił? – pytał dalej pierwszy. – Któż to?

– Nie znasz? – odparł ze śmiechem pytany – Teodora, kurtyzana!

– Cóż z tego! Pragnę ją poznać! Wszak z urody – bogini!

– Nie licuje patrycjuszowi rozmawiać z taką dziewką!

– Czemu? Nie rozumiem?

– Widać, żeś niedawno przybył do stolicy! Toć nie dalej jak dni parę temu na uczcie u Marka Septimusa, czyniła takie bezeceństwa, że aż wstyd mnie, rycerzowi, o tym wspominać!... Nie szlachetna hetera to, a najgorsza ścierka...

– Co słyszę?

– Chyba szatan obdarzył ją dziwną urodą... Lecz mimo rozkosznego ciała, już wstręt tylko budzi!

* *

*

Słyszeliśmy niezbyt pochlebne zdanie o kurtyzanie Teodorze, o tej Teodorze, co władczynią najpotężniejszego państwa stać się miała, a na której głowie stara korona bizantyjskich cesarzy jarzyła się nieprzeciętnym blaskiem chwały i sławy! Czy to możliwe? Ta sama Teodora, nierządnica? Tak! Ta sama! Bowiem nie istnieje na świecie rzecz tyle niemożliwa, by możliwą nie była.

Lecz przódy nieco biograficznych danych:

Teodora urodziła się w 501 roku jako córka prostych i bardzo ubogich rodziców. Jej ojciec, Acatius, zajmował „wysoką” posadę dozorcy cyrkowego. Zmarł około 511 roku, pozostawiwszy po sobie nieutuloną w żalu wdowę – która pośpieszyła co rychlej poszukać sobie nowego, aczkolwiek niezupełnie legalnego małżonka – oraz trzy córki: najstarszą Komitę, średnią Teodorę i najmłodszą Anastazję.

Uczucia miłosne winny się zawsze obracać w jednej sferze. Kochankiem pani Acatiusowej został również dygnitarz, czyli, mówiąc wyraźnie, stróż przy amfiteatrze, w którym odbywały się konne igrzyska dwóch największych wówczas partii: niebieskich i zielonych. Gdy jednak po dłuższej służbie, to u zielonych, to u niebieskich, stracił posadę, wdowa jęła się fachu najbardziej intratnego po wszystkie czasy, mianowicie poczęła stręczyć najstarszą Komitę przygodnym przechodniom. By zaś fach ten stał się jeszcze bardziej lukratywnym, wykierowała z czasem córkę na artystkę.

Wprawdzie ten artyzm zacna mama pojmowała swoiście: polegał on na tym, iż pojawiała się Komita w różnych pantomimach i żywych obrazach możliwie rozebrana – lecz właśnie o to najbardziej chodziło, a dobrobyt w domu począł kwitnąć.

Musimy przyznać, że w podobnych warunkach posiadła młoda Teodora wychowanie znakomite. Nosiła za starszą siostrą taboret, na którym ta podczas przerw w przedstawieniach odpoczywała, w domu zaś, usługując w czasie częstych libacji z „wielbicielami talentu”, uzupełniła wykształcenie, słysząc wciąż piosenki i rozmowy wcale niedwuznacznej treści.

Toteż i ona z kolei, zachęcona świetnym przykładem, gdy zaledwie miała lat czternaście, została „artystką”.

Nie była ani tancerką, ani śpiewaczką, lecz popisywała się jako akrobatka i mimiczka. Wspaniale rozwijająca się dziewczyna, w roku piętnastym skończona piękność – nie zapominajmy, że działo się to w Bizancjum, gdzie kobiety dojrzewały znacznie szybciej – zwróciła na siebie powszechną uwagę i skoro tylko ukazywała się na scenie, powstawała burza oklasków.

Nic nie ma nowego pod słońcem. Zmartwię tu wszelakich propagatorów gołej sztuki w teatrze! Występowała Teodora całkowicie nago, jedynie opasana szeroką jedwabną szarfą, z przodu zawiązaną w węzeł szeroki. Lecz i to jej ciążyło i skarżyła się stale biedna, że policja, nieposiadająca zrozumienia prawdziwego piękna po wszystkie czasy, zabrania występować bez wszelkich osłonek. Toteż srodze pokrzywdzona folgowała sobie podczas prób, wprawiając się śród mimów i akrobatów w rzucaniu dyskiem i innych gimnastycznych ćwiczeniach w stroju już zgoła wygodnym, bo w stroju naturalnym i niekrępującym naszej pramatki Ewy!

Gdyby Teodora była poprzestała na tak dziś modnym demonstrowaniu golizny i cyrkowych sztukach, nic by tak w tym dalece rozpaczliwego nie było. Lecz z samego zarania przejawił się niepohamowany, nienasycony temperament.

Z początku szuka kochanków śród kolegów z cyrkowej zgrai; niejednokrotnie przyłapać ją można w objęciach rosłego niewolnika oczekującego przed teatrem na swego pana, w końcu staje się zwykłą kurtyzaną i kupczy ciałem za pieniądze, niemal za byle co – kto ją chce, ten ją ma.

 

Postępowanie takie nawet w słynnym z rozwiązłości Bizancjum, wywołuje oburzenie. Wszędzie przez wykwintną młodzież zapraszana przedtem Teodora, jako wschodząca gwiazda i cud urody, poczyna być okryta wzgardą. Nawet w rozpuście musi być umiar! Jak cenić kobietę, która jednako namiętnie całuje patrycjusza i akrobatę, rycerza i niewolnika, tragarza i majtka. Punktem kulminacyjnym staje się słynna uczta, podczas której zbytnica rzuca się w objęcia dziesięciu arystokratycznym biesiadnikom, by natychmiast w ich obecności obsypać pieszczotami trzydziestu sługusów...

Scena ta przechodzi, co do bezwstydu wszystko znane w historii!

Nic też dziwnego, że „artystkę” Teodorę uprzejmie wypraszają z teatru, nic też dziwnego, że przy spotkaniu z kurtyzaną przechodnie usuwają się z drogi, jakby obawiając się zabrudzić nieczystym zetknięciem, nic też dziwnego, że ludzie pobożni spotkanie z rana Teodory już za zły omen poczytują...

Raz jeszcze w tym okresie uśmiecha się do niej szczęście, lecz na krótko. Nowo naznaczony prefekt prowincji, Pentanopulus Esebolus, snadź człowiek nieprzesądny, zakochuje się w tym bezdusznym i rozkosznym stworzeniu i uwozi piękną wszetecznicę z Bizancjum, Lecz Teodora nadal szaleje po swojemu. Rozrzuca pieniądze kochanka pełnymi garściami, po nocy z nim spędzonej jest jednako czuła dla jego koniuchów... Oburzony a na pół zrujnowany Esebolus przepędza kurtyzanę bez dalszych ceremonii i odszkodowań... i oto Teodora, niemal nago wyrzucona na ulicę, kupczy sobą, gdzie się da, by nie umrzeć z głodu, by dobrnąć z powrotem do Bizancjum...

Lecz czas mija. Ma już teraz 24 lata, czuje się znużona i wyczerpana. Toć podobne życie może wyniszczyć najpotężniejszy organizm!

Z trudem dociera do stolicy, chora, wynędzniała, przybita, wszak wszędzie ją czeka obojętność lub wzgarda.

Co dalej?

* *

*

W Bizancjum ulitowała się nad nią jakaś, zamieszkała w domku na przedmieściu wróżka-starucha i przygarnęła do siebie.

– Babciu! co to może być – pytała ją raz Teodora – śnił mi się dziś królewicz taki piękny, chciał mnie obsypać całą złotem...

– Ziści się, ziści, dziecko – zamruczała stara, spoglądając na słup dymu z komina. – Dym idzie prosto ku górze Tylko pracuj teraz, odkup twe grzechy, dużoś nabroiła...

Rzeczywiście Teodora jakby zmieniła się zupełnie. Czy było to wyczerpanie fizyczne, czy obrzydzenie do dawnego życia, co w zamian za hańbę dało tak mało, lecz niemal nie wychodziła z domu, przędząc len, by z trudem zarobić na skromne utrzymanie... Gdy po rocznym blisko skromnym żywocie znów w pełni zakwitła jej krasa, zjawił się istotnie królewicz z bajki, bo i ci czasem nie tylko w powieściach, ale i po świecie chadzają...

Siedziała skruszona grzesznica przy oknie, śród róż, gdy nagle zabrzmiał głos:

– Czy nie wstyd, by podobny cud natury był ukryty śród kwiatów!

Podniosła oczy. Przed nią stał młodzieniec, może niewielkiej urody, lecz imponującej postaci. Coś władczego i pewnego siebie przebijało w nim, to coś, co tak łatwo uwodzi kobiety.

Teodora nie opuściła wzroku. On począł mówić, jak pokochał ją od pierwszego wejrzenia, jak pragnie widywać się często, choćby co dzień...

Teodora nie opuściła wzroku, jakby pytając kto jest ten, co tak śmiele przemawia. Oczywiście przeszłości nie znał, mówił z szacunkiem.

Młodzieniec opowiadał, iż jest biednym rycerzem, przybyłym do stolicy świata szukać kariery. Teraz pragnie podwójnie ją zdobyć, aby... aby... posiąść taką towarzyszkę na życie całe...

Rozpoczęła się sielanka. Przy blasku księżyca, w dni parę, zamieniono wieczyste przysięgi. Włożył jej na palec skromny żelazny pierścień, na jaki stać było biednego rycerza. Teodora nie mogła mu dać nic w zamian prócz swych ust. Lecz może ofiarowała mu bardzo wiele, bo dała swą miłość. Ona, która dotychczas znała tylko zmysły, poczuła, iż poza ciałem jest jeszcze coś więcej. Wyrwana spod wpływu matki, siostry i wyuzdanego otoczenia przerodziła się zupełnie, a że nie ma lepszych żon nad grzesznice, przysięgała, iż nigdy grzeszyć nie będzie.

Rycerz bywał coraz częstszym gościem, nie ukrywał się zgoła. Gdy razu pewnego ujrzała gościa stara wróżka, oniemiała z podziwu i zabełkotała:

– Ty... ty... tak z nim... Ależ to najdostojniejszy nasz pan... Justynian... krewny cesarza...

Istotnie romantycznym kochankiem był Justynian, wprawdzie chłop iliryjski z pochodzenia, lecz domniemany następca tronu.

Stosunek z Teodorą przyniósł mu szczęście. Już w pierwszym roku został mianowany konsulem, w dwa lata zaś później oficjalnie ogłoszony jako następca.

Wraz ze sobą pociągnął ukochaną. Wyrobił dla niej stan patrycjuszowski oraz pozwolenie bywania przy dworze, gdzie wszyscy schylali czoła przed jej urodą i wdziękiem.

Jedni udawali dyplomatycznie, że nie poznają byłej hetery, innych zaś potrafiła Teodora potraktować tak, iż odechciało im się żartów na temat starych grzechów i grzeszków. Co prawda z minionych dni zachowała ona jedno przyzwyczajenie: lubiła pieniądze i sprzedawała za nie już nie samą siebie, lecz swą protekcję, dzięki czemu doszła do znacznych bogactw.

Jeśli Justynian nie brał ślubu z ukochaną, to były po temu dwie przyczyny: stara cesarzowa Eufemia, niemogąca darować skandalicznej przeszłości akrobatki, i matka przyszłego cesarza, zwykła chłopka, która przyszła go błagać na klęczkach, by nie czynił podobnego wstydu.

Prócz tego kardynalne prawa cesarstwa zabraniały senatorom, nie mówiąc o książętach krwi, wstępowania w związki małżeńskie z komediantkami, córkami histrionów i w ogóle kobietami niższej sfery.

Zdawałoby się, że przeszkody są nie do zwalczenia, a jednak rozmiłowanemu Justynianowi udało się je przezwyciężyć. Cesarzowa Eufemia umarła w 523 roku. Roku następnego cesarz Justynian I uchylił specjalnie dla siostrzeńca uciążliwe prawo – i Justynian, nie zważając na łzy matki, która pono ze zmartwienia umarła, wziął ślub z Teodorą.

W trzy lata później, w Wielki Czwartek 527 roku, cesarz będąc chory i czując zbliżającą się śmierć, zawezwał małżonków do swego łoża i nadał im tytuł najdostojniejszych (augustos), a w pierwszy dzień Wielkiejnocy metropolita Szczepan włożył korony w bazylice Świętej Zofii na głowy byłego iliryjskiego chłopa i byłej nierządnicy, powołanych do zajęcia cesarskiego tronu.

Gdy po tej ceremonii Justynian wraz z Teodorą udali się na Wielki Hipodrom, służący w niektórych wypadkach za forum, plac publiczny drugiego Rzymu, by ukazać się ludowi w całej chwale majestatu, lud powitał ich entuzjastycznie. Nigdzie nie rozległ się szmer ani wykrzyknik ironiczny.

Patrycjusze, rycerze, wojacy – ci wszyscy, którym niegdyś sprzedawała się Teodora – nie oburzyli się tą sceną i wielce radośnie wnieśli na swych barkach do pałacu nowych władców Bizancjum.

W parę miesięcy później zmarł Justyn I a Justynian i Teodora de facto objęli rządy państwem.

* *

*

Przyznać trzeba, iż w dziejach mało spotyka się kobiet obdarzonych równym taktem i rozumem, co cesarzowa. Kiedy zdążyła ona była nabrać podobnej ogłady a nawet wykształcenia, pozostaje zagadką i zgodzić się chyba wypadnie na teorię o wszechpotędze kobiety umiejącej w przeciągu chwili przedzierzgnąć się z kopciuszka w królewnę, z kucharki w artystkę...

Od pierwszego niemal momentu wstąpienia na tron, Teodora zdobywa powszechną sympatię, staje się symbolem piękna i harmonii, jak niegdyś była symbolem nierządu i skandalu.

Dziś Bizancjum należy do niej, jak niegdyś ona należała do Bizancjum! Teodora kurtyzana, Teodora akrobatka jest imperatorową! Ona, co wytarła swym ciałem wszystkie dzielnice stolicy i nie odmawiała niczyim żądzom, dziś jest wszechwładna i wszechpotężna. Nikt nie ośmiela się wystąpić przeciw niej z zarzutami albo protestem! I to nie dlatego, by się obawiał lub w myśl starej maksymy milczeć musiał, bo żona cesarza ma być wyższa ponad wszelkie podejrzenia!

Nie! – Teodora swym zachowaniem podbiła wszystkich, wszystkich pociągnęła na swoją stronę.

Toteż sędziowie, prefekci, prałaci, biskupi, rycerze, dostojnicy i dygnitarze taką składają przysięgę bez wahania:

Klnę się na Boga Ojca Wszechmogącego, Syna Jego Jedynego i Ducha Świętego, Najczystszą Dziewicę Maryję, na cztery Ewangelie, które trzymam w mych dłoniach, świętych archaniołów Michała i Gabriela, iż wiecznie wierny będę władcom naszym najdostojniejszym: imperatorowi Justynianowi i jego małżonce Teodorze.

Lecz jeśli Teodora pod wpływem miłości przerodziła się zupełnie, jeśli doprawdy chwilami wydaje się, iż to nie ta sama kobieta zajmuje stary tron Bizancjum, to dalsze jej losy będą jeszcze bardziej zadziwiające.

Teodora bardzo szybko oswaja się z machiną państwową i równie szybko usiłuje pochwycić ster władczy w swe piękne rączki. I nie powiedziałbym, że z niekorzyścią dla państwa! Przerasta ona męża pod względem woli i siły charakteru i w ciężkich sytuacjach potrafi być bardziej męska i stanowcza niźli on sam.

Cztery lata panowania upłynęły spokojnie, lecz w roku piątym powstały w Bizancjum zaburzenia, zagrażające nie tylko tronowi lecz i życiu monarchów. Jak wiemy istniały w stolicy dwie part je: arystokratyczna niebieskich i demokratyczna zielonych. Justynian silnie protegował, jako podpory tronu, niebieskich, którzy rozzuchwaleni jego poparciem łamali prawa i dopuszczali się nadużyć, starając się wszelkimi sposobami zgnębić przeciwników. Zielonym się to w końcu znudziło. Zapragnęli o swych nieszczęściach donieść osobiście cesarzowi, lecz przekupni dworacy, w większości niebiescy, nie dopuścili delegacji przed oblicze Justyniana. Ci wówczas, zorganizowawszy się, obrali za hasło słowo zwycięstwo i postanowili obalić Justyniana a na jego miejsce uznać wnuka Anastazego I za cesarza.

Całe miasto zostało ogarnięte buntem grożącym zburzeniem stolicy.

Justynian w swym świętym pałacu, daleki od szumu i zgiełku miasta, oczywiście nie wiedział o niczym. Przywilejem monarchów i zdradzonych mężów jest, by o dokonanych faktach dowiadywali się ostatni.

Gdy atoli rewolucji nie dało się dalej ukrywać, powiadomiony przez dworaków stracił głowę, przerażony jął wydawać najsprzeczniejsze zarządzenia. Obiecuje buntownikom wszelkie ustępstwa, to grozi surową karą, lecz za chwilę cofa groźby i proponuje układy. Ci, widząc słabość cesarza, słyszeć nie chcą o niczym, oświadczając, iż teraz sami sobie wymierzą sprawiedliwość. Rewolta zatacza coraz szersze kręgi, arsenał zostaje rozgrabiony, całe miasto jest powstaniem ogarnięte, a Justynian trzyma się li tylko w swym pałacu z garstką trzech tysięcy żołnierzy, wprawdzie pozostającego pod komendą świetnego wodza Belizariusza (490–565), lecz i jego również zaskoczyły niespodziane wypadki. Belizariusz jest ślepo oddany cesarzowi, prócz wierności łączy ich quasi-podobieństwo losów. I on ożenił się z Antoniną, ekskurtyzaną, zażyłą przyjaciółką Teodory.

Obaj daremnie szukają i nie znajdują wyjścia. Justynian już widzi jak rozjuszony tłum zdobywa pałac i ciągnie go na rynek śród wymysłów i bicia, by tam rozszarpać na kawałki.

Zbierają pośpiesznie radę najwyższych dostojników, obecnych w pałacu – lecz rada, jak rada – radzi, a nic uradzić nie może. Zostaje ostatnie wyjście. Od trzech dni już bojowy okręt cesarski, naładowany kosztownościami, stoi przy pałacu w porcie. Wsiąść i uciekać; może buntownicy nie dogonią. Niezbyt to zaszczytne i bohaterskie rozwiązanie sytuacji, lecz cóż robić?

Gdy więc na ten pomysł zgadza się większość nagle pojawia się Teodora. Jak zwykle piękna i uśmiechnięta, jest niezwykłe spokojna. Lecz słysząc głosy proponujące sromotną ucieczkę, zrywa się z miejsca i z oburzeniem woła:

– Nie zgodzę się na ucieczkę, gdyby to nawet był nasz jedyny ratunek! Wszyscyśmy od chwili urodzenia skazani na śmierć – lecz ci, którym sądzone zostało nosić korony, nie powinni przeżyć ich utraty! Modlę się do Boga o jedno – by nikt nie widział mnie bez purpury, a gdy przestaną zwać mnie cesarzową, niechaj dzień zniknie dla oczu moich! Uciekaj samowładny – zwraca się do Justyniana – okręt gotów do drogi a morze wolne, lecz strzeż się, by ta ucieczka, w której szukasz ratunku nie zmieniła się w wygnanie, a żywot, o który drżysz nie zakończył się śmiercią haniebną! Ja zostanę! Zrosłam się z purpurą i jej tak łatwo nie oddam!

Może w tych słowach prócz dumy, dźwięczy i nuta pyszałkowatości parweniuszki, która z nicości dorwała się do tronu, lecz przyznać trzeba, że je cechuje niekobieca odwaga.

 

Toteż wrażenie słów Teodory było piorunujące. Justynian prostuje się dumnie, zaś w głowie Belizariusza rodzi się plan walki.

Buntownicy, licząc na bezsilność cesarza, nie spodziewają się napaści i nie zachowują najdrobniejszych środków ostrożności. Zebrali się obecnie w Wielkim Hipodromie i radzą jak pałac zdobyć. Tam ich należy otoczyć i wybić do nogi.

Istotnie drobne oddziały wodza po cichu otaczają Wielki Hipodrom. Gdy część żołnierzy zajmuje wyjścia, czyniąc ucieczkę niemożliwą, inna wdrapuje się po przystawionych drabinach na mury i stamtąd zasypuje strzałami rebeliantów.

Ci z początku starają się stawić opór, bezskuteczny pod deszczem kamieni i grotów. Rzucają się ku wyjściu, lecz tam zastają sytuację jak pod Termopilami: paru żołnierzy wystarcza, by trzebić dziesiątki i setki. Nie ma ratunku! Samochcąc, przez nadmiar pewności, wpadli w pułapkę!

Rzucają się z jednej strony na drugą, bijąc się między sobą, stosy martwych ciał pokrywają arenę. Zaciekłość jest jednak taka, iż żaden nie prosi o łaskę. Śród największego tumultu wkraczają cesarskie oddziały i dobijają pozostałych przy życiu.

Z obecnych w Hipodromie buntowników nikt z życiem nie uszedł. Historycy liczą, iż miało zginąć z górą trzydzieści tysięcy ludzi. Imperator i imperium zostały ocalone!

Zwycięstwo nad partią Zwycięstwa było niemal wyłącznie zasługą przytomności umysłu byłej akrobatki Teodory. Od tej też chwili ona rządzi niemal niepodzielnie. Nie ukrywa Justynian bynajmniej, iż we wszystkim zasięga jej rady, a w manifestach swych pisze tak:

Postanawiamy z woli naszej i naszej najdostojniejszej małżonki, zesłanej nam przez Boga Najwyższego...

* *

*

Jak rządziła Teodora? Tu ciekawe nasuwają się w zestawieniu z jej przeszłością uwagi.

Wtrącała się chętnie do małżeńskich spraw, starając pogodzić zwaśnionych, również lubiła kojarzyć małżeństwa. Rzeczą jest jednak charakterystyczną, że przeważnie brała stronę kobiet, rzadko kiedy rację przyznając mężczyznom, jak gdyby na skutek dawnych przykrości zachowując pewną animozję do rodu męskiego. Pamiętając dobrze dolę i niedolę kurtyzany, wpłynęła na Justyniana celem wydania szeregu praw w obronie niewiasty, więc prawa o rozwodach, o usynowieniu dzieci nieślubnych, o nadzorze nad handlarzami nierządem, o zwolnieniu komediantów z niewoli, o prawie żądania przez uwiedzione zawarcia małżeństwa lub otrzymania czwartej części majątku uwodziciela itp. Nie zatrzymała się Teodora na pisanych prawach wyłącznie. Wybudowała słynny Klasztor Bosforski dla dziewic nawróconych. Że jednak dość ostro postępowała ze swoimi ekskoleżankami, niech świadczy fakt, iż parę nierządnych dziewczyn zamkniętych w pomienionym zakładzie z rozkazu cesarzowej – tak sobie uprzykrzyło cnotę, iż z rozpaczy wskoczyło do morza.

Teodora prowadziła właściwie całą politykę, regulowała stosunki z innymi państwami, wypowiadała wojny i zawierała pokoje. Ona to namówiła Justyniana na pochód przeciw Gotom i Wandalom, który stał się jednym z najświetniejszych momentów panowania i zwrócił Bizancjum ziemie ongi stanowiące własność Rzymu.

Pod względem szerokości zamiarów i szczęśliwego ich wykonania Teodorę przyrównać by można do Katarzyny II – są to dwie znakomite władczynie śród kobiet.

* *

*

Teodora jako cesarzowa niepozbawiona była przywar i błędów. Nie znosiła sprzeciwów. Gdy osobisty sekretarz cesarza Prisk Paflagonijski ośmielił się jej nie posłuchać, dając do zrozumienia, iż uważa ją tylko za żonę Justyniana – kazała go w nocy porwać, wywieźć cichaczem do Azji i tam osadzić w jakimś klasztorze. Justynian, który był tak słaby, że nie umiał się w niczym żonie sprzeciwić – udał, że nie wie o niczym i wkrótce nieszczęsny, zbyt służbisty sekretarz został całkowicie zapomniany. Z drugim wrogiem Teodora postąpiła jeszcze okrutniej.

Nienawidziła szczerze Joana, późniejszego prefekta Kapadocji, który nierzadko przebąkiwał o babskich rządach. Lecz jak go się pozbyć? Był zbyt poważnym człowiekiem, by można było się z nim obejść jak z Priskiem, Wobec tego namawia swą przyjaciółkę, Antoninę, żonę Belizariusza, o której już wspominałem, by wmówiła Joanowi, iż szykuje się zamach mający na celu usunięcie cesarza, gdyż wszystkim Teodora się znudziła i że nawet Belizariusz należy do spisku. Czy to z powodu nienawiści do imperatorowej, czy z powodu pięknych ócz Antoniny, Joan dał się wziąć na wędkę i uwierzył.

Wyznaczono dzień decydującej rozmowy, a w dniu tym Justynian ukryty staraniem Teodory i Antoniny za kotarą wysłuchał wszystkiego i przekonał się, iż zausznik w każdej chwili gotów go zdradzić i przejść całkowicie na stronę wrogów cesarza.

Oczywiście Joana pochwycono natychmiast, uwięziono i skazano na wygnanie do Afryki, gdzie spędził długie lata.

Tak potrafiła się mścić cesarzowa!

Teodora zmarła w czerwcu 548 roku, zachorowawszy na zakaźną chorobę. Szukała ratunku u wód Bizancjum – daremnie. Zmarła po dwudziestu jeden latach panowania, gorąco opłakiwana przez męża i naród cały, który przez wdzięczność nadał jej miano Wielkiej.

Miała ona swe wady, lecz miała i zalety.

Może jako władczyni była zbyt dumna, mściwa i chciwa władzy, może zbyt ulegała złym doradcom, Antoninie w pierwszym rzędzie, którzy ją wyzyskiwali dla swych celów – lecz nigdy władzy nie użyła na zło kraju, starając się przeciwnie o jego dobro i potęgę. Najlepszym tego dowodem, że po jej śmierci Bizantyjskie imperium w rękach starzejącego się Justyniana szybko poczęło chylić się do upadku.

Nie miała szczęścia Teodora do historyków. O ile życie i przygody czy to Mesaliny, czy Kleopatry, czy Lukrecji Borgii, czy Marii Stuart, czy Katarzyny II, były wielokrotnie przedstawiane w powieści lub na scenie, o tyle o Wielkiej Teodorze jest głucho. Czemu? Nie wiem. Zdaje się, iż w języku polskim, bodaj ja jestem jej jedynym biografem.

A dzieje Wielkiej są wielce znamienne. O ile wiele władczyń było nierządnicami na tronie, o tyle jedynym jest wypadek, by z nierządnicy stać się cnotliwą władczynią.

Lecz dawniej inne były czasy i inni ludzie, może inne były kobiety i inaczej pisano historię.