Czarownica ze wzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Alice w zamyśleniu patrzyła na rozpieszczonego potwora leżącego na tureckim dywanie. Jęzor, radośnie wywalony z pyska, miał rozmiary łososia.

– Ależ odmieniło mu się życie – odezwała się. – Słyszałam o szczuciu niedźwiedzi, ale nigdy tego nie widziałam.

– To obrzydliwe. Są w Londynie ludzie spragnieni krwi; może dlatego że nie polują.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, milszej niż poprzednio; w końcu Alice kiwnęła głową w stronę listu, który trzymałam w rękach.

– Co w nim napisano?

– Że następnym razem, jak będę rodzić, umrę. – Po raz pierwszy powiedziałam to głośno i poczułam, jak poluzowuje się coś, co ściskało mi gardło. – Jak widzisz, będę potrzebowała cudu. Pan Bóg pobłogosławił mnie w wielu sprawach. Nie jestem pewna, czy macierzyństwo jest jedną z nich, ale dziś modliłam się o znachorkę – i oto się zjawiłaś. Tak bardzo chcę dać mężowi syna – tęskni za tym.

– A pani?

– Jestem żoną i mam nadzieję zostać matką. Nie chcę, by był wdowcem.

Próbowałam przełknąć kluchę w gardle. Alice otwarcie traktowała mnie z okropną litością i przez chwilę zastanawiałam się, jak to możliwe: ona, biedna i niezamężna, pracująca w gospodzie i przy porodach, kobieta, która nawet nie ma konia. Być może piękny dom, przystojny mąż i kosztowne stroje nic dla niej nie znaczyły, może też zdołała zauważyć, że nie na wiele się przydają i mnie, choć mogłam sobie kupić wszystko, co chciałam, prócz tego jednego, czego pragnęłam najbardziej: by nie zawieść jako żona Richarda i odwdzięczyć mu się za to, co zrobił dla mnie; za przyszłość, której mi oszczędził. Dla niego chciałam wypełnić dom lepkimi rączkami i brudnymi kolanami. Dopóki nie mieliśmy dzieci, nie byliśmy rodziną; mieliśmy rezydencję, ale nie mieliśmy domu. Lepiej już byłoby doczekać końca życia w zamknięciu w Barton, budząc się i zasypiając z obliczem niezadowolonej matki przed oczami. Wiedziałam, gdzie byłabym, gdyby nie Richard.

– Pani?

Patrzyła na mnie zaniepokojona. Ogień trzaskał i strzelał; nóż wciąż sterczał z sera jak sztylet wbity rzutem w drzewo.

Pochyliłam się, po raz pierwszy byłam natrętna. Desperacja nie opuszczała mnie od chwili, kiedy spotkałam Alice; narastała od miesięcy i teraz wybuchła.

– Proszę – zaczęłam. – Powiedz, że mi pomożesz. – Uświadomiłam sobie, że zaciskam ręce na poręczach fotela. – Jesteś mi potrzebna, żeby uratować mnie i jeszcze drugie życie. Pomóż mi przeżyć, Alice. Pomóż mi zostać matką. I mieć dziecko.

Patrzyła na mnie dziwnie, mierzyła wzrokiem, niepewna zapłaty. Kiedy wreszcie kiwnęła głową, poczułam się, jakby mnie wzięła za rękę.

1 fawn – jelonek; płowy; brake – zarośla, przyp. tłum.

Rozdział 5

Tej nocy, którą spędziłam samotnie w łóżku, wrócił koszmar. Las był czarny i zimny, pod stopami przy każdym kroku chrzęściły suche liście, stałam więc bez ruchu w ciemności, w której nie widziałam nawet własnej ręki podniesionej na wysokość oczu. Serce mi waliło, z całej siły wytężałam słuch. I wtedy podeszły dziki, szurały i chrząkały; dyszały łapczywie, czułam ich dziwny, gorący oddech. Zamknęłam oczy, żeby lepiej słyszeć i wtedy coś otarło mi się o spódnicę. Wszystko znieruchomiało. Spłynęła mi po twarzy kropelka potu i w tym momencie się zaczęło. Hałas, jaki czyniły potwory, był straszny – piskliwe, podniecone wrzaski i szczeknięcia. Rzuciłam się biegiem, na oślep, z wyciągniętymi przed siebie rękami; krzyczałam. Pędziły tuż za mną; słyszałam ich warczenie i zgrzytanie, czułam kły przeszywające jak sztylety z kości. Potknęłam się i runęłam na ziemię. Jęczałam, osłaniałam głowę rękami, ale znalazły mnie, otoczyły padłą ofiarę. Były głodne, zamierzały wbić we mnie zęby i rozszarpać. Rozdarł mnie przeszywający ból, podciągnęłam kolana zaplątane w spódnicę i krzyknęłam.

Leżałam we własnej sypialni, w jasnym świetle dnia i spływałam potem. Serce waliło mi jak dzwon, twarz miałam mokrą od łez, ale ogarnęła mnie ulga, kiedy uświadomiłam sobie, że nie ma dzików i że nie jestem w lesie. Oddychałam spokojniej, czułam tępy ból w nadgarstku. Szmatki, które Alice kazała mi mocno zawinąć, poluzowały się i ciągnęły za mną w pościeli. Ziewnęłam, zamrugałam w słońcu, przeciągnęłam się i odwróciłam.

Obok łóżka, wpatrzona we mnie jak jastrząb, siedziała moja matka.

Odczekała, aż usiadłam. Nie patrzyłam na nią, ale wiedziałam, że jej usta zacisną się w wąską linię na widok moich rozczochranych czarnych włosów i cery szarej jak popiół w kominku. Mary Barton nie pochwalała choroby, słabości ani żadnego rodzaju niepowodzeń; właściwie uznawała je za coś obraźliwego. Zanim któraś z nas się odezwała, usłyszałam w korytarzu kroki Richarda i brzęk pasa z monetami.

– Popatrz, kto przyjechał – oznajmił, wchodząc do pokoju i kładąc dłoń na sztywnym ramieniu matki.

Jej czarne oczy napotkały mój wzrok. Głowę miała odkrytą, kołnierz, idealnie nakrochmalony, rozkładał się wokół szyi szerokim wachlarzem. Białe dłonie złożyła swobodnie na podołku. Wyglądała na opanowaną. Wciąż miała na sobie okrycie, jakby przed chwilą zsiadła z konia albo właśnie miała zamiar wyjechać. Zawsze była wrażliwa na chłód, dlatego po naszym ślubie wyprowadziła się z Barton. Narzekała, że dom jest za duży i za radą Richarda zamieszkała w skromniejszej siedzibie, dalej na północ.

Szkoda, że nie jeszcze dalej.

– Witaj, matko – powiedziałam.

– Nie zjadłaś śniadania.

Oblizałam zęby. Oddech miałam obrzydliwy.

– Każę przynieść coś do jedzenia. – Richard wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Odrzuciłam grubą kapę, wyskoczyłam z łóżka i poszłam po pasek płótna, żeby wyczyścić zęby. Obserwowała mnie bez przerwy.

– Ten pokój to chlew. Twoje służące powinny być staranniejsze – co właściwie mają do roboty? – Zignorowałam jej słowa, ale ciągnęła dalej. – Ubierzesz się dzisiaj?

– Może.

Nad kominkiem, po obu stronach herbu Shuttleworthów, stały na warcie dwie gipsowe postacie o połowę mniejsze ode mnie: Rozwaga i Sprawiedliwość. Czasem wyobrażałam sobie, że to moje przyjaciółki. Matka, wyprostowana, usadowiona przed kominkiem, dokładnie w środku między nimi dwiema, wyglądała jak ich trzecia siostra, Maruda.

– Co cię tak bawi, Fleetwood? Jesteś panią tego domu – ubierz się natychmiast.

Puk zaskomlił pod drzwiami. Wpuściłam go; podszedł niespiesznie do matki, obwąchał jej spódnicę i oddalił się.

– Nie rozumiem, dlaczego trzymasz to zwierzę w domu. Psy są do polowania i do stróżowania, nie po to, żeby je traktować jak dzieci. Co masz na ręce?

Ściągnęłam pasek i obwiązałam go mocniej.

– Spadłam wczoraj z konia. To tylko skręcenie.

– Fleetwood – ściszyła głos i obejrzała się, sprawdzając, czy drzwi są zamknięte. Doszedł mnie mdlący zapach pomady, którą smarowała sobie nadgarstki. – Richard powiedział mi, że znów jesteś przy nadziei. Straciłaś, jeśli się nie mylę, trójkę dzieci, nim przyszły na świat.

– To nie moja wina.

– Powiem jaśniej. Trzykrotnie nie udało ci się donosić dziecka. Czy naprawdę uważasz, że powinnaś spadać z konia? Jesteś nieostrożna. Masz akuszerkę?

– Mam.

– Skąd ją wzięłaś?

– Stąd. Z Colne.

– Czy nie mogłabyś postąpić mądrzej i wziąć kobietę polecaną przez znajomych? Czy ty albo Richard rozmawialiście z Jane Towneley? Albo z Margaret Starkie?

Patrzyłam na gipsowe oblicze Roztropności. Jej stoickie spojrzenie unikało mojego wzroku. Ja, żona, pani jednego z najwspanialszych majątków w promieniu wielu mil, stałam w koszuli nocnej przed karcącą mnie matką. Czy to Richard ją zaprosił? Wie przecież, jak jej nienawidzę. Zacisnęłam pięści raz, drugi i trzeci.

– Kogo zatrudnię, to moja decyzja, mamo.

Ostatnie słowo wygłosiłam słodkim tonem. Po twarzy matki, tak opanowanej, przebiegł prawie niewidoczny skurcz wściekłości.

– Omówię to z Richardem – powiedziała. – Tymczasem chcę, żebyś obiecała mi, że zrobisz wszystko, co można, by dać temu dziecku życie. Nie jestem przekonana, że tak się w tej chwili dzieje. Konieczny jest odpoczynek i… zajęcia domowe. Może weź do ręki instrument, zamiast ganiać po okolicy jak laufer. Masz dobrego męża i jeśli zaczniesz zachowywać się jak żona i matka, dostaniesz dar od Boga. Nie po to połączyłam nasze rodziny, byś bawiła się w księżniczkę na wieży. A teraz oczekuję, że zjesz ze mną obiad. Proszę, żebyś się ubrała i zeszła do mnie na dół.

Słyszałam, jak schodzi po schodach i modliłam się, żeby jej własny portret spadł z haka i zgniótł ją na płask.


Richard napełnił kieliszek czerwonym winem i przed moim nosem podał go matce. Było ciemne jak rubin – jak to coś o zdumiewająco pięknej, bogatej barwie, co trzykrotnie wypłynęło ze mnie i przesiąkło przez pościel i materac, który trzeba było spalić w ognisku.

Chciałam uciec od ciężkiego zapachu i podniosłam wzrok na sufit. Tynki w jadalni ozdobiono mnóstwem kiści winogronowych o pędach pnących się ku narożnikom i splatających się jak dłonie kochanków.

– Nie chcesz wina, Fleetwood?

– Nie, dziękuję.

Richard napełnił drugi kieliszek dla swego przyjaciela Thomasa Listera, który był przejazdem w drodze do Yorkshire. Siedzieliśmy wokół pełgającego ognia; duchota działała na mnie usypiająco. Nie na tyle jednak, by nie zauważyć, jak pożądliwe spojrzenie Thomasa pada na pierścienie na palcach Richarda, który podawał mu kielich. Jego własna, naga dłoń sprężyła się na ten widok; napotkał jednak moje spojrzenie i natychmiast odwrócił wzrok.

 

Wiekiem Thomas był gdzieś między Richardem i mną, a zamożnością – między przeciętnym ziemianinem i nami. Co do pierwszej sprawy, przyznałby rację; co do drugiej – nigdy. Mieli z Richardem parę rzeczy wspólnych: ożenili się w tym samym roku, obaj stracili ojców i odziedziczyli wielkie posiadłości, mając na utrzymaniu matki i siostry. Cztery lata temu pan Lister senior zachorował na ślubie syna; zasłabł podczas uroczystości i kilka dni później zmarł. Matka Tomasza nigdy tak naprawdę z tego się nie podniosła i od tamtej pory nie opuszczała domu.

Uważałam Thomasa Listera za człowieka osobliwego i dość interesującego – niezbyt łatwo nawiązywał rozmowę; wolał raczej trzymać się z boku. Miał duże, lekko wytrzeszczone oczy, był niski i szczupły jak kobieta. Zdaniem Richarda dzięki temu doskonale jeździł konno; trzymał się w siodle prosto jak strzała.

Moja matka nie umiała swobodnie obcować z młodymi ludźmi; sprawiała, że czuli się przy niej jak małe dzieci. Thomas, zapytany o matkę, wyjąkał uprzejmą odpowiedź. Uratowało go wejście praktykanta Edmunda, z wiadomością, że przyszła kobieta z jednego z gospodarstw i opowiada o psie, który zabił owcę. W tamtych czasach trzymaliśmy na polach setki owiec; ziemia była zbyt mokra, by wykorzystać ją w jakikolwiek inny sposób.

Nastąpiła chwila ciszy. Richard odstawił kieliszek.

– Czyj to pies?

Edmund potrząsnął głową. – Tego ona nie wie, panie. Widziała, jak biegał i straszył stado. Prosi, żeby pan szybko przyszedł.

Richard wybiegł. Ludzie zawsze pukali do naszych drzwi i opowiadali różne rzeczy. Richard był szlachetny; dawał im ziarno, kiedy zbiory się nie udawały, drewno na remont domów. W Padiham żyło dwieście rodzin i niemal tyleż problemów trafiło na nasz próg od czasu, gdy tu zamieszkaliśmy.

– Cóż pana wiedzie do Yorkshire? – spytała moja matka.

Postanowiła być wzorową gospodynią, czerpiąc przyjemność z pokazania mi, że ja taką nie jestem.

– Jadę na rozprawę, na wielkopostne posiedzenie wyjazdowe sądu.

– Na rozprawę?

Kłody drewna w kominku trzaskały w płomieniach. Zastanawiałam się, jak długo Richarda nie będzie; zapadał zmierzch i niedługo za oknami zrobi się ciemno.

Thomas poprawił się na krześle.

– Sprawa o morderstwo – powiedział cicho. – Oskarżoną jest kobieta, nazywa się Jennet Preston.

Wyprostowałam się odrobinę.

– Zna ją pan? – spytałam.

– Bardzo dobrze, niestety. – Lekko drgnął mu policzek. – Wiele lat u nas pracowała, a od śmierci ojca już nas nie opuściła. Okazywaliśmy jej dobroć i przychylność, ale to niewdzięcznica, wciąż chce więcej.

– Kogo zamordowała?

– Dziecko.

Obie siedziałyśmy przez chwilę zaszokowane. Thomas ponuro patrzył w ogień.

– Będzie pan przekonywał o jej niewinności?

Popatrzył na mnie surowo. – Niewinności? O winie. Zamordowała syna innej służącej – dziecko, które nie miało jeszcze roku – brutalnie i bezlitośnie.

W mgnieniu oka ogarnął mnie natłok wspomnień: małe, zimne ciałko, dwie linie powiek, które nigdy się nie otworzą. Zamknęłam oczy i odegnałam widziadła.

– Dlaczego miałaby to zrobić? – spytałam.

– Bo jest zazdrosna – odparł krótko. – Nie udało jej się uwieść Edwarda, zabrała więc to, co dla niego i jego żony było najcenniejsze. To czarownica.

Matka nachyliła się. – Jeszcze jedna? – Thomas był zmieszany. – Nie słyszał pan o nowym gościu w Read Hall?

– A skąd ty wiesz o gościu w Read Hall? – spytałam.

Lekceważąco wzruszyła ramieniem. – Richard mi mówił.

Powiedziała to w sposób jednoznacznie sugerujący, że Richard powiadamia swoją teściową o wszystkim. Ale ona potrafiła wyciągać od ludzi różne rzeczy, wykorzystać chwilę wahania albo rzucony od niechcenia komentarz i obrabiać go jak pies kość. Richard nie roznosiłby spraw swojego przyjaciela po całym hrabstwie; musiała to usłyszeć wcześniej od kogoś innego i z pewnością wypytywała go, dlaczego jest zajęty i zdenerwowany.

– Kto jest w Read Hall? – spytał Thomas, patrząc to na matkę, to na mnie.

Opowiedziała mu więc o Rogerze, który był bliskim znajomym Thomasa, i o handlarzu Johnie Law, i o czarownicy Alizon Device. Słuchał z wielkim zainteresowaniem.

Jej wersja zawierała mniej faktów, a więcej spekulacji niż opowieść Rogera. Nie raczyłam jej poprawiać, co dało mi mnóstwo satysfakcji, i aby ukryć triumfującą minę, z uwagą przyglądałam się fryzowi wieńczącemu ściany jadalni. W środku pokoju oko przyciągały syreny, delfiny, gryfy i wszelkiego rodzaju pół-ludzie i pół-zwierzęta, jakbyśmy byli na jakimś wielkim, mitycznym dworze. Kiedy przyjechałam do Gawthorpe, w całym domu fryz spodobał mi się najbardziej ze wszystkiego. Chodziłam w kółko, oglądałam starannie każdą figurę, nadawałam im imiona i dorabiałam krótkie historyjki. Oto dwie siostry, sieroty; były morskimi księżniczkami i rządziły morzem; tam armia lwów z tarczami gotowymi do walki. Patrzyłam, jak ciemnieją i nabierają tajemniczości w miarę zapadania nocy, a tymczasem matka z Thomasem Listerem paplali jak przekupki. Zamykały mi się oczy, czułam suchość w ustach, bolały mnie plecy. Richarda wciąż ani śladu, a ja będę musiała tu siedzieć, dopóki nie wróci.

Wtedy mnie olśniło: dopóki matka tu pozostanie, Richard będzie spał ze mną, by nie prowokować pytań, jako że jej świdrującym oczom nic ujść nie mogło. W żaden sposób nie dała po sobie znać, że zauważyła rozkładane łóżko, choć być może Richard zamknął drzwi do gotowalni.

Szarpnęłam wałki we włosach; ciekawa byłam, ile jeszcze czasu minie, nim będę mogła je wyjąć

– Dziewczyna jest w domu Rogera Nowella – mówiła moja matka z błyskiem w oku. – Trzyma ją tam, żeby nie mogła nikomu zrobić krzywdy.

– I przyznała się?

– Tak mówią.

– I Roger uważa, że są jeszcze inne?

Kiwnęła głową. – W tej samej rodzinie.

– O nieba, matko! Pomyślałby ktoś, że szłaś u boku Johna Law, kiedy spadła na niego klątwa – powiedziałam.

Thomas siedział zamyślony, przyciskał kielich do piersi.

– Obejrzysz nasze syreny? – spytałam. – Przyjrzyj im się dokładnie. Są naprawdę niezwykłe; zaprojektowali je dwaj bracia, którzy zrobili wszystkie stiuki w Gawthorpe.

Wstał posłusznie, podszedł do nich, a ja odwróciłam się do matki i szepnęłam: – W tym domu nie gadamy o sprawach Rogera Nowella jak wiejskie baby. To nasz przyjaciel. Teraz Thomas wszystko, co od ciebie usłyszał, zawiezie do Yorkshire, znacznie dalej niż trzeba.

Zrobiła kwaśną minę. – Ja tylko informuję twojego sąsiada, co dzieje się pod jego nosem. Wszyscy zresztą szybko się dowiedzą, że w tych stronach są czarownice. I powinni. Czyż nie mówi się, że tutejsze kobiety są szalone?

– Nie wiem, co się mówi i nic mnie to nie obchodzi. I nie jestem pewna, czy szalona oznacza to samo, co zła.

– Bardzo zręczna robota – skomentował uprzejmie Thomas za naszymi plecami. – Niesłychanie misterna. Wręcz fantastyczna. – Wydawał się poruszony i nie wracał do stołu. – Ruszę dalej, nim się zrobi ciemno. Mogę przed wyjazdem do Yorkshire zajrzeć do Read Hall.

– To pięć mil w inną stronę – powiedziałam.

Sięgnął po pelerynę.

– Ukłony dla Richarda.

Wyszedł żwawo; słychać było w korytarzu jego kroki. Na chwilę zapadła cisza, po czym i ja przeprosiłam, i wytłumaczyłam się, że powinnam pójść spać.

W moim pokoju zapalono świece. Stanęłam przed lustrem, żeby wyjąć z uczesania wałki. Włosy miałam cienkie i słabe, wypadały pasmami, gdy je szczotkowałam. Podeszłam do okna, by zaciągnąć zasłony i w szybie zobaczyłam, że w drzwiach zjawił się Richard.

– Będziesz tu dziś spał? – spytałam.

– Chyba tak.

Odwróciłam się i serce stanęło mi w piersi.

Ręce miał purpurowe, aż po łokcie, kaftan cały we krwi. Umazany był krwią na twarzy.

– Co się stało?

– Kazałem przynieść wody. – Wycierał dłonie, ale krew zdążyła zaschnąć. Skóra wokół paznokci już zbrązowiała. – Okropność. Gdybym sam tego psa nie widział, pomyślałbym, że to robota wilka.

Podeszłam do łóżka, usiadłam i zdjęłam papucie.

– Niemożliwe. Tu od stu lat nie ma wilków.

Myślałam o tym, że nasze ciała znów tej nocy będą blisko siebie, że poczuję obok jego ciepło. Może będę mogła przesunąć, tak jak kiedyś, palcem wzdłuż jego kręgosłupa. Może odwróci się i dotknie ustami moich warg, może znów poczuję w sobie jego twardość. Nawet gdybyśmy mieli już nigdy nie spać w jednym łóżku, nigdy nie zapomnę miękkiej, ciepłej skóry pod koniuszkami palców. A potem przypomniałam sobie sekretny list i wizja się rozpłynęła.

– Zabił owcę? – spytałam, odwracając się, by Richard mógł rozsznurować mi gorset.

– Nie. Musiałem ją dobić.

– A pies? Jak wyglądał?

– Brązowy kundel. Uciekł, nie zdążyłem go złapać. Popytam, dowiem się, do kogo należy.

– Najęłam dziewczynę, która mnie uratowała, jako akuszerkę.

– Tak? Jak się nazywa? Jest akuszerką?

– Alice. Bardzo doświadczona. – Nie patrzyłam mu w oczy. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. Pożyczyłam jej konia ze stajni, na czas, kiedy będzie się mną zajmować.

– Nie żadnego z moich?

– Nie, siwą kobyłę roboczą. Już jest dość stara. Richardzie … przełknęłam ślinę. – Zostaniesz tu od dzisiaj?

– Wiele małżeństw sypia w oddzielnych pokojach, nie ma w tym nic nadzwyczajnego – odparł, ale grzecznie.

– A powinno być.

– Nonsens. Poza tym nosisz już dziecko. Nie moglibyśmy robić drugiego.

Nie słyszałam go, bo podciągnęłam koszulę nad głowę. Wzdłuż uda sączyła mi się cieniutka nitka czerwieni. Zatrzymałam ją palcem. Panika opadła mnie jak ciężka burzowa chmura. Zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić.

Rozdział 6

Obudziłam się. Leżałam sztywna jak kłoda obok cicho pochrapującego Richarda. Wreszcie wstałam i poszłam do oświetlonej promieniami księżyca galerii. W domu panowała cisza; wypolerowane deski podłogi, błyszczące jak śnieg, trzeszczały pod moimi stopami, kiedy krążyłam w kółko, tam i z powrotem. Wróciłam do łóżka przed świtem. Wiele razy patrzyłam na zaschniętą strużkę czerwieni wnikającą w skórę na dowód tego, co się wydarzyło, czy też raczej zaczynało się dziać i ustało. Przykryłam to szybko nocną koszulą i Richard niczego nie zauważył, zajęty zmywaniem owczej krwi. Czułam ją z drugiego końca pokoju, żołądek skręcał mi się z obrzydzenia i strachu, jak gdyby sam zapach krwi mógł uruchomić ją we mnie.

Alice poprosiła mnie o kilka dni na zebranie ziół, które miały mnie wzmocnić. Wydawało mi się to wiecznością i rano, kiedy wszyscy jedli śniadanie, wyszłam z Pukiem, żeby sobie pobiegał. Nie mogłam jeść, brzuch miałam znów jak worek węgorzy, ale tym razem doszedł niepokój. Wyszliśmy z domu, skręciliśmy w prawo i idąc skrajem trawnika, wzdłuż rzeki, minęliśmy wielką stodołę i budynki gospodarcze. W psiarniach psy szczekały nieprzytomnie, bo zwęszyły Puka, który kompletnie je ignorując, obwąchiwał narożniki i mury. Czasami zastanawiałam się, czy wie, że jest psem i czy pamięta cokolwiek sprzed dnia, kiedy go uratowałam. Miałam nadzieję, że nie.

– Witaj, pani – mówili parobkowie i praktykanci obładowani narzędziami, linami i przedmiotami, o których przeznaczeniu nie miałam pojęcia.

– Witajcie – odpowiadałam i szłam dalej.

Dom i wszystkie zabudowania rychło przesłoniła zieleń drzew. Szumiały wokół, gdy szłam wąską drogą prowadzącą z Gawthorpe i obserwowałam Puka, który węszył i śmigał z nosem przy ziemi.

Jakieś ćwierć mili od domu zobaczyłam dwóch zbliżających się jeźdźców. Weszłam między drzewa, przystanęłam. W większej postaci rozpoznałam Rogera. Kiedy się zbliżyli, powiedział coś krótko do towarzyszącej mu osoby – kobiety w zwykłej wełnianej sukni. Wzrok miałam słaby, ale wiedziałam, że nie jest to jego żona Katarzyna. Zeskoczył z konia i podszedł do mnie, trzymając w ręce wodze. Spostrzegłam, że konie są ze sobą związane. Białe, chude ręce kobiety spięte były kajdankami przyczepionymi do wodzy. Więźniarka. Roger, sędzia pokoju, często przewoził przestępców i czasem eskortował ich do więzienia w Lancaster. Odrobinę za długo wpatrywałam się w jej skrępowane nadgarstki i kiedy spojrzałam na mądrą twarz młodej kobiety o ciemnych oczach i wąskich wargach, popatrzyła na mnie z dumą pomieszaną z wrogością.

 

– Cieszę się, że w taki piękny dzień wybrałaś się na spacer. Jesteś wyraźnie ożywiona – powiedział Roger.

– Jedziesz do nas? – spytałam, podając mu rękę do ucałowania.

– To szczególne odwiedziny – właściwie raczej zaproszenie dla Richarda. Jest w domu?

– Jest.

– Ma czas rano?

– Za godzinę wyjeżdża do Manchesteru – skłamałam. Jeśli mam tu coś do powiedzenia, to Richard nie będzie wyjeżdżał z Rogerem i zostawiał mnie z matką. – Szykują mu rzeczy. Wszystko w porządku?

Ponownie kiwnął głową. Jak na obyczaje Rogera, dziwne było to, że nie przedstawił mi swojej towarzyszki.

– Szkoda. Jadę do Ashlar House.

– Do Jamesa Walmsleya?

– Tak. Pomyślałem, że może Richard zechce się wybrać ze mną – muszę przeprowadzić dwa przesłuchania i chętnie bym przyjął jego pomoc. – Nachylił się bliżej. – Mąż twój kiedyś daleko zajdzie. Zapamiętaj moje słowa; jak dojdzie mojego wieku, będzie wysoko w rządzie, a ja zamierzam mu na tej drodze pomóc. Ma już na wstępie przewagę z racji urodzenia, której ja nie miałem, bo jego stryj był osobą dobrze znaną na dworze. W jakimś momencie przedstawię go królowi i chciałbym, żeby miał udział w tym, co się dzieje w Pendle. Może mu to wyjść na dobre w oczach Korony. Mam zaufanie do jego zdania, podobnie jak pan Walmsley, ale będziemy musieli sobie dziś radzić bez niego.

Odwrócił się i spojrzał na swoją towarzyszkę, której milcząca obecność cokolwiek działała na nerwy.

– Słyszałem, że najęłaś akuszerkę – powiedział niespodziewanie.

Zamrugałam ze zdziwienia. – Tak – odparłam, zastanawiając się, skąd o tym wie. Z Richardem nie widzieli się od polowania.

Rozpromienił się. – Wspaniale. Nim rok się skończy, Gawthorpe będzie miało dziedzica. To ta sama kobieta, co ostatnio? Z Wigam?

Trudno mi było się skupić, zwłaszcza wobec wrogości bijącej od kobiety za jego plecami.

– Nie. To tutejsza.

– Jennifer Barley? Była przy Katarzynie.

– Nie. To dziewczyna z Colne. Ma na imię Alice.

I wtedy stało się coś dziwnego. Na dźwięk imienia Alice towarzyszka Rogera szarpnęła się w siodle, aż wystraszyła konia. Spojrzałam na nią, ale szybko odwróciłam wzrok, bo zobaczyłam, że nie spuszcza oczu z mojej twarzy, jakby wyczytywała z niej coś fascynującego.

– Trzeba będzie wymyślić prezent na połóg – mówił. Prowadził rozmowę, jakby jego jeńca w ogóle tu nie było. Minę miał zadowoloną. – Co można kupić kobiecie, która ma wszystko?

– Kim jest pana towarzyszka? Nie przedstawi mnie pan?

– To jest Alizon Device.

Poczułam chłód na twarzy, za to serce zabiło mi szybciej. A więc Roger obwozi po Pendle czarownicę i przywiózł ją do Gawthorpe. Coś w dumnym spojrzeniu Alizon mówiło mi, że o tym wie i wzbudziło we mnie iskierkę sympatii.

– Niech pani nie zwiedzie suknia – to Katarzyny. Alizon jest u mnie od kilku dni. Jedziemy do Ashlar House spotkać się z jej krewnymi – mówił pogodnym tonem, wracając do swych spraw służbowych.

Dziewczyna milczała, ale mieniła się ze złości. Zapadła cisza, tylko gawron odezwał się spomiędzy drzew i powiew wiatru poruszył las.

– Proszę pozdrowić Richarda. Czy w przyszły piątek przyjedziesz na obiad do Read? Katherine nie może się doczekać spotkania z tobą.

– Będzie to dla mnie zaszczyt.

Dygnęłam i pozwoliłam sobie jeszcze raz zerknąć na Alizon, wciąż nieruchomą jak posąg, ze wzrokiem utkwionym gdzieś przed sobą. Roger uchylił kapelusza i dosiadł konia. Patrzyłam jak odjeżdżają, widziałam upierścienioną dłoń Rogera uniesioną w geście pożegnania. Zawołałam Puka i zawróciłam w stronę domu.


Był ostatni dzień Wielkiego Postu, a że moja matka nie lubiła ryb, o czym kucharka zawsze pamiętała, usiedliśmy do obfitego obiadu złożonego z zapiekanki serowej z ziemniakami, owoców, chleba i piwa. Skubałam trochę okruchów, ale byłam tak odzwyczajona od jedzenia, że właściwie już nie czułam głodu.

Moja matka nie akceptowała nikogo z naszych służących poza kucharką. Uważała, że są gburowaci i niewdzięczni, i że jest tylko kwestią czasu, kiedy zaczną znikać srebra i jedwabie. Czasem zastanawiałam się, czy dom, w którym mieszkam, należy do mnie, czy do niej. Najwyraźniej tęskno jej było do czasów, gdy rządziła w Barton, gdzie w porównaniu z jej obecnym skromnym dworem służby było mrowie. Kiedy odwiedzała nas po naszym ślubie, nazywaliśmy ją z Richardem Gloriana, pani na włościach; usiłowała kierować nami, jakbyśmy oboje byli jej dziećmi. Do tamtej pory nie miałam nikogo, z kim mogłabym żartować. Zapychaliśmy usta jedzeniem, kiedy wygłaszała rzeczy w rodzaju: „Naprawdę, Richardzie, nigdy nie widziałam mężczyzny, który by nosił tyle biżuterii” albo: „Powinieneś umieścić swój herb na karafkach do wina. To jest teraz modne, robi się tak nawet w Yorkshire”.

Tamtego popołudnia postanowiła skrytykować płyty nad kominkiem.

– Richardzie, widzę, że wciąż jeszcze nie kazałeś wypisać imienia mojej córki – oznajmiła, mając na myśli pięć kwadratowych płyt z litego drewna z wyrytymi na nich imionami różnych członków rodziny Shuttleworthów.

Inicjały Richarda pojawiły się na czwartej z płyt jeszcze przed naszym ślubem. Zamierzał polecić stolarzowi, by umieścił obok moje, ale nie miał czasu, więc R i S unosiły się samotnie w oczekiwaniu na towarzystwo. Przygnębiające było to, że matka z uporem do tego wracała, jakby drewniana płyta była jedynym dowodem mojego istnienia, a nie zwykłą ozdobą.

– Nie ma takiego pośpiechu, mamo – powiedziałam.

– Czy cztery lata to za mało?

– Dopiszę to do mojej pęczniejącej listy – Richard nie tracił pogody ducha.

Ustalono, że matka wyjedzie następnego dnia, w niedzielę wielkanocną, i wszyscy razem pojechaliśmy do kościoła. Może tak mi się wydawało, ale przez noc jakbym utyła w talii. W czasie nabożeństwa siedziałam, wpatrując się w swe ręce równo złożone na podołku i zastanawiałam się, gdzie teraz jest i co porabia Alice Gray. Wszyscy ludzie z miasteczka przyglądali mi się odrobinę dłużej niż zwykle; wiedziałam, że wyglądam źle. Celowo ubierałam się na czarno – kolory tylko podkreślały szarość twarzy, posępnej jak gradowa chmura. Obecność matki, która przybrała obojętną minę, ale wiedziałam, że w środku mruczy jak kot, dodatkowo przyciągnęła nieco spojrzeń.

Kiedy mówił wikariusz, wodziłam wzrokiem po kapeluszach i czepkach, szukając złotych pukli, ale bez rezultatu. Napotkałam spojrzenie młodej kobiety siedzącej kilka ławek dalej, po drugiej stronie, ubranej w ładną ciepłą pelerynę, pod którą rysował się mocno zaokrąglony brzuch. Patrzyła na mnie śmiało i przyjacielsko, tak jak wiejskie kobiety patrzą na siebie nawzajem, jakby chciała powiedzieć: jesteśmy takie same. Nie, nie byłyśmy takie same, więc odwróciłam wzrok.

Dłonie miałam lodowate, usiadłam na nich, aż zdrętwiały. Tego ranka znów powróciły mdłości, przykre i uporczywe. Colne leżało kilka mil dalej i miało własną parafię, nie było więc szans, by Alice pojawiła się u Świętego Leonarda. Pracowała jednak w gospodzie „Pod Ręką i Czółenkiem”, niespełna milę stąd; czy ośmielę się okazać niecierpliwość i ją tam odwiedzić? Zapraszałam ją na Wielki Piątek, ale powiedziała, że nie może i że przyjedzie po Wielkiejnocy.

Zauważyłam aptekarza otoczonego rodziną, siedział kilka ławek od nas, z twarzą jak zwykle łagodną, zwróconą ku ambonie jak kwiat ku słońcu. Czy Alice sama wyhoduje zioła, czy kupi je od niego? A jeśli od niego, to czy zachowa dyskrecję?

Wysoki, czysty głos wikariusza Johna Baxtera niósł się pod sklepieniem kościoła i płoszył mroki ze wszystkich zakamarków.

– „Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył” – mówił. – „Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jakiś znak zdziałany przez Niego”.

Obok wikariusza leżała na ambonie nowa Biblia Króla Jakuba, którą kupiliśmy mu w Londynie. Pierwszy raz byłam wtedy u drukarza, w wysokim budynku w mieście, dla mnie wąskim jak szafa. Na zewnątrz, na ulicach, dzieci nosiły na głowach kosze z bochnami chleba, jakbyśmy się znaleźli w Galilei. W środku, w drukarni, był zupełnie inny świat, po części naukowy, wypełniony papierami i inkaustem, po części przypominający izbę tortur z wielkimi, skrzypiącymi, drewnianymi machinami.

– „Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie stali i gwałtownie Go oskarżali. Wówczas wzgardził Nim Herod wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata”.

Nowa Biblia została wydrukowana rok wcześniej; kupiliśmy trzy egzemplarze: jeden do domu, jeden do kościoła i jeden dla matki Richarda. Wszystkie były piękne, ze złoconymi brzegami, papier miały cieniutki jak płatki kwiatu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?