Czarownica ze wzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Słyszałam o zielarkach, które potrafią podać do wypicia filiżankę czegoś, co wywołuje krwotok i sprawia, że brzuch jest płaski jak kiedyś. Skoro są zioła i napoje, które usuwają dziecko, czy nie ma innych, które je zatrzymają i sprawią, by żyło? Ta odrobina mojej wiedzy brała się ze strzępów zasłyszanych rozmów służących, kiedy nie mieli pojęcia, że siedzę cicho w sąsiednim pokoju, albo padała z zaciśniętych ust gdzieś, przy jakimś obiedzie, po czym rozmowa szybko przechodziła na gustowniejszy temat. Gdybym tylko miała przyjaciółkę, która umiałaby mi na takie pytanie odpowiedzieć! Nie mogłam przecież sama pytać aptekarza.

Z Gawthorpe do Padiham jechało się miło, między rzadko rosnącymi drzewami, a potem drogą na otwartej przestrzeni. Było pogodnie i chłodno; na szczęście chroniła mnie wełniana peleryna. Przywiązałam klacz pod sklepem sukiennika i pogłaskałam jej czarną jak węgiel grzywę.

Witaj, jaśnie pani! – Pozdrawiały mnie pospolite twarze wieśniaków.

Odpowiadałam na powitania, widziałam, jak chciwie lustrują mnie z góry na dół, od kapelusza po rękawiczki. O zachowaniu anonimowości nie było co marzyć.

Stanęłam na moment przy drzwiach aptekarza; wyobrażałam sobie przez chwilę, że wchodzę do wąskiego, ciemnego sklepiku, pełnego zapachów, z mnóstwem miniaturowych buteleczek i obwieszających ściany kobierców ziół. Niektóre z nich na pewno mogły zapobiec mdłościom i utrzymać we mnie dziecko. A nawet uchronić mnie przed śmiercią. Ale to był zupełnie inny język, taki, którym nie potrafiłam mówić.

Odebrałam płótno od kupcowej, pani Kendall i wydawało mi się, że widzę, jak małe, żywe oczka przesuwają się po mojej figurze. Z tutejszymi ludźmi jest tak, że trudno powiedzieć, czy podejrzewają cię o ciążę, czy podziwiają guziki sukni.

„Pani Kendall” – wyobraziłam sobie, że szepczę do niej. Na pewno zamieniłaby się w słuch i nachyliła ku mnie nad ladą, wpierając w nią okrągły brzuch. „Czy zna pani jakąś zielarkę”?

„Po co, wielmożna pani”? – spytałaby zdziwiona.

„Żebym mogła urodzić dziecko”.

„Do tego potrzeba tylko męża!”.

I klapnęłaby czerwonymi dłońmi o fartuch i z oczu poleciałyby jej łzy, i śmiałaby się, śmiała bez końca. A potem dowiedziałoby się o tym całe Padiham i wszystko doszłoby do moich służących, którzy z kolei opowiadaliby, jak to pan opuścił moją komnatę, a jesteśmy małżeństwem niespełna pięć lat. Nie, to nie jest dobry pomysł.

Wyjechałam z miasta i ruszyłam skrótem przez las. Łatwiej mi się myślało tutaj niż w domu, zbyt cichym, kiedy nie było w nim Richarda. Na początku rozmiary Gawthorpe i panująca w nim cisza mnie przerażały. Chodziłam za Richardem krok w krok, aż zaczął mnie nazywać duszkiem.

Przypuszczam, że gdybym tylko była bardziej stanowcza, panna Fawnbrake nigdy by do nas nie przyjechała. Kiedy tamtego wiosennego poranka Richard zawołał mnie do hallu, zobaczyłam najpierw przy kominku jej szerokie plecy. Odwróciła się, żeby mnie obejrzeć; miała zimne, bezmyślne oczy, rozstawione szeroko jak u ryby. Była ode mnie starsza o co najmniej dziesięć lat i wyglądała okropnie – w zbyt obcisłej sukni z oklapniętą kryzą domagającą się wykrochmalenia. Nawet nazwisko do niej nie pasowało: „panna Fawnbrake” kojarzyła się z piękną, płochą, młodą dziewczyną, czego o tej osobie na pewno nie można było powiedzieć[1]. Ale najbardziej irytowało mnie to, że stała u boku Richarda, jakby mieszkała w Gawthorpe całe życie. Richard powiedział, że znalazł dla mnie pokojówkę, która dotrzyma mi w domu towarzystwa. Lęk mnie ogarnął, kiedy słuchałam, że mam żyć jak dama na dworze, wśród kobiet, siedząc, czytając, grając w gry albo muzykując. Stałam potulnie i przyglądałam się rękom pani Fawnbrake, różowym i podsuszonym jak wędzona szynka; założyła je na brzuchu, odsłaniając zbyt wiele ciała przy nadgarstkach, bo miała za krótkie rękawy. Richard przecież wiedział, że nie gram na żadnym instrumencie i nie ćwiczę łacińskich słówek; że lubię polować i spędzać czas na dworze z psem.

Miałam wtedy już za sobą pierwsze poronienie, ale to było coś znacznie gorszego. Cała we łzach pobiegłam do jadalni i tam też przyszedł Richard, zostawiwszy pannę Fawnbrake i jej wykręcone, spuchnięte kłykcie.

– Ja nie chcę niańki, Richardzie – głos mi się łamał.

– Wolisz być sama? Fleetwood, przecież mówisz, że boisz się zbroi.

– Już nie. – Po policzkach leciały mi gorące, słone łzy; rozpłakałam się jak niemowlę, którym wtedy byłam. Mój mąż nie widział we mnie pani domu. – Nie jestem dzieckiem, Richardzie – łkałam.

Gdybym tylko mogła teraz podejść do tamtej przerażonej dziewczyny, uklękłabym na tureckim dywanie i wzięłabym w ręce jej maleńkie, zimne dłonie. Gdybym tylko mogła zrobić to kiedyś, wcześniej, i powiedzieć jej, że najpierw wszystko się wali, a później układa, a ułoży się na pewno – czy uwierzyłabym sobie?

Na wspomnienie szorstkich, różowych rąk panny Fawnbrake i jej nalanej, ospowatej twarzy do dziś robi mi się niedobrze. Była u nas osiem miesięcy, a ja w tym czasie straciłam dwoje dzieci, jedno po drugim. Kiedy zaczęłam krwawić i błagałam ją, żeby nie mówiła Richardowi, natychmiast wyszła z pokoju, żeby go o wszystkim poinformować. Richard popędził na górę i zastał mnie zwiniętą w pół na łóżku, szarpaną nawracającymi bólami. Nie chciałam, żeby widział, jak jestem nieporadna, jak bardzo to dziecko nie chce mnie jako matki. Kiedy poroniłam po raz pierwszy, jeszcze przed przybyciem panny Fawnbrake, przechadzaliśmy się po długiej galerii i rozmawialiśmy o zamówieniu naszych portretów. Poczułam nagle w dole dziwne szarpnięcie, myślałam, że to wypróżnienie. Nie wiedziałam, co się dzieje; nie wiedziałam nawet, że było dziecko. Richard ułożył mnie w łóżku, umył ciepłą ściereczką, przyniósł mi bulion i marcepana. Był smutny, ale też zachwycony, że poczęliśmy dziecko.

– Będziemy mieli maleństwo na Boże Narodzenie! – Uśmiechnął się i ja, wierząc mu, odpowiedziałam słabym uśmiechem.

Nie było właściwie żadnego bólu, tylko smutek i miłość.

Ale potem przyjechała panna Fawnbrake i wtedy był ogromny ból, jeszcze większy smutek, poczucie winy i cała reszta.

Trzeci raz okazał się najgorszy. Richard wyjechał, a ja bawiłam się z Pukiem na trawniku przed domem. Wyrywałam mu patyk, który zaciskał w zębach. Brzuch miałam już wtedy wielki, jakbym połknęła globus. U dołu pojawiła się linia, a ja w naiwności sądziłam, że jak przyjdzie pora, w tym miejscu rozejdzie mi się skóra i dziecko zostanie wyjęte. Tego popołudnia upadłam kilka razy, ubłociłam się i zmoczyłam, a rozbawiony Puk skakał po mnie, kiedy leżałam, lizał mnie po twarzy i rozśmieszał. Pamiętam, jak śmiech uwiązł mi w gardle, kiedy zauważyłam, że panna Fawnbrake obserwuje mnie z okna jadalni. Później radość znikła na bardzo długo, bo tego wieczora, kiedy przebierałam się do snu, napadły mnie bóle, które nie ustawały przez trzy dni. Wezwano doktora, Richard przyjechał z Yorkshire; jak przez mgłę pamiętam tylko ból, ciemność, nagłe uczucie, że coś ze mnie wychodzi i akuszerkę trzymającą to coś, co sądząc po stopce, wyglądało jak biały królik. Przez dwa tygodnie nie opuszczałam łóżka, a panna Fawnbrake tkwiła przez cały czas w kącie jak nienawistny cień. Któregoś dnia zniknęła i wróciła z Richardem, który po raz pierwszy od naszego ślubu podniósł na mnie głos.

– Co to znaczy, że tarzasz się po trawniku jak zwierzę? Pozwalasz psu skakać po sobie? Fleetwood, tak jakbyś się uparła, że będziesz dzieckiem i nie jesteś zainteresowana, by zostać matką.

Równie dobrze mógłby mnie nazwać morderczynią. Gdybym miała nóż koło nietkniętego przeze mnie chleba albo rozgrzany do czerwoności pogrzebacz przy kominku, wepchnęłabym go w bladą pierś panny Fawnbrake i dowiodła, że miał rację. Kiedy Richard zauważył, jaką furię we mnie budzi jej obecność i jak zgrzytam zębami, gdy panna Fawnbrake wchodzi do pokoju, raczył w końcu się jej pozbyć, przypuszczając, że to z jej powodu poroniłam. Uważałam, że wprawdzie nie ma racji, jednak nie jest tak całkiem w błędzie. Jakże bałam się, gdy co rano stawała w drzwiach, żeby mnie ubrać, jak nienawidziłam tych cichych, poufnych rozmów, które prowadziła z moim mężem czy ze służbą. Zanim zdążyłam opowiedzieć Richardowi, jak mi minął dzień, ona już to zrobiła; zanim powitałam go w drzwiach, ona już zabierała jego okrycie. Gdyby mogła urodzić jego dziecko, z pewnością by tego dokonała. Tego wieczora, kiedy Richard ją zwolnił, znalazłam pod poduszką kupę Puka; wygrzebała ją z ziemi i wniosła w tych swoich spierzchniętych, opuchniętych dłoniach cztery piętra w górę. Postanowiłam, że nigdy więcej nie będę miała damy do towarzystwa; to tak, jakbym miała siostrę, która mnie nienawidzi.

W połowie drogi z Padiham do domu mój miarowo biegnący koń gwałtownie szarpnął, stanął i nim zrozumiałam, co się dzieje, zaczął cofać się i stawać dęba; wzrok miał szalony, chrapy rozdęte. W pierwszej chwili nie miałam pojęcia, co go przeraziło, bo otaczały nas tylko pnie drzew i szelest liści. Wiedziałam, że nie jest to koń do polowań, że nie lubi jeleni, a nawet łań. I wtedy coś przede mną mignęło. Dziesięć jardów ode mnie prężył się rudy lis, wielki i lśniący. Tylko przez sekundę widziałam jego spiczasty pysk, rozpłaszczone plecy i nastroszony ogon, znieruchomiały w idealnej, prostej linii. Pamiętam tylko, że zanim upadłam, przemknęło mi przez głowę, że zupełnie nie ruszył się na nasz widok, jakbyśmy to my zakłócili jakieś jego osobiste rozmyślania.

Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam, nim mój koń znów bryknął, były patrzące z wyrzutem złociste lisie oczy. Z hałasem zwaliłam się na ziemię, upadłam na lewy nadgarstek i poczułam kilka rzeczy na raz: ból w ręce, błoto i narastające przekonanie, że za chwilę zostanę stratowana. Leżałam na wąskiej przecince, a koń szalał ze strachu, stawał dęba i wierzgał na przemian. Przemawiałam do niego spokojnie, podtrzymując zdrową rękę brzuch, ale koń wciąż krążył nerwowo, z bokami lśniącymi od potu. W nadgarstku pulsował ból, wydawało mi się, że zwymiotuję. Spróbowałam się podnieść i krzyknęłam z przerażenia. Dwa czy trzy jardy ode mnie był pień drzewa, usiłowałam więc się do niego podciągnąć.

 

– Przeklęty lis – wymamrotałam. – Przeklęty muł.

– Proszę się nie ruszać.

Między dwoma drzewami pojawiła się kobieta. Poznałam ją od razu – ta sama dziwna dziewczyna z lasu, co wczoraj. Podchodziła ostrożnie do zgrzanej klaczy, z wyciągniętymi rękami, nie odzywała się ani nie cmokała, ale skutek był zadziwiający; spojrzenie miała szczere, rękę pewną. Koń przestał się szarpać i posłusznie stanął; przewracał tylko ciemnymi oczami. Dziewczyna trzymała go pewnie, a ja przyglądałam się jej złotym włosom wysuwającym się spod czepka i pociągłej, poważnej twarzy. Dłonie miała smukłe, ale zbyt kościste, by uznać je za eleganckie.

Jeszcze raz spróbowałam się podnieść i skrzywiłam się z bólu. Nadgarstek mnie palił.

– Proszę się nie ruszać.

Odezwała się znów tym cichym, melodyjnym głosem, drgającym jak płomień w zieleni. Miała na sobie tę samą starą sukienkę co wtedy i ten sam wełniany czepek. Kiedy uklękła przy mnie, poczułam, mimo brudnego ubrania, zapach lawendy. Ostrożnie ujęła mój nadgarstek długimi białymi dłońmi. Zagryzłam zęby. Delikatnie uwolniła moją rękę, rozejrzała się, wstała i z nisko zwieszonej gałęzi odłamała krótki patyk. Las wokół nas drżał i szeptał, i przez krótką chwilę myślałam, że dziewczyna chce mnie uderzyć. Ale uklękła ponownie, oderwała pasek materiału od brudnego fartucha, przyłożyła patyk do nadgarstka i ciasno przywiązała go w trzech miejscach.

– To tylko skręcenie – powiedziała. – Nie ma złamania.

– Co tutaj robisz? – zdołałam tylko spytać. Popatrzyła na mnie swoimi dziwnymi, bursztynowymi oczami. – Dlaczego chodzisz sama po lesie?

– A pani?

Sięgnęłam zdrową ręką do brzucha, sprawdzając, czy wszystko porządku. Powiodła wzrokiem po mojej postaci ukrytej pod fałdami brokatu i aksamitu, a potem przeniosła wzrok na twarz: suche usta, przekrwione oczy i poszarzałą, bladą cerę.

Jakby wyczuwając węchem mdłości, powiedziała: – Pani jest przy nadziei.

W głowie mi się zakręciło, las zawirował i jak na zawołanie pochyliłam się i zwymiotowałam na korzenie drzewa. Pot lał mi się po twarzy, wytarłam go drżącą, ubłoconą dłonią.

– Pani mieszka w wielkim domu nad rzeką?

– Skąd wiesz?

– Mówiła mi pani ostatnim razem. Pójdę z panią, pani…

– Shuttleworth. Nie ma potrzeby.

– Nie może pani jechać, nie ma pani siły. Poprowadzę konia.

– Nie będę wsiadać na tego głupiego muła.

– Musi pani. Proszę.

Podeszła z klaczą bliżej. Zrobiła z dłoni podpórkę dla mojej stopy i z wielkim trudem dźwignęłam się w górę. Mokrymi, ubłoconymi spódnicami ubrudziłam jej ręce, ale wydawała się nie zwracać na to uwagi. Niechętnie cmoknęłam, trąciłam konia obcasem i ruszyłyśmy ostrożnie przed siebie.

Była wiosna; drzewa miały niedługo przybrać zielone barwy i stanąć dumnie jak kawaleria, choć ostatnie podmuchy zimowego wiatru biły w ich pnie i wstrząsały konarami. Przemknęło mi przez głowę, że gdy te pączkujące liście będą się cieszyć krótkim ziemskim życiem, nim zbrązowieją, opadną i zaścielą płaszczem ziemię, mnie zapewne już tu nie będzie. Zamknęłam oczy i posuwałyśmy się w milczeniu.

– Dziękuję za pomoc – powiedziałam po chwili. – Zanim by mąż mnie znalazł, stratowałaby mnie na miazgę.

– Mąż pani?

– Richard Shuttleworth. Gdzie mieszkasz?

Minęła chwila, nim wymieniła nazwę wsi kilka mil na północny wschód.

– Colne jest dość daleko. Co cię znowu przywiodło na moją ziemię?

Może zabrzmiało to cierpko, ale trochę tego chciałam. Nie zapomniałam zmasakrowanych królików ani zwiotczałego kształtu zwisającego z jej zakrwawionej pięści.

– To także pani ziemia? Nie wiedziałam.

– A gdyby cię tam nie było, być może w ogóle bym nie przeżyła.

Poruszałyśmy się w bardziej przyjaznej ciszy; ja na koniu, ona pieszo. Później zastanawiałam się tylko, skąd tak dobrze znała drogę, wśród gęsto rosnących drzew i na nierównym terenie, bez ścieżek. Dałam się jej jednak prowadzić, ktoś przejął dowodzenie, co i koń, i ja przyjęliśmy z ulgą. Czułam pulsowanie w nadgarstku i kwas w ustach.

– Źle znosi pani brzemienność.

– Zawsze.

– Mogę pani dać coś na to.

– Naprawdę? Jesteś znachorką?

– Akuszerką.

Serce zabiło mi szybciej; wyprostowałam się w siodle.

– Czy te dzieci, które odbierasz, żyją? A kobiety? Co z nimi?

– Robię wszystko, co mogę.

Nie to chciałam usłyszeć, opadłam z powrotem i znów chmura przesłoniła krótką chwilę nadziei. Milczałyśmy przez jakąś minutę, po czym zapytałam ją, czy ma własne dzieci. Zdumiałam się, jak zareagowała na to proste pytanie. Przez twarz jej przebiegł skurcz – czyżby z irytacji? Wzrok wbiła w ziemię. Dłoń trzymającą wodze zacisnęła, aż pobielały kostki. Sprawiłam jej przykrość; zawsze udawało mi się powiedzieć coś niestosownego. Poczułam wstyd i przygnębienie.

Po bardzo długiej chwili powiedziała tak cicho, że ledwie to do mnie dotarło:

– Nie.

Westchnęłam w duchu. Nie umiałam rozmawiać z rówieśnicami, nie miałam sióstr ani przyjaciółek. Kimś najbliższym w tym rodzaju były Eleanor i Anne Shuttleworth, ale ich mizdrzenie się i krygowanie z trudem wytrzymywałam dłużej niż jeden dzień. Ta obca osoba była grzeczna, tak jak biedna wiejska dziewczyna wobec damy. Ale ten jeden raz w życiu zamarzyłam o zwykłej rozmowie z młodą kobietą, jak z równą sobie, przy stoliku do kart, albo ramię w ramię, na konnej przejażdżce.

– Właśnie sobie uświadomiłam – siliłam się na wesoły ton – że nie wiem, jak się moja wybawicielka nazywa.

– Alice Gray – odparła cicho, a potem dodała: – Kobiety umierają… tylko kiedy nic nie da się zrobić. Potrafię to poznać.

Przełknęłam ślinę. – W jaki sposób?

Zastanawiała się nad odpowiedzią.

– Widzę w oczach. Poddają się czemuś… czemuś, co jest po drugiej stronie. Wie pani, jak wygląda zmierzch?

Kiwnęłam głową, nie bardzo wiedząc, co zmierzch ma wspólnego z porodem.

– Światło i ciemność są wtedy jak dwie równe siły – towarzysze, jeśli pani woli – i nagle przychodzi chwila, bardzo krótka i cicha, kiedy widać, jak dzień ustępuje nocy. Wtedy wiem. To coś takiego.

Mówiła jak czarownica, omal jej tego nie powiedziałam.

– Myślisz, pani, że to moje fantazje – odezwała się, opacznie pojmując moje milczenie.

– Nie, rozumiem. Śmierć jest nieunikniona, tak jak ciemność.

– Właśnie.

Nie po raz pierwszy intrygowało mnie, jak to jest już zanurzać się w ciemność, a jeszcze pozostawać w połowie w świetle. Sądzę, że mogłam być tego bliska, ale ból przygwoździł mnie do ziemi. Patrzyłam na spłowiały czepek Alice kołyszący się obok łopatki konia i wyobrażałam sobie, że opowiadam jej o liście doktora. Ale słowa nie przychodziły, tak jak i przy Richardzie.

– Jak na akuszerkę, jesteś młoda – zauważyłam tylko.

– Nauczyłam się od matki. Była akuszerką. Najlepszą.

Poczułam, jak słowa lekarza znów więzną mi w gardle i zdrową ręką poprawiłam ochlapany błotem kołnierz.

– Mówisz, że wystarczy ci popatrzeć na brzemienną kobietę i wszystko wiesz. Bywa, że się mylisz?

– Czasami – odpowiedziała, ale czułam, że kłamie.

Tak jak wcześniej była rozmowna, tak teraz jakby coś ją przygniotło. Nie odwracając się, obserwowałam ją kątem oka. Nie była piękna, ale miała w sobie coś interesującego: długi nos, bystre, inteligentne spojrzenie, dłonie, które wprowadzały w świat nowe życie. Jedna z najbardziej fascynujących osób, jakie znałam.

Jeszcze raz przełknęłam ślinę, zacisnęłam rękę na wodzy, jakby to ona wiązała mnie z tym życiem.

– A co powiesz o mnie?

Podniosła na mnie bursztynowe oczy, a potem opuściła wzrok.


W domu, w Gawthorpe, zapanowało zamieszanie. Służący zdjęli mnie z konia, wnieśli do hallu i posadzili, a ja w tym czasie wśród czterech czy pięciu osób zebranych na schodach i innych, stojących w oknach, szukałam wzrokiem twarzy Richarda. Oczywiście, pomyślałam ze smutkiem, gdy prowadzili mnie na górę jak starą diuszesę, wyjechał. W całym tym zamęcie zapamiętałam Alice i to, że trzepnęłam w rękę pokojówkę, kiedy zamierzała zdjąć prowizoryczne usztywnienie z patyka i szmatki.

– Niech zostanie, Saro – jak zwykle, zabrzmiała w tym złośliwość zamiast wdzięczności.

Służba uważała mnie za dziwaczkę. Na początku przez rok nie śmiałam wydawać im poleceń – niektórzy byli ode mnie starsi o czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Raz, bodaj jako czternastolatka, usłyszałam, szczotkując swojego konia w stajni, jak któryś z ogrodniczków nazwał mnie dzieciakiem. Siedziałam tam aż do zmierzchu, wściekła ze wstydu. Bałam się wyjść, żeby się nie zorientowali, że to dotarło do moich uszu. Kiedy Richard zapytał, gdzie na Boga byłam tak długo, opowiedziałam mu wszystko ze łzami w oczach i chłopak wyleciał w ciągu godziny.

Sara zrobiła, jak jej kazałam, ale już widziałam, jak układa sobie w głowie historyjkę, którą opowie w kuchni. W tym momencie spostrzegłam Alice schodzącą frontowymi schodami. Zawołałam ją; zatrzymała się w prostokącie światła z zewnątrz, bo hall wejściowy, z labiryntem przejść, był bardzo ciemny. Służący uciszali się nawzajem; patrzyli na nią wyraźnie zaciekawieni.

– Wejdziesz coś zjeść?

Uszy zaczynały mnie palić, musiałam odchrząknąć, wiedząc, że wszyscy nas bardzo uważnie obserwują.

Alice zawahała się, jakby próbowała ocenić, czy było to zaproszenie, czy rozkaz. To Sara podjęła za nią decyzję; cmoknęła niecierpliwie, wprowadziła ją i zamknęła ciężkie drzwi, by nie wpuszczać do środka wiosennego chłodu. Wewnątrz płonęły latarnie. Alice wykręcała dłonie. Onieśmielona i zaczerwieniona, zwróciłam się do jednej z podkuchennych stojących bezczynnie z boku:

– Margery, każ przynieść do salonu chleb, ser i coś do picia i zaprowadź tam pannę Gray. Przebiorę się w coś suchego i zaraz przyjdę.

Alice z ciekawością oglądała wysokie sufity, mroczne kąty i kinkiety. Nim weszłam na schody, próbowałam się do niej uśmiechnąć; może nie domyśli się, że po raz pierwszy przyjmuję swojego własnego gościa.


Żadna ze służących nie pomogła mi wydobyć się z pomiętego i przemoczonego stroju do konnej jazdy, co trudne było nawet przy użyciu obu rąk, a prawie niemożliwe, gdy się miało tylko jedną. Bolał mnie nadgarstek. Puk obwąchiwał mnie z zaciekawieniem, a kiedy się rozebrałam, z przyzwyczajenia wsunęłam rękę między nogi, żeby sprawdzić, czy nie krwawię. Niemal pół godziny później, ubrana w czystą spódnicę i kaftanik, zeszłam na dół, z Pukiem przy nodze. Z dołu, od bawialni, która leżała z drugiej strony domu, dobiegały głosy. Pchnęłam drzwi i przywitały mnie dwie twarze.

– Richard!

Podszedł, z roztargnieniem pocałował mnie w policzek i ujął moją rękę.

– Szedłem do ciebie. Co to było z tym upadkiem z konia, duszko? A to co za wynalazek? Świetna robota, muszę przyznać. To pani dzieło, panno Gray? Fleetwood, nic ci nie jest? Mam nadzieję, że nikomu nic się nie stało?

Jak zwykle zasypywał mnie pytaniami, od których kręciło mi się w głowie. Nie wiedziałam, na co odpowiadać najpierw. Trzymał moje ręce w dłoniach, a ja patrzyłam na Alice, ale z jej nieruchomej twarzy nic nie dało się wyczytać o rozmowie, jaką przed chwilą toczyli. Salon nie był duży, lecz Alice wyglądała w nim jeszcze bardziej szaro i ponuro, a jej nieładna i wyświechtana suknia tym mocniej odbijała od mieniących się jak klejnoty tureckich dywanów i miodowej barwy boazerii. We wnętrzu wydawała się inna – jakby zwyczajna – i młodsza; mogła mieć dwadzieścia dwa, może trzy, lata.

– Dziwisz się, że jestem? Zapomniałaś, że wyjeżdżam dopiero wieczorem?

Z trudem, prowadzona przez Richarda, usiadłam na jednym ze lśniących dębowych krzeseł przy niedużym i na szczęście wesoło trzeszczącym ogniu. Nim zdążyłam się odezwać, Margery wniosła bochen chleba, ser, owoce i dzban piwa. Wychodząc, szybko zlustrowała wzrokiem Alice i jej ubłocone dłonie.

 

– Twoje ręce – czy posłać po wodę? – Odwróciłam się do Richarda, który nalewał piwo do dwóch kubków. – Alice pomogła mi wsiąść na konia.

– Anioł z lasu – oznajmił, podając jej kubek.

Wytarła ręce w fartuch. Piła wielkimi łykami. Uświadomiłam sobie, że Richard wpatruje się we mnie swymi szarymi oczami i czeka na odpowiedź.

– Wszystko w porządku?

Był jak zwykle w dobrym humorze, pogodny i beztroski. Czasem wydawało mi się przy nim, że mam na sobie opończę czarnej rozpaczy, której nigdy się nie pozbędę, ale gdyby zarzucił ją ktoś na ramiona Richarda, otrzepałby się z niej jak mokry pies.

– W porządku – odparłam z uspokajającym uśmiechem. Na razie, pomyślałam.

Przyklęknął, ujął moją wolną dłoń, ucałował i włożył do niej kubek z piwem.

– Zostawię panie, pogawędźcie sobie o francuskich fortugałach, a ja pójdę się przebrać. Chyba odłożę wyjazd na kiedy indziej. Poza tym Wielkanoc tuż, więc nienajlepsza to pora na interesy.

Miód wlały mi w serce te słowa, ale nim zdążyłam mu podziękować, już go nie było, chwycił tylko po drodze garść winogron. Obserwowałam Alice, ciekawa byłam, jakie wrażenie zrobił na niej mój mąż, lecz wydawała się po prostu zmęczona. Włosy wysuwały się jej spod czepka, kąciki ust opadły. W powietrzu znów leciusieńko zapachniało lawendą. Ogień strzelał; napełniał niewielki pokój kojącym zapachem dymu.

Nim otworzyłam usta, Alice spytała: – Co to takiego francuski fortugał?

Omal się nie roześmiałam, zadowolona, że mogę jej przynajmniej raz odpowiedzieć.

– Takie koło, które nosi się w pasie, pod spódnicą, żeby była jak najszersza. Nie słyszałaś o tym?

Potrząsnęła głową. – Co z twoim nadgarstkiem, pani? Trzeba go będzie mocno obwiązać.

Pomacałam ostrożnie. – Dobrze. Spadałam z konia wiele razy. Roger, mój przyjaciel, twierdzi, że trzeba spaść siedem razy, potem jeszcze jeden raz na szczęście i dopiero wtedy zostaje się jeźdźcem. Pewnie często spadasz, kiedy pędzisz do rodzących kobiet?

– Nie mam konia.

– Nie masz konia? – Byłam zaszokowana. – To jak docierasz dokądkolwiek?

W kącikach ust Alice pojawił się cień uśmiechu.

– Na piechotę. Albo jeśli yeoman przysyła po mnie kogoś, czasem daje konia. – Musiała zauważyć moje zdumienie, bo dodała: – Dzieci często nie spieszą się na świat.

– Nie wiedziałam. – Jej oczy, jak dwie płonące świece obserwowały mnie przez całą długość pokoju. – Usiądź, proszę. I jedz.

Usłuchała. – Nie mogę zostać długo. Muszę… zaraz wyjść.

Kiwnęłam głową. Przyglądałam się, jak delikatnie rozłamuje ser długimi palcami.

– To pierwsze dziecko?

– Tak.

Zdałam sobie sprawę, że zabrzmiało to dokładnie tak samo, jak jej słowa, gdy mówiła, że nie ma dzieci. Jadła spokojnie, a ja tymczasem, zamyślona, obracałam na palcu obrączkę. Po cóż przyprowadziłam ją tu, do salonu, jak nie po to tylko, by okazać wdzięczność? Pomyślałam o zaniepokojeniu Richarda. Wszystko w porządku. Jak długo jeszcze? Poza tym było coś w Alice, co budziło zaufanie: sposób, jaki tam, na polanie, bez jednego słowa opanowała mojego konia.

– Straciłam troje dzieci – powiedziałam nagle.

Odłożyła nóż, poprawiła się na krześle i strzepnąwszy z palców okruchy, wytarła dłonie w fartuch. Nie byłam w stanie spojrzeć jej w oczy; wpatrzona w dywan, zauważyłam, że rozrzucona tu i ówdzie ruda sierść Puka wygląda jakby weń wpleciona.

– Przykro mi – powiedziała ciepło.

Pocierałam dłonią jednego z drewnianych lwów na poręczy fotela.

– Moja matka uważa, że nie mogę mieć dzieci. Lubi mi przypominać, że nie potrafię wypełnić obowiązków żony.

Naprzeciw mnie zapadła cisza pełna zadumy i cierpliwości.

– Ile miały lat?

– Wszystkie zmarły przed urodzeniem. – Wyciągnęłam luźną złotą nitkę ze spódnicy i teraz usiłowałam wcisnąć ją z powrotem. – Po pierwszym razie Richard się zaniepokoił i najął kobietę do pilnowania mnie.

– Pilnowania pani?

– Żebym jadła jak trzeba i tak dalej. Zaniepokoił się – powtórzyłam.

– O panią czy o dziecko?

– O nas oboje. O czym mówiliście, zanim weszłam?

– O tym i owym. O pracy.

Ukłucie zazdrości popchnęło mnie do szyderstwa. – Rozmawiał z tobą o interesach?

– Nie. Pracuję w gospodzie „Pod Ręką i Czółenkiem” w Padiham. Nie wiedziałam, że to należy do pani i pani męża.

– A należy? – zbyt późno zauważyłam, że wykazuję się ignorancją. – Myślałam, że… to znaczy, że masz dwa miejsca pracy?

– Dzieci nie rodzą się co dzień. Nie w Colne.

– Od kiedy tam pracujesz?

– Od niedawna.

– Ile ci płacą?

Pociągnęła duży łyk piwa i otarła usta. Z zazdrością patrzyłam, jak chętnie je i pije. Burczało mi w brzuchu.

– Dwa funty.

– Na tydzień?

Spojrzała na mnie. – Na rok.

Wiedziałam, że zrobiłam się purpurowa, ale nie odwróciłam głowy. Przez cały rok zarobiła tyle, ile ja wydałam na trzy jardy aksamitu. Usiadłam wygodniej i poprawiłam szmatki z jej fartucha, owijające mój nadgarstek, który zaczynał piec. Gładkie dębowe drewno chłodziło mi skórę przy zetknięciu.

Zaschło mi w ustach. Chciałam jej powiedzieć o tym, jak Richard wyniósł się z naszej sypialni, jak w lutym wymiotowałam czterdzieści razy dziennie. – Pomożesz mi urodzić dziecko? Żywe?

– Ja…

– Dam ci pięć szylingów tygodniowo.

James niewątpliwie podniósłby brwi do czubka głowy, wpisując taką sumę do księgi, ale moje pojęcie o pieniądzach mnie kompromitowało; wiedziałam więc, że każda oferta powinna mieścić się między szczodrością i należytością. Richard powiedział kiedyś, że nie da się z biednymi rozmawiać o pieniądzach. Alice była najwyraźniej biedna i – sądząc po braku obrączki – niezamężna. Wiedziałam teraz, co miał na myśli.

– To pięć razy tyle, ile dostaję teraz – powiedziała cicho.

Wsunęła palec pod czepek, podrapała się po głowie i ostrożnie odstawiła piwo. Z mojego brzucha rozległ się słyszalny dla nas obu odgłos; nie miałam do tej pory nic w ustach.

– Będziesz mogła brać konia, żeby dojeżdżać tutaj i do gospody w Padiham. Z Colne to kawał drogi.

Zamyśliła się; zapatrzona w ogień oblizywała wargi, a potem spytała: – Czy teraz jest bliżej rozwiązania, niż było poprzednim razem, kiedy… Kiedy będzie pani rodzić?

– Chyba na początku jesieni. Ostatnim razem to się stało… jakoś pod koniec.

– Będę musiała panią zbadać. Kiedy ostatni raz pani krwawiła?

– Na Boże Narodzenie. Ale jest coś jeszcze.

Odstawiłam kubek, sięgnęłam pod suknię i wyjęłam list, który ubierając się, wsunęłam do kaftanika. Trzymałam go pod kluczem, za małą kwadratową płytką w komodzie, a klucz chowałam pod łóżkiem, między linami i materacem. Rozłożyłam go i wygładziłam; był ciepły od mojego ciała. Alice nie wzięła go; między jej brwiami pojawiła się zmarszczka.

– Nie umiem czytać – powiedziała głucho.

Nagłe skrobanie do drzwi zaalarmowało nas obie. Wcisnęłam papier między siedzenie i poręcz fotela, ale nikt nie wszedł.

– Kto tam? – zawołałam.

Nie było odpowiedzi, wstałam, żeby otworzyć. Za drzwiami stał zdyszany Puk. Opadłam na kolana.

– To tylko ty. Dobry pies.

Poszedł za mną do fotela. Widziałam, jak Alice otworzyła szeroko oczy na widok jego rozmiarów.

– To wielkolud, ale łagodny – uspokoiłam ją. Puk ułożył się u moich stóp. – W kółko czyszczę szczotką spódnice z psich kłaków, ale w gruncie rzeczy wcale się tym nie przejmuję. Skończ ser, bo inaczej on się nim zajmie.

– Jest ogromny.

Na jej głos Puk podniósł rdzawobrunatny łeb i raz, głośno, szczeknął.

– Dość – powiedziałam

– Co to za rasa?

– Francuski mastiff.

– Prezent od męża?

Odruchowo podrapałam go za uszami.

– Nie. Uratowałam go ze sfory do szczucia niedźwiedzi w Londynie. Był chudy i wygłodniały, przywiązany na ulicy, przy dozorcy sprzedającym bilety. Pogłaskałam go, a dozorca go kopnął. Powiedział, że łagodne psy są bezużyteczne i że go zepsuję. Spytałam, ile chce za szczeniaka, na co usłyszałam, że nie jest wart sznurka, na którym go uwiązał. Podniosłam go więc i oznajmiłam, że go zabieram. Wtedy zmienił zdanie i oświadczył, że pozbawiam go mistrza walk. Dałam mu szylinga i poszliśmy, nie oglądając się za siebie. Nazwałam go Pukiem, bo tak nazywał się chochlik leśny w sztuce, którą kilka dni wcześniej oglądaliśmy z Richardem. Co nie znaczy, że ma w sobie cokolwiek z chochlika.