Czarownica ze wzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

CZĘŚĆ CZWARTA

Rozdział 25

Rozdział 26

Podziękowania

List od autorki

Nota historyczna


Tytuł oryginału:

The Familiars

Wydawca:

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący:

Tomasz Jendryczko

Redakcja:

Maria Konopka-Wichrowska

Korekta:

Halina Kozłowska

Copyright © Stacey Halls, 2018

Map copyright © Sally Taylor, 2018

Other illustrations © Lucy (Rose) Cartwright, 2018

Copyright © for the Polish translation by Anna Żukowska-Maziarska, 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie:

Laguna

Dystrybucja:

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9501-4

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Mojemu mężowi



CZĘŚĆ PIERWSZA

HRABSTWO LANCASTER (DZIŚ LANCASHIRE), POCZĄTEK KWIETNIA 1612 ROKU



Bądź zawsze zdecydowany; w przeciwnym wypadku

ptak przestanie słuchać twoich rozkazów

i podporządkuje cię sobie.


George Turberville, The Book of Falconry or Hawking,

1543–1597



Roztropność i sprawiedliwość


Dewiza rodu Shuttleworthów

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Wyszłam z domu z listem w ręku, bo nie bardzo wiedziałam co robić. W pośpiechu nie pomyślałam, by włożyć patynki i na trawie, wilgotnej od rosy późnego poranka, przemoczyłam ulubione domowe pantofle z różowego jedwabiu. Zatrzymałam się dopiero pod drzewami górującymi nad trawnikiem. Jeszcze raz otworzyłam ściskany w dłoni list, by upewnić się, że go nie wymyśliłam, nie wyśniłam sobie, zdrzemnąwszy się w fotelu.

Ranek był chłodny i mglisty; od wzgórza Pendle dął zimny wiatr i choć z trudem zbierałam myśli, przytomnie sięgnęłam w głąb szafy po pelerynę. W przelocie pogłaskałam Puka, z radością stwierdzając, że nie drżą mi dłonie. Nie płakałam, nie zemdlałam i w ogóle nie zrobiłam nic – tylko starannie złożyłam przeczytaną kartkę i cicho zeszłam na dół. Nikt mnie nie zauważył; mignął mi tylko siedzący w kantorku James, jedyny służący, jakiego dostrzegłam. Przemknęło mi przez głowę, że mógł przeczytać list, jako że rządca często otwiera prywatną korespondencję swojego pana, ale szybko porzuciłam tę myśl i wyszłam frontowymi drzwiami.

Z ołowianych chmur, jak z przepełnionych dzbanów, w każdej chwili mógł lunąć deszcz, przebiegłam więc trawnikiem w stronę lasu. Chciałam pomyśleć, a wiedziałam, że w czarnej pelerynie będę na otwartej przestrzeni aż za dobrze widoczna dla wścibskich oczu służby w oknach. W tej części Lancashire ziemia jest zielona i wilgotna, a niebo rozległe i szare. Czasem mignie czerwienią przemykający jeleń albo błyśnie błękit szyi bażanta – i zaraz przepadnie.

Nim schroniłam się pod drzewami, poczułam, że mdłości wracają. Chwyciłam skraj spódnicy, żeby nie ubrudziła się tym, co bryznęło na trawę i wytarłam usta chustką. Na polecenie Richarda praczka spryskiwała je wodą różaną. Zamknęłam oczy, kilka razy głęboko wciągnęłam powietrze, i kiedy je otwarłam, było mi odrobinę lepiej. Wchodziłam coraz głębiej między drżące drzewa; ptaki radośnie śpiewały i nie minęła minuta, jak zostawiłam Gawthorpe daleko za sobą. Dom z ciepłego złocistego kamienia stał na polanie i przyciągał wzrok, tak jak ja w tym miejscu. Ale o ile dom nie mógł uchronić przed lasem, który – zdawało się – podchodził coraz bliżej, widoczny z każdego okna, o tyle las mógł uchronić przed Gawthorpe. Czasem zdawało się, że prowadzą ze sobą grę.

Wyjęłam list, jeszcze raz go otworzyłam, wygładzając zagniecenia powstałe w zaciśniętej dłoni i znalazłam akapit, który już wcześniej sprawił, że ugięły się pode mną kolana.

Bez trudu pojmiesz Panie prawdziwy stopień niebezpieczeństwa, w którym znajduje się Pańska żona, z prawdziwym więc żalem przekazuję ci jako lekarz i biegły w kwestii połogu zgodną z mą sztuką opinię: odwiedzając ją w miniony piątek, powziąłem godny najwyższego pożałowania wniosek, że nie jest ona w stanie i nie powinna rodzić dzieci. Jest rzeczą największej wagi, byś miał Panie świadomość, że gdyby raz jeszcze żona Pańska miała rodzić, nie przetrzyma tego i jej ziemskie życie dobiegnie końca.

Teraz, z dala od spojrzeń z domu, mogłam zachowywać się swobodniej. Serce biło mi jak oszalałe, policzki płonęły. Ogarnęła mnie kolejna fala mdłości; paliły mi język tak, że niemal się nimi zachłysnęłam.

Przychodziły rano, w południe i wieczorem, i wywracały mi wnętrzności. W najgorszym wypadku powtarzały się czterdzieści razy dziennie; jeśli tylko dwukrotnie – byłam szczęśliwa. Twarz miałam całą w popękanych żyłkach i delikatne purpurowe pajączki wokół oczu, których białka przybierały demoniczną czerwoną barwę. Obrzydliwy smak w ustach utrzymywał się całymi godzinami, dławiący i ostry jak nóż. Nie mogłam utrzymać niczego, co zjadłam. Nie miałam zresztą, ku wielkiemu rozczarowaniu kucharki, na nic apetytu. Nawet mój ulubiony marcepan leżał w spiżarni w dużych, niepokrojonych tabliczkach, a przysłane z Londynu pudełka cukierków zarastał kurz.

Poprzednio, ani za pierwszym, ani za drugim czy trzecim razem, tak nie chorowałam. Teraz czułam, jakby dziecko rosnące we mnie próbowało uciec przez gardło, a nie między nogami, jak tamte, ogłaszające swoje przedwczesne przyjście czerwonymi strumieniami na moich udach. Były małe i wiotkie, i wyglądały groteskowo, kiedy zawijano je przy mnie w płótno jak świeże bochenki chleba.

 

– Biedna kruszynka, nie pożyje długo – powiedziała ostatnia akuszerka, ścierając moją krew ze swych potężnych ramion.

Cztery lata małżeństwa, trzy porody i wciąż nie było dziedzica w dębowej kołysce. Matka sprezentowała mi ją, gdy brałam ślub z Richardem. Widziałam, jak na mnie patrzy – jakbym ich wszystkich zawiodła.

A jednak nie pojmowałam, dlaczego Richard, znając opinię doktora, patrzy, jak tyję niby indyk na Boże Narodzenie. List był upchnięty między papierami z moich trzech połogów, może więc go przeoczył. Czy zatrzymując go, postąpiłby wobec mnie właściwie? Nagle słowa jakby wyrwały się z karty papieru i owinęły mi wokół szyi. Na dodatek napisane przez człowieka, którego nazwiska nie znałam; gdy przyszedł, byłam tak owładnięta bólem, że nie mogłam sobie później przypomnieć żadnego szczegółu tej wizyty – dotknięcia, głosu, ani tego, czy był uprzejmy.

Nie zatrzymałam się dla złapania oddechu, a pantofle, nasiąknięte zielonkawym błotem, były już zupełnie zniszczone. Kiedy jeden z nich ugrzązł, zsunął mi się z nogi i stopą w pończosze stanęłam na wilgotnej ziemi, nie wytrzymałam. Zgniotłam w dłoniach list w kulkę i cisnęłam nią najmocniej, jak potrafiłam, z satysfakcją patrząc, jak uderza w drzewo kilka jardów ode mnie.

Gdyby nie to, nie zauważyłabym pewnie stopy królika leżącej parę cali dalej, ani też samego królika, do którego należała – przynajmniej tego, co z niego zostało: zmiażdżonej masy futra z krwią, a obok drugiego i następnych. Polowałam na króliki; te tutaj nie padły ofiarą jastrzębia czy sokoła, zabijających schludnie i precyzyjnie, zanim przyniosą je swemu panu. Dostrzegłam coś jeszcze: brzeg brązowej spódnicy leżącej na ziemi, ugięte kolana, a nad nimi tułów, twarz i biały czepek. Z odległości kilku jardów patrzyła na mnie z klęczek młoda kobieta, każdym nerwem napięta jak zwierzątko. Ubrana nędznie, w zgrzebną wełnianą suknię, bez fartucha, przez co nie zauważyłam jej od razu wśród zieleni i brązów. Spod czepka opadały w skrętach jasne włosy. Miała szczupłą, pociągłą twarz, wielkie oczy niezwykłego i widocznego z daleka koloru ciepłego złota, jak w nowych monetach, i przenikliwe, inteligentne spojrzenie – niemal męskie i choć to ona klęczała, a ja stałam, przez chwilę poczułam strach, jakby to mnie na czymś przyłapano.

Jeszcze jeden królik zwisał z jej rąk i spoglądał na mnie szklanym okiem. Sierść miał we krwi. Na ziemi, obok spódnicy, leżał otwarty parciany worek. Wokół nas szeleściły na wietrze liście i trawy; dziewczyna się podniosła, ale stała nieruchomo, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Tylko martwe zwierzę kołysało się lekko.

– Kim jesteś? – spytałam. – I co tu robisz?

Upychała drobne ciałka w worku. W krwawej masie leżał mój zgnieciony list, jasny i lśniący; na jego widok zatrzymała się, długie, poplamione krwią palce zawisły w powietrzu.

– Oddaj to – warknęłam.

Podniosła list i nie ruszając się z miejsca, trzymała go w wyciągniętej ręce. W kilku susach dopadłam do niej i wyrwałam papier. Nie spuszczała ze mnie tych swoich złocistych oczu. Pomyślałam, że nigdy jeszcze nikt obcy nie patrzył na mnie tak surowo. Przez chwilę wyobraziłam sobie, jak wyglądam, bez butów, z pantoflem utopionym w błocie. Na twarzy miałam oczywiście wypieki od torsji, a białka oczu zaczerwienione. W ustach czułam kwas, język mnie szczypał.

– Jak się nazywasz?

Milczała.

– Jesteś żebraczką?

Potrząsnęła głową.

– To moja ziemia. Kłusujesz na mojej ziemi?

– Pani ziemia?

Jej głos podziałał jak kamyk ciśnięty w kałużę. Była zwykłą dziewczyną ze wsi. Nic osobliwego.

– Jestem Fleetwood Shuttleworth, pani Gawthorpe Hall. Ta ziemia należy do mojego męża. Jeśli jesteś z Padiham, powinnaś to wiedzieć.

– Nie jestem – odparła tylko.

– Wiesz, jaka jest kara za polowanie na cudzej ziemi?

Ogarnęła wzrokiem moją grubą, czarną pelerynę i wyglądającą spod spodu taftową suknię koloru miedzi. Wiedziałam, że mam ziemistą cerę, podkreśloną jeszcze przez czarne włosy i wcale nie chciałam, by tak zapamiętała mnie ta obca kobieta. Podejrzewałam, że jestem od niej młodsza, ale nie mogłam zgadnąć, ile ma lat. Brudnej sukienki najwyraźniej nie czyściła ani nie wietrzyła od miesięcy, a czepek miała koloru owczej wełny. Nagle popatrzyłam jej w oczy i napotkałam spojrzenie spokojne i dumne. Zmarszczyłam brwi i uniosłam brodę. Przy moim wzroście czterech stóp i jedenastu cali każdy był ode mnie wyższy, jednak nie dawałam się łatwo zastraszyć.

– Mój mąż przywiąże cię za ręce do swojego konia i zaciągnie do sędziego pokoju – mówiłam ostrzej niż chciałam. Milczała; słychać było tylko szum i drżenie drzew. – Jesteś żebraczką? – powtórzyłam.

– Jestem nikim. – Podała mi worek. – Proszę to wziąć. Nie wiedziałam, że jestem na pani ziemi.

Dziwna to była odpowiedź; zastanawiałam się, co powiem Richardowi. Przypomniał mi się list trzymany w garści. Ścisnęłam go mocno.

– Czym je zabiłaś?

Prychnęła. – Nie zabiłam ich. Zabiło je.

– Bardzo dziwny masz sposób mówienia. Jak się nazywasz?

Ledwie skończyłam, błysnęła złotem i brązem, zakręciła się i ruszyła pędem między drzewami. Jasny czepek migał wśród pni, worek obijał się o spódnicę. Załomotała stopami, szybko i zwinnie jak zwierzę, i rozpłynęła się w lesie.

Rozdział 2

Dźwięk pasa poprzedzał Richarda wszędzie. Myślę, że dawało mu to poczucie mocy – jego pieniądze słyszało się wcześniej niż widziało. Teraz, kiedy na schodach odezwało się znajome pobrzękiwanie, wzięłam głęboki oddech i strzepnęłam wyimaginowany kurz z kaftanika. Stałam, kiedy wchodził do pokoju, rozpromieniony i pełen energii po podróży w interesach do Manchesteru. Zabłysł złoty kolczyk, rozjaśniły się szare oczy.

– Fleetwood. – Ujął na przywitanie moją głowę w dłonie.

Przygryzłam wargę w miejscu, gdzie mnie pocałował. Czy mogę zaufać swojemu głosowi? Byliśmy w gotowalni; Richard wiedział, że tam mnie znajdzie. Mimo że przed nami nikt w Gawthorpe nie mieszkał, było to jedyne miejsce, w którym czułam się naprawdę u siebie. Uważałam, że wuj Richarda, który projektował dom, okazał się bardzo nowoczesny, przeznaczając jeden pokój wyłącznie do przebierania się, choć nie miał żony. Oczywiście, gdyby to kobiety planowały domy, gotowalnia byłaby w projekcie tak samo ważna jak kuchnia. Przybyłam tu z czarnej kamiennej siedziby pod szarym niebem; Gawthorpe ze swą głęboką ciepłą barwą, jakby zawsze wschodziło nad nim słońce, błyszczący trzema kondygnacjami okien lśniących jak klejnoty koronne, z wieżą pośrodku, sprawiał, że czułam się bardziej jak księżniczka niż pani domu. Richard oprowadzał mnie po labiryncie pokoi; od wszystkich tych świeżo położonych sztukaterii i połyskujących płycin, od małych korytarzyków rojących się od dekoratorów, służących i stolarzy, kręciło mi się w głowie. Lubiłam przebywać na samej górze, z dala od wszystkich. Gdybym nosiła w ramionach niemowlę albo miała zabierać na dół dziecko na śniadanie, być może myślałabym inaczej, ale w tej sytuacji trzymałam się swoich pokoi i gotowalni ze ślicznym widokiem na bystrą rzekę Calder i na wzgórze Pendle.

– Znów sobie gawędzisz z ubraniami?

– To moi stali towarzysze.

Puk, mój wielki francuski mastiff, podniósł się z tureckiego dywanu, przeciągnął i ziewnął, prezentując ogromną paszczę, w której zmieściłaby się moja głowa.

– Ty straszny potworze. – Richard przyklęknął obok psa. – Niedługo już nie będziesz naszym jedynym przedmiotem uczuć. Przyjdzie ci podzielić się nimi. – Westchnął, zmęczony długą jazdą. – Dobrze się czujesz? Wypoczęta?

Kiwnęłam głową, wciskając pod czepek luźne pasmo włosów. Ostatnio podczas czesania wypadały mi wielkimi czarnymi pasmami.

– Jesteś zmartwiona. Nie miałaś… Nie stało się…

– Wszystko jest w porządku.

List. Zapytaj go o list. Słowa więzły mi w gardle; zatruta strzała tkwiła nieruchomo w napiętym łuku, ale na pięknej twarzy Richarda była tylko ulga; zatrzymałam na sobie jego spojrzenie odrobinę za długo, zdając sobie sprawę, że okazja do zadania mu pytania mija, przecieka mi między palcami jak piasek.

– W Manchesterze poszło znakomicie. James zawsze uważa, że powinien zabierać się ze mną na takie wyjazdy, ale całkiem dobrze podróżuje mi się w pojedynkę. Może się po prostu irytuje, bo zapomniałem zapisać przychody; mówiłem mu, że trzymam je w głowie równie dobrze jak w kaftanie. – Przerwał; nie zwracał uwagi na obwąchiwanie Puka. – Milczysz?

– Richardzie, przeczytałam dziś list akuszerki. I lekarza, który odbierał dziecko ostatnim razem.

– To mi przypomina…

Twarz rozjaśniła mu dziecięca radość; sięgnął głęboko do szmaragdowego, aksamitnego kaftana. Czekałam. Wyciągnął rękę i wrzucił mi w dłoń dziwny przedmiot. Mały srebrny mieczyk wielkości noża do otwierania listów, z lśniącą, złotą rękojeścią. Czubek miał jednak tępy, a kuleczki zaczepione ze wszystkich stron na malutkich haczykach miło pobrzękiwały, kiedy obracałam prezent w palcach.

– Grzechotka. – Promieniał; potrząsana, dźwięczała jak wstrzymywane w biegu konie. – Patrz, to dzwoneczki. Dla naszego syna.

Nawet nie starał się ukryć tęsknoty w głosie. Pomyślałam o zamkniętej szufladzie w jednej z sypialni. Było w niej pół tuzina rzeczy kupionych przez Richarda przy poprzednich okazjach – jedwabna sakiewka z naszymi inicjałami, konik z kości słoniowej mieszczący się w dłoni. W długiej galerii stała zbroja, którą kupił, by uczcić mój po raz pierwszy rosnący brzuch. Jego wiara, że będziemy mieli dziecko, była żywa i mocna jak prąd rzeki, nawet kiedy sprzedając wełnę w Preston, mijał sprzedawcę miniaturowych zwierzątek albo gdy będąc u naszego krawca, spostrzegał belę jedwabiu perłowej barwy. Ostatnim razem tylko on wiedział, czy był to syn, czy córka, a ja nie pytałam, bo wciąż jeszcze nie byłam matką. Każdy prezent od niego stawał się symbolem mojej klęski; najchętniej spaliłabym je wszystkie, patrząc, jak dym unosi się z komina i rozpływa w niebie. Zastanawiałam się, gdzie byłabym, gdyby nie mój mąż i serce przepełniał mi żal, bo Richard dał mi szczęście, a ja jemu tylko trzy nieistnienia, których dusze rozwiewały się w najlżejszej bryzie.

– Richardzie, czy jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć? – spróbowałam raz jeszcze.

Przyjrzał mi się; kolczyk w jego uchu błyszczał. Puk ziewnął i rozsiadł się na dywanie. Gdzieś daleko, z dołu, wzywał Richarda czyjś niski głos.

– To Roger. Powinienem do niego zejść.

Odłożyłam grzechotkę na krzesło, rada, że się jej pozbywam i pozwoliłam zaciekawionemu Pukowi ją obwąchać.

– To ja też zejdę.

– Przyszedłem na górę tylko się przebrać. Jedziemy na polowanie.

– Przecież jeździłeś od samego rana.

Uśmiechnął się. – Polowanie to nie jazda. To polowanie.

– W takim razie jadę z tobą.

– Jesteś w dobrej formie?

Uśmiechnęłam się i wróciłam do swoich strojów.


– Fleetwood Shuttleworth! Co ja widzę, jakaś ty blada! – głos Rogera niósł się hukiem po dziedzińcu stajni. – Bielsza niż płatek śniegu, ale za to dwa razy piękniejsza. Richardzie, czyżbyś głodził swoją żonę?

– Rogerze Nowell, umiesz sprawić, że kobieta czuje się wyjątkowa – powiedziałam, wsiadając na konia.

– Jesteś w stroju myśliwskim. Czy już spełniłaś wszystkie poranne obowiązki damy?

Siedział w siodle wysoki, barczysty; jego głos docierał do każdego zakątka podwórza, a siwa brew podnosiła się pytająco.

– Postanowiłam spędzić czas z moim ulubionym sędzią pokoju.

Stanęłam między nimi. Roger Nowell był miłym towarzyszem i przyznam teraz, że czułam przed nim odrobinę respektu, a nie miałam ojca, z którym mogłabym go porównać. Był na tyle od nas starszy, że mógł być ojcem Richarda albo moim – nawet dziadkiem – a jako że obaj nasi ojcowie od dawna nie żyli, został naszym przyjacielem, kiedy Richard odziedziczył Gawthorpe. Nazajutrz po naszym przybyciu przyjechał konno, przywiózł trzy bażanty i został na całe popołudnie; opowiadał o okolicy i o wszystkich jej mieszkańcach. Nie znaliśmy tej części Lancashire, pagórkowatej, pełnej cienistych lasów i dziwnych ludzi, a Roger okazał się kopalnią wiedzy. Dawny znajomy zmarłego przed laty wuja Richarda, który był naczelnym sędzią w Chester i z całej rodziny człowiekiem najbliższym Koronie; znał Shuttleworthów od zawsze i wrósł w nasz dom jak odziedziczony mebel. Polubiłam go od pierwszej chwili. Bez trudu i z humorem przeskakiwał z tematu na temat i wszędzie, gdzie się pojawiał, wnosił ciepło i mądrość.

 

– Nowiny z pałacu: niewykluczone, że król w końcu znalazł kawalera dla córki – obwieścił.

W psiarni gończe wpadały w szaleństwo, słysząc nasze głosy; wypuszczone kręciły się, dysząc, między nogami koni.

– Kto to taki?

– Fryderyk Piąty, hrabia Palatynatu Reńskiego. Przybędzie do Anglii pod koniec roku i miejmy nadzieję, że położy kres paradzie błaznów pretendujących do ręki księżniczki.

– Pojedziesz na ślub? – spytałam.

– Mam nadzieję. Zanosi się na największą od lat ceremonię ślubną w królestwie.

– Ciekawe, jaką będzie miała suknię – pomyślałam głośno.

Nie usłyszał mnie, bo psy się rozszczekały; obaj z Richardem już wyjechali z dziedzińca. Charty szły na smyczach, zorientowałam się więc, że będą polować na jelenia i pożałowałam, że nie spytałam wcześniej. Osaczony byk, siekący rogami i toczący wzrokiem nie stanowi miłego widoku; wolałabym cokolwiek innego. Myślałam, czy nie zawrócić, ale byliśmy już w lesie, spięłam więc konia i ruszyłam przed siebie. Edmund, praktykant, który pełnił funkcję dojeżdżacza, jechał przy psach. Gdzieś wśród drzew doszły mnie urywki przyciszonej rozmowy; jechałam cicho, słuchając jednym uchem. Wrócił do mnie obraz z poprzedniego dnia: rozlana krew, szklane oczy i dziwna złotowłosa kobieta.

– Richardzie – wtrąciłam się – wczoraj był na naszym terenie kłusownik.

– Co takiego? Gdzie?

– Na południe od domu, w lesie.

– Dlaczego James mi nic nie mówił?

– Bo mu nie powiedziałam.

– Ty go widziałaś? Coś tam robiła?

– Ja… wyszłam się przejść.

– Mówiłem ci, żebyś nie chodziła sama, możesz się zgubić albo potknąć i… coś sobie zrobić.

Roger słuchał.

– Nic się nie stało. To zresztą nie był mężczyzna, tylko kobieta.

– Co tam robiła? Zabłądziła?

W tym momencie uświadomiłam sobie, że nie mogę powiedzieć mu o królikach, bo nie znajdywałam słów dla tego, co widziałam.

– Tak – odezwałam się w końcu.

Roger był rozbawiony. – Masz naprawdę bujną fantazję, Fleetwood. My tu sobie wyobrażamy, że jakiś dzikus zaatakował cię w lesie, a to była tylko zabłąkana kobieta?

– Tak – odpowiedziałam cicho.

– Chociaż teraz nawet to może być groźne – słyszałaś, co się przydarzyło Johnowi Law, handlarzowi z Colne?

– Nic nie wiem.

– Rogerze, nie strasz jej bajkami o czarach – i tak ma już w nocy koszmary.

Otworzyłam usta, twarz mi spurpurowiała. Po raz pierwszy Richard powiedział komuś o koszmarze. Nigdy bym nie uwierzyła, że to zrobi. Ale ciągnął dalej, a piórko na jego kapeluszu drżało.

– Powiedz, Rogerze.

– Kobieta podróżująca samotnie nie zawsze jest tak niewinna, jak się zdaje, o czym John Law przekonał się i nie zapomni tego do końca życia, a to może nastąpić niebawem, Panie, bądź miłościw. – Roger poprawił się w siodle. – Dwa dni temu jego syn Abraham przyszedł do mnie do Read Hall.

– Czy go znam?

– Nie, bo to farbiarz sukna z Halifaxu. Chłopak nieźle sobie radzi, biorąc pod uwagę profesję ojca.

– Spotkał czarownicę?

– Nie, słuchaj.

Westchnęłam z żalem, że pojechałam; wolałabym teraz siedzieć w bawialni z psem.

– John wędrował wełnianym szlakiem i w Colnefield napotkał młodą dziewczynę. Sądził, że to żebraczka. Poprosiła go o parę szpilek, a kiedy jej odmówił – Roger zawiesił głos dla większego efektu – przeklęła go. Odwrócił się i w tej chwili doszedł go cichy głos dziewczyny, jakby tuż za nim z kimś rozmawiała. Przeszedł go dreszcz. Najpierw pomyślał, że to wiatr, ale spojrzał za siebie i zobaczył jej czarne oczy wpatrzone w niego i poruszające się wargi. Przyspieszył, jednak niespełna trzydzieści jardów dalej usłyszał tupot stóp i coś dużego, podobnego do czarnego psa rzuciło się na niego, gryząc, gdzie popadnie, aż upadł na ziemię.

– Coś podobnego do czarnego psa? – spytał Richard. – Mówiłeś przedtem, że to był czarny pies.

Roger nie odpowiedział. – Podniósł ręce do twarzy i błagał o litość, a kiedy otworzył oczy, psa nie było. Uciekł. A z nim ta dziwna dziewczyna. Ktoś go znalazł na ścieżce i doprowadził do pobliskiej gospody, ale John nie mógł ruszyć ręką ani nogą. Ani mówić. Zaniewidział na jedno oko, twarz opadła mu na jedną stronę. Został w gospodzie, ale następnego dnia rano znów pojawiła się ta dziewczyna, bardzo bezczelna, i błagała go o przebaczenie. Twierdziła, że nie panuje nad swoją sztuką, ale że go przeklęła.

– Przyznała się? – Przypomniałam sobie dziewczynę widzianą dzień wcześniej. – Jak wyglądała?

– Jak czarownica. Bardzo chuda i nieokrzesana, miała czarne włosy i posępną twarz. Moja matka mówi, że nie wolno wierzyć ludziom o czarnych włosach, bo zazwyczaj mają czarne dusze do kompletu.

– Ja mam czarne włosy.

– Chcesz słuchać dalej?

Moja matka zwykła grozić mi w dzieciństwie, że zaszyje mi usta. Miałyby z matką Rogera o czym mówić.

– Przepraszam – powiedziałam. – Czy ten człowiek ma się lepiej?

– Nie, i być może nigdy mu się nie poprawi. – Roger mówił poważnym tonem. – To samo w sobie jest niepokojące, ale bardziej martwi mnie coś jeszcze: pies. Dopóki włóczy się po Pendle, nikt nie jest bezpieczny.

Richard rzucił mi rozbawione, sceptyczne spojrzenie, po czym ruszył ostro do przodu, by dogonić myśliwych. Wizja zwierzęcia mnie nie przestraszyła – w końcu miałam mastiffa wielkości muła. Zanim jednak zdążyłam coś powiedzieć, Roger znów zaczął.

– W gospodzie, kilka dni później, John Law obudził się w nocy, bo coś nad nim dyszało. Nad łóżkiem stał potwór wielkości wilka, z wyszczerzonymi zębami i dzikim wzrokiem. John sądził, że to duch, coś nie z tej ziemi. Możesz sobie wyobrazić jego przerażenie: człowiek, który nie może się ruszać ani mówić, co najwyżej jęczy. I kto pojawił się przy łóżku chwilę później? Oczywiście czarownica.

Poczułam łaskotanie, jakby ktoś przesuwał mi piórkiem po skórze.

– Zamienił się w kobietę?

– Nie, Fleetwood, słyszałaś o chowańcach?

Pokręciłam głową. – Odeślę cię w takim razie do księgi Leviticusa. Krótko mówiąc, jest to diabeł w przebraniu. Narzędzie, jeśli wolisz, służące powiększaniu jego królestwa. Narzędziem dziewczyny jest pies, ale chowaniec może przybierać różne postacie – zwierzęcia albo dziecka. Zjawia się przed nią, kiedy ma wykonać jej polecenie. W zeszłym tygodniu kazała mu okaleczyć Johna Law. Duch pod postacią zwierzęcia jest najpewniejszą oznaką czarownicy.

– Widziałeś go?

– Nie, skądże. Wytwór diabła nie ukaże się człowiekowi bogobojnemu. Tylko ludzie, których wiara nie jest prawdziwa, mogą odczuć jego obecność. Jego pożywką jest niska moralność.

– Ale John Law go widział, a mówiłeś, że to porządny człowiek.

Roger machnął ręką ze zniecierpliwieniem. – Zgubiliśmy Richarda; nie będzie zadowolony, że gadam z jego żoną. Tak to jest, jak kobiety wybierają się na polowanie.

Nie zwróciłam mu uwagi, że to ja starałam się sprawić mu przyjemność – kiedy Roger miał jakąś opowieść, chciał, by ktoś jej wysłuchał. Ruszyliśmy galopem; zwolniliśmy dopiero, gdy znów widać było myśliwych. Byliśmy daleko od Gawthorpe i w tej chwili nie zachwycała mnie myśl o całym popołudniu w siodle.

– Gdzie jest teraz ta dziewczyna? – spytałam, gdy znów zostaliśmy w tyle.

Roger ściągnął wodze. – Nazywa się Alizon Device. Jest u mnie w areszcie w Read Hall.

– W twoim domu? Dlaczego nie zamknąłeś jej w więzieniu w Lancaster?

– Tu gdzie jest, nie stanowi zagrożenia. Nie może nic zrobić – nie odważyłaby się. Poza tym pomaga mi w innych śledztwach.

– Jakich śledztwach?

– Och, zadaje pani mnóstwo pytań, pani Shuttleworth. Czy musimy zagadać zwierzynę na śmierć? Alizon Device pochodzi z rodziny czarownic; sama mi powiedziała. Jej matka, babka, nawet brat, wszyscy uprawiają magię i czary, zaledwie kilka mil stąd. Oskarżają też swoje sąsiadki, że mordują za pomocą czarów; jedna z nich mieszka na ziemi Shuttleworthów. Dlatego uważam, że twój mąż – tu ruchem głowy wskazał na bezmiar zieleni przed nami; Edmunda, Richarda i psów nigdzie nie było widać – powinien o tym wiedzieć.

– A skąd wiesz, że ona mówi prawdę? Dlaczego miałaby zdradzać własną rodzinę? Przecież musi wiedzieć, że być czarownicą, to pewna śmierć.

– Wiem tyle, co i ty – uciął, choć wyczułam w jego słowach coś więcej. Kiedy chciał, potrafił być stanowczy i brutalny; widziałam, jak się odnosił do żony Katherine, kobiety bardzo wyrozumiałej. – A wszystkie morderstwa, za które według niej odpowiada jej rodzina, miały miejsce.

– Mordowali?

– Kilkakroć. Nie radzę wchodzić w drogę tej Device. Nie bój się, dziecko. Alizon Device siedzi bezpiecznie w areszcie, a ja zamierzam przesłuchać jej rodzinę jutro albo pojutrze. Będę musiał oczywiście powiadomić króla. – Westchnął, jakby to było jakieś utrudnienie. – Ucieszy go ta wiadomość z pewnością.

– A jeśli uciekną – jak ich znajdziesz?

– Nie uciekną. Mam oczy w całym Pendle – wiesz przecież. Niewiele uchodzi uwadze szeryfa.

– Byłego szeryfa – drażniłam się z nim. – Ile ona ma lat? Ta dziewczyna z psem?

– Nie wie, ale moim zdaniem siedemnaście albo coś koło tego.

– Tak jak ja. – Po chwili ciszy pełnej zadumy odezwałam się znów: – Rogerze, czy ufasz Richardowi?

Uniósł krzaczaste brwi. – Całym życiem. A przynajmniej tym, co z niego zostało – jestem już stary, dzieci wyrosły; najlepsze lata pracy też już, niestety, mam za sobą. Dlaczego pytasz?

Wcisnęłam list od doktora do kieszeni, głęboko pod strój do konnej jazdy. Pulsował pod żebrami jak drugie serce.

– Tak tylko.