Wybranek lady Sephory

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Pięć dni później pan Walsh, ochmistrz Francisa, wszedł do biblioteki ze zmarszczonym czołem.

– Milordzie, jakiś dżentelmen chce się z panem zobaczyć. Przyjechał z Hastings. Prosił to panu przekazać.

Wręczył Francisowi wizytówkę, na której widniało nazwisko pana Ignatiusa Wigginsa, prawnika.

– Wprowadź go, Walsh.

Niski mężczyzna miał na sobie niemodne, brązowe ubranie. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego; bawił się zapinką skórzanej teczki, którą trzymał przed sobą jak tarczę.

– Jestem adwokatem pana Clive’a Sherborne’a, milordzie, i przyjechałem pana powiadomić, że pan Sherborne został zamordowany tydzień temu w Hastings. Z raportów wynika, że była to szybka śmierć, poderżnięte gardło i pchnięcie nożem w nerkę.

Dobry Boże, pomyślał Francis. Wstał, myśląc o zmarłym i jego tragicznej śmierci. Widział Sherborne’a tylko raz, kiedy ten przybył do miejskiej rezydencji Douglasów z żoną, krzykliwie ubraną, atrakcyjną kobietą o podłym charakterze i takimże języku. Przyjechali specjalnie po to, aby poinformować jego stryja o narodzinach dziecka, które ich zdaniem było jego. Towarzyszył im pan Wiggins.

Lynton St. Cartmail był wściekły i oburzony z powodu owych podejrzeń. Francis zapamiętał, że stryj nazwał gości szantażystami i kazał im się natychmiast wynosić.

Clive Sherborne zabrał dziecko, które przyniósł na rękach – zaczerwienione od płaczu, z cienkimi, ciemnymi włoskami i bladą skórą – lecz oświadczył, że jego prawnik odwiedzi jeszcze hrabiego. Miał łagodny, smutny głos i nie wyglądał jak ktoś, kto wiele lat później zostanie tak brutalnie zamordowany. Francis zastanawiał się, co musiało się zdarzyć w międzyczasie, że do tego doszło.

– Pan Sherborne prosił mnie, abym informował pana o wszelkich znaczących wydarzeniach w jego rodzinie, milordzie, co też niniejszym czynię… to znaczy informuję pana o jego śmierci. Każdy przyzna, że to znaczące wydarzenie.

– Zaiste, panie Wiggins.

Francis zastanawiał się przez chwilę, czy matka dziecka, żona Sherborne’a, nadal żyje, i co się stało z dziewczynką.

– Zmarły dał mi swego czasu list, pismo, które miałem panu dostarczyć, gdyby umarł, ponieważ chciał mieć pewność, że ktoś zadba o Annę Sherborne. Nalegał, abym przekazał panu ten ostatni list osobiście.

Francis doskonale pamiętał Wigginsa, ponieważ jego wygląd zewnętrzny nie uległ większej zmianie. Poprzednim razem mocno gestykulował nad wrzeszczącym w powijakach niechcianym noworodkiem, lecz teraz splótł ciasno dłonie. W ciemnych oczach widział źle ukrywaną mieszaninę dezorientacji i strachu.

– Nie będę dłużej kłamał, lordzie Douglas. Pański stryj, Lynton St. Cartmail, czwarty hrabia Douglas, dobrze mi płacił za zachowanie milczenia o jego nieślubnej córce, lecz od początku tego żałowałem.

– Płacił panu?

– Ze swoich prywatnych funduszy, milordzie, a były one niemałe. Wszystkie pokwitowania są tutaj.

Francisowi oddech uwiązł w gardle. Wiadomość o dziecku – jego kuzynce, ofierze rozwiązłych obyczajów stryja, wprawiła go w osłupienie. Lynton twierdził, że wszystko jest wymysłem jej matki-dziwki, obliczonym na wyciągnięcie złota ze szkatuły Douglasów. W wieku dwudziestu dwóch lat Francis nie miał powodu sądzić, że stary hrabia kłamie. Teraz usłyszał straszną prawdę, w którą trudno mu było uwierzyć.

– To koniec oszustw, a ja nie zamierzam ponosić konsekwencji. Jestem człowiekiem w podeszłym wieku, milordzie, pragnę pogodzić się z Najwyższym, a to kłamstwo przez lata ciążyło mi na sumieniu.

Otworzył teczkę i wyjął z niej gruby plik dokumentów. Położył je na biurku.

– Oto pismo, które powierzył mi pan Sherborne. Są tu szczegóły dotyczące pieniędzy otrzymanych przez niego na wychowanie dziecka oraz wszystkich innych wydatków. Chciałbym również powiedzieć, że złoto może zapewnić człowiekowi wiele rzeczy, ale szczęście do nich nie należy. Niestety. Panna Anna Sherborne pozostaje obecnie w dużej mierze na łasce gminy i nie ma pojęcia o swojej prawdziwej rodzinie i jej statusie społecznym.

– Gdzie ona teraz jest?

– Wszystko jest opisane w liście, milordzie, ale…

– Ale?

– Dziecko nie zostało wychowane zgodnie z zasadami właściwymi jej pochodzeniu, a chociaż Clive Sherborne był szlachetnie urodzony, to jednak nie zachowywał się jak przystało na dżentelmena. Jego żona, świeć Panie nad jej duszą, była jeszcze mniej godna szacunku niż on. Mówiąc krótko, dziewczynka jest urwisem, nieposkromioną łobuzicą i może potrzebować od pana czegoś więcej niż zapewnienia jej dachu nad głową.

Francisowi zakręciło się w głowie, lecz zmusił się do zachowania przytomności.

– W takim razie dziękuję za dyskrecję i pańską pracę, panie Wiggins. Proszę przywieźć dziewczynkę do Londynu w ciągu najbliższych kilku dni, ponieważ ma pełne prawo do bycia członkiem rodziny Douglasów – powiedział spokojnie. Jedynie drżenie rąk, kiedy płacił adwokatowi za fatygę, zdradzało jego wściekłość.

Czuł się przygnieciony wadami, a nade wszystko brakiem odpowiedzialności ze strony St. Cartmaila. List ciążył mu w dłoniach, kiedy przełamywał pieczęć.

Anna Sherborne miała prawie dwanaście lat. Francis usiłował przypomnieć sobie, jaki był w tym wieku. A był arogancki i zadufany w sobie. Jego oboje rodzice zginęli w wypadku kilka lat wcześniej, co mogło być przyczyną buntu, lecz życie Anny Sherborne także nie było łatwe, a z relacji prawnika wynikało, że jest dzikuską.

Nieobyta Douglasówna. Francis wstał i podszedł do okna. Co, do licha, ma zrobić z niemal dwunastoletnią dziewczynką? Jak należy zajmować się osobą płci żeńskiej w tym wieku? Wszystko wskazywało na to, że nikt nigdy nie próbował jej wychowywać, a on nie chciał jeszcze bardziej jej zaszkodzić swoją ignorancją. Stryj musiał mieć świadomość, co się stanie, kiedy odprawi swoją kochankę i dziecko, ofiarowawszy im spore wsparcie finansowe wraz z wyraźnym życzeniem, że nie chce ich więcej widzieć.

Cóż, teraz to on jest za nią odpowiedzialny. Będzie, oczywiście, potrzebował guwernantki, godnej zaufania, stanowczej krewnej, która utemperuje zaniedbane, opuszczone dziecko. Sam również będzie musiał się wykazać anielską cierpliwością. Spojrzał w lustro.

Ślady paznokci Sephory Connaught na jego prawym policzku jakby nieco przybladły, choć nadal były widoczne – trzy zaczerwienione kreski biegnące od kącika oka w dół.

Na drugim policzku widniała blizna z wojny na Półwyspie Iberyjskim. Wiedział, że ludzie często się jej przyglądają. Przesunął palcem po bliźnie i zrobiło mu się żal tego kogoś, kim był przedtem.

Tego dnia wieczorem miał towarzyszyć Gabrielowi i Adelaide Hughesom na balu na cześć ojca ich przyjaciela. Z jednej strony żałował, że zgodził się wyjść i pokazać publicznie po incydencie nad rzeką, jednak rozsądna część jego natury mówiła, że skoro krążą na jego temat jakieś plotki, to powinien stawić im czoło.

Miał cichą nadzieję, że lady Sephora Connaught również pojawi się na balu. Chciał na nią spojrzeć i sprawdzić, czy to, co zapamiętał, jest zgodne z rzeczywistością.

Być może to słowa Luciena o „aniele towarzystwa” pobudziły jego zmysły? Miała jasne włosy, to pewne, lecz jej twarz pod wodą była zamazana i niewyraźna. Wiedział, że jej wargi są pełne i kształtne, ponieważ skupił się na nich, dając jej oddech.

Przypuszczał, że to te niecodzienne okoliczności są powodem zaintrygowania. Dziś wieczorem okaże się, jaka naprawdę jest Sephora Connaught.

Sephora nie miała ochoty iść na bal do Hadleighów, co stanowczo oświadczyła matce.

– Cóż, moja droga, nie ma nic złego w tym, że się denerwujesz, to oczywiste po wydarzeniach z ubiegłego tygodnia, ale nie możesz ciągle się chować, a pięć dni spędzonych w domu wystarczy. Będą przy tobie Richard i Maria, a także twój ojciec i ja. A jeśli ktokolwiek okaże dość zuchwałości, aby pozwolić sobie na nieprzyjemne komentarze, to możesz być pewna, że doskonale sobie z tym poradzimy.

Słowa matki brzmiały rozsądnie, lecz Sephora po raz pierwszy w życiu nie miała pewności, że wszystko znowu będzie dobrze. Teraz często popłakiwała albo czuła się tak zmęczona jak nigdy wcześniej. Wezwany przez matkę lekarz orzekł, że „jedynie powrót do normalnego trybu życia sprawi, że wróci do zdrowia”.

Jego słowa przyprawiły Marię o śmiech; nawet Sephora uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu dni, lecz teraz, wkładając nową, cytrynowożółtą suknię z marszczonymi rękawami i jedwabnym gorsecikiem, czuła się nieswojo.

Noga już się zagoiła, ból był niemal nieodczuwalny, lecz doktor nalegał, by jeszcze przez kilka dni nie zdejmować bandaża. Richard podarował jej nowe kolczyki i pasującą do nich bransoletkę, które włożyła, aby poprawić sobie nastrój.

Nie zadziałało. Żyła jak w odrętwieniu; obawiała się, że diamenty od Richarda mają jej zrekompensować brak… uczuć. Nie mogła znieść jego dotyku, nawet delikatnego i niezamierzonego. Nie patrzyła mu w oczy, by nie dostrzegł oskarżenia w jej wzroku. Tchórz i oszust, który nie potrafi i nie będzie jej chronił.

Wiedziała, że ocenia go niesprawiedliwie. Nie potrafił dobrze pływać, jak wielu mężczyzn z towarzystwa; od czasu wypadku robił, co w jego mocy, aby doszła do siebie i czuła się szczęśliwa. Codziennie przysyłał jej wielkie bukiety róż. Przez to chyba zawsze już będzie kojarzyła ich zapach z tym okropnym wydarzeniem i do końca życia nie będzie mogła go znieść.

Do końca życia… To była istota sprawy. Uniknęła śmierci o włos i nie zdołała jeszcze po tym ochłonąć. Och, oczywiście, mieszkała w domu, oddychała, jadła, spała i chodziła.

A mimo to… czuła się tak, jakby nie było w niej życia; jakby nadal przebywała pod wodą, uwięziona w ciężkim ubraniu i ciemności, oczekując na śmierć.

 

Na tę myśl ścierpła jej skóra i poczuła dreszcz. Zaczynała się obawiać, że być może nigdy nie będzie jej już ciepło, choć pokojówka właśnie kończyła zakręcać jej loki gorącymi żelazkami.

Kiedy kilka chwil później spojrzała na swoje odbicie w lustrze, wyglądała elegancko i spokojnie – tak jak zawsze przed każdym balem. Stanowiła ucieleśnienie dobrych manier, wdzięku i opanowania. Nigdy nie była obiektem krytyki, aż do ubiegłego tygodnia, kiedy w podartym i przemoczonym stroju do jazdy konnej przylgnęła do Francisa St. Cartmaila, jakby zależało od tego jej życie.

Cóż, w istocie zależało. Uśmiechnęła się, zaintrygowana rumieńcem na policzkach. Rzadko się czerwieniła i przez chwilę pomyślała, że jej z tym do twarzy; oczy wydawały się bardziej niebieskie, a włosy bardziej złote.

Do pokoju weszła z hałasem Maria. Sephora odwróciła się od lustra.

– Papa i markiz czekają na dole.

– A więc powinnyśmy natychmiast iść. Czy wzięłaś szal, Mario? Na dworze jest zimno, a nie życzymy sobie żadnych przeziębień. Sephoro, włóż swoją najcieplejszą pelerynę, bo wieje silny wiatr. Wiosna w tym roku jest bardzo chłodna. Po tym wypadku na moście możesz łatwo zachorować, ponieważ jeszcze jesteś osłabiona.

Przynajmniej jest tu ciepło, pomyślała pół godziny później Sephora, kiedy przechodzili przez zatłoczone pomieszczenia. Na razie nie odczuwała strachu, jakiego się spodziewała.

– Wyglądasz dziś pięknie, najdroższa – odezwał się Richard, kiedy zajęli miejsca z doskonałym widokiem na orkiestrę. – Cytrynowy jedwab bardzo do ciebie pasuje.

– Dziękuję – odrzekła obco brzmiącym głosem.

– Mam nadzieję, że zatańczymy, gdy tylko zacznie się muzyka.

Serce Sephory zabiło nieco mocniej, lecz stłumiła strach.

– Oczywiście.

Udawało jej się być osobą, za którą wszyscy ją uważali. Nikt nie przyglądał jej się zbyt natarczywie, rozmowy nie milkły, kiedy przechodziła obok, nie szeptano domysłów ani nie insynuowano za uniesionymi wachlarzami. Nikt się nad nią nie litował.

Palec narzeczonego dotknął ozdobnej łezki z białego złota w jej uchu.

– Wiedziałem, że będą na tobie dobrze wyglądać, gdy tylko je zobaczyłem, kochanie. Zamierzałem zatrzymać je jako niespodziankę na twoje urodziny, ale wyglądałaś tak, jakby przydał ci się prezent dla poprawy humoru. Udało mi się zdobyć je za dobrą cenę u Rundella… Mają nadzieję na mój książęcy patronat w przyszłości.

– Nie wątpię.

Sephora starała się powstrzymać od sarkazmu, ale chyba jej się to nie udało, bo Richard rzucił jej ostre spojrzenie. Dotychczas nie uciekała się do ironicznego tonu, ale tego dnia nie mogła się opanować. Wiszący nad nimi kandelabr rzucał zamazane światło. Sephora wzięła głęboki oddech. Poczuła się jak pod wodą.

Wokół niej trwał festiwal życia: pięćset osób, tysiące barw, zapach wyrafinowanych potraw i perfum. Bezwiednie sięgnęła po smukły kryształowy kieliszek, podany właśnie przez lokaja na srebrnej tacy. Richard uniósł nieco brwi, lecz okazał dość rozsądku, aby nic nie powiedzieć.

Sephora rzadko piła wino, ale serwowane tego wieczoru napoje bezalkoholowe w ogóle jej nie kusiły. Przywodziły na myśl wody Tamizy: były zimne i mętne. Wypiła wino jak ktoś, kto natrafił na źródło na pustyni, po czym sięgnęła po następny kieliszek. Matka pokręciła głową z dezaprobatą, a Richard wyszczerzył zęby, usiłując się uśmiechnąć. W jego oczach znowu pojawił się błysk gniewu.

Wino łagodziło uczucie strachu i sprawiało, że wszystko stawało się znośne. Nawet błyszcząca jarmarcznie nowa bransoletka wydawała się gustowniejsza.

W sali rozbrzmiały pierwsze dźwięki walca. Richard ujął ją pod ramię i powiódł na parkiet. Bliskość narzeczonego nie stanowiła już takiego problemu jak kwadrans wcześniej i Sephora zaczęła się zastanawiać, czy nie potraktowała go zbyt surowo. To naprawdę nie jego wina, że nie umiał pływać, a poza tym przecież zawsze ją kochał.

Jego dotyk był znajomy, brązowe włosy dobrze przycięte i ułożone, a w zapachu wody kolońskiej przebijały się nuty piżma i bergamotki.

– Wyglądasz bardzo ładnie, Sephoro, tak jak dawniej. – Tym razem uśmiech Richarda był szczery i Sephora przez chwilę dostrzegła w nim chłopca, z którym dorastała i się bawiła. Jego następne słowa sprawiły jednak, że mydlana bańka pękła. – Uważam, że od tej chwili powinnaś powstrzymać się od picia wina.

– Powstrzymać się, kiedy ledwie zaczęłam odczuwać jego działanie?

– Wypiłaś już dwa pełne kieliszki, moje serce, możesz zacząć zachowywać się niepoważnie.

– Niepoważnie?

Sephorze spodobało się to słowo. Zawsze była poważna, opanowana i uprzejma, dopóki nie wpadła do rzeki i nie odkryła w sobie nieznanych dotąd uczuć. Nienawidziła teraz swojego poprawnego narzeczonego tak silnie, że mogłaby go uderzyć. Po chwili jednak, przerażona tym impulsem, znieruchomiała ze strachu.

Poczuła, że boli ją głowa; był to silny ból, który wywoływał mdłości. Richard domyślił się tego w rzadkim przebłysku współczucia i poprowadził ją do krzesła stojącego pod ścianą, z dala od innych.

– Zostań tutaj, Sephoro, a ja znajdę twoją matkę. Źle wyglądasz.

Była w stanie tylko przytaknąć i patrzeć, jak jego drobna sylwetka znika w tłumie. Po chwili ujrzała przed sobą mężczyznę, którego natychmiast rozpoznała.

– To pan – odezwała się niemal szeptem, zapominając o manierach. Stał przed nią Francis St. Cartmail.

– Cieszę się, mogąc widzieć panią w dobrym zdrowiu, lady Sephoro. Przepraszam, że nie zostałem dłużej, aby upewnić się, że nic pani nie grozi po… – urwał.

– Po tym, jak tonęłam w rzece? – dokończyła za niego. Hrabia uśmiechnął się, dzięki czemu jego twarz jakby złagodniała; blizna na jego lewym policzku zmieniła kształt, a ślady jej paznokci po drugiej stronie niemal zniknęły.

– Nie mówmy o tonięciu, ale o przemoknięciu…

Potrzebowała tych prostych słów. Odebrały całemu wydarzeniu grozę. Hrabia patrzył na nią z uśmiechem. Sephora pragnęła, aby mówił nadal, on jednak milczał, ale bardzo wymownie.

– Dziękuję – wykrztusiła w końcu.

– Nie ma za co – odparł i odszedł, a na jego miejscu pojawił się Richard i jej matka, z twarzą ściągniętą w wyrazie zmartwienia i skruchy.

– Nie powinnam była pozwolić ci tu przyjść. Po tym wszystkim porozmawiam sobie z doktorem i powiem mu, że to o wiele za wcześnie…

Matka trajkotała dalej, lecz Sephora już nie słuchała. Wiedziała, że znowu jest bezpieczna.

„Nie mówmy o tonięciu, ale o przemoknięciu…”

Francis St. Cartmail nie pozwolił jej utonąć. Skoczył bez wahania i ją uratował, nie bacząc na to, czy woda miała dziesięć, czy dwadzieścia stóp głębokości.

Sephora poczuła tak nieoczekiwaną ulgę, że z trudem zaczerpnęła tchu. W salach balowych Hadleighów, pod trzydziestoma eleganckimi kandelabrami, orkiestra grała właśnie walca. Żyła i miała się dobrze. Iskierka w jej wnętrzu nie zagasła do końca i właśnie teraz rozpaliła się malutkim, jaskrawym płomieniem.

Nie mogła w to uwierzyć.

Francis St. Cartmail pięknie się uśmiechał, a sygnet z kamieniem na jego palcu wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętała. Hrabia miał głęboki, łagodny głos i orzechowe oczy w kolorze liści opadłych w lesie wyjątkowo chłodną jesienią.

Ludzie mu się przyglądali – ostrożnie, niepewnie… Jakby szedł samotnie poprzez morze barw, ubrany w głęboką czerń.

Miała nadzieję, że na sali jest jakiś przyjaciel, który odwróci uwagę towarzystwa od hrabiego, lecz straciła go z oczu, po czym dostrzegła, że matka i Richard przyglądają jej się uważnie.

Nie chciała teraz wracać do domu. Pragnęła zostać, aby znowu zobaczyć lorda Douglas i być może nawiązać z nim kolejną rozmowę.

Matka z troską ujęła ją za rękę.

– Czy masz ochotę na kolację, kochanie? Może poczułabyś się lepiej, gdybyś coś zjadła.

Jedzenie było ostatnią rzeczą, na którą Sephora miała ochotę, lecz wszystko było lepsze od stania w osłupieniu, skinęła więc głową potakująco.

Po tej dziwnej rozmowie Francis St. Cartmail podszedł do Gabriela Hughesa, opartego o jedną z kolumn po drugiej stronie sali.

– Jest taka, jak się spodziewałeś?

– Rozumiem, że masz na myśli lady Sephorę?

– Nie baw się ze mną w kotka i myszkę, Francis. Widziałem, że z nią rozmawiasz. I co myślisz?

– Jest niższa i bledsza, niż zapamiętałem. I się boi.

– Czego?

– Chyba była pewna, że utonie, i od tamtej chwili cierpi. Podziękowała mi za uratowanie życia.

– I tylko tyle?

– Trochę też milczała.

– Milczenie Perseusza zakochującego się w tonącej Andromedzie?

Francis zignorował rozbawioną nutę w głosie Gabriela.

– Spadła z mostu, na litość boską. Nie była przykuta do skały, żeby pożarły ją morskie potwory.

– Mimo wszystko powstała między wami jakaś więź. Ma teraz rodzaj długu wobec ciebie.

– Dług wdzięczności? Nie widziałem nic takiego w oczach Sephory Connaught, a są zaskakująco niebieskie.

Gabriel przytaknął.

– Młodzi mężczyźni pisali o nich sonety. Liczba jej zalotników przeszła do legendy, choć odprawiała każdego z kwitkiem.

– Dla markiza? – Francis nie chciał zadawać tego pytania, lecz wyrwało mu się mimowolnie.

– Winslow uważa się za przykład, który wszyscy powinni naśladować zarówno w stroju, jak i zachowaniu. Mówi się, że jest nieco nadęty i arogancki.

– Moim zdaniem wygląda raczej nieszkodliwie.

Francis spojrzał przez salę w stronę młodego markiza i dostrzegł stojącą u jego boku Sephorę.

– Jest zaborczy. Zobacz, jak się ustawił tuż przy jej łokciu. Adelaide powiedziała, że gdybym nad nią stał przez cały czas jak markiz Winslow, to dźgnęłaby mnie łokciem pod żebro.

– Może lady Sephorze się to podoba?

– Myślę, że mu na to pozwala, bo nie wie, że można zachowywać się inaczej.

Pod światło widać było profil Sephory Connaught – mały, lekko zadarty nosek, pięknie sklepione czoło i wysokie kości policzkowe. Jej skóra wydawała się niemal biała.

– Z tego, co wiem, Winslow jest bardzo dumny ze swojego udziału w akcji ratunkowej nad rzeką, ale jego przyszła żona ma dziś nietęgą minę. Może nie podziela jego opinii. Pewnie uważa, że powinien był zapomnieć o ostrożności i poświęcić się, skacząc do wody.

– Przestań, Gabe. – Adelaide trzepnęła męża w ramię. – Sytuacja była naprawdę niebezpieczna, jestem pewna, że wszyscy zrobili, co w ich mocy. Nawet markiz, na swój nudny, zachowawczy sposób.

Francis nie był tego jednak pewien.

– Uważam, że Gabe trafił w sedno. Winslow przysłał mi następnego dnia kartkę. Podziękował mi za pomoc, ale jednocześnie dał do zrozumienia, że dalsza korespondencja z lady Sephorą nie byłaby mile widziana. Oświadczył, że nie chce, by zakłócano jej spokój rozmowami o wypadku, i ma nadzieję, że podobnie jak on odłożyłem już te wspomnienia na bok.

– A więc masz być przypadkowym wybawcą, któremu wystarczą zwykłe podziękowania. – Gabriel wyglądał tak, jakby chciał podejść do Allerly’ego i przyłożyć mu w nos.

– Ojciec Winslowa jest chory, więc może to go gnębi – wtrąciła Adelaide. – Mimo to trudno mi sobie wyobrazić, co taka kobieta jak Sephora Connaught w nim widzi.

– Dorastali razem – rzekł Gabriel. – Ich rodziny bardzo się przyjaźnią i przestrzegają tradycji, więc jestem pewien, że wszyscy byli zachwyceni jej wyborem narzeczonego.

Patrzyli, jak pulchna lady Aldford, matka Sephory, ciągnie ją za sobą, a wszyscy dookoła ją żegnają. Co go tak intryguje w tej młodej kobiecie? Była ulubienicą salonów, której udało się złapać jednego z najlepszych kawalerów sezonu. Ludzie ją podziwiali. Było w niej samo dobro, prawda i uczciwość, a poza tym odznaczała się nieprzeciętną urodą. Francis zaklął pod nosem i się odwrócił. Na widok lokaja z tacą pełną kieliszków ucieszył się.