Powrót lorda Bartletta

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sophia James
Powrót lorda Bartletta

Tłumaczenie:

Bożena Kucharuk

PROLOG

James River, Wirginia – 1818

Był wyczerpany, zmarznięty i nie do końca wiedział, co się dzieje.

Czuł to jednak w dłoniach, w sercu, w zwierzęcym strachu, potęgowanym przez niespokojny szum rzeki. Bezsilna złość wzmagała się z każdym zaczerpniętym oddechem.

Kiedyś, dawniej, był innym człowiekiem. Ta pewność dryfująca na pograniczu niezrozumienia, przeszywała go ostrzem bólu dotkliwszego niż jakiekolwiek wcześniejsze doświadczenie.

Zaklął, wchodząc do wody. Zamknął oczy, gdy przeszyło go ukłucie zimna. Ręką, w której jeszcze miał czucie, złapał się sitowia i znieruchomiał. On gdzieś tu był, ten człowiek, który ciął go nożem. Czuł jego obecność, ledwie widoczny cień uwiązł gdzieś między pasmami ciemności. Nie miał żadnej broni poza swoim sprytem i ćwiczoną latami czujnością i żelazną wolą. Nie pamiętał, by kiedykolwiek czuł się bezpiecznie.

Głos niespodziewanie odezwał się, gdzieś z niedaleka.

– Nicholas Bartlett? Jest pan tu?

Z trudem odwrócił głowę. Nie wiedział, o co chodzi. Imię było jakby znajome, sylaby tworzyły pewien sens…

Chciał zatrzymać ten nagły atak wspomnień. Za słowami czaiły się obrazy, kotwiczące go na powrót w rzeczywistości, którą pragnął wymazać z pamięci.

Z ust prześladowcy, który unosił już ostrze, połyskujące w słabym świetle księżyca w nowiu, wydobyły się kolejne słowa:

– Rozpusta i Cnota.

Czy to była modlitwa czy przepowiednia? Zapowiedź tego, co ma nadejść, czy wspomnienie przeszłości?

– Nie! – krzyknął. Wynurzył się z wody, pchany wściekłością, gotów spotkać się z przeznaczeniem. Prawie nie poczuł cięcia nożem po twarzy. W desperackiej walce o życie zacisnął dłonie na szyi napastnika, zaskoczony nagłym przypływem sił. Usłyszał trzask kości i w świetle księżyca dostrzegł wyraz zaskoczenia w ciemnych wybałuszonych oczach mężczyzny. Gorący oddech na skórze przedramienia ustał. Śmierć nadeszła cicho. Ciało pokonanego przeciwnika zwiotczało, a po chwili pogrążyło się w czarnej toni James River, tworząc niewielkie zmarszczki na wodzie.

Usiadł w mokrej trawie na brzegu i ukrył głowę między kolanami, czując bolesne pulsowanie w skroniach.

Rozpusta i Cnota.

Nicholas Bartlett.

Rozpoznawał te słowa, znał imię, które przepajało każdą część jego jaźni.

Nicholas Henry Stewart Bartlett.

Wicehrabia Bromley.

Herb ze smokiem po lewej stronie i koniem po prawej. Obydwa srebrne.

Majątek w Essex.

Oliver. Frederick. Jacob.

Klub, skrywający wiele tajemnic.

Rozpusta i Cnota.

– Do diabła! – W jego głowie wszystko gwałtownie się zakotłowało. W chaosie dominowało uczucie wstydu, dojmującej pustki.

Popłynęły łzy zmieszane z krwią, myśl o stracie dawnej tożsamości zlała się z żalem, że wszystko zapomniał.

Rozpustny londyński lord, u którego stóp leżał cały świat, rozkapryszony młodzieniec trwoniący czas na niezliczonych uciechach, przeobraził się w człowieka, którego życie hartowane było latami trudów i wyrzeczeń.

– Nicholas Bartlett.

Obracał to imię na języku i powtarzał je cicho w noc. Samogłoski rozciągały się na amerykańską, nie angielską, modłę, w minorowej tonacji i dziwnie obcym rytmie.

Wytężył pamięć, jednak przypomniał sobie tylko pobyt w posiadłości stryja w Bromworth w Essex. Późniejsze wspomnienia się ulotniły. Nie pamiętał powrotu do Londynu ani podróży do Ameryki. Pozostało mu jedynie wspomnienie bólu i… wody. Być może został wyłowiony przez jakąś łódź i zaokrętowany na jakiś statek jako ktoś, kto stracił pamięć?

Wiedział, że nie zamierzał uciekać, mimo że jego hazardowe długi urosły w błyskawicznym tempie, gdy tylko zaczął zapuszczać się w podejrzane zaułki Londynu, gdzie szulerka była na porządku dziennym. Grożono mu porachunkami, jeśli nie zapłaci, ale zazwyczaj potrafił udobruchać wierzycieli. W najtrudniejszym czasie mógł liczyć na swoich przyjaciół, a poza tym miał klub w Mayfair. Dom. Rodzinę. Miejsce, w którym czuł się jak u siebie. Kochał Jacoba Huntingdona, Fredericka Challengera i Olivera Gregory’ego jak braci, których nigdy nie miał.

Dotknął drżącą dłonią rany pod okiem. Palce pokryły się lepką czerwienią sączącej się krwi.

Oko wydawało się obce. Zastanawiał się, czy to noc jest tak ciemna, czy też jego prześladowca oślepił go na zawsze. Odetchnął z ulgą, gdy trzymając rękę na tle odbicia delikatnego światła w wodzie, zauważył rozmyty kształt.

Nie miał sił, by wrócić poprzez trzciny i nurt rzeki, by skryć się pod drzewami. Nie chciał, by ktokolwiek zobaczył go w tym stanie. Musiał też się upewnić, że w pobliżu nikt na niego nie czyha. Ogarnęło go obezwładniające zmęczenie oraz tęsknota za dawnymi czasami, za życiem, które przerwał z własnej woli. Nigdy wcześniej nikogo nie zabił… Strach ustępował teraz dojmującemu poczuciu winy.

Jak ma się teraz odnaleźć i wejść w przypisaną mu rolę lorda? Czy napastnik też kochał swoją rodzinę? Czy wypełniał zadanie, które mu zostało zlecone? Dobrze znał krainę szarości, w której którym żył przez ostatnie sześć lat. W Ameryce już dwukrotnie próbowano go zabić. To byli ludzie na posługach u tajemniczego wroga, zręcznie z ukrycia pociągającego za sznurki.

Nieustannie zmieniał miejsca pobytu, używał wielu nazwisk, unikał bliższych związków, by nie zostać wykrytym i nie narażać życzliwych mu ludzi na niebezpieczeństwo. Nie pozwalał sobie na żadne poufałości. Czuł, że prześladowca podąża jego tropem.

Emily. Młodsza córka dobrodusznego pastora i jego żony, którzy go przygarnęli, została zepchnięta z klifu. Przeżyła tylko dlatego, że jakimś cudem uczepiła się skały.

Przypominał sobie kolejne miasta, nowe zajęcia, coraz to inne kobiety z wdziękami na sprzedaż. Nie szukał przyzwoitego towarzystwa, pomieszkiwał w półświatku plugastwa, sekretów i powierzchownego porozumienia. Rozumiał okaleczonych na duszy podobnie jak on, i w pewien sposób cenił sobie wolność samotnika.

Peter Kingston. To było jego obecne imię tu, w nadrzecznym Richmond, stolicy Kolonii i Dominium Wirginii. Mógł nazajutrz zniknąć i nikt by za nim nie zatęsknił. Mruk i gbur, który nigdy się nie uśmiechał, zatrudniony w tawernie na Shockoe Bottom. Obcy. Cudzoziemiec. Przybysz. Teraz morderca. Kolejne miano do kolekcji. Coraz większe wyobcowanie. Był jak cień, poruszający się po Ameryce, niepozostawiający śladów stóp. Aż do dzisiejszej nocy. Aż do teraz. Do momentu, gdy jego ręce zacisnęły się wokół gardła prześladowcy, by złamać w nim życie.

Pochylił się i zwymiotował w gąszcz krzewów sumaka jadowitego.

– Gdy liści trzy, nie tykaj ich – zanucił mimowolnie, wycierając usta w postrzępiony brzeg kurtki. Miałby się z pyszna, gdyby dotknął tej rośliny. Od razu otrzymałby pokutę. Wyprostował się z trudem.

Zabierze najpotrzebniejsze rzeczy i znajdzie jakiś statek do Anglii. Frederick, Oliver i Jacob pomogą mu dojść do siebie, a wtedy opuści Londyn, by osiąść na wsi w hrabstwie Essex. Samotnie. Dla niego było to jedyne wyjście.

Gdy spojrzał za siebie, ciemny nurt James River spowijała gęsta mgła.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn – 26 grudnia 1818

Był drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia.

Nicholas uśmiechnął się do siebie w duchu. W Ameryce świętowanie nie było mu w głowie, więc sama myśl o Świętach tutaj, w Londynie, poprawiała mu nastrój. Wiara, tradycja, dawały nadzieję takim jak on. Nie powinien pogrążać się w rozpaczy, chociaż nie mógł sobie wyobrazić żadnego kościoła, w którym otrzymałby odpuszczenie grzechów… o ile okazałby się na tyle nieroztropny, żeby je komukolwiek wyznać.

Znane melodie kolęd towarzyszyły mu jeszcze, gdy wyłonił się z wąskiej uliczki na tyłach klubu Rozpusta i Cnota w Mayfair. Obszedł budynek, stając przed frontowymi drzwiami. Tutaj dominowały salwy śmiechu i głośne okrzyki w trakcie gry w karty w salonie na dole. Grano o wysokie stawki, płynął duży kapitał. Tymczasem w kieszeni zostało mu jedynie kilka lichych monet. Po raz kolejny zastanowił się, czy powinien tu w ogóle przychodzić.

Późne popołudnie wydłużało cienie. Mógł odejść niezauważony i pojechać na północ. Drugi dzień Świąt większość ludzi spędzała w domu, ciesząc się towarzystwem rodziny. Nikomu nie brakowało jego towarzystwa.

Nerwowo przełknął ślinę, gdy spojrzał w górę i zobaczył, że niebo przybrało szkarłatną barwę. Kolor krwi… winy. Czy to była zapowiedź kary ze strony niebios, czy wypisane czerwonym atramentem ułaskawienie?

Przetrząsnął kieszeń i znalazł srebrnego szylinga.

– Orzeł – zostaję, reszka – wyjeżdżam. – W tej chwili było go stać tylko na taki losowy wybór. Moneta wykonała obrót i gdy spadła na otwartą dłoń, ujrzał oblicze Jerzego III. Przemknęła mu myśl, że gdyby spadła odwrotną stroną, zagrałby do trzech razy sztuka.

Po chwili pukał w pokryte czarnym, błyszczącym lakierem frontowe drzwi.

Otworzył je potężny mężczyzna w stroju lokaja. Skłonił się uniżenie, jednak wyraz jego twarzy świadczył o tym, że dobrze zna swoją wartość.

– Czym mogę służyć, sir?

Nicholas wyczuł cień lekceważenia w głosie lokaja. Zdał sobie sprawę, że po długiej podróży jego wygląd pozostawia wiele do życzenia. Miał na sobie przybrudzone ubranie, zbyt bujną brodę i za długie włosy.

– Czy zastałem któregoś z szanownych właścicieli tego przybytku?

Starał się zaokrąglać samogłoski i brzmieć przekonująco. Człowiek, który pilnował drzwi nie musiałby się specjalnie wysilać, by wyrzucić go na ulicę. Z pewnością widział też desperację w jego oczach.

 

– Tak, są obecni, sir.

– Czy mógłby mnie pan do nich zaprowadzić?

– Oczywiście, sir. Czy mogę najpierw wziąć pana kapelusz i płaszcz? Kogo mam zaanonsować?

– Dobrze mnie znają.

– Proszę tu zaczekać, sir. – Lokaj powiesił ubiór Nicka po wewnętrznej stronie drzwi na jednym z rzędu drewnianych kołków w kształcie męskich narządów. Uderzyła go teraz ostentacyjna frywolność wystroju wnętrza. Wcześniej w ogóle tego nie zauważał.

Przeżył kolejne zakłopotanie. Oto otrzymał następny dowód, jak bardzo zmieniło się jego spojrzenie na świat. Przełknął ślinę i pożałował, że nie wziął swojej piersiówki z brandy.

Usłyszał szuranie krzeseł i pośpieszne kroki, odgłos otwieranych z impetem drzwi, prawie wyrwanych z zawiasów i oto znów miał przed sobą trzy znajome twarze, bezgranicznie zdumione. Pełne niedowierzania.

– Nicholas? – To Jacob, który oczywiście był pierwszy. Przystojny zawadiaka, a przy tym człowiek o wielkim sercu, godzien zaufania, troszczący się o słabszych.

Oliver i Frederick stanęli za nim.

– Sześć lat, nie było cię przez sześć cholernych lat… – rzucił Oliver, a rumieniec emocji odmalował się na jasnobrązowej skórze.

– I żeby, ot, tak, zjawiać się bez zapowiedzi? Czemu przynajmniej nie dałeś nam listownie znać, gdzie, kiedy i jak będziesz podróżował? – Fredowi załamał się głos, gdy spojrzał na bandaż na lewej ręce przyjaciela, ledwo zakrywający głęboką, sączącą się ranę.

Dwadzieścia pięć dni spędzonych na statku nie pomogło w gojeniu się cięcia od noża. Bolało go tak bardzo, że nabrał zwyczaju chowania ręki za pazuchą, co przynosiło pewną ulgę w bólu.

– Dzięki Bogu, że wróciłeś. – Oliver, najwyraźniej wzruszony, podszedł do Nicholasa i objął go ramionami. Nicholas zesztywniał. Od dawna nikt go tak serdecznie nie potraktował. Potem Fred i Jake wyściskali go z całej siły.

Wciągnął powietrze. Nie powinien był tu przychodzić. Postąpił samolubnie. Powinien był posłuchać swojej intuicji i trzymać się z daleka od wszystkich znajomych, dopóki w pełni nie rozpozna grożącego jemu i im niebezpieczeństwa. A jednak więzy przyjaźni okazały się silniejsze. To przecież przede wszystkim nadzieja na to spotkanie wiodła go do Londynu przez morza.

– Trzeba to natychmiast uczcić – powiedział Fred, ciągnąc Nicholasa do prywatnego salonu na końcu korytarza. Reszta pospieszyła za nim. Stół rozłożony do pokera przewrócił się, kiedy wpadli do wnętrza, karty spadły, a żetony się rozsypały. Już sam ten fakt podniósł go na duchu. Oliver sięgnął do barku po nieotwartą butelkę i zaczął nalewać.

Poczekał, aż wszyscy będą mieli pełne kieliszki i uniósł swój.

– Za przyjaźń – powiedział z prostotą.

– Za przyszłość – dodał Jake.

– Niechaj to, co ci się przytrafiło, Nicholasie, trzyma nas razem – rzekł poważnym tonem Fred, a kiedy Oliver uśmiechnął się ciepło, w jego zielonych oczach kryło się pytanie.

Koniak, choć aksamitny w smaku, był mocny, nie do porównania z napitkami domowej roboty, które tak wprawnie nalewał w tanich barach na wschodnim wybrzeżu Ameryki. Moc alkoholu oszołomiła go. Oto smak młodości, pomyślał, rozkoszując się trunkiem.

Kiedy Jacob przesunął się, by usiąść z pozostałymi, Nick zajął jego miejsce u szczytu stołu. Zawsze tam siadał, w czarnym mahoniu krzesła miał wygrawerowane swoje inicjały. Kciukiem prawej dłoni przejechał przez oznakowanie, obwiódł krawędzie będące śladem jego przeszłości.

– Nick, wszystko jest tu tak jak dawniej. Zawsze wierzyliśmy, że wrócisz. Ale dlaczego nie było cię tak długo? Dlaczego minęło tyle lat, zanim wróciłeś? – Jacob wypowiedział to, co myśleli wszyscy.

– Miałem zanik pamięci. Nie pamiętałem, ani kim jestem, ani gdzie byłem. Moja pamięć zaczęła funkcjonować na powrót w Ameryce, pięć tygodni temu, po tym, jak zetknąłem się z człowiekiem, który chciał mnie zabić.

– Patrząc na ciebie myślę, że prawie mu się udało.

– Prawie, ale nie całkiem. Spotkał go gorszy los.

– Zabiłeś go. – We Fredzie odezwał się dawny żołnierz. Nie było miejsca na kłamstwa.

– Zabiłem.

– Tego ranka, gdy zniknąłeś, w uliczce za klubem, zobaczyliśmy krew. – Jacob wstał i podszedł do kominka, by poszukać czegoś w pozłacanej szkatułce. – To też wtedy znaleźliśmy.

Zdumiał się, widząc własny sygnet. Dawniej nigdy go nie zdejmował, teraz zapomniał, że kiedykolwiek go miał. Polerowane złoto zalśniło w świetle. Servire Populo. Służyć ludziom. Jak na ironię, dobrze pamiętał młodzieńczą chęć służenia tylko sobie samemu. Ujął pierścień w palce, zauważając brud za paznokciami i blizny na kostkach. Przełknął z trudem.

Tak gładko i zgrabnie podali mi z powrotem, jak na tacy, moje dawne życie, pomyślał.

– Nie pamiętam, co się zdarzyło w tej uliczce.

– Co jest zatem ostatnią rzeczą, którą pamiętasz? Zanim zniknąłeś?

– Sprzeczkę ze stryjem w posiadłości Bromworth. Panował upał i byłem bardzo pijany. To były moje urodziny, piętnastego sierpnia.

– Zatem zniknąłeś tydzień później, w następną sobotę w nocy. Przynajmniej tak nam się udało ustalić – rzekł Fred.

– Czy wiesz, że twój stryj przejął tytuł wicehrabiego Bromley? – Oliver odchylił się do tyłu na swoim skórzanym fotelu i wsparł stopy o podnóżek. Jego swobodny sposób bycia kontrastował z napięciem w jego głosie. – Chciał prawomocnego uznania cię za zmarłego, biorąc pod uwagę ilość lat, które upłynęły od zaginięcia. Już rozpoczął formalną procedurę.

– I ten podlec ma czelność mienić się twoim opiekunem – mruknął Jacob. – Jedyne, czego chce, to twój spadek i posiadłości.

Nicholas przyjął te informacje z głuchą obojętnością. Aaron Bartlett nigdy nie był łatwy w pożyciu, ale jako jedyny brat jego zmarłego ojca miał prawo objęcia kuratelą ośmioletnią sierotę. Pamiętał, jak tydzień po śmierci jego rodziców stryj wkroczył do posiadłości Bromworth z oczami płonącymi chciwością.

– To niegodziwiec, wszyscy o tym wiedzą, i marzę, by być świadkiem, jak wyrzucasz go z torbami z twojej rodowej posiadłości. – Gdy Oliver wypowiedział te słowa, przyjaciele pokiwali głowami. – Myślisz, że maczał palce w twoim zniknięciu?

Nicholas sam się nad tym zastanawiał, jednak czuł swą bezradność, nie mając żadnego wspomnienia ani dowodu. Wzruszył ramionami, dopił koniak i był wdzięczny Jacobowi za ponowne napełnienie kieliszka.

Mocno ściskał w prawej dłoni sygnet – niewielki symbol tego, kim kiedyś był i ile znaczył. Nie chciał go jeszcze zakładać na palec, gdyż noszenie go oznaczało przyjęcie roli, której nie czuł się jeszcze na siłach wypełniać. W Ameryce wędrował pod różnymi imionami, lecz jego prawdziwa tożsamość wydawała mu się równie obca, jak przybrane.

Jacob i Fred nosili ślubne obrączki. Po raz pierwszy to on zadał pytanie.

– Jesteście żonaci?

Na twarzach przyjaciół pojawiły się szczere, szerokie uśmiechy. Jacob odpowiedział:

– Nie było cię tu bardzo długo, Nicholasie, a beztroskie życie jest kosztowne i nie może trwać wiecznie. Przychodzi taki dzień, kiedy zaczynasz szukać prawdziwego szczęścia gdzie indziej i każdy z nas je znalazł. Oliver też niedługo się ożeni.

– Bardzo mnie to cieszy.

I faktycznie cieszył się ze świeżo założonych rodzin, z tego, że przyjaciele zdołali zrobić krok naprzód, mimo że jemu się to nie udało.

– Czy mogę je poznać? Wasze żony?

– Jutro wieczorem – powiedział Fred – organizujemy przyjęcie w moim londyńskim domu, z całą pompą i listą gości mającą osiemdziesiąt pozycji. Nick, chyba przydałoby się należycie wprowadzić cię do towarzystwa, a taka ilość gości nie jest chyba odstraszająca jak na pierwszą wycieczkę na angielskie salony po latach.

– Ale zanim ktoś cię zobaczy, potrzebujesz fryzjera i lekarza. Fred jest mniej więcej twojego wzrostu, więc po drobnych poprawkach krawca będziesz mógł włożyć jego ubranie. – Jacob przyglądał się Nicholasowi uważnie, a jego błękitnym oczom nie umknął żaden szczegół. Gdy przewędrował wzrokiem na twarz, Nick uniósł zdrową rękę do zranionego policzka, jakby chcąc go zasłonić.

– Jeśli ktoś nadal życzy mi śmierci, nie powinienem was w to wciągać. Nie chciałbym…

Fred potrząsnął głową.

– Jako twoi przyjaciele już jesteśmy w to wmieszani. Pomożemy ci i nic nas nie powstrzyma.

Oliver położył otwartą dłoń na stole wnętrzem ku górze, tak jak to robili od swojego pierwszego spotkania, pozostali położyli na niej swoje. Zastanawiał się tylko chwilę, zanim położył na wierzchu swoją. Połączyła ich niema obietnica.

– W rozpuście i cnocie – wypowiedzieli zgodnym chórem. W tej chwili to motto wydawało się bardziej odpowiednie, niż kiedykolwiek wcześniej.

– Powinniśmy się udać do mojej rezydencji na drinka. Mam tam więcej koniaku, a i okazja wymaga dalszego świętowania. Nick, możesz zostać u mnie jak długo będziesz potrzebował, zaraz każę przygotować dla ciebie pokój.

Zaproszenie Jacoba kusiło.

– Jesteś bardzo uprzejmy, jednak nie chciałbym narażać cię na niebezpieczeństwo. – Musiał to powiedzieć, by dać przyjacielowi szansę na wycofanie się z twarzą.

– Uważam, że jestem w stanie zadbać o siebie i moją rodzinę. Martwmy się raczej o rozwiązanie tej zagadki, o to, jak ci pomóc odzyskać te ostatnie okruchy utraconej pamięci. Gdy przypomnisz sobie twarze napastników w zaułku, być może dotrzemy do twojego prześladowcy.

– A właściwie to na czym polega taka amnezja? – zapytał Oliver.

– W wojsku wiele osób chwilowo traciło pamięć na skutek urazu – odparł Fred. – Trwało to dzień, najwyżej dwa, choć znałem kilku, którzy jej nigdy nie odzyskali.

– Fred, nie jestem przekonany, że Nick chciałby o nich teraz słuchać. – Wszyscy się zaśmiali po tych słowach Jacoba. – Dobrze, że chociaż nas i klub pamięta.

– Ciężko byłoby zapomnieć te wspaniałe wnętrza. – Nicholas zatoczył ręką koło. – Jednak najgłębiej zapadła mi w pamięć nasza przyjaźń – dokończył wzruszonym głosem, lecz szybko spoważniał. Nie przyszedł tu po litość i współczucie. Zdawał sobie sprawę, że jest cieniem człowieka, który niegdyś opuścił Anglię, a najbardziej martwił go stan zgorzknienia. Czy będzie w stanie jeszcze komukolwiek zaufać? Czy zawsze już będzie odcięty od prawdziwej bliskości przez upiory zamieszkujące jego duszę?

Przyjaciele najwyraźniej uważali, że się zmienił, stał się bardziej wrażliwy. Istotnie, lord, który za nic miał konwenanse, uwielbiał hazard i łatwe kobiety, już dawno w nim umarł. Miał wątpliwości, czy polubiłby człowieka podobnego do siebie w młodości.

Rodziła w nim niepewność. Nie lubił swojej przeszłości, ani swego obecnego wizerunku, a jego przyszłość wyglądała mniej różowo, niż mu się wydawało przed powrotem do Anglii. Jego przyjaciele mieli teraz żony albo narzeczone, rodzinę, miejsce do życia. W porównaniu z ich losem własna samotność stała się jeszcze bardziej dokuczliwa. Pogubił się i nawet myśl o stawieniu czoła swojemu opiekunowi w wielkim holu domu Bromworth stała się mniej ekscytująca.

Czy chce tego wszystkiego z powrotem? Czy koniecznie musi być wicehrabią? Tytuł uwięziłby go na powrót w gorsecie konwenansów, które teraz, po latach, wydawały mu się absurdalne.

Nawet klub stracił już dla niego swój czar. Ten przybytek rozkoszy wydał mu się wręcz żałosny. Przeszkadzała mu nachalna seksualność. Z miejsca, w którym siedział, widział liczne rzeźby kobiet, w mniejszym lub większym dezabilu i w różnych stadiach pobudzenia. Malowidła ścienne, przedstawiające kopulujące pary wydały mu się nadmiernie śmiałe.

W Ameryce uzmysłowił sobie, jakie spustoszenie sieje prostytucja. Wcześniej nigdy tego nie zauważał. Ekscytacja związana z erotycznymi doznaniami zacierała kontury rzeczywistości. Tymczasem za każdą monetą wydaną przez kogoś na zaspokojenie żądz stał koszmar drugiej osoby.

– Nicholas, co tak milczysz, dobrze się czujesz? – Jacob pochylił się i dotknął jego ramienia. Nick podskoczył, przerażony. Zezłościł się sam na siebie, że wszyscy to widzieli i na próżno starał się to ukryć.

Wszystko szło nie tak. Źle zrobił, że przyszedł tutaj oczekując, iż nic się nie zmieniło. Ból głowy, który stale mu towarzyszył, odkąd odzyskał pamięć, właśnie wybrał sobie chwilę, żeby przejść w migrenę. Bezradnie wodził wzrokiem po twarzach przyjaciół.

Miał ochotę się teraz położyć i zamknąć oczy, tutaj na podłodze, na grubym i czystym dywanie z Aubusson. Marzył o ciemności i ciszy. Był zły na siebie, gdy ogarnęły go gwałtowne dreszcze i wdzięczny Oliverowi, że znalazł wełniany koc i delikatnie okrył nim jego ramiona.