Ostatnia misja sir Gabriela

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zadanie wydawało się proste, ale jego luźny związek z Henriettą Clements zmienił się w coś innego. Gabriel od początku powinien sobie zdać sprawę, że to może się okazać niebezpieczne.

Roześmiał się bez humoru. Po pożarze Randolph Clements zniknął. Zapewne ukrył się gdzieś przy północnej granicy, a może uciekł do Francji – ale to już nie miało znaczenia. Gabriel nie miałby nic przeciwko temu, gdyby Clements chciał pomścić śmierć żony. Przeciwnie, sprawiłoby mu to ulgę, mógłby bowiem zakończyć wreszcie tę żałosną, smutną egzystencję, jaką stało się jego życie. Pożar w Ravenshill zupełnie go załamał. Ból, wściekłość i konieczność poświęcenia przytłumiły pragnienie intymności i kobiecego towarzystwa.

Przez całe lata łamał serca i obietnice, torując sobie drogę pośród kaprysów i zachcianek nieszczęśliwych żon. Informacje pozwalające chronić zaangażowany w wojnę kraj można było zdobywać na wiele sposobów i Gabriel spełniał swój patriotyczny obowiązek bez słowa skargi. Krążące o nim plotki pomagały mu gromadzić informacje. Gdy nasycona kochanka zasypiała, bez trudności mógł przeszukać sejf czy biurko jej męża, a świadomość, że zakradł się do matecznika wroga, stanowiła dodatkową podnietę.

To wszystko skończyło się wraz z Henriettą Clements.

Nieświadomie dotknął blizny na prawym udzie i spojrzał na srebrno-złotą obrączkę, którą kupił przed trzema miesiącami w firmie jubilerskiej Rundell and Bridges w Ludgate Hill.

– Symbol wygrawerowany na obrączce jest chrześcijański, milordzie, a napis oczywiście po łacinie. Fortuna, pani szczęścia. A komu nie przyda się odrobina szczęścia?

Sprzedawca był młody i gorliwy. Gabriel widział go po raz pierwszy.

– Oczywiście szczęście pochodzi z wiary, którą obdarzamy talizman. Bez niej talizman nie ma mocy. Niektórzy klienci przysięgają, że obrączka spełniła pokładane w niej nadzieje – bezpiecznie sprowadziła dziecko na świat, pomogła wyleczyć paskudne złamanie ramienia albo kaszel po wielu miesiącach bezsennych nocy.

Czy obrączka mogła mu przywrócić zdolność do fizycznej miłości? Gabriel zastanawiał się, czy w to wierzy, ale czy mógł sobie pozwolić na niewiarę? Kiedyś wyśmiałby podobne bzdury, ale teraz chwytał się każdej iskry nadziei, z zapałem neofity. Zapłacił majątek za tę obrączkę i od tamtej pory nosił ją przez cały czas. Czasami zastanawiał się, czy nie powinien zdjąć jej z palca i wrzucić do Tamizy, bo w ciągu dwunastu tygodni nie wydarzyło się absolutnie nic, co mogłoby wskazywać na to, że obrączka działa. Nie potrafił jednak się na to zdobyć. Wolał już nie igrać z losem.

W tydzień później Gabriel Hughes w końcu pogodził się z faktem, że jest impotentem.

Popatrzył na swój miękki członek w mrocznym pokoju przy Grey Street i pomyślał, że tak teraz wygląda jego życie. Cóż za ironia.

Kobieta obok niego była piękna, miła i miała obfite kształty. Była to wiejska dziewczyna, która łączyła w sobie zdrowy rozsądek z mroczną zmysłowością, czekającą na kogoś, kto ją rozpali. Siedziała na łóżku w czystej haftowanej halce, patrząc na niego z łagodnym uśmiechem na nieumalowanych ustach.

– Myślałam, że mój pierwszy klient będzie stary i brzydki, sir. Zastanawiałam się, czy będę w stanie zrobić to, co każe mi robić ciotka, ale widzę, że ta praca jest o wiele łatwiejsza niż to, co robiłam wcześniej. Pracowałam w tkalni, ale zamknęli ją. Była nas setka dziewcząt. Od ostrego światła bolały mnie oczy i nie wolno nam było zrobić sobie przerwy. A teraz siedzę w cieple z kieliszkiem dobrego wina.

– A zatem jesteś dziewicą? – zapytał ze ściśniętym sercem.

Potrząsnęła głową.

– Mary kazała mi mówić, że jestem, bo za to są lepsze pieniądze. Ale ja chodzę do kościoła w niedzielę, sir, i nie mogłabym kłamać.

Gabriel ucieszył się. Pierwszy raz dla każdej kobiety powinien być wyjątkowy.

– Mój Jack zmarł, zanim zdążyliśmy wziąć ślub. Jednego dnia zachorował, a następnego już go nie było. Ja miałam szczęście, że wyzdrowiałam, chociaż trwało to wiele tygodni.

Dziewczyna gadała bez zahamowań, a Gabriel siedział nieruchomo i słuchał. Po raz pierwszy od dawna nie miał ochoty uciekać gdzie pieprz rośnie od półnagiej kobiety. Jej słowa niosły mu pewną pociechę i nawet mdłości zaczęły ustępować.

– Mama powiedziała, że powinnam pojechać do Londynu, do jej siostry, która dobrze sobie radzi. – Dziewczyna potrząsnęła brązowymi lokami i roześmiała się. – Ona chyba nie wie dokładnie, czym się zajmuje ciotka Mary. W domu nie miałam żadnych widoków na pracę, więc zgodziłam się przyjechać i spróbować. Ale jeszcze nic nie zrobiliśmy, prawda? – Barwnym językiem zaczęła opisywać rzeczy, których jeszcze nie zrobili.

Gabriel odwrócił się do okna. Dziewczyna nie przebierała w słowach, ale jej paplanina uspokajała go. Może to jej szczerość sprawiała, że krew nie dudniła mu w uszach, a oddech nie przyspieszał. To były niewielkie kroki we właściwym kierunku, prowadzące do uzdrowienia. Gdyby tylko potrafił przestać myśleć i raz wreszcie to zrobić!

Jego uwaga wróciła do podstawowego problemu. Spojrzał w dół. Miękki. Nawet nie drgnął. W świetle padającym z okna blizny na jego prawym udzie i biodrze wyglądały okropnie. Podciągnął bryczesy.

Dziewczyna w jednej chwili zeskoczyła z łóżka i złapała go za ramię.

– Czy może pan tu zostać chwilę dłużej, sir? Tylko chwilę, żeby… – Urwała, szukając odpowiednich słów.

– Żeby twoja ciotka myślała, że zarobiłaś na swoje utrzymanie?

– No właśnie, sir. Poza tym dobrze się z panem rozmawia i ładnie pan pachnie.

Roześmiał się i odsunął jej rękę. Wizyta tutaj nie była taką porażką, jakiej się obawiał po katastrofie w Świątyni Afrodyty. Gestem poprosił, żeby dolała mu wina. Z uśmiechem podała mu wyszczerbiony puchar. Obrócił go w ręku.

– Jack mówił, że zanim się obejrzymy, będziemy małżeństwem z tuzinem dzieci i niech pan tylko popatrzy, co się z nim stało. Czasem mi się wydaje, że życie jest jak gra w szachy. W jednej chwili wygrywa się wszystko, a w następnej zmiatają cię z szachownicy.

– Umiesz grać w szachy?

– Umiem, sir. Ojciec mnie nauczył, kiedy byłam mała. On też pracował w tkalni, rozumie pan, ale pewien dżentelmen w gospodzie pod Styal w Cheshire nauczył go kiedyś podstaw gry i ojciec nigdy tego nie zapomniał. Mam ze sobą szachownicę. Jeśli pan chce, to możemy zagrać dla zabicia czasu.

Gdy dziewczyna owinęła się szlafrokiem, Gabriel odetchnął swobodniej. Małe kroczki, powiedział sobie. Małe, malutkie kroczki. A to był pierwszy z nich.

W godzinę później, po wyrównanej partii, Gabriel wyciągnął z kieszeni złotą gwineę.

– To za twoje usługi, Sarah, i za dobre serce.

Sprawdziła złoto równymi, białymi zębami. Była jeszcze na tyle młoda, że ich nie straciła, i na tyle niewinna, by wierzyć, że złoto może okazać się lekarstwem na brak moralności. W jej wieku taka wymiana wciąż wydawała się korzystna. Boże, mruknął Gabriel pod nosem, sięgając po żakiet. Henrietta Clements kiedyś była taka sama, pełna nadziei i ślepej ufności.

Wyjął z kieszeni wizytówkę i położył na nierównym sienniku.

– Umiesz czytać?

Dziewczyna potrząsnęła głową.

– Gdybyś kiedyś chciała stąd uciec, znajdź kogoś, kto umie czytać, i przyślij mi wiadomość. Mogę ci znaleźć przyzwoitszą pracę.

W jednej chwili zeskoczyła z łóżka i zarzuciła mu ramiona na szyję. Poczuł jej ostry zapach.

– Może się pan położy, a ja się wszystkim zajmę, sir. W prezencie za to, że był pan taki miły i w ogóle.

Pełne usta dotknęły jego ust. Gabriel czuł jej żarliwą niewinność, ale bolesne wspomnienia przeważyły nad dobrymi manierami i odepchnął dziewczynę.

– Nie! – powiedział ostrzej, niż zamierzał.

Sarah nie skrywała rozczarowania.

– Nie przyjdzie pan tu więcej? Nawet na partyjkę szachów?

– Obawiam się, że nie. Ale dziękuję ci za wszystko.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kamień był zimny, wygładzony przez echa czasu. Próbował jej dosięgnąć między tkanymi obrazami Chrystusa w cierniowej koronie, ale powstrzymał go dławiący dym i w uszach zadzwoniła upiorna cisza. W ręku trzymał sztylet. Pojemnik z wodą święconą spadł z pulpitu na marmurową posadzkę upstrzoną znakami czasu. Widmo śmierci krążyło nad nim, gdy wyciągał ręce w stronę Henrietty. Z jego palców spływały czerwone krople. Oczy Henrietty były martwe.

Obudził się z głośnym dudnieniem w uszach i palcami zaciśniętymi kurczowo na prześcieradle. To znów był ten sam przeklęty sen. Nigdy nie zdążał na czas, nigdy nie był na tyle szybki, by ją ocalić. Zaklął, zasłaniając usta dłonią, i spojrzał na zegar na kominku.

Szósta. W każdym razie przespał godzinę – lepiej niż w niektóre noce, gorzej niż w inne. Słychać już było pierwsze ptaki i miasto budziło się do życia. Na ulicy rozlegały się głosy handlarzy. Mleko, mleko! Makrele, cztery za sześć pensów! Po chwili zagłuszył je łomot przejeżdżającego powozu.

Nieoczekiwanie zobaczył przed sobą błękitne jak woda oczy panny Adelaide Ashfield siedzącej na ławce podczas balu u Bradfordów i przeklinającej dziesięć następnych tygodni. Zastanawiał się, gdzie się zatrzymała w Londynie, w domu wuja przy Grosvenor Square czy u lady Harcourt? Czy często pojawiała się na zebraniach towarzyskich, czy też była bardzo wybredna?

Znów zaklął i podniósł się z łóżka. Nie było sensu o niej myśleć. Z pewnością słyszała już, że należy trzymać się od niego z dala. Zresztą zamierzał zniknąć, gdy tylko znajdzie tych, którzy pomagali Clementsowi i działali na rzecz Napoleona.

Matki panien na wydaniu traktowały go teraz chłodniej. Wszyscy wiedzieli, że rodzinny majątek podupadł, a wypalona łupina Ravenshill Manor stoi porzucona. Jego ojciec stracił większość tego, co zostało po dziadku, który nie najlepiej radził sobie z zarządzaniem rodzinnymi dobrami. Gabriel próbował wyprowadzić rodzinny majątek na prostą, ale bankierzy nie zabiegali już o jego względy, tak jak i przedsiębiorcy poszukujący zarobków przy starych rodzinach. Było tylko kwestią czasu, nim dobre towarzystwo zupełnie się od niego odwróci.

 

Jednak rozmowa z Adelaide Ashfield z Dorset sprawiła mu przyjemność. Uśmiechnął się, gdy sobie to uświadomił. Ta niezwykła debiutantka zajmowała sporo miejsca w jego myślach i nie miał nawet ochoty zastanawiać się dlaczego. Przywodziła do niego wspomnienia czasów, gdy wszystko było łatwiejsze, gdy każdy konflikt można było rozwiązać pięściami, gdy kładł się o północy i spał dobrze aż do świtu.

Co się zdarzy za dziesięć tygodni? Czy wuj pozwoli jej po prostu wrócić na wieś, z nienaruszonym majątkiem, niezamężnej i wolnej?

Jego spojrzenie natrafiło na złoty medalion wiszący na krawędzi szafy przy oknie. Ten drobiazg należał do Henrietty. Zostawiła go podczas swojej ostatniej wizyty. Po jej śmierci zatrzymał go na pamiątkę albo może jako ostrzeżenie, żeby nie zapomnieć, dlaczego już nigdy nie będzie w stanie stworzyć bliskiego związku z kobietą.

Próbował sobie przypomnieć, od czego zaczął się pożar w kaplicy, ale nieustannie czuł, że coś mu umyka. Przez jakiś czas sądził, że to on rozniecił ogień, ale potem przypłynęła do niego wizja czyichś dłoni, które to robiły. Czy to były jej dłonie, czy jej męża? A może ich wspólników? Jedyne, czego był pewien, to ból i poczucie, że został zdradzony. To poczucie zresztą nadal go nie opuściło.

Może on i panna Adelaide Ashfield mieli ze sobą więcej wspólnego, niż się zdawało. Może ona również została przez kogoś zraniona, może spotkała się z fałszem czy złamaną obietnicą. W końcu nieczęsto się zdarzało, by młoda i piękna dziewczyna była tak przeciwna małżeństwu i by mówiła o tym z takim przekonaniem. Chciałby ją znowu spotkać, by zrozumieć, o co jej właściwie chodzi. Tego wieczoru miał się odbyć bal u Harveyów. Może rodzina Penbury’ego również się pokaże? Gabriel słyszał też, że ma tam być obecny George Friar, bogaty Amerykanin, który wcześniej przez dłuższy czas mieszkał u Clementsów, kuzyn Randolpha. Niektórzy twierdzili, że ten człowiek ma liczne sekrety, i Gabriela bardzo on interesował.

Złota inkrustacja na pierścieniu zalśniła w świetle. Gabriel zmarszczył brwi i wymamrotał pod nosem anglikańską modlitwę zmartwychwstania, a potem obrócił obrączkę tak, by krzyż znalazł się na wierzchu.

Fortuna. Naraz uświadomił sobie, że już dawno stracił wszelką nadzieję na powrót dobrego losu.

Przybył na bal u Harveyów później, niż zamierzał, i pierwszą osobą, na jaką się natknął, był jego przyjaciel Daniel Wylde, earl Montcliffe, a obok niego Gabriel zobaczył Luciena Howarda, earla Ross.

– Przyjechałem z Montcliffe tylko na kilka dni, Gabe, żeby dobić transakcji na źrebię mojej pięknej pary siwków.

To wzbudziło zainteresowanie Gabriela.

– Mówisz o tych arabskich pięknościach, które jakiś rok temu pokazywałeś u Tattersalla? Tych, które wywołały wielkie poruszenie, zanim zostały wycofane z aukcji?

– Właśnie o tych. Może ty chciałbyś kupić źrebię do stajni w Ravenshill? – zapytał Lucien Howard.

– Moje finanse nie są w lepszym stanie niż twoje, Luce. Wątpię, czy mógłbym sobie pozwolić na wykarmienie jeszcze jednego konia, nie wspominając nawet o kupnie.

Daniel Wylde roześmiał się serdecznie.

– W takim razie znajdź sobie piękną i bogatą żonę. To rozwiąże wszystkie twoje problemy.

– Tak jak ty?

– Cóż, szczerze mówiąc, to ona mnie znalazła.

W tej właśnie chwili przeszła obok nich nieduża, okrągła panna Greene w towarzystwie młodszej siostry. Obydwie spoglądały na Gabriela. Zatańczył kiedyś ze starszą, żeby sprawić przyjemność jej pobłogosławionej obfitymi kształtami ciotce, i od tamtej pory dziewczęta przy każdej okazji próbowały się do niego zbliżyć.

Dokoła przewijało się mnóstwo dam, a każda młodsza od poprzedniej. W końcu Gabriel zauważył w kącie pannę Adelaide Ashfield w sukni ze złotego jedwabiu, przy której jej włosy wydawały się ciemniejsze, a skóra bardziej przejrzysta. Śmiała się z czegoś, co powiedziała stojąca obok dziewczyna. Podniosła wzrok i napotkała jego spojrzenie. Nawet z tej odległości dostrzegł w jej oczach coś, co sprawiło, że serce zabiło mu mocniej. Szybko odwrócił głowę. To nie był pociąg seksualny, lecz jakieś inne uczucie, o wiele bardziej niebezpieczne. Omal nie zaklął na głos, ale dostrzegł lokaja, który właśnie przechodził obok, niosąc tacę z drinkami. Alkohol pomógł mu zapanować nad paniką, zauważył jednak, że Montcliffe i Ross wymienili pytające spojrzenia. Odwrócił się do nich plecami i uznał, że pokój karciany jest równie dobrym miejscem jak każde inne, by utopić smutki.

– Zechciejcie mi wybaczyć. Spróbuję chyba szczęścia przy wiście.

– Zaraz zagrają walca, Gabe, a ta dziewczyna w złotej sukni wygląda tak, jakby miała wielką ochotę z tobą zatańczyć.

Gabriel oddalił się w milczeniu. Jeszcze przez długą chwilę słyszał za plecami ich śmiech.

George’a Friara jeszcze nie było. Miał nadzieję, że uda mu się z nim porozmawiać – nie po to, by przekazać bezpośrednie ostrzeżenie, nie, chciał jednak dać mu do zrozumienia, jak niebezpiecznie jest wdawać się w polityczne intrygi wymierzone przeciwko Anglii. Tak czy owak, przygotowany był na czekanie, a wieczór dopiero się zaczynał.

Sto funtów później Gabriel zdał sobie sprawę, że nie potrafi się skupić na grze, i wymienił żetony na pieniądze.

– Dziękuję, panowie, ale ja już na dzisiaj kończę.

Francis St. Cartmail zgarnął ze stołu pokaźną kupkę żetonów.

– Na pewno nie zostaniesz dłużej, Gabrielu? Przydadzą mi się każde pieniądze, które mógłbyś przegrać.

Gabriel po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnął się szczerze.

– Są tu gdzieś Daniel i Luce. Namów ich, żeby z tobą zagrali.

Cartmail jednak potrząsnął głową.

– Ross jest spłukany, a Montcliffe jest odpowiedzialnym, żonatym człowiekiem. Wszystkie nadwyżki gotówki wydaje na konie, w których widzi potencjał i, na Boga, ma dobrą rękę.

– A ty nie mógłbyś grać na wyścigach?

– Raczej mnie to nie interesuje. Za miesiąc wyjeżdżam do Ameryki szukać złota.

– Sądzisz, że coś znajdziesz? – zapytał Gabriel z zainteresowaniem.

– Tak, tak sądzę. Jedź ze mną. Sprawiłoby mi to wielką radość.

Zaproszenie było równie nieoczekiwane, jak szczere. Gabriel pomyślał, że gdyby nie był bez reszty pochłonięty myślą o zemście za śmierć Henrietty, to skorzystałby z propozycji.

– Kilka miesięcy temu spotkałem człowieka, który powiedział mi, że złota należy szukać w Karolinie Północnej, Francis. Mówił, że jeśli pojadę do miasta Concord, to jego szwagier, Samuel Huie, pokaże mi, gdzie szukać. Podobno Huie wybrał się pewnego dnia na ryby i znalazł samorodek wielki jak pięść. Uwierzyłem mu, bo nie sprawiał wrażenia człowieka, który lubi ubarwiać prawdę.

– Cóż, będę miał to na uwadze. Jeśli znajdę miejsce, o którym mówisz, to przywiozę ci trochę złota.

– W takim razie życzę ci szczęścia.

– Dziękuję za taniec, panno Ashfield – powiedział George Friar, odprowadzając Adelaide na bok. Miał lekki amerykański akcent. – Czy dobrze się pani bawi w Londynie?

– Tak, sir. – To było zupełne kłamstwo, ale wiedziała, że jeśli powie cokolwiek innego, będzie musiała wdać się w skomplikowane wyjaśnienia.

– Na balu u Bradfordów widziałem, że rozmawiała pani z lordem Wesley. Czy to pani bliski przyjaciel?

Adelaide przeklęła się w duchu za rumieniec. W głosie Friara brzmiało szczere zainteresowanie.

– Dopiero niedawno przybyłam do Londynu, panie Friar. Prawie nie znam earla.

– Ale z pewnością słyszała pani o nim rozmaite opowieści. Nie jest to człowiek, któremu należałoby ufać. Każda kobieta zrobiłaby mądrze, trzymając się od niego z daleka.

– Mocno powiedziane, sir. Czy to pański znajomy?

Tamten potrząsnął głową.

– Nie, ale uwiódł żonę mojego kuzyna i przypłaciła to życiem, choć nie zasłużyła sobie na taki koniec.

– Czy chce pan powiedzieć, sir, że należy za to winić lorda Wesley? – Po pierwszym spotkaniu z Gabrielem Hughesem Adelaide pytała Lucy i inne znajome o jego przeszłość – po części z zainteresowania, ale przede wszystkim dlatego, że odniosła wrażenie, iż został potraktowany niesprawiedliwie. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego czuje dziwną więź z człowiekiem, który zdawał się uosabiać wszystko, czego zawsze szczerze nie znosiła, a jednak… – Z tego, co słyszałam, żona pańskiego kuzyna uciekła od męża do kochanka.

Tym razem Friar roześmiał się głośno.

– Kobieta, która nie obawia się mówić, co myśli, to rzadki klejnot w londyńskim towarzystwie. Dlaczego już dziesięć razy nie wyszła pani za mąż, panno Ashfield? Czy ci angielscy lordowie nie potrafią rozpoznać prawdziwego skarbu?

Ten komplement sprawił jej przyjemność, ale tylko machnęła ręką.

– Moim zdaniem kobieta niekoniecznie potrzebuje męża, choć trudno o tym przekonać mojego wuja.

W jego oczach odbił się szok, zaraz jednak opanował wyraz twarzy.

– Cóż, panno Ashfield, zawsze pochwalałem szczerość u kobiet. Czy zechciałaby pani przejść się ze mną? Chciałbym opowiedzieć pani pewną historię.

Adelaide rozejrzała się. W jej stronę zmierzał lord Berrick; wolała go uniknąć.

– Może wyjdziemy na taras – zaproponował Friar.

Przypomniała sobie ostrzeżenie lorda Wesley. Nie miała ochoty znaleźć się sam na sam z Friarem, ale w sali balowej było duszno, a przez okno dostrzegła na tarasie kilka osób, które korzystały z ciepłego wieczoru, pomyślała zatem, że nie stanie się nic złego, jeśli przez pięć minut posłucha, co Friar chce jej powiedzieć.

On zaś wyraźnie zastanawiał się nad doborem słów. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ogrody za balustradą tarasu i w końcu rzekł:

– Niektórzy mówią, że earl Wesley nie jest tylko dandysem, na jakiego wygląda. Mój kuzyn był zdruzgotany stratą żony i nie wierzy, że jej śmierć była przypadkowa.

– W takim razie w co wierzy?

– Jeśli mogę mówić szczerze, sądzi chyba, że Wesley ją zabił, bo zmęczyły go jej uczucia i miał jej dosyć.

Adelaide poczuła się zszokowana goryczą i oskarżeniem w jego słowach.

– Zdaje się jednak, że sąd nie podzielał tych przekonań, panie Friar. – Zastanowiła się przelotnie, dlaczego z takim zapałem broni mężczyzny, którego reputacja daleka była od nieskazitelnej, choć wszystko, co wiedziała o lordzie Wesley, pochodziło tylko z plotek.

– To prawda, panno Ashfield, ale sprawiedliwość i pieniądze kroczą ręka w rękę, a tytuł Wesleya ma swoją wagę w kwestiach sądowych.

– Tak mówią wszyscy, którzy sądzą, że spotkała ich w sądzie niesprawiedliwość, choć nie potrafią tego udowodnić. Lepiej zająć się własnym życiem i patrzeć w przyszłość, niż w nieskończoność rozgrzebywać przeszłość.

– Ma pani bardzo mocne przekonania, panno Ashfield. To niezwykłe u debiutantki.

– Uznam to za komplement, panie Friar, bo jestem starsza od większości debiutantek i o wiele mądrzejsza. Wiem, że ludzie gotowi są powiedzieć wszystko o każdym, a jednak przez to ich słowa nie stają się prawdą.

Friar roześmiał się, ale nie był to przyjemny śmiech.

– Była pani kiedyś w Ameryce? – Gdy potrząsnęła głową, ciągnął: – Mam dużą posiadłość w Baltimore, w Coles Harbor, na zachodnim brzegu Jones Falls River. Przyjechałem do Anglii, by znaleźć partnerkę, która zechciałaby się cieszyć tym miejscem razem ze mną. Nie szukam nieśmiałej i uległej narzeczonej, panno Ashfield, ani zbyt młodej. Szukam kobiety, która potrafiłaby stawić czoło trudnościom Nowego Świata, obdarzonej majątkiem wystarczającym, bym mógł podłożyć podwaliny pod własną fortunę.

– Rozumiem. – Adelaide rzeczywiście zrozumiała, że chcąc uniknąć lorda Berrick, wpadła z deszczu pod rynnę. W końcu tak właśnie zawierało się małżeństwa w Londynie. Panny młode traktowane były jak każdy inny towar. Mężczyźni kładli na stole ofertę, a rozsądna kobieta rozważała swoje możliwości i wybierała najlepszą opcję na całe życie – na zawsze. Ciotka Eloise miała rację, kobiety sprzedawały swoje dusze za małżeństwo i żałowały tego do końca swoich dni.

Na myśl o tym zaniemówiła z przerażenia. George Friar uznał chyba jej milczenie za zgodę, bo pochylił się, ujął jej dłoń i mocno przycisnął do ust. Jego pocałunek był zimny i mokry. Adelaide szybko cofnęła rękę, nie mogąc uwierzyć, że ośmielił się uczynić coś takiego w publicznym miejscu, ale gdy się rozejrzała, uświadomiła sobie, że wszyscy inni weszli już do środka.

 

Pan Friar jednak nie puścił jej dłoni. Wciąż trzymając jej palce w swoich, wydyszał z zaciętym wyrazem twarzy:

– Ależ niech pani da spokój, panno Ashfield! Z pewnością potrafimy się dogadać. Wydaje się pani bardzo zmysłową kobietą, a ja, jeśli mogę tak o sobie powiedzieć, uważany jestem za dobrą partię przez niezamężne kobiety w okolicach Baltimore. Nowe życie, przygoda i możliwość wykorzystania pani majątku w sposób, który pozwoli go podwoić – proszę skorzystać z okazji i nie pozwolić się onieśmielić względom ostrożności.

Adelaide myślała szybko. Musiała jakoś wybrnąć z tej sytuacji i wrócić do środka, nie wywołując sceny.

– Z pewnością jest pan dobrą partią, jak zechciał to pan określić, ale proszę mi uwierzyć, gdy mówię, że nie chcę wychodzić za mąż. – To wyjaśnienie w niczym nie pomogło, bo Friar jeszcze mocniej zacisnął palce na jej dłoniach i przyciągnął ją do siebie. – Jeszcze raz proszę, żeby zechciał pan mnie puścić, sir! – Jej głos wyraźnie zadrżał. Friar popatrzył jej w oczy i uniósł brwi. Czy jego zdaniem była to tylko jakaś gra?

– W takim razie tylko jeden pocałunek, żeby panią przekonać. Chyba nic w tym złego?

Palce ostro klasnęły o jego policzek. Friar cofnął się, potknął o doniczkę i stracił równowagę. Adelaide wyciągnęła rękę, żeby go podtrzymać, ale było już za późno. Spadł na drugą stronę balustrady i leżał nieruchomo na ścieżce.

Mój Boże! Czyżby go zabiła? Zapomniała o konwenansach i o własnym bezpieczeństwie, zeskoczyła do ogrodu i z ulgą zauważyła, że Friar oddycha. Nie mogła go tu zostawić, ale nie chciała również stać się obiektem ogólnego zainteresowania. Usłyszała nad głową jakiś ruch. Poczuła się zaskoczona, ale od razu wiedziała, kto to taki.