Lord Montcliffe się żeni

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sophia James
Lord Montcliffe się żeni

Tłumaczenie:

Ewa Bobocińska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn – czerwiec 1810 roku

– Wątpię, czy znajdziesz kiedyś równie piękne konie, tato, jeśli naprawdę zamierzasz je sprzedać. – Ametyst starała się usunąć z głosu troskę. Ojciec Ametyst Amelii Cameron uwielbiał wszystkie konie, ale najbardziej kochał parę swoich siwków. Wszystko zmieniało się bez powodu i to się jej zupełnie nie podobało. Ich powóz zatrzymał się gwałtownie w wąskiej alejce przy numerze dziesiątym Grosvenor Place.

– W tym problem, moja droga – odparł Robert Cameron. – Miałem to, co najlepsze, i niczego już nie pragnę. Weźmy na przykład twoją matkę. Nigdy nie znalazłem takiej jak ona. I nawet nie próbowałem.

Ametyst uśmiechnęła się. Rodzice byli kochającym się małżeństwem, aż do śmierci jej matki, która na siedem godzin przed swymi trzydziestymi drugimi urodzinami zmarła nagle na jakąś nieznaną chorobę. Ametyst miała wówczas zaledwie osiem lat i pamiętała to jak przez mgłę; jedynie ciche szepty i łzy oraz ciężkie burzowe chmury nad Tamizą.

– Nie powinieneś rozstawać się z tą parą, tato. Stać cię przecież na ich utrzymanie. Mógłbyś sobie pozwolić na każdego ogiera i każdą klacz, jakie wpadną ci w oko na aukcji u Tattersalla w przyszłym miesiącu. – Spojrzała przez okno powozu na imponujące dachy domu aukcyjnego i zapragnęła, żeby ojciec kazał zawracać do domu, gdzie mogliby omówić tę kwestię na spokojnie.

Takie pośpieszne, nieprzemyślane działanie zupełnie nie było w stylu ojca, miała nadzieję, że zastanowi się jeszcze i wycofa swoje ulubione siwki przed poniedziałkową aukcją. Zauważyła, że ojciec dostał zadyszki, wysiadając z powozu; nawet tak niewielki wysiłek sprawiał mu trudność i niepokój, dręczący Ametyst od kilku tygodni, wzmógł się.

Nagle jej wzrok przyciągnął mężczyzna, który opuszczał swoją karetę. Po katastrofalnym fiasku swego małżeństwa Ametyst rzadko dostrzegała płeć przeciwną, hańba i poczucie winy stłumiły jej zainteresowanie. Ale ten mężczyzna był wysoki i potężnie zbudowany. Nosił doskonale skrojony surdut, jego niesforne czarne włosy sięgały niemal kołnierza i na tle białego płótna ich czerń wydawała się jeszcze głębsza. Nieznajomy wydał się jej piękny w jakiś niepokojący, dziki sposób. Zauważyła, że mijający go ludzie odwracali się za nim i zastanawiała się, jak czuje się człowiek tak bardzo zwracający na siebie uwagę.

– Kochanie, powiedz Elliottowi, żeby przysłał po mnie powóz o drugiej, jestem pewien, że do tego czasu skończę. – Słowa ojca wytrąciły Ametyst z zamyślenia. Oderwała wzrok od nieznajomego, licząc na to, że Robert nie zauważył jej zainteresowania. – I koniecznie połóż się, żeby trochę odpocząć, ostatnio robisz wrażenie zmęczonej.

Zatrzasnął za sobą drzwiczki i poczekał, aż powóz ruszy, zanim włożył na głowę kapelusz. Nowy surdut nie leżał już dobrze na jego ramionach, a jeszcze przed miesiącem był idealnie dopasowany.

Ametyst pochwyciła własne odbicie w szybie. Wyglądała staro jak na swoje dwadzieścia sześć lat i robiła wrażenie stłamszonej – przez życie i troski. Postępowanie ojca spotęgowało jeszcze napięcie; tydzień temu odwiedził w Londynie lekarza i zaraz po tej wizycie zaprowadził konie do Tattersalla, twierdząc, że nie ma czasu dla zwierząt, które tak kiedyś lubił.

Wyprostowała się gwałtownie na widok ojca rozmawiającego z tym właśnie mężczyzną, którego przed chwilą obserwowała. Czyżby ojciec go znał? O czym mogli rozmawiać? Wyciągnęła szyję, żeby dokładniej im się przyjrzeć, i już miała się odwrócić, gdy nieznajomy podniósł wzrok i ich oczy się spotkały.

Były zielone i aroganckie. Ametyst opuściła spojrzenie, zawstydzona tym, że jej serce zdawało się bić dwa razy szybciej niż zwykle.

– Dziwne – mruknęła pod nosem. Pilnowała się, żeby nie popatrzyć znowu w jego kierunku. Mocno uderzyła dwukrotnie w dach karety i ku jej zadowoleniu powóz natychmiast zwolnił do prędkości niewiele wyższej od kroku spacerowego.

Lord Daniel Wylde, szósty hrabia Montcliffe, regularnie zaglądał do Tattersalla ciekawy każdej oferowanej nowości. Tego dnia tuż przed rozpoczęciem sprzedaży był nadzwyczajny tłum.

– Pan pewnie należysz do ludzi znających się na koniach, nie? – zagadnął go na schodach starszy człowiek, nie zawracając sobie głowy należytym przedstawianiem się czy stosownym zagajeniem rozmowy. – W ofercie są moje siwki, chciałbym, żeby trafiły do kogoś, kto potrafi o nie zadbać.

Jego akcent wskazywał na mieszkańca wschodniego Londynu, wyczuwało się w nim melodię rzeki. Zapewne zbił majątek na sprzedaży towarów lub usług, ponieważ miał na sobie surdut z doskonałej wełny i dobrze dopasowane buty. Elegancki powóz, z którego przed chwilą wysiadł, już odjeżdżał, a z niego spoglądała na nich młoda kobieta z wyrazem troski na twarzy. Daniel nie zwrócił jednak na nią specjalnej uwagi, bo zelektryzowała go wzmianka o siwkach. Czyżby ta para wspaniałych koni, które podziwiał poprzedniego dnia, należała do tego człowieka? To właśnie ze względu na nie przyszedł dzisiaj ponownie; chciał zobaczyć, kto okaże się szczęśliwym kupcem.

W polu widzenia pojawił się reprezentacyjny dziedziniec Tattersalla, masywne filary podtrzymywały szerokie galerie, pod którymi mieściło się wiele zwierząt i karoc.

– Pańskie konie nie będą dzisiaj wystawione na licytację? – zapytał Daniel, nie mogąc nigdzie dostrzec siwków, co było o tyle niespotykane, że konie przed sprzedażą prezentowano na wybiegu, szczególnie zwierzęta tak piękne.

– Poprosiłem pana Tattersalla o kilka dni zwłoki na zastanowienie – odparł mężczyzna, jego policzki były pożółkłe, ale spojrzenie bystre i inteligentne. – Rozumie pan, na wypadek gdybym zmienił zdanie. Przywilej starości – dodał, prezentując w szerokim uśmiechu garnitur krzywych zębów.

Daniel czuł, że powinien się odwrócić i zostawić tego mężczyznę o nieznośnym sposobie mówienia i okropnych manierach kupca, ale coś mu kazało pozostać. Zapewne desperacja, którą widuje się w oczach ludzi walczących z przeciwnościami losu, co stwierdził później, kiedy wszystkie karty zostały już wyłożone na stół. Cała długa, prosta i nieprawdopodobna talia. Wtedy jednak nie znał jeszcze zasadniczych faktów i nie przejrzał celu nieznajomego.

– Nazywam się Robert Cameron. Jestem kupcem drzewnym – przedstawił się bez cienia wstydu czy wahania.

– Daniel Wylde. – Nie miał wyjścia, musiał podać swoje nazwisko, tytuł jednak pominął.

Mężczyzna zrobił to za niego.

– Hrabia Montcliffe, prawda? Widziałem herb na pańskiej karecie, a pan Tattersall w zeszłym tygodniu osobiście wskazał mi pana jako człowieka, który potrafi się obchodzić z końmi.

– Doprawdy?

Lodowaty ton nie zraził Camerona.

– Moje siwki są tam, milordzie. Zrobi mi pan zaszczyt i rzuci na nie okiem?

– Nie przyszedłem tutaj, żeby kupować. – Do diabła, nie było kłamstwa w tym stwierdzeniu, pomyślał Daniel i zacisnął pięści z gniewem, do którego zaczynał już się przyzwyczajać. Zauważył, że inni zaczynają zerkać w ich kierunku, więc postarał się złagodzić wyraz twarzy.

– Ma pan renomę znawcy rasowych koni, a ja chcę się tylko upewnić. Liczę na opinię eksperta.

Weszli pod zadaszenie okalające dziedziniec i zmierzali w stronę stajni. Tutaj było ciemniej i panował znacznie mniejszy ruch. Starszy pan potknął się na jakiejś nierówności terenu, ale Daniel zdążył podtrzymać go, zanim upadł.

– Dziękuję, milordzie. – Głos Camerona brzmiał ciszej, a jego ramię pod doskonale skrojonym surdutem było dziwnie wątłe. Życie wyostrzyło instynkt Daniela, który został nagle postawiony w stan alarmu. Ten człowiek nie był do końca taki, jakim się wydawał. Ciekawe, co ukrywa, zastanowił się.

– Oto Maisey i Mick, nazwałem je po moich rodzicach, ale na aukcji będą występowały pod innymi. Podobno dystyngowane imiona gwarantują wyższy dochód, więc pan Tattersall chce wybrać imiona z greckiej mitologii.

Daniel nie miał cienia wątpliwości, że siwki były rasowymi arabami, o czym świadczyły charakterystyczne, kształtne głowy i niewysokie, zgrabne sylwetki.

– Richard Tattersall to spryciarz, więc jeśli naprawdę chce pan się z nimi rozstać, to powinien pan go posłuchać. Wiem, że mój brat zawsze tu przepłacał – zauważył Daniel.

Sękate palce kupca spoczęły na czole konia, a on trącił chrapami swego pana, miłość łącząca tego człowieka i zwierzę była ewidentna.

– Maisie źle znosi zmiany. – Zdławiony głos mężczyzny sugerował, że i on także.

– To dlaczego pan je sprzedaje? Hodowla przyniosłaby panu spory dochód. Za parę lat pieniądze, jakie uzyska pan ze sprzedaży tej pary, zostałyby podwojone.

– Czas to pieniądz, a zaczyna mi go brakować, milordzie – padła ponura odpowiedź. – Mówi pan jak moja córka.

– Owa kobieta z powozu? – Dlaczego to powiedział, do licha? Najchętniej cofnąłby to pytanie.

– Mój najpiękniejszy klejnot.

Daniel ponownie poczuł się zszokowany. W jego kręgach mówienie o potomstwie z taką emfazą było nie do przyjęcia.

– Jest pan żonaty, milordzie? – Kolejna impertynencja. Czy pan Cameron zawsze mówi to, co mu ślina na język przyniesie?

– Nie. Byłem zbyt zajęty obroną Anglii. – Daniel wiedział, że powinien odpowiedzieć w znacznie ostrzejszym tonie, ale brak ogłady tego człowieka był rozbrajający. Przypomniał mu pewnego żołnierza, który służył w jego oddziale i uratował mu życie, zanim stracił własne na wysokich wzgórzach Penasquedo. Ostatnio Daniel łatwo się wzruszał; prawdopodobnie to skutek problemów z Montcliffe Manor, obciążonym ogromnymi długami spowodowanymi obojętnością jego ojca i chorobliwym pociągiem do hazardu brata.

 

Odpowiedź sprawiła, że starszy człowiek wyraźnie odetchnął z ulgą.

– Rodzic jest gotów niemal na wszystko, żeby zapewnić szczęście dziecku, rozumie pan?

– Tak, jestem w stanie to sobie wyobrazić.

– Bez wahania oddałbym swoje konie mężowi, który potrafiłby wywołać uśmiech na twarzy mojej dziewczynki.

– Hojny dar.

Do czego ta rozmowa miała prowadzić? – zastanawiał się Daniel i zakiełkowało w jego sercu ziarenko niepokoju.

– Byłem żonaty przez dwanaście cudownych lat. Kiedy moja żona zmarła, zdecydowanie przedwcześnie, że pozwolę sobie dodać, przez pewien czas… – Urwał i wytarł twarz dużą, białą chustką. – Przez pewien czas chciałem do niej dołączyć. Człowiek jest na tym świecie okropnie samotny bez miłości dobrej kobiety… a najgorsze były noce. – W oczach Roberta Camerona Daniel dostrzegł smutek, ale i… spryt.

Ogier podszedł do nich, domagając się swojej porcji pieszczot. Rzadko zdarzało się spotkać równie piękne konie; smukła, muskularna, zwarta budowa świadczyła o wytrzymałości, a w ciemnych oczach błyszczała inteligencja. Gdyby Daniel miał pieniądze, wyłożyłby je bez namysłu, bo nie ulegało wątpliwości, że potomstwo tej pary na każdym rynku świata będzie warte prawdziwą fortunę.

– Gdzie je pan kupił?

– W Hiszpanii. W pobliżu Bilbao. Usłyszałem o nich i pojechałem je obejrzeć. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia, kupiłem i przywiozłem ze sobą trzy lata temu.

– Proszę ich tanio nie sprzedawać. Jeśli będzie pan obstawał przy swojej cenie, ich wartość będzie wzrastała – doradził Daniel.

– A pan nie jest zainteresowany kupnem?

Daniel nie podejrzewał złych intencji. Ot, zwyczajna uwaga nieznajomego. Cameron sądził, że Montcliffe miał kufry pełne złota. Wszyscy tak myśleli, jak na razie.

Daniel potrząsnął głową, a w następnej chwili dostrzegł kilku innych stałych bywalców, zbliżających się, żeby obejrzeć siwki. Po nich przyszli kolejni. Ale Robert Cameron nie zdradzał najmniejszego zainteresowania sprzedażą i konsekwentnie odmawiał podania ceny, co było zaskakujące z uwagi na opowieść o jego trudnej rzekomo sytuacji.

Kiedy tłum zgęstniał, Daniel dotknął ronda kapelusza, żegnając się z kupcem drzewnym, i wydostał się ze ścisku.

W trzy kwadranse później opadł z ulgą na wygodną kanapę swojego powozu. Prawa noga bolała bardziej niż przez ostatnie miesiące i wiedział, że powinien bez dalszej zwłoki wyjąć kulę. Lekarz z Montcliffe powtarzał mu to ciągle, ale obawa, że zostanie kaleką, była silniejsza od bólu, który przeszywał go przy każdym kroku.

Daniel rzucił kapelusz na siedzenie, odchylił się na skórzane oparcie i przeczesał palcami włosy. Były zdecydowanie za długie, postanowił podciąć je tego dnia po kąpieli. Kiedyś zajmował się tym jego lokaj, ale Daniel zwolnił go, podobnie jak większość służby, zarówno w miejskiej rezydencji, jak i w Montcliffe.

Znowu przeklął Nigela za brak dbałości o rodzinne dziedzictwo. Nie powinno się źle myśleć o zmarłych, ale trudno być wspaniałomyślnym, kiedy codziennie trzeba dopisywać kolejną kwotę do już ogromnego długu.

Uwagę Daniela zwróciło poruszenie w wąskim zaułku za Hyde Park Corner. Grupka czterech czy pięciu mężczyzn otaczała jednego, w którym rozpoznał z niejakim wstrząsem Roberta Camerona.

Zastukał w dach pojazdu, otworzył drzwi i wyskoczył, kiedy tylko kareta się zatrzymała. Wystarczyło dwadzieścia kroków, by znalazł się w samym środku zamieszania. Z nosa starszego człowieka płynęła krew.

– Puśćcie go. – Podniósł laskę i z całej siły spuścił ją na rękę najbliżej stojącego rzezimieszka. Opryszek krzyknął z bólu i wypuścił z ręki nóż, który upadł z brzękiem na bruk.

– Ktoś jeszcze chce spróbować? – Wiedział, że wziął nad nimi górę, ponieważ łotrzykowie zaczęli się cofać i zniknęli, zanim zdążył policzyć do dziesięciu. Na ulicy zapadła cisza.

Skulony z bólu Cameron przyciskał prawą rękę do piersi.

– Coś ucierpiało?

– Moja… duma. – Kiedy starszy pan się wyprostował, Daniel spostrzegł grymas na jego twarzy.

– Zna pan ich?

Mężczyzna kiwnął głową.

– Żądali ode mnie pieniędzy.

– Dlaczego?

– Mam lukratywny interes i domagali się udziału w zyskach. Poza tym jeden z nich u mnie pracował… Zwolniłem go za kradzież i podejrzewam, że żywi do mnie urazę. – Cameron przytknął do nosa połę koszuli wyciągniętej ze spodni. – Gdyby pan nie nadszedł…

– Odwiozę pana do domu, proszę tylko podać adres.

Kupiec próbował protestować, ale Daniel dał znak stangretowi, żeby pomógł starszemu panu wsiąść do karety. Po dziesięciu minutach stanęli przed wielkim domem przy Grosvenor Square.

Musi mieć nielichą fortunę, pomyślał Daniel, pomagając Cameronowi wysiąść. Niemal równocześnie spostrzegli plamę krwi na skórzanej kanapie powozu.

– Proszę pozwolić, że pokryję koszty czyszczenia.

– To niepotrzebne.

Cameron wspierał się na nim ciężko i Daniel czuł dreszcze wstrząsające przerażonym człowiekiem. Kiedy podeszli do drzwi domu, ich uszu dobiegł tupot biegnących stóp, a po chwili otworzyły się drzwi.

– Jesteś ranny? – usłyszeli pełen niepokoju głos. W progu stanęła ta sama kobieta, którą Daniel widział w oknie karety, ale gniew zniekształcił jej rysy.

– Co się stało, na Boga? – Nieomal wyrwała ojca z objęć Daniela, przy czym ostry czubek jej paznokcia zostawił czerwone zadrapanie na jego nadgarstku. Jeśli nawet to zauważyła, to nie dała tego po sobie poznać. Podprowadziła ojca do kanapy stojącej pod jedną ze ścian przestronnego holu.

– Usiądź, tato. Masz sine usta. – Jej wargi były mocno zaciśnięte, a ciemne oczy spoglądały pytająco na Daniela. – Kto to zrobił?

– Grupa szubrawców zaczaiła się na niego w pobliżu Tattersalla.

– Dlaczego nie poczekałeś na powóz, tato? Prosiłeś, żeby podjechał o drugiej, prawda? – Jakby na zawołanie duży zegar w holu wybił pierwszą trzydzieści.

– Z-z-zrobiłem wszystko, co miałem do zrobienia w domu aukcyjnym.

– Sprzedałeś konie? – W jej głosie pojawił się nowy ton potępienia i irytacji. Boże, ta dziewczyna to istna harpia! Daniel czuł się w obowiązku zabrać głos, choć nie został jej przedstawiony.

Robert Cameron potrząsnął głową. Z każdą chwilą wyglądał gorzej.

– Obecny tu hrabia Montcliffe uratował mnie i odwiózł do domu. Lordzie Montcliffe, pozwoli pan przedstawić sobie moją córkę, Ametyst Amelię Cameron.

Ametyst? Jego klejnot? Kobieta o takich ciemnych oczach i gniewnie zaciśniętych ustach zdecydowanie nie zasługiwała na takie imię. Jej włosy, brązowe i dziwnie pozbawione połysku, były związane na karku w najmniej kokieteryjnej fryzurze, jaką można sobie wyobrazić.

Panna Cameron przyjęła prezentację chłodno i obojętnie, jakby przejrzała jego myśli. Miała na sobie wygodną, domową suknię bez jakichkolwiek zdobień. Czerń stroju podkreślała jej ziemistą cerę i ciemne kręgi pod oczami, które wyglądały niemal jak siniaki.

Nie była piękna, ale nie była również pospolita. Pomimo opuszczonych powiek zdołał dostrzec w jej oczach błysk gniewu, nagły i niespodziewany.

Daniel skłonił się i ze zdumieniem zobaczył krwisty rumieniec zalewający jej twarz, choć szybko odwróciła głowę i zadzwoniła po kamerdynera, żeby natychmiast sprowadził lekarza.

W następnej sekundzie znowu stała się osobą spokojną i zorganizowaną, jeśli nie liczyć czerwieni, która bardzo powoli znikała z jej policzków i sprawiała, że panna Cameron robiła wrażenie bezbronnej. Daniel miał ochotę położyć dłoń na jej ramieniu i pocieszyć…

Odepchnął od siebie tę myśl i skoncentrował uwagę na jej ojcu, który nie odrywał wzroku od córki, przyglądając się jej z namysłem.

– Mam nadzieję, sir, że wróci pan wkrótce do zdrowia – powiedział Daniel. – Gdyby pan potrzebował świadka przed sędzią, proszę się do mnie zwrócić.

Wyjął wizytówkę ze skórzanej saszetki i wręczył Cameronowi.

– Dziękuję za pomoc, lordzie Montcliffe, w pełni ją doceniam.

Daniel przyjął podziękowania i odwrócił się do wyjścia, ale córka kupca podeszła do niego z plikiem banknotów, które przed chwilą wyjęła z szuflady.

– Proszę przyjąć to jako skromny wyraz wdzięczności. – Jej głos nie był już tak ostry jak przedtem, ale Daniel tego nie zauważył, bowiem poczuł się głęboko urażony.

Bez słowa odwrócił się i opuścił pomieszczenie tak szybko, że kamerdyner nieomal nie zdążył otworzyć mu drzwi wyjściowych.

– Chyba go obraziłam, proponując mu pieniądze za fatygę, tato? – Ametyst patrzyła na pokaźną sumę w swojej ręce. Każdy ze znanych jej ludzi przyjąłby zapłatę z wdzięcznością.

Miała do siebie pretensję z powodu swego zachowania, ale była więcej niż zaskoczona, gdy zobaczyła w drzwiach swego domu mężczyznę, na którego zwróciła uwagę przed wejściem do Tattersalla. Wiedziała, że lord Montcliffe zauważył jej zażenowanie, i przeklinała się w duchu za pomysł zapłaty za honorowy uczynek.

Lord Montcliffe bez wątpienia opowie o jej niezręcznej próbie wyrażenia wdzięczności swym wysoko urodzonym znajomym w jakimś ekskluzywnym klubie położonym w lepszej dzielnicy. Bardzo dobrze, że już pojechał, pomyślała Ametyst.

– Musisz poinformować o tym napadzie władze, tato. Nie można tak po prostu udawać, że nic się nie stało.

– Myślisz, że powinienem im zapłacić? – Ametyst po raz pierwszy usłyszała w głosie ojca nutkę niepewności i wcale jej się to nie podobało.

– Nie, oczywiście, że nie. Jeśli im raz zapłacisz, będą nas nękali bez końca. Takich ludzi należy wyrywać z korzeniami.

Ojciec roześmiał się.

– Wiesz, Ametyst, czasami tak bardzo przypominasz matkę, że łzy napływają mi do oczu… – Wziął głęboki oddech. – Ale myślę, że gdyby Susannah była tutaj, skarciłaby mnie za zbytnie zaangażowanie cię w interesy… Przez to zapomniałaś o życiu. – Chusteczka, którą Robert trzymał przy nosie, wciąż nasiąkała świeżą krwią. – Mężczyzna taki jak Montcliffe mógłby sprawić, że znowu zaczęłabyś się uśmiechać.

– Ależ ja jestem naprawdę szczęśliwa, tato! A poza tym Montcliffe, dla którego szybciej biją serduszka wszystkich kobiet w Londynie, nie byłby raczej mną zainteresowany.

Dziwny błysk w oczach ojca wydał się Ametyst bardzo niepokojący. Dobrze znała ojca i wiedziała, co oznaczał.

Kiedy ojciec położył się do łóżka, Ametyst poszła do stajni na tyłach domu. Robert Cameron kupił tę działkę w Londynie właśnie ze względu na bliskość stajni mogących pomieścić jego zwierzęta.

Stajenny, Ralph Moore, kończył akurat szczotkować Midnighta, wielkiego czarnego ogiera, którego ojciec nabył w ubiegłym roku.

– To smutny dzień, panno Cameron. Największa chluba naszej stajni wystawiona na sprzedaż… Wiem, że nie powinienem krytykować poczynań pani ojca, który był zawsze dobrym i troskliwym pracodawcą, ale wystarczyłoby trochę cierpliwości i szczęścia, a te siwki zapoczątkowałyby linię koni arabskich, jakiej Anglia jeszcze nie widziała. Mówiłem mu o tym, ale nie chciał słuchać.

Te słowa wzbudziły czujność Ametyst. Dlaczego ojciec nagle zrezygnował z hodowli arabów, o której mówił zawsze z takim zachwytem i z którą wiązał wielkie nadzieje?

Tego wieczoru Ametyst była dziwnie niespokojna i składała to na karb niebezpiecznej urody lorda Montcliffe. Jaka szkoda, że zarumieniła się tak idiotycznie, kiedy na nią spojrzał, wyrzucała sobie. Zauważyła nawet w jego oczach rozbawienie, na wspomnienie czego ponownie ze wstydu zalała ją fala gorąca. Poczuła swędzenie skóry głowy, zerwała więc z niej perukę i z ulgą potrząsnęła krótkimi lokami, rozkoszując się poczuciem swobody.

W końcu jej włosy zaczęły odrastać. Teraz miały już co najmniej sześć cali długości, były jaśniejsze i mocniej kręcone niż dawniej. Nareszcie będzie mogła ostatecznie rozstać się z peruką.

Odwróciła się, słysząc za plecami jakiś hałas.

– Nie mogłem cię znaleźć w całym domu i domyśliłem się, że jesteś tutaj.

Ojciec stanął obok niej przy boksie Midnighta. Ralph Moore zniknął chwilę wcześniej w swoim pokoju na pięterku, domyślnie zostawiając ich samych. Lewe oko ojca było podbite, a nos opuchnięty.

– Myślałam, że po takim okropnym dniu wcześniej położysz się spać – powiedziała.

– Z biegiem lat coraz trudniej mi zasnąć. – Ojciec objął spojrzeniem jej włosy. – Jak dobrze zobaczyć cię bez tej paskudnej peruki, kochanie. Bez niej twoja cera ma znacznie ładniejszy odcień.

Ametyst potrząsnęła jasnymi lokami i spojrzała z niechęcią na sflaczałe, brązowe włosy zwisające z jej dłoni.

 

– Może powinnam zamówić nową, ale myślę, że to zbyteczna rozrzutność, bo już niedługo przestanie być potrzebna.

– Miło zobaczyć cię szczęśliwszą, moja droga. Może to spotkanie z lordem Montcliffe dodało ci animuszu? To dobry człowiek. I silny. Pan Tattersall wyraża się o nim w samych superlatywach, zapewnia, że można na nim polegać.

– Pod jakim względem?

– Ja nie będę żył wiecznie… A on odpowiednio zaopiekowałby się tobą…

Urwał, kiedy córka wybuchła głośnym śmiechem.

– Trudno mi uwierzyć, że pan Tattersall miał coś takiego na myśli. Zresztą takiemu wyniosłemu lordowi nawet do głowy by nie przyszło wiązać się z osobą niższego stanu.

– A gdyby jednak się oświadczył, czy byłabyś skłonna go przyjąć, kochanie?

– Gdyby się oświadczył? – Rozbawienie zniknęło z jej twarzy. – Mój Boże, tato, nie mówisz chyba poważnie, on za nic w świecie mnie nie poślubi. Mężczyźni tacy jak lord Montcliffe żenią się z kobietami podobnymi do siebie. Bogatymi, pięknymi, młodymi, ustosunkowanymi… Z debiutantkami, przed którymi cały świat stoi otworem.

Ojciec potrząsnął głową.

– Nie zgadzam się z tobą. Twoja matka nauczyła mnie, że nie to jest najważniejsze w małżeństwie. Mówiła, że partner o bystrym, interesującym umyśle jest znacznie więcej wart od pozbawionego rozsądku i oryginalności. A poza tym mamy dość pieniędzy, żeby skusić nawet najbardziej wyniosłego lorda z najwyższych sfer.

Te słowa wprawiły Ametyst w osłupienie.

– Dlaczego opowiadasz takie rzeczy, tato? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? Jestem wdową, mam już prawie dwadzieścia siedem lat. Moje szanse na tak świetne małżeństwo już dawno odeszły w przeszłość i pogodziłam się z tym.

W promieniach księżyca twarz ojca wydawała się starsza i wyrażała wielki smutek. Kiedy pochylił się i wziął ją za rękę, serce Ametyst ścisnęło się z niepokoju, który przerodził się niemal natychmiast w przerażenie. Od razu domyśliła się, co chciał jej powiedzieć.

– Jestem poważnie chory, kochanie. Mam bardzo słabe serce. Doktor mówi, że nie przeżyję roku, i poradził mi uporządkować swoje sprawy.

Ametyst poczuła się tak, jakby grunt usuwał się jej spod stóp. Ścisnęła dłoń ojca, jej chłód zdawał się potwierdzać te przerażające słowa. Nie mogła nawet zaprotestować, bo odpowiedź, która cisnęła się jej na usta, została zdławiona przez trwogę.

– Modlę się tylko, żeby Bóg dał mi na pociechę świadomość, że jesteś bezpieczna. Bezpieczna w związku małżeńskim z mężczyzną, który cię nie opuści. Lord Montcliffe to pierwszy mężczyzna, na jakiego spojrzałaś od czasu Geralda Whitely’ego. Cieszy się uznaniem wszystkich, którzy go znają, a chodzą słuchy, że jego sytuacja finansowa jest bardzo trudna. Możemy mu pomóc.

Powinna powiedzieć: „dość tych nonsensów”. Ale w oczach ojca zobaczyła coś, czego od dawna już w nich nie widziała. Nadzieję. Marzył o tym, żeby w swoim ostatnim darze przed śmiercią ofiarować jej dom i rodzinę. Nie myślał o władzy, potędze czy pozycji społecznej. Kierowała nim czysta ojcowska miłość.

– Czy posłuchasz głosu rozsądku i rozważysz moje słowa, kochanie? – zapytał. – Głosu rozsądku, a może także i serca?

Ametyst chciała odmówić i kazać mu zamilknąć, ale skinęła głową na znak zgody.

– Z całej rodziny Cameronów zostaliśmy tylko my dwoje, a życie na tym świecie jest zbyt trudne, żeby iść przez nie samotnie. Chciałbym zostawić cię pod opieką człowieka honorowego i troskliwego, który potrafi radzić sobie z przeciwnościami losu i niebezpieczeństwami. Ametyst, jeżeli zyskam pewność, że jesteś bezpieczna, to będę mógł cieszyć się tą resztką życia, jaka mi jeszcze pozostała. I dołączę do twojej matki jako człowiek szczęśliwy i spełniony. Susannah prosiła mnie ostatnim tchem, żebym zapewnił ci dobre życie i… na Boga, chcę spróbować.

Otchłań. Otchłań bez dna. Serce Ametyst pękało przy każdym słowie ojca jak lód na zamarzniętym jeziorze.