Księżna mimo woli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zdaniem Wellinghamów, jedynie najbliższa rodzina mogła znać powód zawarcia ślubu Lucindy i Alderwortha oraz nietypowe uwarunkowania tego małżeństwa. Wszyscy pozostali krewni, a także przyjaciele i znajomi powinni trwać w przeświadczeniu, że po prostu dwoje młodych postanowiło się pobrać. Goście weselni, w liczbie około dwudziestu, którzy zgromadzili się w jednym z salonów w Wellingham House, uśmiechali się życzliwie do Lucindy.

Zaproszono ich, aby do końca tej farsy zachować pozory. Świadomi tego, co mogłoby jej grozić, bracia stanęli na wysokości zadania i zrobili wszystko, aby zapobiec skandalowi, nie dopuścić do kompromitacji i utraty przez Lucindę dobrego imienia. Później, gdy Taylen wyjedzie, ona będzie tylko wzbudzać litość jako żona opuszczona wkrótce po ślubie przez męża, który najwyraźniej jej nie kochał.

Beatrice-Maude, Taris i Asher poprowadzili zgromadzonych do błękitnego salonu. Na wystawnie nakrytych stołach królowała wytworna porcelana i srebrne sztućce, a z piwnic przyniesiono francuskie wina. Zadbano o to, żeby niczego nie brakowało w obawie, że oszczędności czy najdrobniejsze niedopatrzenia mogłyby wywołać plotki lub wzbudzić w gościach podejrzenia. Mariaż miał wyglądać na satysfakcjonujący państwa młodych i rodzinę Lucindy.

Zgodnie z tradycją świeżo poślubionych małżonków posadzono obok siebie. Pod podbitym okiem Taylena widniały zadrapania, miał też rozciętą górną wargę, czego wcześniej Lucinda nie zauważyła, a mimo to wyglądał niesłychanie przystojnie. Nieoczekiwanie przebiegł ją dreszcz, a gdy pochwyciła jego spojrzenie, zmieszała się i ku własnemu zdumieniu, poczuła, że opuszcza ją gniew i wrogość, a ich miejsce zajmuje dziwny niepokój. Aby się czymś zająć i nie okazać zdenerwowania, pociągnęła za długi welon, którego koniec leżał na podłodze. Rodzinne koronki Carisbrooke’ów wydawały się delikatne jak pajęczyna we wpadających przez okno promieniach słońca.

Oczekując na rozpoczęcie ceremonialnej weselnej uczty, ponownie zerknęła na męża i zauważyła na palcach lewej dłoni liczne pierścionki. Może to pamiątki po kobietach, jak głosiła fama, pomyślała, po jego licznych rozmaitych kochankach. Czy wolałby, żeby któraś z nich była teraz na jej miejscu? – zadała sobie w duchu pytanie. Czy Alderworth żałował, że uległ presji jej braci i zgodził się na małżeństwo? – zastanawiała się. Nagle przyszło jej do głowy, że pomysł ocalenia jej dobrego imienia i uniknięcia kompromitacji poprzez zaaranżowane małżeństwo z księciem, nie był roztropny. Nie uszczęśliwił ich obojga, a jedynie skomplikował im życie.

Policzki swędziały jej od alergicznej wysypki, która pojawiała się w chwilach rozterki, szpecąc kremową cerę. Zdecydowanie wolałaby, aby bliskość Taylena nie wywoływała u niej mieszanych uczuć, skutkując zakłopotaniem, które wzięło górę nad wykalkulowaną obojętnością.

– Zatem oboje zostaliśmy ranni na skutek wypadku powozu – odezwała się Lucinda, nie mogąc dłużej znieść milczenia. – Podobno miałam szczęście, że nie zginęłam, bo wystarczyłby jeden niewielki ruch, a nigdy nie byłabym w stanie chodzić ani mówić. Doktor Cameron twierdzi, że mogło…

Taylen przerwał ten potok wymowy uniesieniem ręki i zapytał:

– Jesteś zdenerwowana?

– Czemu pytasz?

– Wcześniej zwierzyłaś mi się, że gdy się denerwujesz, paplasz jak najęta.

Lucinda zaniemówiła ze zdumienia. Skąd on to wiedział, skoro zazwyczaj pilnie strzegła swoich tajemnic? A jeśli mu o tym powiedziała, to z jakiego powodu i w jakich okolicznościach? Może mocne wino rozwiązało jej język? Trwająca od czasu wypadku częściowa amnezja nie tylko ją męczyła, ale także irytowała, skazując na poleganie na relacjach innych osób.

– Powinnaś pamiętać ten moment – dorzucił Taylen. – W mojej sypialni pocałowałem cię, żeby przerwać twój słowotok.

Czy powinna mu wyjawić, jak niewiele pozostało w jej pamięci ze wspólnie spędzonych chwil? W wyblakłych wspomnieniach pojawiały się jedynie przebłyski: jego nagość, pocałunek, pieszczoty wywołujące przyjemny dreszczyk… Usilnie spróbowała przypomnieć sobie coś więcej, ale bez pożądanego rezultatu. Mimo to brak wiedzy na temat pobytu w wiejskiej rezydencji księcia, a szczególnie w jego pokoju, nie wpłynął na złagodzenie jej opinii. Przeciwnie, utwierdził ją w przekonaniu, że Taylen wykorzystał sytuację, pozbawiając dziewictwa bez jej zgody. Przyjęte reguły postępowania i zasady przyzwoitości zostały złamane, co przyniosło określone skutki: pospieszny ślub dwojga obcych sobie ludzi, zawarty dla doraźnych korzyści.

– Popełniłam duży błąd, pozwalając się zaciągnąć przyjaciółce na wiadome przyjęcie, a jeszcze większy, zostając, zamiast szybko wziąć nogi za pas – oznajmiła Lucinda i podkreśliła: – Nie tylko ty dużo płacisz za nieprzemyślane zachowanie.

Wychyliła się nieco do przodu i dostrzegła swoje odbicie w pustym posrebrzanym półmisku. Stwierdziła, że wysypka wyraźnie nasiliła się w ciągu ostatnich kilku godzin, które minęły od czasu opuszczenia przez Lucindę własnej sypialni. Nigdy nie wyglądała tak okropnie jak obecnie, a urodziwa twarz męża, której nie były w stanie zeszpecić ślady bójki, czyniła całą sytuację po stokroć bardziej upokarzającą. Naturalnie, przemawiała przez nią próżność, ale usprawiedliwiała ją świadomość, że wcześniej nawet jej przez myśl nie przeszło, że mogłaby na własnym weselu tak fatalnie wyglądać.

Lord Fergusson podszedł od tyłu do nowożeńców i położył im ręce na ramionach.

– Jeżeli wasze małżeństwo będzie bez kryzysów trwać przez czterdzieści trzy lata, to okażecie się wybrańcami losu. – Ze zmęczonych, wyblakłych oczu starego dżentelmena wyzierała dobroć.

Taylen Ellesmere rzucił żonie poirytowane spojrzenie, które zdawało się pytać: O czym ten stary gada?

– Ma pan rację, milordzie – odrzekła Lucinda, mając w pamięci Mary-Rose, piękną lady Fergusson, zmarłą nagle minionego lata.

– Czy mimo wszystko zechcecie przyjąć ode mnie radę wyniesioną z wieloletniego doświadczenia. Otóż tyle człowiek uzyska z małżeństwa, ile w nie włoży, a zgoda sprawi, że wspólne życie potoczy się przyjemnie i gładko.

– Skoro tak, to nasze, oparte na ugodzie, powinno funkcjonować bez zarzutu – odparł nie bez ironii Taylen.

Wprawdzie zmienił słowo „zgoda” na „ugoda”, ale lord Fergusson tego nie zauważył. Lucinda zerknęła na świeżo poślubionego męża i spostrzegła, że położył ręce na kolanach, dłonie zaciskając w pięści. Zatem nie był tak zimny i obojętny, jak udawał, uznała w duchu. Coś jeszcze przyszło jej do głowy. Miał obtarte knykcie, jakby bił się niedawno. Czy stąd to podbite oko i rozcięta warga? – zastanawiała się. Oby nie stało się to za sprawą jej braci!

– Poznałem kiedyś pańskiego wuja, hrabiego Sutton – dorzucił lord Fergusson.

– W takim razie miał pan pecha – stwierdził lodowatym tonem Taylen.

W rezultacie zakłopotany lord Fergusson oddalił się pospiesznie.

– Przecież to starszy pan, który nie miał złych intencji – odezwała się Lucinda, niezadowolona z zachowania męża. – Niedawno po wielu wspólnych udanych latach stracił ukochaną żonę. Poza wszystkim to przyjęcie weselne i ludzie spodziewają się…

– Czego? – przerwał jej Taylen, zanim zdążyła dokończyć zdanie. – Przecież to oszukańcza farsa, parodia radosnego wesela, rozpoczynającego szczęśliwe małżeńskie pożycie. Chcesz, żebym kłamał na temat wuja, którego nie należało dopuszczać do dzieci, a już na pewno nie takiego… – Urwał i zasępił się pod wpływem napływających bolesnych wspomnień.

Niepodziewanie z twarzy Alderwortha opadła przywdziana na czas ślubu maska i Lucinda ujrzała Taylena, jakiego nie znała.

– Masz na myśli siebie? – zapytała. – Hrabia Sutton był twoim prawnym opiekunem?

Taylen zwlekał z odpowiedzią, wyraźnie niezdecydowany, czy zwierzyć się żonie choćby z części dotychczasowych bolesnych doświadczeń, których mu życie nie skąpiło. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie ma to sensu w istniejących okolicznościach, bo znów na jego twarzy zagościł wyraz obojętności.

– Korzystaj z dnia, żono, bo niewiele czasu nam zostało – rzucił, po czym wstał i wyszedł z pokoju.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Lucinda Alice Ellesmere potrafiła odgadnąć jeden z jego sekretów z taką łatwością, jakby jej tę ohydną prawdę wypisał na kartce papieru. Powinien był milczeć, ale ten mocno starszy lord zirytował go bezsensownymi radami i życzeniami. Nagle Taylen przypomniał sobie, jak jego rodzice lżyli się i opluwali, nie zwracając uwagi na syna, który był zmuszony wysłuchiwać niekończących się złośliwości i awantur. To wtedy, jeszcze jako niemal dziecko, przyrzekł sobie, że nigdy się nie ożeni. Nierozsądnie sprzeniewierzył się tej obietnicy, postąpił głupio i w efekcie nie z własnej woli wszedł do rodziny, która najchętniej widziałaby go w grobie.

Niespodziewanie podszedł do niego Cristo Wellingham i, co Taylen odnotował ze zdziwieniem, poczęstował go cygarem. Gest był wyrazem uprzejmości, ale w głosie Crista zabrzmiała groźna nuta, gdy powiedział:

– Jeżeli teraz dasz nogę, to nie dostaniesz ani pensa.

Następnie podał Taylenowi ogień i odczekał, aż on kilka razy się zaciągnie. Biały, wijący się dym, uniósł się do sufitu i zniknął, a książę pożałował, że nie może w ten sposób się ulotnić. Na moment zamknął oczy i oparł się plecami o ścianę, delektując się cygarem.

– Niecierpliwie czekam, aż wasza siostra opamięta się i wycofa oskarżenie niemające nic wspólnego z prawdą – odparł, porzucając demonstrowaną wcześniej obojętność i nie kryjąc goryczy. Wolałby nie ujawniać emocji, ale ten dzień kosztował go wiele nerwów, a poza tym miał dość udawania.

– Zapewne wówczas będziesz trwonił resztki fortuny, przesiadując w jakiejś nędznej spelunce i wspominając zło wyrządzone niewinnej dziewczynie.

 

Ta wizja nieco rozbawiła Alderwortha.

– A ty przed ślubem nie uszczknąłeś wdzięków przyszłej żony?- zapytał, i odnotowując cień, który przemknął przez twarz Crista, ciągnął: – Pocałowałem waszą siostrę, po czym z własnej woli zadbałem o jej bezpieczeństwo, odwożąc ją do domu. Nie zaaranżowałem wypadku powozu, zresztą sam odniosłem liczne obrażenia. Jeżeli ona się upiera, że było inaczej, to kłamie.

– Ktoś o tak zrujnowanej reputacji jak twoja nie powinien się dziwić, że nikt nie wierzy w ani jedno jego słowo.

– Pozwolę sobie, wobec tego, na jeszcze jedno pytanie. Chciałbym się dowiedzieć, z czego będzie żyła wasza siostra po moim wyjeździe.

– Po co ci ta wiedza? Dałeś nam przecież jasno do zrozumienia, że kwota, którą od nas otrzymałeś, nie obejmie utrzymania Lucindy. Zatem z tego źródła nie wydusisz ani pensa więcej.

– Mam rozumieć, że będziecie zawsze dbali o jej zabezpieczenie? – zapytał trochę wbrew własnej woli, liczył jednak na to, że zanim wyjedzie, uda mu się wymóc na nich jeszcze jedną obietnicę.

– Możesz być pewien, że solidniej niż ty – odrzekł Cristo Wellingham, wyraźnie zdziwiony nagłą troską szwagra o żonę.

Taylen postanowił kuć żelazo, póki gorące.

– Jeżeli będę pisał, oddacie jej moje listy?

– Tak – zabrzmiała niechętna, ale wiarygodna odpowiedź.

Odprowadzając wzrokiem Crista, książę podziękował mu w duchu za ten cień nadziei na dalsze kontakty z Lucindą.

Lucinda z trudem ukrywała znużenie i zniecierpliwienie rozgrywającą się na jej oczach tragikomedią. Bodaj najgorsze było to, że uśmiechano się do niej i składano jej życzenia szczerze, z niekłamanym przejęciem, jakby chodziło o pobłogosławione przez Boga, szczęśliwe małżeństwo dwojga kochających się ludzi, jakby początek temu związkowi nie dał gwałt, chęć uniknięcia kompromitacji i lęk przed skandalem.

Zachowanie Alderwortha, stojącego przy niej przez ostatnie dwadzieścia minut, napawało ją zdumieniem. Sposób, w jaki zwracał się do gości, zadawał kłam uprzednim deklaracjom, że nie interesuje go akceptacja towarzystwa. Może w końcu zrozumiał, zastanawiała się Lucinda, że dobrze odegrany spektakl zapewni mu zrealizowanie umowy, a co za tym idzie wolność. Gdy niechcący otarł się ramieniem o jej ramię, zrobiło jej się gorąco. Zaskoczona nieznanym wcześniej doznaniem, pożałowała, że nie potrafiła przypomnieć sobie tego, co owej pamiętnej nocy wydarzyło się w jego pokoju i w łóżku. Gnębiła ją myśl, że umyka jej coś ważnego.

– Czym się martwisz? – zwrócił się do niej Alderworth, wykorzystując lukę w kolejce gratulujących im weselników.

– Zastanawiałam się, dlaczego pomimo twojej złej sławy ludzie skłonni są dać ci drugą szansę.

– Może dlatego, że stoi przy mnie przedstawicielka zacnej i poważanej rodziny Wellinghamów, która była gotowa złączyć swój los z moim.

– Nie, to coś więcej. Ludzie okazują ci szacunek, a mnie bardzo ciekawi, co ich do tego skłania.

– Szacunek? Nie, raczej zachowują wobec mnie czujność – odparł Taylan.

Uśmiechnął się do Lucindy, a w jego zielonych oczach zamigotały ciepłe złote błyski. Ze swoją nienaganną sylwetką, rzeźbionymi rysami twarzy i krótkimi ciemnymi włosami nie miał sobie równych. Jej bracia byli przystojni, ale nie umywali się do księcia.

– Z uśmiechem, którego nie szczędziłaś składającym nam gratulacje z okazji ślubu, jest ci znacznie bardziej do twarzy niż z posępną miną – zauważył.

– Ostatnio nie miałam zbyt wielu powodów do radości.

– Bardzo mi przykro z tego powodu.

– Czyżby? – Lucinda nie zdołała się powstrzymać od tego pytania, chociaż wokół kręcili się goście weselni.

Taylen rozejrzał się, chcąc sprawdzić, czy ktoś jest w pobliżu, i dopiero wtedy zdobył się na wyznanie:

– Całe dzieciństwo przeżyłem w kłamstwie, ale stanowczo nie chcę kontynuować tego żałosnego stanu w dorosłym życiu. Całkowicie wystarczy mi to, czego dawniej zaznałem. Najwyraźniej obstajesz przy nieprawdziwej wersji wydarzeń – twoja wola i kobiecy przywilej. Jednak nie potrafię tego zrozumieć – dodał z gniewem.

Znów, jak tydzień wcześniej przy rodzinnym śniadaniu, niesprawna pamięć podsunęła jej wyrwane z kontekstu urywki wspomnień z nocy spędzonej w wiejskiej posiadłości Alderwortha: nagi książę, czerwone wino, pocałunek, drzwi zamknięte na klucz.

– Londyn to istne siedlisko plotek, a książę swoim postępowaniem doprowadził do tego, że moja reputacja zawisła na włosku.

– Tyle że na darmo.

– Na darmo?! – wykrztusiła pobladła z oburzenia Lucinda. – Książę to najgorszego autoramentu nikczemnik, a ja do końca życia nie przestanę żałować, że los zetknął nas ze sobą.

– Szkoda, że nie wykorzystałaś w pełni naszego wspólnego wieczoru – zauważył z ironią Taylen. – Może wtedy odkryłabyś uroki nieskrępowanej niczym zmysłowości. Czy nie lepiej byłoby zabawić się tamtej nocy, ucząc się wszystkiego, co trzeba, na temat sztuki miłości? Owszem, później mogłabyś tego żałować, a tymczasem pokutujesz za coś, czego nie uczyniłaś. Po co?

Wstrząśnięta, Lucinda odeszła pospiesznie do męża, nie zaprzątając sobie głowy tym, czy ktoś zwrócił uwagę na jej zachowanie. Jak on śmiał zarzucać jej, że nie okazała miłosnego zapału? Na domiar złego ona nie może sobie przypomnieć dokładnego przebiegu wydarzeń tamtej nocy! Krew uderzyła jej do głowy i zaczęła ze zdenerwowania utykać.

– Dobrze się czujesz? – Emeralda odciągnęła ją na bok, zanim Lucinda opuściła salon.

– Nawet bardzo. – To niepojęte, pomyślała, ale nawet ukochanej szwagierce nie potrafię się na niego poskarżyć.

– Alderworth wyjedzie z końcem tego tygodnia i nigdy więcej go nie zobaczysz.

Lucindę uderzyła absurdalność tego stwierdzenia – przecież Emeralda mówiła o jej mężu. Jednocześnie ogarnął ją niepokój o własną przyszłość. Czy będąc w sytuacji porzuconej żony, zostanie skazana na dozgonną samotność i bezdzietność? Na wykluczenie z grona kobiet spełnionych, zadowolonych ze swojego losu? Czy towarzystwo zepchnie ją na margines i dołączy do grona skwaszonych starych panien, które nie zaznały miłości?

Nękający ją przez cały dzień ból głowy przerodził się w ostrą migrenę, której towarzyszyły kłopoty ze wzrokiem. Od czasu wypadku przydarzało jej się to bardzo często. Widząc, co się dzieje, Emeralda wzięła ją za rękę i zaprowadziła po znajomych schodach na piętro, do jej dawnego pokoju, z którego Lucinda korzystała w dzieciństwie i który uważała za swój azyl.

Na górze bratowa pomogła jej się rozebrać i rozczesać włosy. Sięgały do pasa, a od ich ciężaru skronie zaczęły jej mocniej pulsować bólem.

– Ślub jedynie pogorszył całą sytuację – stwierdziła Lucinda, podnosząc rękę do pękającej z bólu głowy.

Na palcu zalśnił pierścionek od Alderwortha – pojedynczy rubin osadzony w białym złocie. Musiała przyznać, że książę miał znakomity gust.

– Początkowo była zagrożona tylko moja reputacja, obecnie całe przyszłe życie legło w gruzach. Co mnie czeka? Samotność i jałowość?

– Kiedy znów będziesz mogła robić to, co kochasz, świat zacznie ci się jawić w jaśniejszych barwach.

– W jakim charakterze wystąpię? Jako porzucona żona skazana na wieczne siedzenie w kącie i czekanie na męża, który odszedł? A może stara panna?

– Chcesz powiedzieć, że wolałabyś, aby Alderworth nie wyjechał? – W głosie Emeraldy zabrzmiały ostre nuty.

– Nie – odparła zdecydowanie Lucinda.

Dobrze zapamiętała zjadliwe uwagi Taylena na temat tego, do czego, jego zdaniem, między nimi nie doszło. Przypomniała sobie także, jak zareagowała, gdy przypadkiem zetknęły się ich ramiona. Mąż widział w niej istotę godną politowania, podporządkowaną rodzinie i konwenansom dziewczynę o purytańskich poglądach, która nie potrafi zrozumieć jego mrocznej natury. Zniszczyliby siebie nawzajem, o tym była przekonana. Postanowiła o tym nie myśleć. Chciała tylko wsunąć się pod kołdrę, złożyć bolącą głowę na poduszce i zapaść w sen, byle dalej od rzeczywistości. Została żoną mężczyzny, który ani razu nie zdołał zwrócić się do niej miło podczas tego koszmarnego dnia ich ślubu i wesela. Żałosna panna młoda – oto kim się stała.

– Lucinda leży w łóżku z migreną i nie zejdzie dziś na kolację. Jest tobą głęboko rozczarowana, delikatnie rzecz ujmując. – Te słowa Asher Wellingham skierował do Alderwortha.

Podszedł do niego, trzymając w dłoni szklaneczkę brandy, ale nie poczęstował go alkoholem. Milczący Taris Wellingham stał przy oknie w drugim końcu biblioteki. Cristo również się nie odzywał, natomiast demonstrował ponurą minę.

– Dostaniesz pokój do swojej dyspozycji, Alderworth, aby wykluczyć nikomu niepotrzebne plotki. Jutro wieczorem wybierzesz się z Lucindą na bal do Parkinsonów. Ja też tam będę, aby się przekonać, czy dobrze odgrywasz rolę zakochanego męża.

– Odegramy kolejne przedstawienie. Jakie są wasze plany na przyszłość, zważywszy na prawny status naszego związku? Zazwyczaj małżeństwo zawiera się na całe życie, a mój wyjazd niczego nie zmieni.

– Ale śmierć tak – rzucił beznamiętnym tonem Asher, wpatrując się w twarz Alderwortha.

– Grozisz mi? – zapytał Taylen.

– Jestem głową rodziny, która stara się nadać sens perfidnemu uczynkowi.

– Perfidnemu uczynkowi? – powtórzył Taylen. – Jak wiele razy mówiłem, tylko raz pocałowałem waszą siostrę, po czym kazałem podstawić powóz, aby w trosce o jej bezpieczeństwo osobiście odwieźć ją do domu. Dotarcie na miejsce uniemożliwił nam nieszczęśliwy wypadek. Gdzie tu perfidia?

– Wierzę w relację Lucindy – oznajmił Asher.

– Tę o gwałcie i zrujnowanej reputacji? – Taylen nie mógł się powstrzymać od ironii.

– Jeżeli dotrą do mnie informacje, że rozpowszechniasz swoją wersję wydarzeń, to londyńska socjeta dowie się, że zażądałeś od nas pieniędzy, przy czym nie wziąłeś pod uwagę zapewnienia żonie środków do życia. To się nazywa szantaż, prawda?

– Wprawdzie pozbędziecie się mnie z Londynu, ale Lucinda – ani wdowa, ani panna – zostanie skazana na życie zakonnicy – zauważył Taylen.

– Lepsza zakonnica niż ladacznica, jaką z niej zrobiłeś.

– Lepsza niż kłamczucha wymyślająca bajeczki tylko po to, żeby mnie usidlić? – Alderworth miał dosyć traktowania całej sprawy w białych rękawiczkach.

Asherowi z gniewu pociemniały oczy.

– Gdyby nie wypadek, nie pojawiłbyś się w życiu naszej rodziny. W taki sam sposób możesz teraz z niego zniknąć.

– Czy to kolejna groźba?

Taylen odwrócił się od Ashera. Miał serdecznie dosyć migren, ostrzeżeń i kłamstw. Przecież to noc poślubna, pewnie jedyna, zważywszy na warunki żałosnej ugody, a on zamiast spędzać ją z żoną, pozwala jej bratu się straszyć. Na myśl o tym ogarnęło go przygnębienie. Zrozumiał, że nie skłoni Wellinghamów do ustępstw, skoro każdemu padającemu słowu towarzyszą nieufność i złość. Lepiej będzie poczekać do jutra i poważnie rozmówić się z Lucindą, co już wcześniej powinien uczynić.

– Wracam do własnego domu, a wy nie możecie mnie tu zatrzymać, chyba że ogłuszylibyście mnie i związali. Wrócę jutro po południu, mając nadzieję, że wasza siostra poczuje się na tyle dobrze, by odbyć sensowną i szczerą rozmowę. Przypilnuj, żeby tu była – zwrócił się do Ashera.

Gdy drzwi zamknęły się za Alderworthem, Taris podszedł do brata.

– Muszę przyznać, że daje mi do myślenia przekonanie, z jakim ten człowiek obstaje przy swojej wersji wydarzeń.

– Jak to? – zdziwił się Asher.

– On wydaje się naprawdę wierzyć w to, że jest niewinny.

– Wina skazańca nie zawsze jest oczywista – orzekł Asher.

Taris dopił brandy i zmienił temat:

– Emeralda mówi, że Lucy nie chce go więcej widzieć.

– To komplikuje sytuację, zważywszy na to, że dopiero co wzięli ślub, a on miał przez tydzień oficjalnie występować jako jej mąż.

– Moglibyśmy wyjechać z Londynu o świcie i udać się tam, gdzie nie będzie mógł nas znaleźć – zaproponował Taris. – Moim zdaniem, obie strony potrzebują czasu, aby wszechstronnie przemyśleć to, co się wydarzyło, i znaleźć jakieś wyjście. Wątpię, aby Alderworth podniósł raban, wiedząc, że w każdej chwili możemy cofnąć obiecaną rekompensatę finansową.

Bracia zaczęli rozważać różne możliwości. Ogień buzujący w kominku malował cienie na suficie. Zrywając całkowicie stosunki z księciem, zyskaliby pewność, że Lucinda jest bezpieczna, jak również czas potrzebny na znalezienie dobrego wyjścia z tego ambarasu. Mocna brandy, wypita po ciężkim dniu, sprawiła, że ich najlepsze intencje wydawały się bardziej przekonujące, a mniej arbitralne.

 

– Czy popełniliśmy błąd, nalegając na ślub? – Głos Ashera zabrzmiał ponuro. Ilość wypitego trunku i targające nim sprzeczne emocje pozbawiły go zwykłej pewności siebie.

Taris zaklął szpetnie i stwierdził:

– Za późno na wątpliwości. Zrobiliśmy, co w naszej mocy, aby chronić Lucindę przed kompromitacją i wykluczeniem z towarzystwa. Najwyższa pora, aby nasza siostra wreszcie zrozumiała konsekwencje własnych błędów.

– Jedną z nich może być samotność – zauważył Cristo.

– Owszem, ale lepsza niż związek z mężczyzną, którego nienawidzi. Jeżeli dobrze to rozegramy, to zgodnie z naszym planem, Alderworth zniknie, a ona będzie mogła zacząć nowe życie. Dziwaczne małżeństwa nie są niczym nowym w naszym środowisku, a przy dobrej organizacji można to tak urządzić tak, żeby umiarkowanie zadawalały obie strony. Lucinda odzyska dobre imię i swobodę, a Alderworth pieniądze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?