Król EdypTekst

Autor:Sofoklés
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Król Edyp
Król Edyp
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 33,90  27,12 
Król Edyp
Król Edyp
Audiobook
Czyta Janusz Żak, Mariola Kurnicka, Piotr Wojciechowski
6,66 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sofokles

Król Edyp

Tłumaczenie

Kazimierz Morawski

Warszawa 2015

Spis treści

Osoby dramatu

Prólogos

Párodos

Epeisódion I

Stásimon I

Epeisódion II

Stásimon II

Epeisódion III

Stásimon III

Epeisódion IV

Stásimon IV

Éxodos

Osoby dramatu

EDYP

KAPŁAN

KREON

CHÓR TEBAN

TYREZJASZ

JOKASTA

POSŁANIEC Z KORYNTU

SŁUGA LAJOSA

POSŁANIEC DOMOWY

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prólogos

EDYP

O dzieci, Kadma starego potomstwo,

Czegoście na tych rozsiedli się progach,

Trzymając w ręku te wiązki błagalne?

Czemuż nad miastem dym wonnych kadzideł

Wznosi się razem z modlitwą i jękiem?

Ja, że nie chciałbym przez usta posłańców

O tym zasłyszeć, sam tutaj przybyłem,

Ja, Edyp, sławą cieszący się ludzi.

– Rzeknij więc, starcze, boś ty powołany

Za innych mówić, co was tu zebrało,

Strach czy cierpienie? Wyjaw to mężowi,

Co chce wam ulżyć; bo byłby bez serca,

Gdyby ten widok mu serca nie wzruszył.

KAPŁAN

O Panie, który ziemicą tą władasz,

Widzisz, jak garnie się wsze pokolenie

Do twych ołtarzy; jedni, to pisklęta

Długiego lotu niezdolne, a drugich

Wiek już pogarbił; ja służę Zeusowi

A tamci innym bogom; równe tłumy

Siadły gdzie indziej, gdzie chramy Pallady

I tam, gdzie ołtarz Ismena popielny,

Bo miasto – jak ty sam widzisz – odmęty

Złego zalały i lud bodaj głowę

Wznosi wśród klęski i krwawej pożogi,

Mrąc w ziemi kłosach i ziemi owocach,

Mrąc w stadach bydła i niewiast porodach,

Płonnych od kiedy bóg ogniem zionący

Zaciążył srogą nad miastem zarazą,

By grody Kadma pustoszyć, a jękiem

Czarne Hadesu wzbogacić ostępy.

Choć więc my ciebie nie równamy bogom,

Ani te dzieci, siedliśmy w tych progach,

Bo ciebie pierwszym mienimy wśród ludzi,

Wśród ciosów życia i wśród nieba gromów.

Tyś bo przybywszy, gród stary Kadmosa

Od strasznych ofiar dla Sfinksa wyzwolił,

Nic od nas wprzódy się nie wywiedziawszy,

Ni pouczony; nie, z ramienia bogów

Dałeś nam życia ochłodę i ulgę.

A więc ku tobie, któryś nam najdroższym,

Ślemy, Edypie, tę prośbę błagalną,

Byś nas ratował, czy z bogów porady

Znajdując leki, czy z ludzi natchnienia.

Bo przecież widzę, jako doświadczonych

Rady najlepszym poprawy zadatkiem.

Nuże więc, mężom ty przoduj, skrzep miasto,

Nuże, rozważnie działaj, bo ta ziemia

Zbawcą cię mieni za dawną gotowość.

Niechbyśmy rządów twych tak nie pomnieli,

Iż po naprawie upadek nas zgrążył;

Ale stanowczo wznieś gród ten ku szczęściu;

Z ptakiem tu dobrej nastałeś ty wróżby

I dziś dorównaj tej szczęsnej przeszłości.

Bo jeśli nadal zachowasz ster rządów,

Piękniej ci mężom przewodzić, niż próżni.

Ni gród, ni okręt nic przecie nie waży,

Jeśli nie stanie męża dla ich straży.

EDYP

O biedna dziatwo! Nazbyt ja świadomy

Próśb waszych celu; wiem, że wszystkie domy

Gnębi choroba, lecz wśród zła powodzi

Najgorsza nędza w mą osobę godzi.

Bo was jedynie własne brzemię dręczy,

Gdy moja dusza za mnie, za was jęczy,

Za miasto całe; ze snu się nie budzę

Na wasze głosy; wiedzcie, że łzy ronię

I częstym troski błąkaniem się trudzę,

By co obmyślić ku ludu obronie.

I uczyniłem, co dobrem się zdało,

Syna Menojka, a żony mej brata

Do Apollina pytyjskich wyroczni

Posłałem, aby Kreon się wywiedział,

Co czyniąc, mówiąc, zbawiłbym to miasto.

A odmierzając dzień jego odejścia,

Już spokój tracę, bo nad miarę czasu

Zwykłą nie widać go w domu z powrotem.

Lecz skoro wróci – to byłbym przewrotnym,

Gdybym za głosem nie postąpił boga.

KAPŁAN

Mówisz nam z duszy, a właśnie zwiastują

Okrzyki ludzi Kreona przybycie...

EDYP

O Apollinie! Niechby on ze słowem

Tak zbawczym przyszedł, jak wygląd ma jasny.

KAPŁAN

Dobrą nowinę ja wróżę, bo czyżby

Inaczej wieńczył swą głowę wawrzynem?

EDYP

Wnet się dowiemy, już słyszeć nas może. –

O książę, krewny mi synu Menojka,

Jakież przynosisz nam wieści od bóstwa!

KREON

Dobre, bo mniemam, że i ciężkie sprawy

Z dobrym obrotem szczęsnymi się stają.

EDYP

Jakież jest słowo? bo z tej oto mowy

Strachu bym nie mógł wysnuć, ni otuchy.

KREON

Czy chcesz, bym mówił od razu przed ludźmi,

Lub wszedł do domu; na wszystko ja gotów.

EDYP

Mów tu, wszem wobec; bo tamtych katusze

Bardziej mnie dręczą, niż strach o mą duszę.

KREON

Niech więc wypowiem, co Bóg mi obwieścił. –

Febus rozkazał stanowczo, abyśmy

Ziemi zakałę, co w kraju się gnieździ,

Wyżęli i nie znosili jej dłużej.

EDYP

Jakim obrzędem? gdzież skryta ta zmora?

KREON

Wypędzić trzeba, lub mord innym mordem

Okupić, krew ta ściąga na nas burze.

EDYP

Jakiegoż męża klęskę Bóg oznacza?

KREON

Rządził, o królu, niegdyś nad tą ziemią

Lajos, zanim tyś ujął ster rządu.

EDYP

Wiem to z posłuchu, bom męża nie zaznał.

KREON

Tych więc, co jego zabili, rozkazał

Bóg nam ukarać i pomścić stanowczo.

EDYP

Ale gdzież oni? Gdzież znajdą się ślady

Dawnej i wiekiem omszałej już zbrodni?

KREON

W tej, mówił, ziemi; śledźmy a schwytamy.

Ujdzie bezkarnie to, co człek zaniecha.

EDYP

Czy w wnętrzu domu, czy też gdzie na polu,

Czy na obczyźnie Lajosa zabito?

KREON

Wyszedł on z kraju pielgrzymem i potem

Już nie powrócił do swojej stolicy.

EDYP

A świadka albo towarzysza drogi

Czyż niema, by się go można wypytać?

KREON

Zginęli; jeden, który zbiegł z przestrachem,

Krom jednej rzeczy nic nie wie stanowczo.

EDYP

Cóż to? rzecz jedna wiele odkryć może,

Byleby czegoś mógł domysł się czepić.

KREON

Mówił, że Lajos nie z jednej padł ręki,

Lecz że liczniejsi napadli go zbóje.

EDYP

Czyżby zbójowi, gdyby on pieniędzy

Stąd nie był dostał, starczyło odwagi?

KREON

Wieść to głosiła, lecz po zgonie króla

Nikt nie wystąpił, by pomścić tę zbrodnię.

EDYP

I cóż sprawiło, że po klęsce króla

Prawdy wyświecić tutaj nie zdołano?

KREON

Sfinks ciemnowróży ku troskom chwilowym

Od spraw tajemnych odciągnął uwagę.

EDYP

Więc od początku ja rzeczy ujawnię.

Bo słusznie Febus i ty równie słusznie

Ku umarłemu zwróciliście troskę;

Z wami ja wspólnie siły złączonymi

Spłacę, dług bogu i dług naszej ziemi,

A tym nie dalszym z pomocą ja idę,

Lecz sam ze siebie tę zrzucę ohydę.

Bo ów morderca mógłby równie łacno

Zbrodniczą dzisiaj na mnie podnieść rękę.

Zmarłemu służąc, usłużę więc sobie.

Nuże więc, dzieci, powstańcie z tych stopni

Co prędzej wiązki podniósłszy błagalne.

I niech kto inny lud na wiec tak zbierze,

Iżby gotowym mnie wiedział; a z woli

Bogów los szczęścia spłynie lub niedoli.

KAPŁAN

Powstańmy, dziatwo; przecież nas tu wiodły

Te właśnie cele, które on obwieszcza.

A niechby Febus, co przesłał te rady,

Jak zbawca z ciężkiej nas wywiódł zagłady.

 

Párodos

CHÓR

Zeusa wieści ty słodka, jakież w dostojne Teb progi

Z Delf grodu, co się złotem lśni,

Wici niesiesz mi?

Duch się wytęża, a kłębią się myśli od grozy i trwogi.

Delicki władco, o Peanie,

Drżę ja, czy nowy trud nastanie,

Czy dawne trudy w czasów odnowisz kolei?

Głosie niebiański, ty przemów, ty dziecię złotej nadziei!

Naprzód niechaj mnie Zeusa córa, odwieczna Pallada

I Artemida wspomoże,

Która strzeże tej ziemi i tron okrężny zasiada

Na Teb agorze.

Przyjdź i Febie w dal godzący,

Stańcie troje jak obrońcy.

Jeśli już dawniej wy grozę ciążącą na mieście

Precz stąd wyżęli, przybądźcie i teraz i pomoc mi nieście.

Zło mnie bezbrzeżne dotknęło. O biada!

Naród wśród moru upada

I myśli zbrakło już mieczy

Ku obronie i odsieczy,

Pola kłosem się nie skłonią,

Matki w połogach mrą lub płody ronią.

Jak lotne ptaki, wartkie błyskawice,

Mkną ludzie cwałem w Hadesu ciemnice.

Nad miastem zawisła głusza

I stosy trupów po ulicach leżą,

A śmierć i dżumę szerzą;

Nikt ich nie płacze, nie rusza.

Żony i matki z posrebrzonym włosem

Żałobnym zawodzą głosem.

Skarga wszechludu zabłysła wśród nocy,

O Zeusa złota córo, udziel nam pomocy!

Przybądź chyżo – oto wróg,

Choć mu nie lśni mieczem dłoń,

Z krzykiem wtargnął w miasta próg.

Wyprzyj go na morską toń

Lub pędź w niegościnną dal,

W głębie trackich fal

Choć oszczędzi ciemna noc,

To dzień wtóry zgnębi dom,

Ty, co grzmotów dzierżysz moc,

Zeusie, ciśnij grom!

Z twego łuku złotych strun,

Puść, Apollo, krocie strzał,

Artemis, spuść żary łun,

Z którymi mkniesz wśród Lykii skał.

Ciebie wzywam, złotosploty,

Boś tej ziemi syn,

Niechaj zaznam twej ochoty,

Ty, coś panem win!

O Bakchusie, pośród gór

Pląsasz w Menad gronie,

W Boga klęsk, co niesie mór,

Żagwią mieć, co płonie!

Epeisódion I

EDYP

Prosisz, a prosząc mógłbyś znaleźć ulgę,

Siłę i z kaźni srogich wyzwolenie,

Jeśli słów moich posłuchasz powolnie,

Które ja, obcy zupełnie tej wieści

I obcy – sprawie, wypowiem. Toć sam bym

Nie wiele zbadał bez wszelkiej wskazówki.

Teraz, żem świeżym tej gminy jest członkiem,

Do was się zwracam z następną przemową:

Kto z was by wiedział, z czyjej zginął ręki

Śmiercią ugodzon Lajos Labdakida,

Niech ten mi wszystko wypowie otwarcie.

Gdyby zaś bał się sam siebie oskarżać.

Niech wie, że żadnej srogości nie dozna

Nad to, że cało tę ziemię opuści.

A jeśli w obcej by ziemi kto wiedział

Sprawcę, niech mówi, otrzyma nagrodę

I nadto sobie na wdzięczność zasłuży.

Lecz jeśli milczeć będziecie, kryć prawdę,

To o przyjaciół się trwożąc, to siebie,

Tedy usłyszcie, co wtedy zarządzę.

Niechajby taki człowiek w naszej ziemi,

Nad którą władzę ja dzierżę i trony,

Ani nie postał, ni mówił z innymi,

Ni do czci bogów nie był dopuszczony,

Ni do żadnego wspólnictwa w ofierze.

Zawrzyjcie przed nim podwoi ościeże,

W żadnym on domu niech nigdy nie spocznie,

Bo tego chciały pytyjskie wyrocznie.

Ja więc i Bogu i zbrodni ofierze

Ślubuję taką służbę i przymierze.

I tak złoczyńcy klnę, aby on w życiu,

Czy ma wspólników, czyli sam w ukryciu,

Nędzy, pogardy doświadczył i sromu.

I zaklnę dalej, że gdyby osiadły

Z moją się wiedzą w mym odnalazł domu,

Aby te klątwy na mą głowę spadły.

A was zaklinam, abyście to wszystko

Czynili dla mnie, boga i tej ziemi

Od zbóż i bogów tak osieroconej.

Bo choćby boga głos nie nakazywał,

Nie trzeba było popuścić bezkarnie

Śmierci przedniego człowieka i króla

Lecz rzecz wyśledzić. Że ja teraz dzierżę

Rządy te, które on niegdyś sprawował,

Łoże i wspólną z nim dzielę niewiastę;

Że moje dzieci byłyby rodzeństwem

Jego potomstwa, gdyby on ojcostwem

Mógł się był cieszyć; że grom weń ugodził,

Przeto ja jakby za własnym rodzicem

Wystąpię za nim, wszystkiego dokonam,

Aby przychwytać tego, co uśmiercił

Syna Labdaka, wnuka Polydora,

Któremu Kadmus i Agenor przodkiem.

A tym, co działać omieszkają, bogi

Niech ani z ziemi nie dopuszczą płodów,

Ni dziatek z niewiast; niech oni marnieją

Wśród tej zarazy, lub gorszym dopustem.

Was za to, którzy powolni mym słowom,

Wspólnictwo Diki niech skrzepi łaskawie

I bogi w każdej niech poprą was sprawie.

CHÓR

Jak mnie zakląłeś, tak powiem ci, książę.

Ni ja zabiłem, ni wytknąć bym umiał

Tego mordercy; ten, co drogi wskazał,

Febus, sam jeden odkryłby złoczyńcę.

EDYP

Słusznie to rzekłeś. Ale wymóc z bogów,

Czego nie zechcą, nie zdoła śmiertelny.

CHÓR

Lecz drugie wyjście śmiałbym ci polecić.

EDYP

Mów i o trzecim, jeżeli ci świta.

CHÓR

Mistrzowi wiedzy najbliżej dorówna

Tyrezjasz, jego więc rady sięgając,

Najwięcej, książę, zyskałbyś dziś światła.

EDYP

Przecież już anim tego nie zaniechał;

Bo za namową Kreona dwukrotnie

Słałem umyślnych, a zwłoka mnie dziwi.

CHÓR

Inne bo rzeczy są głuche i marne.

EDYP

Co mniemasz? Każdy tu szczegół ma wagę.

CHÓR

Mówią, że zginął z rąk ludzi podróżnych.

EDYP

I ja słyszałem. Lecz świadka nie widać.

CHÓR

Toć, jeśli w sercu drobinę ma trwogi,

On się przed twymi ulęknie przekleństwy.

EDYP

Nie strwożą słowa, kogo czyn nie straszył.

CHÓR

Lecz otóż człowiek, co sprawy wyjaśni.

Bo już prowadzą boskiego wróżbitę,

W którego duszy prawda ma ostoję.

Wchodzi TYREZJASZ.

EDYP

O Tyrezjaszu, co sprawy przenikasz

Jasne i tajne, na ziemi i niebie!

Chociaż ty ślepym, nie uszło twej wiedzy,

Jako choruje gród ten, przeto w tobie

Upatrzyliśmy zbawcę i lekarza.

Bo Febus, jak ci już może donieśli,

Po wieściach naszych tę wróżbę obwieścił,

Że wyzwolenie li wtedy nastąpi,

Skoro odkrywszy morderców Lajosa

Na śmierć ich albo wygnanie skażemy.

Ty przeto, lotu ptaków nie niechając,

Ni innych środków twej wróżbiarskiej sztuki,

Siebie i miasto, ratuj mą osobę,

I zbaw nas z wszelkiej zakały tej zbrodni.

W tobie nadzieja; kto, czym tylko może,

Wesprze bliźniego, spełni dzieło boże.

TYREZJASZ

Biada, o biada tej wiedzy, co szkodę

Niesie wiedzącym; znam ja to zbyt dobrze

I pomny na to nie byłbym tu stanął.

EDYP

W czym powód, żeś tu przybył po niewoli?

TYREZJASZ

Puść mnie do domu; bo łacniej co twoje

I ja co moje zniosę, gdy usłuchasz.

EDYP

Miastu, któregoś dzieckiem, służyć radą

Jest obowiązkiem miłości i prawa.

TYREZJASZ

Widzę, że słowa niekoniecznie w porę

Tyś wyrzekł; obym ja równie nie zbłądził.

CHÓR

Na bogów, wiedząc nie ukrywaj światła,

Przecież my wszyscy na klęczkach błagamy.

TYREZJASZ

Wy wszyscy w błędzie. Ja nigdy złych rzeczy

Moich, by nie rzec... twoich, nie wyjawię.

EDYP

Więc wiedząc, zmilkniesz? czyż myślisz człowieku

Miasto to zdradzić i zniszczyć ze szczętem?

TYREZJASZ

Ani ja ciebie, ni siebie nie zmartwię.

Próżno mnie kusisz, nie rzeknę już słowa.

EDYP

Ze złych najgorszy – bo nawet byś skałę

Obruszył – wiecznie więc milczeć zamierzasz

I niewzruszony tak wytrwać do końca?

TYREZJASZ

Upór mój ganisz, a w sobie nie widząc

Obłędów gniewu, nade mną się znęcasz.

EDYP

Któż by na takie nie uniósł się słowa,

Którymi nasze znieważasz ty miasto?

TYREZJASZ

Zejdzie to samo, choć milcząc się zaprę.

EDYP

Przeto co zejdzie, winieneś nam jawić.

TYREZJASZ

Nic już nie rzeknę. Ty zaś, jeśli wola,

Choćby najdzikszą wybuchnij wściekłością.

EDYP

A więc wypowiem, co mi w błyskach gniewu

Już świta; wiedz ty, iż w moim mniemaniu

Tyś ową zbrodnię podżegł i zgotował

Aż po sam zamach; a nie byłbyś ślepym,

To i za czyny bym ciebie winował.

TYREZJASZ

Doprawdy? a więc powiem ci, byś odtąd

Twego wyroku pilnując, unikał

Wszelkiej i ze mną, i z tymi rozmowy,

Jako ten, który pokalał tę ziemię.

EDYP

Jakie bezczelne wyrzucasz ty słowa?

I gdzież zamyślasz przed srogą ujść karą?

TYREZJASZ

Uszedłem, prawda jest siłą w mej duszy.

EDYP

Gdzieś ty ją nabył? Chyba nie z twej sztuki.

TYREZJASZ

Od ciebie. Tyś mnie zmusił do mówienia.

EDYP

Czego? Mów jeszcze, abym się pouczył.

TYREZJASZ

Czyś nie rozumiał, czy tylko mnie kusisz?

EDYP

Nie wszystko jasnym; więc powtórz raz jeszcze

TYREZJASZ

Którego szukasz, ty jesteś mordercą.

EDYP

Nie ujdziesz kary za wtórą obelgę.

TYREZJASZ

Mam mówić więcej, by gniew twój zaostrzyć?

EDYP

Mów co chcesz, słowa twe na wiatr ulecą.

TYREZJASZ

Rzeknę, iż z tymi, co tobie najbliżsi,

W sromie obcując, nie widzisz twej hańby.

EDYP

Czy myślisz nadal tak bredzić bezkarnie?

TYREZJASZ

Jeżeli w prawdzie jest moc i potęga.

EDYP

O jest, lecz w tobie jej nie ma, boś ślepym

Na uchu, oczach i ślepym na duchu

TYREZJASZ

A ty nieszczęsny urągasz, ty, który

Wnet staniesz wszystkim na urągowisko?

EDYP

Nocy ty synem, zaszkodzić nie zdołasz.

Ni mnie, ni innym, co w słońce patrzymy.

TYREZJASZ

Bo nie pisano, abym ja cię zwalił;

Mocen Apollo, aby to wykonać.

EDYP

Czy to są twoje sztuki, czy Kreona?

TYREZJASZ

Nie Kreon, lecz ty sam sobie zatratą.

EDYP

Skarby, królestwo i sztuko, co sztukę

Przewyższasz w życia namiętnych zapasach,

Jakże was zawiść natrętnie się czepia,

Jeżeli z tronu, którym mnie to miasto

W dani, bez prośby mojej zaszczyciło,

Kreon, ów wierny, ów stary przyjaciel

Zdradą, podstępem zamierza mnie zwalić

I tak podstawią tego czarodzieja,

Kuglarza, który zysk bystro wypatrzy,

A w swojej sztuce dotknięty ślepotą.

Bo, nuże, rzeknij, kiedyś jasno wróżył?

Dlaczego, kiedy zwierz ów śpiewotwórczy

Srożył się, zbrakło ci słów wyzwolenia?

Przecież zagadkę tę nie pierwszy lepszy

Mógł był rozwiązać – bez jasnowidzenia.

A tobie wtedy ni ptaki, ni bogi

Nic nie jawiły; lecz ja tu przyszedłszy

Nic nie wiedzący zgnębiłem potwora,

Ducha przewagą, nie z ptaków natchnienia,

 

Mnie więc ty zwalić zamierzasz, w nadziei,

Że bliskim będziesz przy Kreona tronie.

Lecz ciężko i ty jak ów, co podżega,

Odpokutujesz, a gdyby nie starość,

Wraz byś otrzymał kaźń za twe zamysły.

CHÓR

Nam mowa starca wydała się gniewną,

I twoja także, Edypie, a przecież

To nie na czasie; lecz patrzeć należy,

Byśmy głos boga spełnili najlepiej.

TYREZJASZ

Chociaż ty władcą, jednak ci wyrównam

W odprawie. Słowem i ja także władam.

Nie twoim jestem sługą, lecz Apolla;

I nie zawezwę zastępstwa Kreona,

Lecz sam ci powiem, tobie, który szydzisz

Z mojej ślepoty, patrzysz a nie widzisz

Nędzy twej, nie wiesz z kim życie ci schodzi,

Gdzie zamieszkałeś i kto ciebie rodzi.

Między żywymi i zmarłymi braćmi

Wzgardę masz, klątwy dwusieczne cię z kraju

Ojca i matki w obczyznę wygnają,

A wzrok, co, światło ogląda, się zaćmi.

Jakiż Kiteron i jakie przystanie

Echem nie jękną na twoje wołanie,

Gdy przejrzysz związki, kiedy poznasz nagle,

W jaką to przystań nieprzystojną żagle

Pełne cię wniosły; nieszczęścia ty głębi

Nie znasz, co z dziećmi cię zrówna i zgnębi. –

Szydź więc z Kreona, szydź z mojej ty mowy

Bo niema człeka między śmiertelnymi,

Którego złe by straszniej zmiażdżyć miało.

EDYP

Czy znośnym takie wysłuchać obelgi?

Precz stąd co prędzej sprzed mego oblicza,

Co żywo z tych się wynosić mi progów!

TYREZJASZ

Nie byłbym stanął, gdybyś nie był wzywał.

EDYP

Gdybym był wiedział, że brednie pleść będziesz,

Nie byłbym ciebie zawezwał przed siebie.

TYREZJASZ

Bredzącym może li tobie się wydam –

Tym, co cię na świat wydali, rozsądnym.

EDYP

Jakim? Zaczekaj! Któż moim rodzicem?

TYREZJASZ

Ten dzień cię zrodzi i ten cię zabije.

EDYP

Jakież niejasne ty stawiasz zagadki?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?