Edyp w KolonieTekst

Autor:Sofoklés
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sofokles

Edyp w Kolonie

przełożył Kazimierz Morawski

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst wg edycji:

Sofokles

Edyp w Kolonie

Kraków 1916

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-991-1

Edyp w Kolonie.

Tragedyę Edypa i jego rodu przedstawił Sofokles w trzech dramatach, Edypie królu, Edypie kolonejskim i Antygonie. Nie tworzyły one trylogii, bo w rozmaitych czasach jako samodzielne sztuki pojawiły się na scenie. Druga z nich prowadzi oślepionego króla-wygnańca do Aten, gdzie według dawnej tradycyi grób jego na przedmieściu, Kolonos zwanem, się znajdował. Miejsce to rodzinne Sofoklesa, a to nadało tragedyi jakieś szczególne ciepło osobiste, na które poeta jeszcze w starości zdobyć się umiał. Sofokles wraz z swoim bohaterem sławił w tej sztuce i wielbił serdecznem pożegnaniem Ateny i życie. Gdzie jednak grób Edypa w Kolonie się znajdował, nie było wiadomem, bo zniknięcie bohatera osłoniła jakaś tajemnica, czepiająca się chętnie zgonów świętych i wielkich postaci. Słusznie przypomniano słowa z Deuteronomium , —, dotyczące śmierci Mojżesza: I umarł tam Mojżesz, sługa Pański w ziemi Moabskiej na rozkazanie Pańskie. I pogrzebał go w dolinie ziemi Moabskiej przeciwko Phogor: a nie dowiedział się człowiek o grobie jego aż do teraźniejszego dnia. — Ale dla Aten miało to być w każdym razie błogosławieństwem, zastawem i zadatkiem pomyślności, że w obrębie ich kraju bohater legendy znalazł gościnny spokój i wyzwolenie.

W opuszczonych przez Edypa Tebach zanosi się tymczasem na bratobójczą walkę. I Kreon, który tam objął rządy i Polyneikes, który z obczyzny przygotowywa zamach na Teby i brata Eteoklesa, chciałby Edypa, szukającego przytułku w Atenach, do Teb uprowadzić, bo ujęcie dawnego króla zapewniało każdej ze stron walczących powodzenie sprawy. A grób starego bohatera, byłby według odwiecznej wiary i przekonania, dla ludzi, którzy by mogli przy nim cześć oddawać zmarłemu, źródłem siły, dla tych przeciwnie, którzyby o tę mogiłę się nie troszczyli i troszczyć nie mogli, przekleństwem.

Edyp jednak odpiera z gniewem wszelkie zamysły Kreona i Polyneikesa i miota przy tem na swych następców i gród tebański złorzeczenia, które wypełniają znaczną część tragedyi i wytwarzają czarne tło, na którem tem jaśniej się odbija życzliwość króla ateńskiego Tezeusza i szlachetna Aten gościnność, zapewniająca Edypowi bezpieczeństwo i w końcu wypoczynek już wieczny. — Edyp chce w życiu i po zgonie błogosławić Atenom. Kiedy Sofokles pisał swą tragedyę, cudowna moc, płynąca z grobu bohatera, może się odświeżyła dobitnie we wierze i pamięci współczesnych. Niedawno przecie, podczas wojny peloponeskiej, wtargnęła w r. beocka jazda aż pod same Ateny i może pod Kolonem poniosła klęskę ze strony jazdy ateńskiej. Ten epizod wielkiej domowej wojny odbił się według mniemania niektórych uczonych donośnem echem w tragedyi Sofoklesa [Robert odnosi tę aluzyę do dawniejszych czasów i myśli raczej o roku przed Chr., wyprawie króla spartańskiego Kleomenesa, popartego przez Beotczyków, na Ateny]. Jak Erinye ścigające Orestesa zamieniły się w Atenach na bóstwa dobrotliwe — Eumenidy, tak i klątwą obciążony, gniewny Edyp, przyjęty w ziemi attyckiej, miał być zakładnikiem i dobrą wróżbą dla szczęsnej Aten przyszłości a grób jego świętą strażnicą, o którąby się rozbijały wrogie nieprzyjaciół zamachy. Błogosławieństwa z grobów płynące przyniosły tu poecie ciepłe natchnienia i poddały słowa wymowne.

Powstanie tej tragedyi oplotły później nadzwyczaj bujnie opowieści literackie, w których jest pewnie jakieś jądro autentycznej prawdy. Zbiegają się one w jednozgodnem twierdzeniu, że Edyp w Kolonie był utworem późnej poety sędziwości. Perypatetyk Satyros opowiadał prócz tego, że syn poety Iofon pozwał zestarzałego ojca przed sąd o nieprawidłowe rozporządzanie majątkiem i obłęd umysłowy, że jednak Sofokles, aby ten zarzut odeprzeć, odczytał Edypa kolonejskiego przed sędziami [Plutarch wspomina tylko o odczytaniu chóru, sławiącego Ateny, co brzmi prawdopodobniej], którzy w uniesieniu nad tym utworem uznali rzekomo oskarżenie Iofona nieusprawiedliwionem. Wreszcie doszła nas wiadomość, dotycząca przedstawienia tej tragedyi, a wiadomość ta opiewa, że sztukę tę dopiero po śmierci poety, w r. przed Chr., wnuk Sofoklesa tego samego imienia wprowadził na scenę. Jest więc prawdopodobnem, że Sofokles w ostatnich latach przedzgonnych nad tym dramatem pracował. Dziwnej świeżości i sprężystości serca i myśli byłby on dowodem; tylko wyjątkowym i uprzywilejowanym naturom, jak n. p. Verdi’emu, sprzyjają tak Muzy i Charyty do ostatnich chwil życia. Wyrażono zaś już w dawniejszych czasach przypuszczenie, odświeżone w nowem dziele Roberta, że cały epizod tragedyi, odnoszący się do sporu między Edypem i Polyneikesem, był odgłosem tych niesnasków rodzinnych i że go poeta do wątku dramatu pod wrażeniem własnych przeżyć wtłoczył i doczepił. — Pewnem jednak to zdanie nie jest; natomiast pewnem nieomal, że posiadamy w tej tragedyi ostatnie dzieło poety. To też czytając je, przywtórzymy słowom Cycerona, twierdzącego z zachwytem: Manent ingenia senibus...

Na dnie podań o Edyposie, które kilkakrotnie powracały w dramatach Sofoklesa, leżała jakaś wiara w chtoniczne bóstwo, które z matki ziemi urodzone, jak każdy płód ziemi z nią się następnie łączy i żeni, ciągle się odnawia i usuwa przeszłość, t. j. dawny rok, a więc własnego ojca. To ziemskie bóstwo morduje więc corocznie swego rodzica i poślubia własną matkę. Fantazya Greków zamieniła matkę-ziemię w śmiertelną kobietę, a jej syna-małżonka w króla i bohatera, ubierając ich losy w tysiączne barwy i różnorodne zdarzenia. A z człowiekiem dostały się do starej religijnej opowieści o przełomach w naturze zbrodnia i występek, które tak złowrogo zaciężyły na biednym, nieświadomym winy, Edypie.

Od tłomacza.

Wygnany szedłeś w dalekie ostępy

Z twarzą, na której znak klęski widnieje,

Z duszą nieszczęściem starganą na strzępy,

Na trud nie bacząc, na głód i zawieje.

I szedłeś naprzód znękany, lecz dumny,

Choć dawne grozy cię gnały jak jędze,

Szukając w dali i grobu i trumny,

Aby w nich złożyć twe nędze.

Lecz cię owiła jak skrzydłem anioła

Wierna twa dziewka, Antygona biała,

Ona, gdy przeszłość klątwami ci woła,

W kir twej żałoby łzy serca dzierzgała,

Ona, gdyś klęską żywota zmęczony

I twą tułaczką, ustawał pod znojem,

Miłośnie ciebie wspierała ramiony,

Kwiatem ci była, powojem.

I wnet znalazłeś jałmużnicę drugą,

Która do męża, co bojem się łamie,

Z ostatnią raźnie przystąpi usługą,

Mroźnej litości wydłuży swe ramię,

By ulgę przynieść i zetrzeć pot z czoła

I precz cię wywieść z upaleń i znoju

Nad niepamięci strumienie i sioła,

W senne królestwo pokoju.

W Atenach przyszło dokonać ci miary

Dni i nieszczęścia. Wieszcz Aten przy zgonie

Zaklął swą pieśnią wsze ziemi swej czary,

Cienie swych gajów i kwiatów swych wonie,

I śpiew słowików, co cię ukołysze

Na wieczną ciszę,

Więc jakby hołdem podzwonnym rozbrzmiały

Aten ci chwały.

Żegnając ciebie, wieszcz żegnał się z niemi,

Bo czuł, że nad nim też chyli się słońce,

Że z wszystkiem, co tu pokochał na ziemi,

Rozstać się przyjdzie wnet w śmierci rozłące.

To też gdy wielbi te cuda i życie,

Jakaś mu żałość blask Aten przysłania,

Znać, że już drgały w miłosnym zachwycie

Łzy pożegnania.

I w swym ojczystym roztworzył Kolonie

Grób dla Edypa... Tak uczcił on siły,

Które od duchów, co ziemia pochłonie,

Życiem i męstwem powioną z mogiły.

Wierzył w moc grobów.

Ja wespół z nim wierzę,

Bo gdy mym krajem targają dziś burze,

Gdy co dnia biją weń krzywdy, grabieże,

Wiem, że pod ziemią śpią skarbów mych straże,

A śnią i baczą, by serce me biło.

Więc, choć mi dusza dziś krwawi się żalem,

Krzepię ja męstwo nad ojców mogiłą,

Nad zmarłych moich świętem Jeruzalem

I w śmierć ja wierzę, co z głębi podziemi

Życiem, miłością się plemi.

Osoby dramatu.

EDYP.

ANTYGONA.

KOLONEJCZYK.

CHÓR STARCÓW ATEŃSKICH.

ISMENA.

TEZEUSZ.

KREON.

POLYNEIKES.

POSŁANIEC.

EDYP.

Ciemnego starca dziecię, Antygono,

Do jakiej ziemi przyszliśmy i grodu?

Któż dziś błędnego Edypa uraczy

Drobną daniną? O mało on prosi,

A gdy chce mało, mniej jeszcze otrzyma;

Lecz to mi starczy, bo dawne cierpienia

I czas przydługi, duch wreszcie wrodzony,

Jako się godzić z losem mnie poucza.

Ale, o dziecię, jeżeli siedzibę

 

Widzisz ty jaką na miejscu nieświętem,

Lub w bożych gajach, to przystań, daj spocząć,

Aby się zwiedzieć, gdzieśmy się znaleźli.

Obcym trza pytać się ludzi tutejszych,

A co usłyszym, wykonać bez zwłoki.

ANTYGONA.

O biedny ojcze Edypie, opodal

Wieże na miasto wskazywać się zdają,

Świętem zaś chyba to miejsce, bo buja

Bluszczu, oliwek i winnic zielenią

I brzmi wszechpieniem słowików skrzydlatych.

Skłoń więc tu członki na szorstkim tym głazie,

Na starca długą masz drogę za sobą.

EDYP.

Posadź mnie tedy i pilnuj ciemnego.

ANTYGONA.

Czas długi sprawił, iż zbędne zlecenia.

EDYP.

Czy więc rzec możesz, dokąd los nas zagnał?

ANTYGONA.

Wiem, że do Aten; czem ostęp ten, nie wiem.

EDYP.

Tamto, co jeden nam mówił wędrowiec.

ANTYGONA.

Czem więc to miejsce, pójść może się zwiedzieć?

EDYP.

Tak, dziecię, jeśli ten okręg nie pusty.

ANTYGONA.

O, tu mieszkają ludzie! nie potrzeba

Dalszych wywodów, bo widzę tuż męża.

EDYP.

Czyż idzie ku nam i spiesznie tu zdąża?

ANTYGONA.

Już on przed nami, mów przeto do niego,

O czem na razie byś pragnął się zwiedzieć.

EDYP.

O druhu, od tej ja słysząc, co za mnie,

Jak i za siebie patrzy, żeś tu w porę

Przybył, by nasze rozjaśnić wątpienia...

KOLONEJCZYK.

Nim spytasz więcej, opuść tę siedzibę,

Bo się nie godzi na miejsce to stąpić!

EDYP.

Czem jest to miejsce, czyż boga dziedziną?

KOLONEJCZYK.

Tknąć go i zająć nie wolno, bo dzierżą

Straszne je ziemi i ciemności córy.

EDYP.

Jakaż ich nazwa, bym wezwał je zbożnie?

KOLONEJCZYK.

Eumenid mianem wszechwidnych tutejszy

Lud zwykł je wzywać; inni zwą inaczej.

EDYP.

Niechby przybysza przyjęły życzliwie!

Bo nie ustąpię ja z tego już miejsca.

KOLONEJCZYK.

Cóż więc to znaczy?

EDYP.

Spełnienie mych losów.

KOLONEJCZYK.

Lecz i ja nie śmiem, bez wiedzy mych ziomków

Stąd cię oddalić, nim rady zasięgnę.

EDYP.

A więc, na bogi, nie poskąp przybyszu bo

Słów mnie nędznemu, o które cię błagam.

KOLONEJCZYK.

Mów, bo nie doznasz odemnie odmowy.

EDYP.

Czemże ten ostęp, po którym stąpamy?

KOLONEJCZYK.

Co ja wiem o nim, wraz wszystko usłyszysz.

Ten okręg świętym jest na wskroś, a dzierży

Cny go Posejdon i bóg ognionośny

Tytan Prometheus, a miejsce gdzieś wstąpił

Zwie się tej ziemi miedziostopym progiem,

Aten podłożem; poblizkie polany

Chętnie się szczycą, że jezdny Kolonos

Jest ich praojcem i odeń to miano

Za wspólne swoje przyjęli nazwisko.

Takiem to miejsce przybyszu, nie pieśnią,

Lecz raczej czczone hołdami pobożnych.

EDYP.

Więc tu mieszkają w tym okręgu ludzie?

KOLONEJCZYK.

Owszem, po bogu tym nazwę dzierżący.

EDYP.

Czy mają władcę, czy władza u tłumu?

KOLONEJCZYK.

Królowi miasta ten ostęp podlega.

EDYP.

Któż ten, co słowem i siłą przewodzi?

KOLONEJCZYK.

Zwie się Tezeusz, z Aigeusa się rodzi.

EDYP.

Mógłbyż kto od was pójść z wieścią do niego?

KOLONEJCZYK.

By tu stanąwszy co wyrzekł lub sprawił?

EDYP.

Zyskałby drobną przysługą on wiele.

KOLONEJCZYK.

A cóż za zyski dać może mąż ślepy?

EDYP.

Wszechwidzącemi będą słowa moje.

KOLONEJCZYK.

Bacz, druhu, byś się nie potknął, bo zdajesz

Mi się szlachetnym, choć los cię pogrążył.

Zostań gdzieś przystał, aż podam wiadomość

O tem mieszkańcom, co okręg ten dzierżą,

Nie zaś do miasta; bo tamci rozstrzygną,

Czy ci pozostać, czy odejść należy.

EDYP.

O córko, czyż więc już odszedł ten obcy?

ANTYGONA.

Poszedł, więc możesz, o ojcze, w spokoju

Wszystko powiedzieć; ja sama przy tobie.

EDYP.

Że wasz przybytek, groźnookie dziewy,

Za pierwszą w kraju siedzibę mi służył,

Niech mnie, ni Feba, nie sięgną stąd gniewy,

Tego, co kiedy klęsk nawał mi wróżył,

Orzekł, że kiedyś po czasów szeregu

W kresowej ziemi, na bogiń cnych tronie,

Znajdę przytułek i dokonam biegu

I głowę moją zgnębioną tam skłonię,

Na zysk tym, co mi otwarli ogniska,

A tym na klątwę, co gnali mnie z domu;

Poręczą mi to przyrody zjawiska,

Gdy ziemia zadrży wśród błysku i gromu.

Więc ja wiem teraz, że tą oto drogą

Ptak od was słany iść prosto przeznaczył

I wiódł w te gaje; inaczej bo w progu

Nie byłbym tutaj was pierwszych zobaczył

Ja czczy was, którym niemiłą ciecz wina

I na te twarde nie siadłbym kamienie.

Nuże więc, pomnąc wróżby Apollina,

Dajcie mi dziewy kres i wyzwolenie.

Jeślim wam dość już nieszczęsny, ja, który

Najwyższe męki wśród śmiertelnych znoszę;

Nuże, o słodkie wieczystej mgły córy,

I grodzie wielkiej Pallady, was proszę,

Z miast wy najbardziej czcigodne Ateny,

Spójrzcie na marę znękaną od bólu!

To się zostało po Edypie królu.

ANTYGONA.

Cicho, bo jacyś zbliżają się starcy,

Aby wyśledzić mój ojcze, gdzieś spoczął.

EDYP.

Zmilknę, a ty mnie opodal od drogi

Ukryj wśród gaju, bym wprzódy posłyszał,

Co mówić będą; ostrożna to rada,

Że ktoś przed czynem stan rzeczy wybada.

CHÓR.

—Patrz, kto to był, gdzie jest, gdzie zbiegł

Nad wszystkich ten bezczelny człek.

Bacz, oglądaj, śledź bez tchu!

Chyba on nie zrodzon tu,

Lecz stary był to włóczęga,

Inaczej on nie śmiałby wraz

Wtargnąć w dziewic święty las,

Których niezłomna potęga,

Których imię wspomnieć lęk,

Lęk podnieść ku nim czoła.

Więc tłumiąc wszelki głos i jęk,

Duch w ciszy do nich woła.

Lecz teraz słuch, że jakiś zuch

Śmiał w okręg święty wkroczyć,

Przejrzawszy już go wszerz i wzdłuż

Nie mogę człeka zoczyć.

EDYP.

—Otóż ja tutaj i widzę po głosie,

Co wy mówicie.

CHÓR.

O biada i biada!

Groza go widzieć i słyszeć go groza.

EDYP.

Nie patrzcie, błagam, jakby na zbrodniarza.

CHÓR.

Zeusie obrońco, kim byłby ten starzec?

EDYP.

Chyba nikt nie pozazdrości

Losu mojego, o stróże tej włości.

Obcem ja okiem się wlokę po świecie,

A za podporę to dziecię.

CHÓR.

—O straszny wzrok! Czyś ciemny w świat

Ty wszedł, dziś pełen klęsk i lat?

Nam ciebie strzedz, byś nowych win

Nie spełnił przez występny czyn!

Idziesz, bacz, by cię nie zwiódł

Obłędny krok w zielony jar,

Gdzie wody płyn i słodki miód

Do jednych zbiega czar.

Więc baczność o przybyszu daj,

Spiesz, choć znużony drogą.

Czy słyszysz? opuść święty gaj

Nietknięty świecką nogą.

Milcz! gdy wyjdziesz z tej ostoi

Tam, gdzie mowa wszem przystoi,

Zwierz się duszy mojej.

EDYP.

—Córko, co czynić?

ANTYGONA.

To, co czynią oni.

Słuchać, co trzeba, ustąpić.

EDYP.

Wesprzyj mnie ręką.

ANTYGONA.

Już się stało.

EDYP.

O ludzie, byłem ja krzywdy nie doznał,

Żem ufny wam się oddalił.

CHÓR.

Przenigdy, starcze; z tej oto siedziby

Nikt cię wbrew woli nie wyprze.

EDYP.

Czyż dalej?

CHÓR.

Naprzód.

EDYP.

Czy jeszcze?

CHÓR.

Wiedź naprzód, o dziewczę, ty widzisz.

ANTYGONA.

Idź więc, idź ciemnym krokiem, dokąd wiodę.

CHÓR.

Obcy w obcym goszcząc kraju,

Czyń co czyni gród!

Czcij, co tutaj we czci mają,

Gardź czem gardzi lud.

EDYP.

A więc, dziewczę, prowadź tam,

Kędy stąpić można.

Tam się wraz w rozmowę wdam,

Bo walczyć z prawem zdrożna.

CHÓR.

Oto głaz, a po za nim nie zegnij kolana.

EDYP.

Czy tu?

CHÓR.

Dość już, jak słyszałeś.

EDYP.

Czy siąść?

CHÓR.

W bok dawszy się nieco,

Przysiądź na głazie.

ANTYGONA.

Ojcze, to moja rzecz, więc ty w spokoju...

EDYP.

O biada mi!

ANTYGONA.

...Dostrój krok do mego kroku,

Wesprzyj ciało twe sędziwe

Na miłosnym moim boku.

EDYP.

O nieszczęsna nędzo moja!

CHÓR.

Ty biedny, skoroś wreszcie siadł,

Tę nam odpowiedź daj,

Któż wiedzie cię znojnego w świat,

Gdzie dom twój, gdzie twój kraj?

EDYP.

O druhy!

Bezdomny ja, przenigdy...

CHÓR.

Przed czem zarzekasz się starcze?

EDYP.

Nie pytaj nigdy i nie śledź kim jestem,

Nie badaj dalej nad miarę.

CHÓR.

Cóż to?

EDYP.

Ród mój jest strasznym!

CHÓR.

Mów.

EDYP.

Dziewko, o biada, co wyrzec!

CHÓR.

Mów nam, przybyszu, z jakiego posiewu

Jesteś po ojcu...

EDYP.

O biada, cóż się to stanie, o dziecię?

ANTYGONA.

Mów, skoroś zabrnął tak bardzo daleko.

EDYP.

Więc rzeknę, bo niema już wyjścia.

CHÓR.

Zwlekacie długo, wyznaj to odrazu.

EDYP.

Czyż wiecie o kimś, co Lajosa synem?

CHÓR.

O! o!

EDYP.

O Labdakidów rodzinie?

CHÓR.

O Zeusie!

EDYP.

I o nieszczęsnym Edypie?

CHÓR.

Ty byłbyś tym człekiem?

EDYP.

Przed tem, co rzeknę, niech lęk was nie zdejmie.

CHÓR.

O ty nieszczęsny! o sromie! o biada!

EDYP.

Cóż się, o dziecię, teraz stanie z nami?

CHÓR.

Ustąpcie precz, opuśćcie kraj!

EDYP.

 

A co przyrzekłeś, gdzież się to podzieje?

CHÓR.

—Nie dosięgną tego kary,

Kto za krzywdę krzywdę iści,

Za fałsz fałszu da wymiary,

Płacąc szkodą miast korzyści.

Ty więc precz stąd jednym tchem

Ujdź z tych siedzib, z moich ziem,

Byś snać nowych klęsk i szkód

Nie ściągnął na ten gród!

ANTYGONA.

—O zbożni ludzie, starzec niewidomy

Z gniewną się spotkał odprawą,

Że jak słyszycie kiedyś nieświadomy

Przełamał prawo.

Lecz mnie nieszczęsnej snać nie odepchniecie,

Mnie, co za ojcem was błagam i proszę,

Proszę i oczy do oczu podnoszę,

Jak gdyby z waszej krwi dziecię.

Użalcie się więc tej rodzica nędzy,

Bo w waszej teraz my mocy,

Jakoby w bożej, udzielcie co prędzej

Wbrew groźbom waszym pomocy.

Klnę się na wszystko, co tobie jest drogiem,

Dzieckiem czy żoną, chudobą czy bogiem!

Kiedy moc wyższa zniewoli człowieka,

Próżno on przed nią ucieka.

CHÓR.

Edypa córo, wiedz, że my porówno

Twojej i jego litujem się nędzy,

Lecz drżąc przed bogów dłonią nie zdołamy

Powiedzieć więcej nad to, cośmy rzekli.

EDYP.

Cóż więc i z chwały i z pięknej oceny,

Idącej w niwecz, za korzyść zostanie,

I z głośnej wieści, że zbożne Ateny

Gotują same skrzywdzonym przystanie,

Same znękanym dostarczą schronienia,

Gdy mnie nic z tego? Złość przecież wygnała

Mnie z tej siedziby, mojego imienia

Tylko się trwożąc, nie czynów ni ciała.

Bom zniósł ja raczej, niśli spełnił czyny,

Gdyby o matkę i ojca kto pytał,

Skąd strach ten idzie. To powód jedyny

Trwogi; a któżby za złego poczytał

Mnie z przyrodzenia, gdym zelżon wymierzył

Pomstę; toć, gdybym z rozmysłem uderzył,

Nie zasłużyłbym na złego nazwisko!

Dziś ja bezwiedny zabrnąłem tak nizko,

A tamci z wiedzą gubili morderce.

A więc was proszę, co z owych rozłogów

Precz mnie gnaliście, o litość i serce.

Czcząc bogów, potem tychże samych bogów

Nie ważcie lekko i wiedzcie, że oni

Zbożnego człeka wciąż mają na oku,

Równie bezbożnych, że nic nie uchroni

Tego, co winnym, od niebios wyroku.

Więc bacz ty na to, byś czynem zbrodniczym

Nie zciemnił Aten tej chwały wiekowej.

Jam stanął ufny przed twojem obliczem,

Zbaw mnie i ustrzeż, a biednej mej głowy

Nie lżyj, choć wzrok ci odraza zamyka.

Bom zbożnie przyszedł i święcie i wiele

Dobra ci niosę, a kiedy władyka

Przyjdzie, co stoi w tym kraju na czele,

To wszystko wyznam przed jego obliczem,

Lecz wy tymczasem nie skrzywdźcie mnie w niczem.

CHÓR.

Uczczę ja, starcze, upomnienia twoje,

Bo nie błahemi bynajmniej się zdają

Twoje wywody. Li o to ja stoję,

Byś ich udzielił rządcom tego kraju.

EDYP.

A gdzież przebywa król, co ziemią włada?

CHÓR.

W mieście po ojcach mieszka; szedł po niego

Ten sam przechodzień, co mnie tu sprowadził.

EDYP.

A czyż mniemacie, że człekiem, co ślepy

Tak się on zajmie, iż sam by tu stanął?

CHÓR.

O jak najchętniej, gdy pozna twe miano.

EDYP.

A któż podąży do niego z tą wieścią?

CHÓR.

Droga jest długą a snują przechodniów

Po niej się mowy, które gdy zasłyszy,

Wnet on się zjawi, ufaj; bo twe imię

Wszędy rozgłośne; więc, choćby się lenił,

Na wieść o tobie pospieszy tu raźnie.

EDYP.

O niechby przybył na szczęście dla miasta

I dla mnie; któż bo nie myśli o sobie?

ANTYGONA.

Na Zeusa, cóż mam rzec, ojcze, co mniemać?

EDYP.

Cóż to, ma córo, Antygono?

ANTYGONA.

Widzę

Niewiastę ku nam dążącą; na źrebcu

Jedzie Etnejskim, a czepiec tessalski

I słońcochronny osłania jej lica.

Cóż powiem?

Onaż? nie onaż? czy myśl moja błądzi?

Mówię, to przeczę i nie wiem, co mówić.

O ja nieszczęsna!

To nie kto inny; jasnemi bo oczy

Pieści mnie zblizka i jasno objawia,

Że to Ismeny siostrzane oblicze.

EDYP.

Jak mówisz dziecię?

ANTYGONA.

Że widzę twą córę

A siostrę moją; wnet poznasz ją z głosu.

ISMENA.

Ojca i siostry o miana dwoiste

I najmilejsze! Znalazłam was ledwie

I z bólu ledwie na was patrzeć mogę.

EDYP.

Dziewczę, przybyłaś?

ISMENA.

Strasznem cię oglądać.

EDYP.

Dotknij mnie dłonią.

ISMENA.

Dotykam was obu.

EDYP.

Więc przyszłaś do nas!

ISMENA.

Nie łatwo to było.

EDYP.

Krewny posiewie!

ISMENA.

O nędzo okropna!

EDYP.

Czy nas obojga?

ISMENA.

I moja, nieszczęsnej.

EDYP.

Po cóż tu przyszłaś?

ISMENA.

Troszcząc się o ciebie.

EDYP.

Czy i z tęsknoty?

ISMENA.

I by wieści przynieść,

Z jednym, co wierny, puściłam się sługą.

EDYP.

A gdzież młodzieńcy bratni, by usłużyć?

ISMENA.

Tym daj ty pokój! Źle z nimi się dzieje.

EDYP.

Więc na Egiptu spierając się wzorze,

Im ci podobni myślą, życiem całem!

Bo tam mężczyźni czas trawią w komorze

I siedzą przędąc, a kobiet udziałem

Około życia się krzątać zapasów.

I z was ci, którym się trudzić przystało,

Jak dziewki strzegą swej izby i wczasów,

Wy zaś w ich miejscu nędz moich nawałą

Tu się paracie. Bo jedna z nich, skoro

Z dziecka na krzepką wyrosła dziewoję,

Nieszczęsna, była w tułaczce podporą

Mojej starości; przez gęstwin wyboje

Szła boso, błądząc wśród głodu i sromu,

Na dżdże nie bacząc, na słońca spiekoty,

Nie pomnąc w nędzy ni wczasów ni domu,

By ojcu strawy dodać i ochoty.

A ty, o dziecię, zsyłałaś mi wróżby

Wprzódy rozliczne, wbrew Kadmejów wiedzy,

O mej osobie, i wiernej mi służby

Nie poskąpiłaś, z ojczystej gdy miedzy

Precz mnie wygnano; dziś z jaką nowiną

Przyszłaś, Ismeno, cóż drogi przyczyną?

Że nowe trwogi wraz ugodzą we mnie,

Strach mi, bo chyba nie przyszłaś daremnie.

ISMENA.

Jakie ja zniosłam, mój ojcze, obrazy,

Szukając twego schronienia, nie dowie

Nikt z was się dzisiaj, bo nie chcę dwa razy,

Co zniosłam w życiu, przecierpieć znów w słowie,

Lecz zło, co miota twoimi synami,

Chcąc wam obwieścić, stanęłam przed wami.

Bo ci z początku pragnęli w zawody,

By Kreon rządził, by miasta nie skalać,

Bacząc na stare rodziny przekleństwo,

Co dom nieszczęsny twój zdawna gnębiło.

Lecz wnet bóg jakiś i duch ich zbrodniczy

Tchnął w trój — przewrotnych chuć jakąś złowrogą,

By rządy posiąść i władzę tyrana.

A więc z nich młodszy i wiekiem pośledni

Starszego brata Polinejka zbawia

Tronu i z ziemi wypędza ojczystej.

Ten zaś, jak u nas wieść głosi rozliczna,

W Argosu głębie zstępując wygnańcem,

Nowe tu węzły zadzierzga i hufce,

W myśl, że wnet Argos Kadmejską równinę

Z chwałą posiędzie, lub pójdzie w niebiosy.

To nie są, ojcze, co rzekłam, czcze słowa,

Lecz groźne czyny; nie w mojej zaś mocy

Wiedzieć, skąd doznasz od bogów pomocy.

EDYP.

Więc już dufałaś, że jakiejś ja pieczy

Doznam od bogów, aż znajdę zbawienie?

ISMENA.

Tak, bo na wróżbach wspierałam się nowych.

EDYP.

Jakich? cóż znowu wróżono, o dziewczę?

ISMENA.

Lud twój tęsknotą za tobą zapłonie,

Byś był mu szczęściem czy w życiu czy w zgonie.

EDYP.

Jakieżby szczęście mógł przynieść człek taki?

ISMENA.

Mówią, że w tobie ich potęga leży.

EDYP.

Gdy jestem niczem, miałżebym coś znaczyć?

ISMENA.

Teraz cię bogi skrzepią, wprzód gubili.

EDYP.

Skrzepże mi starca, co padnie za młodu!

ISMENA.

Przed tobą Kreon z tym stanie zamysłem,

Wnet, za maluczką i niedługą chwilę.

EDYP.

Cóż on chce począć, córo, wręcz mi powiedz!

ISMENA.

Chcą podle ziemi Kadmejskiej cię stawić,

By mieć cię w ręku, a w kraj swój nie przyjąć.

EDYP.

A cóż im z tego, że u drzwi pogrzebią?

ISMENA.

Grób twój bez części, przekleństwem im grozi.

EDYP.

To i bez boga człowiek by zrozumiał.

ISMENA.

Więc gwoli temu, w pobliżu swej ziemi

Chcą cię sadowić, by dzierżyć cię w ręku.

EDYP.

A czyż posypią tebańskim mnie prochem?

ISMENA.

Na to rodzinna krew, ojcze, nie zwoli.

EDYP.

Więc nigdy mego nie posiędą ciała!

ISMENA.

Klątwą to będzie kiedyś dla Kadmejów.

EDYP.

Z mocy jakiego, o dziecię, zrządzenia?

ISMENA.

Z twych gniewów mocy, gdy na grób twój stąpią.

EDYP.

Od kogo masz to, o dziecię, coś rzekła?

ISMENA.

Od ludzi, którzy z Delf chramu wrócili.

EDYP.

Więc Febus o mnie w ten sposób miał wieścić?

ISMENA.

Ci, co wrócili ku Tebom, tak głoszą.

EDYP.

A czyż z mych synów usłyszał to który?

ISMENA.

Obaj porównie i dobrze to wiedzą.

EDYP.

A usłyszawszy, przenoszą wyrodni

Tyranię ponad tęsknotę za ojcem?

ISMENA.

Wstręt mi to słyszeć, a jednak znieść trzeba.

EDYP.

Niechby im z bogów dopustu nie zgasło

Zarzewie waśni, niech w mojej osobie

Cel będzie walki zaciętej i hasło,

Którą już wszczęli, broń wznosząc ku sobie!

Bo tak ni tamten, co siedzi na tronie,

Nie ostałby się, ni ten, co precz z domu

Pierzchł, by nie wrócił. Gdzie były ich dłonie,

Gdzie pomoc, gdy mnie wygnano wśród sromu?

Przez nich bezdomnej doznałem niewoli.

Rzekłby kto może, że to mi jak wiano

Przyznało miasto, folgując mej woli,

Że mnie bez krzywdy w obczyznę posłano.

O nie! bo kiedym się gniewem zapalił

W najpierwszych chwilach, gdym pragnął już zgonu,

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?