Koniec maskarady

Tekst
Z serii: Czas Żniw #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Dla Ann Preedy

(1938–2019)

Środek tego cyklu – jego serce – jest dla ciebie

Ktokolwiek spogląda w głębię Paryża, temu to miasto zawraca w głowie. Nie ma nic fantastyczniejszego, nic tragiczniejszego, nic bardziej ulotnego*.

Wiktor Hugo

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Preludium

Port w Calais

Republika Sajon Francja

1 stycznia 2060

Gdy nasz statek wypłynął z Dover, na niebie płonął już świt. Gdy przybijaliśmy do brzegu, ze skłębionych chmur biła w nas wściekła ulewa. Spienione fale szturmowały nabrzeża portu w Calais.

Przynajmniej taki obraz odmalowały w moim umyśle szum morza i rozkołysany pokład, bo tak naprawdę nie widziałam nic poza skorodowaną stalą kontenera i bladym światłem, które wnikało do środka przez szczeliny między płytami.

Leżałam skulona na podłodze ze sklejki, cuchnęła wodą morską i rdzą. Naczelnik przez całą podróż siedział u mojego boku, starając się ogrzać mnie, gdy ja zapadałam w płytki sen i co rusz wybudzałam się z niego. Choć leżałam owinięta w jego płaszcz, dłonie w rękawiczkach wciąż miałam zimne, a chłodna wilgoć statku przejmowała mnie drżeniem. Pod sztormiakiem lepiłam się od krwi. Nie wiem, jaki środek przeciwbólowy mi podano, ale czułam, że jego działanie się kończy.

Latami marzyłam o opuszczeniu Anglii, lecz nigdy jako kontrabanda. I to w dodatku uszkodzona.

Czekając, aż statek zadokuje, przypomniałam sobie inną podróż, którą odbyłam do obcych krajów. Wówczas to ojciec trzymał nade mną pieczę, gdy samolot niósł nas nad Morzem Irlandzkim, z dala od naszej wstrząsanej wojną ojczyzny.

Wspomnienia tamtej nocy wciąż były żywe w mojej pamięci. Szklane drzazgi tkwiące głęboko w ciele dopadły mnie w chwili, gdy najmniej się tego spodziewałam.

Spałam jak dziecko. Przed świtem ojciec podniósł mnie z łóżka i zaniósł na dół, po czym posadził w samochodzie i zapiął pasy. Babcia musiała go usłyszeć albo wyczuć – zawsze mówiła, że potrafi wyczuć mój strach niczym haczyk wczepiony w jej pierś – bo przybiegła z gospodarstwa w kurtce narzuconej wprost na piżamę, krzycząc, by się zatrzymał. Biłam pięściami w okno, błagałam, żeby mnie wypuścił, ale na próżno.

Pozwolił jej ułożyć mnie do snu i poczytać mi na dobranoc, jak zawsze, i żadna z nas nie wiedziała, że to ostatni raz. Po tygodniach potajemnego planowania ojciec zbiegł do Republiki Sajonu. A ja wraz z nim.

Pod osłoną nocy przewiózł nas przez terytorium znajdujące się we władaniu rebeliantów i dotarł do portu lotniczego Shannon. Samochód był już wtedy podziurawiony pociskami jak rzeszoto. Rebelianci oznaczyli pojazd, podejrzewając, że Sajon przeciągnął go na swoją stronę.

Ojciec był na to przygotowany, ma się rozumieć. Dla każdego z nas przygotował walizkę i płaszcz. Inni jak w transie przechodzili odprawę z twarzami umazanymi krwią, niosąc niewiele więcej niż ubranie na grzbiecie. Później dowiedziałam się, że wszyscy pasażerowie lotu 16 – z Shannon do Londynu Docklands – byli kolaborantami. Sprzedali Sajonowi swoje tajemnice i przyjaciół, a laochra scátha, zbrojne ramię rebelii, ogłosiło ich zdrajcami narodu. Skoro wydano na nich wyrok śmierci, nie mieli innego wyjścia, jak tylko uciec z kraju, któremu starali się służyć.

Byli tam i inni: sajońscy dyplomaci, których wysłano, by negocjowali warunki kapitulacji, a teraz wracali do domu na tarczy. Poza nimi znaleźli się tam też ludzie tacy jak mój ojciec, wcieleni przemocą w szeregi wroga, którzy z tego czy innego powodu postanowili odpowiedzieć na wezwanie z Londynu. Pomijając jedno rozmarudzone niemowlę, byłam tam jedynym dzieckiem.

Wkrótce samolot wylądował po drugiej stronie Morza Irlandzkiego i masa wykorzenionych uciekinierów uformowała na granicy kolumnę. Wszyscy czekaliśmy w ciszy, z pustym wzrokiem utkwionym w martwym punkcie, by zdać się na łaskę Kotwicy.

Pierwszy krok na zewnątrz okazał się zbyt wielkim wyzwaniem dla moich zmysłów. Wychowałam się na zielonych pastwiskach, w zasięgu wzroku niskich gór, a więc Londyn wydał mi się oszałamiający i przerażający – kobaltowe latarnie uliczne, oślepiające ekrany i jaśniejące drapacze chmur, które wbijały się w bezbożny błękit nieba niczym arsenał ustawionych na sztorc noży. Metropolia była tak wielka, że aż groteskowa, przekraczała wszelkie racjonalne proporcje. Czułam się dziwnie, myśląc, że właśnie to miejsce będę musiała nazywać domem. Ojciec kupił czarną kawę w Brekkaboksie i nie dawał się przytłoczyć górującej nad nami cytadeli. Skąd mógłby wówczas wiedzieć, że Londyn go zabije?

Londyn – potworny, niesamowity i wspaniały, nazbyt dziki, by dać się ujarzmić nawet tyranii. Pożarł mnie całą, a w jego trzewiach obrosłam skórą tak twardą, że otoczyła mnie ochronnym kokonem. W życiu bym nie pomyślała, że kiedyś wyłonię się z niego jako Czarna Ćma, przywódczyni rewolucjonistów, że znajdę nową rodzinę w Siedmiu Pieczęciach. I że to ja zedrę maskę z twarzy Londynu i odkryję, kto i co kontroluje to miasto.

Nie, tamtego dnia byliśmy ślepi; nici naszego losu niknęły w oddali, niewidoczne dla oczu. Podobnie jak teraz, gdy zbliżam się do granic Republiki Sajon Francja.

Nie mam pojęcia, jaką rolę przyjdzie mi odegrać w tym spektaklu wojny. Jakie przybiorę imiona, za jakimi maskami skryję twarz. I kim się stanę.

Może bym zawróciła, gdybym to wiedziała.

***

Drzwi naszego kontenera otworzyły się i stanął w nich portowy robotnik, którego pamiętaliśmy z Dover. Twarz przysłonięta cieniem jego czapki była wykrzywiona zmartwieniem.

– Przeszukują wszystkie statki z Anglii – wydyszał, buchając z ust chmurkami pary. – Musimy uciekać.

Gdy podniosłam głowę, kark eksplodował mi bólem. Oczy miałam jak przykręcone na stałe do kości czaszki. Doker mierzył nas wzrokiem. Jego oczy były szare jak skała, stanowiły jedyny odznaczający się element zupełnie zwyczajnej twarzy. Zmagając się z ostrym bólem głowy, zastanawiałam się, ilu uciekinierom pomógł i jak daleko sięgała ta siatka szmuglerów, przewożących ludzi poza radarem Sajonu.

– Paige, możesz wstać? – zapytał Naczelnik.

Kiwnęłam głową i gwiazdy zatańczyły mi przed oczami. Nagle wszystko wokoło zrobiło się bezkształtne. Robotnik stracił swoje niewyróżniające się rysy, stając się pozbawioną formy plamą. Świat przed moimi oczami był jak obraz pozostawiony na deszczu, kontury się zamazywały, kolory wylewały się poza przypisane im linie.

Rozprostowałam nogi, wciąż przyciskając do piersi akta Scarlett Burnish, które wciśnięto mi w ręce ledwie kilka godzin temu. Zawierały moją nową tożsamość.

Spróbowałam wstać, a wtedy coś głęboko w moim wnętrzu trzasnęło jak sucha gałąź. Ból niósł mi się echem po kościach i wysiąkał z ciała przez bure łaty sińców. Ostro nabrałam tchu, zamarłam na moment, czułam, jak twarz pokrywa mi się potem.

Naczelnik klęknął przy mnie. Gdy tylko pokręciłam przecząco głową, przygarnął mnie do piersi i wstał, dźwigając mnie ze sobą. Zarzuciłam mu ręce na szyję, gdy prowadził mnie w ślad za dokerem.

Rytm naszej ucieczki wyznaczały zrywy i przestoje. Mój towarzysz osłaniał mnie przed deszczem i przenikliwym zimnem. Miałam wrażenie, że jestem ptakiem, który uwił sobie gniazdo w połach jego płaszcza. Podniósłszy wzrok, dostrzegłam po raz pierwszy zarys portu w Calais. Choć musiało być dobrze przed południem, przez zasnute chmurami niebo świat pogrążony był w półmroku, na tle którego odznaczały się jasno światła miasta. Reflektory rzucały cienie na falujące ściany kontenerów. Promy i frachtowce czekały na sygnał do wypłynięcia, trapy lukrował lód, a na ekranie transmisyjnym świeciły wielkie litery, przebijając się przez ulewę:

WKRACZASZ DO REPUBLIKI SAJONU WE FRANCJI.

Vous entrez maintenant à la république de la France de Scion.

Nasz przewoźnik człapał niestrudzenie naprzód, rozchlapując wodę w kałużach, a potem otworzył dla nas tylne drzwi furgonetki pocztowej.

– Tylko cicho – poradził i zatrzasnął je za nami.

Pochłonęła mnie ciemność, boleśnie prowadząca myśli do celi, z której dopiero co mnie uwolniono. Bezdenna otchłań, gdzie mrok rozpraszały tylko dwa ogniki nad łożem do podtapiania – płomienie refaickich oczu.

Naczelnik wygospodarował dla nas trochę przestrzeni, przekładając worki i pudła. Gdy wpełzłam w przygotowane miejsce, poczułam zapach własnego potu, który dobiegał spod sztormiaka, i nagle zdałam sobie sprawę, że mam niemiłosiernie przetłuszczone włosy.

 

– Równie dobrze mógł nas wydać – wycharczałam.

Naczelnik owinął mnie swoim płaszczem.

– Nie mam zamiaru pozwolić, by Sajon znowu cię zabrał.

Silnik samochodu zbudził się do życia. Drganie sprawiło, że lodowaty pot ściekł mi po twarzy.

– Spać mi się chce – wydyszałam. – Już tylko spać mi się chce.

Naczelnik umościł się obok, a jego dłonie zamknęły się na moich.

Moje zgrabiałe pomimo wełnianych rękawiczek ręce były w jego wielkich dłoniach jak twarde sople lodu.

– Śpij – powiedział. – Ja obejmę wartę.

***

Poltergeist w mojej Tarczy Czuciowej pozostawił na moim sennym krajobrazie siatkę głębokich pęknięć. Spałam niespokojnie u boku Naczelnika, wytrząsana przez mknącą po nierównej drodze furgonetkę, a przez głowę płynął mi strumień wspomnień.

Widziałam dziadków zawleczonych w cień rzucany przez Kotwicę.

Widziałam ich gospodarstwo, dzikie róże, rzeźbiony szyld nad drzwiami, na którym widniała pszczoła w locie.

Widziałam ojca zabitego złotym ostrzem.

***

Jakimś cudem dokerowi udało się opuścić strzeżony port z dwojgiem uciekinierów najpilniej poszukiwanych w całej Republice Sajonu.

Kiedy już myślałam, że będziemy tak jechać do końca świata, samochód się zatrzymał, a Naczelnik znowu objął mnie ramieniem i zaczął wstawać. Ból dał mi się we znaki. Miałam wrażenie, że tylko czekał, przyczajony, na stosowną okazję, by o sobie przypomnieć.

Doker zaparkował furgonetkę w jakiejś bocznej alei. Niczym pasterz zapędził nas gestem do drzwi. Znaleźliśmy się w wąskim korytarzu.

– To wasza kryjówka – rzucił zwięźle. – Wkrótce odezwie się ktoś z sieci. Nie wyściubiajcie nosa na zewnątrz.

Drzwi zatrzasnęły się za nim. Ciszę zaburzało tylko moje mozolne dyszenie. Wspięliśmy się po schodach na piętro. Naczelnik stanął na chwilę, przyłożywszy mi dłoń do potylicy.

Gdy przebywaliśmy w kolonii, znajdował sposoby na to, by mi pomagać i mnie chronić. Tam miał jakąś władzę, nawet jeśli jedynie pozorną. Teraz stał się uciekinierem. Bogiem na wygnaniu. I nie miał władzy nad niczym, a zwłaszcza nad moim bólem.

Posadził mnie na szerokiej kanapie, mając baczenie na rany. Zatonęłam w wielkich, miękkich poduchach i wodziłam wzrokiem po salonie, po kremowych ścianach i jodełkowych podłogach. Pod szerokim na całą ścianę oknem stał wielki stół, obietnica leniwych śniadań w bursztynowej poświacie poranka. Było czysto i wygodnie.

– Kominek jest sztuczny – powiedziałam.

– Tak. – Naczelnik ledwie na niego rzucił okiem.

– Ale jak ty sobie… – Dziki śmiech wezbrał mi w ustach. – Jak ty sobie z tym poradzisz?

– Jak sobie poradzę? – powtórzył, nie rozumiejąc.

– Potrzebujesz ognia, w który mógłbyś się w zadumie wpatrywać. Wiesz, że często to robisz?

Przekrzywił głowę, wzbudzając we mnie cichy chichot, od którego nieomal popękały mi żebra. Oderwałam zdrętwiałe dłonie od kanapy. Naczelnik zaciągnął żaluzje.

– Potrzebujesz czegoś przed snem? – spytał.

– Muszę wziąć p-prysznic.

Zająknięcie. Urwany oddech. Cokolwiek to było, ściągnęło na mnie jego wzrok.

– Może lepsza będzie kąpiel – zasugerował po chwili ciszy. Jakimś sposobem się domyślił. Kąpiel w mniejszym stopniu będzie mi przypominać o podtapianiu, o laniu wody z góry.

– Tak – zgodziłam się.

Wyszedł. Wsłuchałam się w szum sunącej rurami wody i bulgotanie kranów.

Z pewnością jesteś spragniona.

Pięści same mi się zacisnęły.

Może Zwierzchniczka miałaby ochotę się napić?

– Paige.

Poderwałam wzrok. Spojrzałam prosto w refaickie oczy, demoniczne, bezduszne. Suhail Chertan. Znowu przyszedł, by podtapiać mnie na suchym lądzie.

Mięśnie napięły mi się samoistnie. Znowu leżałam przykuta do pochyłego łoża z twarzą nakrytą mokrą szmatą. Zanim się zorientowałam, co się dzieje, odpełzłam od tych strasznych oczu i spadłam na podłogę. Poczułam się, jakbym miała szkielet ze szkła, upadek sprawił, że rozsypałam się w drobny mak. Nie mogłam dobyć tchu, powietrze uciekało mi od ust, przy pasie szukałam noża, ale go tam nie było.

Przywołała mnie z powrotem znajoma aura. Przejaśniło mi się przed oczami. Naczelnik klęczał przy mnie, nieco dalej, niż sięgało jego ramię. Tylko dość blisko, bym mogła go wyczuć. Bym sobie o nim przypomniała.

– Naczelniku… Przepraszam… – Głos mi się trząsł. – Myślałam, że… Och, chciałabym znaleźć słowa, by móc to wyjaśnić.

– Prawdopodobnie spędzimy razem w tym mieszkaniu sporo czasu. – Wyciągnął do mnie urękawiczoną rękę. – Może powinniśmy uzgodnić, że nie ma między nami potrzeby przepraszania.

Potrzebowałam chwili, by zebrać odwagę. Podałam mu dłoń, a on pomógł mi się podnieść i pokuśtykać do łazienki.

– Naczelniku – wymówiłam bezgłośnie – niezależnie od tego, co usłyszysz, nie wchodź, dopóki nie zawołam.

Po dłuższej chwili kiwnął głową na znak, że się zgadza. Zamknęłam za sobą drzwi.

Łazienkę oświetlał rząd lawendowych świec zapachowych. Po raz kolejny odczułam niepokój, widząc tę przestrzeń, tę czystość. Kamienne kafle, ciepło pod stopami. Miękkie ręczniki i wykrochmalona nocna koszula. Stojąc tyłem do lustra, zdjęłam kurtkę i sweter, a potem zakrwawioną sukienkę, którą nosiłam w celi. Sweter złapał sterczące nitki szwów na moim ramieniu.

Gdy zwróciłam się do lustra, dotarło do mnie, dlaczego Naczelnik zdecydował się oświetlić pomieszczenie świecami. Nawet rozproszone światło ukazywało zbyt wiele. Na południe od żuchwy nie oszczędzono ani kawałka mojego ciała.

Powoli, powolutku ogarniałam wzrokiem własne odbicie. Licząc rany i ranki, każdą z nich przeżywałam na nowo. Dłonie zaciśnięte na moim gardle. Opancerzona pięść wtłoczona w żołądek. Ćwiekowany bucior kopiący mnie po żebrach. Cokolwiek, byle zmusić mnie do mówienia. I wszystko to w bielutkim pomieszczeniu łazienki – białe ściany, biała podłoga, biały sufit. Niemalże sterylna czystość, przynajmniej na początku.

Nie mam gdzie się schować przed śmiechem i natarczywymi pytaniami. Ślady krwi w miejscu, gdzie skórę poszarpały mi odłamki Tarczy Czuciowej.

Przebiegłam palcami po rozcięciu nad okiem, plamie jaskrawej czerwieni kontrastującej z bladością cery. Widywałam się już w kiepskim stanie, ale to było zupełnie coś innego. To dzieło ludzi, którzy wykorzystali moje ciało jako narzędzie tortur.

Miesiące dochodziłam do siebie po tym, co ze mną zrobili w kolonii. Teraz będę musiała zaczynać od zera. Będę jak domek z kart, tak delikatna, że byle podmuch wiatru będzie mógł mnie obalić.

Nieruchoma woda w wannie przerażała mnie, była jak coś pogrążonego we śnie, nieruchomego, ale piekielnie groźnego. Gdy dotknęłam tafli, ręce znów pokryły mi się gęsią skórką, a ramiona zapłonęły bólem w miejscach, gdzie poszarpał je łańcuch.

Musiałam zmyć z siebie całą tę krew. Jeśli nie zduszę tego strachu w zarodku, chyba nigdy nie będę już mogła znieść dotyku wody. Biorąc głęboki wdech, zanurzyłam jedną stopę, potem drugą.

Stopniowo wchodziłam w wodę, drżały mi ramiona i piekły mnie rany. Gdy sięgnęła talii, wypuściłam powietrze. W końcu było mi ciepło. Już prawie zapomniałam, jakie to miłe uczucie, gdy człowiekowi ciepło aż po czubki palców. Za każdym razem zostawiali mnie mokrą na desce, miałam lodowatą skórę, jak trupy.

Drgawki się wzmogły. Zanim zdołałam się powstrzymać, wstrząsnął mną gwałtowny szloch. Tak bardzo próbowałam być silna. Choć mnie dręczyli, nie powiedziałam im nic. Nie dałam się złamać. A teraz wreszcie się rozsypałam, gdy już wydobyto mnie z tej ciemności, gdzie tkwiłam tyle czasu, gdzie znowu odarto mnie z imienia i godności.

Naczelnik uszanował moją prośbę – nie wszedł do łazienki. Płakałam, aż ochrypłam, a potem oparłam się o brzeg wanny i otoczyłam ramionami, wciskając palce w siniaki.

Nim się zmusiłam, by usiąść prosto, woda zdążyła ostygnąć. Powoli nabrałam jej w złączone dłonie i podniosłam do twarzy. Zanurzyłam czubek nosa. Potem wargi.

Za szybko. Na sekundę wszystkie mięśnie w moim ciele zrobiły się twarde jak stal. Ciemność napłynęła mi do oczu i natychmiast znalazłam się w mojej celi, w piwnicy. Gorączkowo złapałam się brzegów wanny.

Ohyda – syczał w moich wspomnieniach Suhail. – Żłop. Czarne fale skłębiły się mi nad głową. Nikt po ciebie nie przyjedzie. Zwaliłam się na podłogę, śliska jak ryba, i zwymiotowałam do muszli klozetowej.

Nie miałam w żołądku nic treściwego. Każdy wstrząs wyciskał z moich porów lodowaty pot. Gdy skończyłam, czułam się jak wywrócona na lewą stronę.

– Paige?

– Wszystko w porządku, Naczelniku. – Łzy parzyły mi policzki. – Wszystko gra.

Gdy już odzyskałam zdolność ruchu, wyplułam ostatnią żółć i wlazłam z powrotem do wanny, choć moje wnętrzności protestowały z całą mocą, wijąc się jak kłębowisko glist. Ale musiałam to zrobić. Musiałam zmyć z siebie niewolę.

Może Zwierzchniczka miałaby ochotę się napić? Uczcić swoje krótkotrwałe rządy?

– Nie mogę… – Jakby ktoś wsadził mi do gardła mokrą szmatę. – Naczelniku, nie mogę oddychać.

Żłop.

Przez krótką, okropną chwilę myślałam, że zemdleję i wsunę się pod powierzchnię, by utonąć. Naczelnik przypadł do mnie, złapał za łokcie.

– Oddychaj – mówił. Moje ręce powędrowały do jego ramion. – Paige, popatrz na mnie. – Próbowałam złapać go wzrokiem, przeniknąć jakoś czarną mgłę, która mnie spowijała. – Oddychaj, spokojnie. Zrób wdech.

Łatwo powiedzieć. Zdołałam zassać powietrze, ale moje płuca były jak mokra szmata, która za nic nie chciała dać się wycisnąć.

– Dobrze – pochwalił mnie. – To minie. – Musiałam zamrugać kilka razy, zanim uwierzyłam, że rzeczywiście jest obok mnie. – Teraz wydech.

Jego głos ściągnął mnie z powrotem na ziemię. Wpiłam palce głęboko w jego ramiona. Gdy atak paniki ustąpił, Naczelnik odsunął się ode mnie. Zmoczyłam mu koszulę własnym dotykiem. Spojrzał na mnie i ogarnął rozległość moich obrażeń.

Wrócił wzrokiem do moich oczu. Wyczytałam z niego pytanie o pozwolenie. Skinęłam głową.

Obejrzał każde zadrapanie i każdy siniec od pasa w górę, nie zostając przy żadnym dłużej, niż to absolutnie konieczne. Skończył na poszarpanych nadgarstkach.

– Kto ci to zrobił? – Jego głos był tak niski, że zdał mi się nieledwie wibracją.

– Stróże – odparłam. – Czasem chcieli uzyskać informacje, czasem po prostu się zabawiali. Suhail odpowiadał za wodę.

Płomień buchnął mu w oczach i zaraz przygasł.

– Musisz być na mnie zły – podjęłam. – Za to, że dałam się pojmać Sajonowi. Że nie wtajemniczyłam nikogo w swoje plany.

Całą uwagę skupił na moich rękach, które spoczywały mu teraz na nadgarstkach. Połowę paznokci miałam czarną.

– Pogardzałem tobą. Za to, że nas unikałaś. Dobrze wiedziałaś, co ona robi tym, którzy się jej sprzeciwiają, mimo to postanowiłaś rzucić własne życie na szalę, a wszystko to w imię planu o nikłych szansach powodzenia.

– Nie żałuję tego, co zrobiłam – wyszeptałam tonem wyznania. – To był jedyny sposób, by zniszczyć Tarczę Czuciową. Musiałam spróbować.

– Dla tych z nas, którym jesteś droga, twoje życie okazałoby się zbyt wielką ceną za to zwycięstwo. Każdej nocy życzyłem sobie, byś i ty pomyślała tak samo. I żebyś zrezygnowała z tego pomysłu. – Dotykiem delikatnym jak muśnięcie babiego lata Naczelnik uniósł mi głowę. – Lecz jednocześnie nie spodziewałem się po tobie niczego innego.

Zdobyłam się na przelotny uśmiech. Robiłam się spokojniejsza w jego obecności. Pragnęłam teraz tylko tego, by wyjść z wody i pójść do łóżka. Naczelnik poruszył się i usiadł na podłodze, podczas gdy ja sięgnęłam po mydło.

– Jaxon zjawił się w Archonie. Powiedział mi to i owo. – Woda pokryła się rdzą mojej zaschniętej krwi. – Powiedział, że to duch Rozpruwacza naznaczył cię dwadzieścia lat temu.

Naczelnik długo milczał.

– Powiesili nas na łańcuchach – rzekł w końcu – i tak czekaliśmy na swoją karę. Na moment, w którym się dowiemy, czy dojdzie do sekwestracji, czyli egzekucji, za nasze przewiny. Taki los nas czekał. A Sargas wcale nie garnie się do niszczenia innych Refaitów.

– Alsafiego zniszczyła Nashira.

Pęd jej ostrza. Głuchy odgłos głowy uderzającej o ziemię. Ledwie znałam Alsafiego, a jednak poświęcił się, by dać mi szansę na ucieczkę.

 

– To musiał być jakiś rzadki poryw z jej strony. Jego zdrada z pewnością doprowadziła ją do wrzenia – powiedział Naczelnik. – Nie, blizny były o wiele bardziej wymyślnym sposobem na ukaranie nas za nielojalność, bo na wieczność piętnowały nas jako zdrajców.

– Czy przestałeś kiedyś widzieć pokój, w którym to się stało? – Przetarłam ramię materiałem. – Przestałeś kiedyś czuć, że dalej tkwisz tam uwięziony?

Kolejna chwila ciszy.

– Z niektórych pomieszczeń trudno wyjść – rzekł w końcu.

Przynajmniej był szczery.

– Spróbuję umyć włosy – powiedziałam. – Chyba już mi lepiej.

– Dobrze.

Wyszedł. Wykorzystując tę resztkę siły, która mi została, wylałam sobie szampon na głowę, masowałam i drapałam skórę głowy, aż zaczęła szczypać, ale powtarzałam czynności, dopóki nie pozbyłam się ostatniego brudu i krwi. Wyszorowawszy się od stóp do głów, wyjęłam korek i wypełzłam z wanny.

Długo siedziałam na podłodze. Czułam się zdruzgotana tym, że musiałam poświęcić tyle czasu na coś, co kiedyś robiłam automatycznie. Ogarnęło mnie zmęczenie. Prawie pijana z wycieńczenia dźwignęłam się na nogi jak z waty. Z włosów kapała mi woda. Kropelka krwi zebrała się przy szwie na ramieniu.

Po raz pierwszy od trzech tygodni, które spędziłam w zamknięciu, wyszorowałam zęby. Włoski szczoteczki zrobiły się różowe. Przepłukawszy usta chyba wiadrem płynu, osuszyłam włosy ręcznikiem i wciągnęłam koszulę nocną, a potem zapięłam guziki, tylko że wsunęłam je w nie te dziurki, co trzeba.

Wychodząc z łazienki, byłam tak zmordowana, że ledwo trzymałam się na nogach. Naczelnik zaprowadził mnie do ciemnego, wysoko sklepionego pokoju, gdzie przy oknie stało podwójne łóżko zarzucone kocami i poduszkami.

– Powinnaś się przespać. – Puścił mnie. – Rany niebawem się odezwą.

Przestrzeń między nami wypełniało napięcie, wiedzieliśmy bowiem nie tylko o tym, co nadchodzi, nie tylko o wojnie toczącej się za oknem – która ani myślała czekać, aż wyzdrowieję – lecz także o tej, którą wypowie mi moje własne ciało.

– Przyniosę ci okład ogrzewający – powiedział Naczelnik. Ścisnęłam żebra. – Trzeba ci czegoś jeszcze?

– Nie. – Podniosłam na niego wzrok. Byłam tak zmordowana, że rozmazywał mi się przed oczami. – Naczelniku, wiem, że Terebell na pewno pozwoliła ci pójść ze mną, bo żaden inny Ramarant nie chciał. I wiem, że to musi być dla ciebie upokarzające, opiekowanie się człowiekiem. – Mówienie zaczynało mi sprawiać ból. – Dojście do siebie może mi zająć jakiś czas. Nie wiem, czy to w ogóle kiedyś nastąpi.

– To żadne upokorzenie, żadna hańba – odparł. – A tobie nie wolno przyspieszać procesu zdrowienia przez wzgląd na mnie.

Niemal pękłam, słysząc życzliwość w jego głosie. Nie miałam siły, by się powstrzymać – obróciłam się do niego i wtuliłam w jego pierś. Chciałam, by ktoś tulił mnie choć przez chwilę. Chciałam przekonać samą siebie, że on naprawdę był tam ze mną, że to nie kolejna narkotykowa wizja.

Otoczył mnie ramionami.

– Wybacz mi, mała śniąca. – Jego głos rezonował w naszych złączonych ciałach. – Wybacz, że pozwoliłem im cię zabrać.

Zacisnęłam powieki.

– Nie dałam ci wyboru. – Czułam jego dłoń między łopatkami, jej ciężar przejmował mnie spokojem.

Wsłuchałam się w miarowy rytm jego serca, pod jego wpływem moje własne się uspokoiło. W końcu usiadłam na łóżku. Kropelki z wilgotnych włosów wpadały mi za kołnierz. Zanim zdążyłam przełknąć dumę i o to poprosić, Naczelnik opuścił pokój, by zaraz wrócić z grzebieniem i suszarką.

– Nie musisz – wymruczałam.

– Mam tego świadomość. – Usiadł przy mnie. – Oprzyj się o mnie.

Usłuchałam. Ciepłe powietrze grzało mnie w głowę. Usadowiłam się między jego ramionami, czułam się ciężka, jakby odlano mnie z ołowiu, a najcięższe były moje powieki.

Gdy skończył suszyć włosy, wyłączył suszarkę i pomógł mi opaść na poduszki.

– Śpij w tej pozycji, jeśli zdołasz. – Ułożył je tak, by podnieść mnie do półsiadu. – Łatwiej ci będzie oddychać.

Już prawie spałam, kiwnęłam więc tylko głową. Suche, miękkie włosy otuliły mi policzek. Długo czekałam, aż w końcu uruchomi się pułapka. To zbyt piękne – leżeć w cieplutkim łóżku, czysta i bezpieczna. Ta część mojego mózgu, gdzie krył się strach, nawet teraz wmawiała mi, że sypialnia jest wytworem mojej przesyconej rozpaczą wyobraźni. Że tak naprawdę wciąż jestem sama, zamknięta w celi, a kat już po mnie idzie.

Ale nikt nie przyszedł. Za oknem Paryż tętnił życiem, śpiewały ptaki.

Zniknęłam, nim dogonił mnie ból.