Bełkot

Tekst
Z serii: Proza polska
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

BEŁKOT

Sławomir Shuty, Bełkot, Kraków 2020

Copyright © by the Author, 2020

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2020

Redakcja serii Piotr Marecki

Redakcja i korektaFilip Fierek

Projekt okładki Bolesław Chromry

Projekt typograficzny, skład i łamanie, korekta By Mouse | www.bymouse.pl

Wydanie II poprawione

ISBN 978-83-66571-27-3

Korporacja Ha!art

ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków

tel. 698 656 756

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem

Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek,

Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu.

Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

• Antonina Kardaś, Czernucha

• Aleksandra Wstecz, Kwiaty rozłączki

• Jarek Skurzyński, Zrolowany wrześniowy Vogue

• Zenon Sakson, Zaczarowany uber

• Sławomir Shuty, Historie o ludziach z wolnego wybiegu. Pasty i skity

• Maciej Topolski, Niż

• Jakub Michalczenia, Korszakowo [wyd. II popr. i uzupeł.]

• Maciej Piotr Prus, Wyspa i inni ludzie

• Jan Dzban, Dentro De Luxe

• Anna Sudoł, Projekt

• Sławomir Shuty, Bełkot

Sypie się puch z poduszki. Robi się z niego momentalnie brudna breja. Dzieci, które się właśnie narodziły, wierzą, że niebo jest czarne. Dzieci, które wiosną wyszły z panią rankiem na poszukiwanie wiosny, na trawnikach znalazły jeno zleżałe psie gówna. To podważyło wiarę w spójność systemu.

Bóg zazwyczaj wielce pomocny w ciężkich chwilach. Rozgrzewa. To chorowite wnętrze. Jak maść z psa. Wierzy się i cześć się oddaje temu, co najbardziej potrzebne. Skórka z kota na nerki. Orzechy włoskie na mózg. Pierogi ruskie, tanie, smaczne, zdrowe, ale nie polecam mrożonych. Nieumiarkowane, nieuniknione spożycie trunków. Potem to już go może nie być. I vice versa. Tym razem jednak nic się nie stało, choć sobie mogłem obiecywać wiele. Z nastaniem nowego porządku łgarskiego. Przy starcie. Żeby choć te kupki nie kleiły się butów. W tych właśnie centralnych, ważkich chwilach. Madzia wchodzi do Esplanady i przykleja jej się do misternego, kosztownego, czarnego bucika świeża kupka z pieska. Robi soczyste, brązowe ślady na zielonym dywanie. Fuj. Fe. Choć tak naprawdę... to skromnie cudowne. Piękne. Jakie właściwe. Na miejscu. Najlepiej, wiecie, nie być niczego świadomym. Można przełykać i iść dalej po zielonym dywanie. Może od czasu do czasu po czerwonym. Już wewnątrz. Wokół książki na półkach. W niezaplanowanym, choć reżyserskim porządku. Uśmiecham się. Uśmiecha się cała pierzeja. Piersi się śmieją. Rozpuk. Z tej perspektywy powiem, że nic się nie wydarzyło, choć obiecywać mogłem sobie wiele. Wówczas. Kobiety. Gdyby się tak każdej ładnej przyklejała kupka. Byłoby sympatyczniej. Pompatycznie mniej i bez niepotrzebnych majaków. Bela pupa. W skali od 1 do 10 – siedem z twarzy, reszta cztery. Niestety!

Chciałbym, naprawdę chciałbym dać więcej, lecz nie mogę! To skomplikowana historia.

Gdyby tylko moja praca wiedziała, że zamiast w niej i z nią piję tu na spokojnie aromatyzowaną herbatę. Moja jebana praca dorywcza. Wówczas była. Ale się skończyła. Włączył mi się program „urlop”. Raz jeszcze machinalnie gazeta „Praca”: Aaaaaaaa – niezawodny system do gry w multilotka, zadzwoń. Aaaaa – akwizycja w nowych ciuszkach, zadzwoń teraz. Same stereotypy. Więc jednak czas frywolny. Spędzanie. Zabijanie. Przykładne wypróżnianie. I na pytania ciekawskich cioć: no właśnie, wie ciocia... zakładam z takim jednym znajomym firmę... co będziemy robić? he... no wie ciocia, eee... przedsiębiorstwo wielobranżowe... ale jeszcze dokładnie nie wiadomo... mamy nadzieję, że wypali. Uff. Można łazić i ciągać się. Czasem kto postawi. Można napatrzeć się jak nigdy. Kobiety mimo lansują swoje ciepłe palta i urocze płaszczyki. Wyróżniają się, jak przykazano. Po pierwsze wyróżniaj się. Po drugie stolec. Właśnie. Na wiosnę to się wydaje, że cisną soki. Tylko że to nie była wiosna, a jesień, i co? Palma bije. Wyszedł z domu i nie wrócił. Środa. Czwartek. Piątek. Sobota, przy sobocie bicie piany, picie, skowyt na niedzielę, dół w poniedziałek, palma, rama, robota na boku, brudny Hary Kryszna. W kółko tak. Na szyi balast, pod pachą termometr. Powoli rozklejają się. Sympatyczne margarynowe ludziki. Patelnia gotowa na przyjęcie istoty. Posiłku. Komplet dziesięciu vitamin i sześciu prawd wiary. Sierpień miesiącem cierpień. Wrzesień. Jesień. Teraz do rany przyłóż poezje przedwczesnych samobójców. Od tych mankamentów odniechciewa się jeść. Jak niewprawne macanie się w ciężkim tłoku. Albo sprzedaż zażywnych pawi po niespecjalnej cenie. Może od razu dać im co do przykirania? Mniej bolesne, a i naprawdę dojmujące efekty uboczne. O tak. Sprzedaż pawi. Biały kościół, czarna msza. Za herbatę płacę. To szarmancki gest. Ale się inwestycja nie zwróciła. Do dziś! Trza było raczej... no właśnie, co?

Wojtek się zaczepił na bramkę do In Vitro. Paulina tam chodzi. Toaleta jest. Grzesiek ma zakład fryzjerski. Prosperuje. Jak inaczej. Opel oraz inne miłe gadżety dodatkowe gratis. Łukasz – składzik komputerowy. Wypala po kosztach. Dla znajomych. Bartek w Londynie, a potem prosto do Australii. Mietek robi przewód. Krzysztof chce mimo wszystko otworzyć coś swojego. To jest najlepiej, kurde. Na czym będziesz, na karcie? Na ryczałcie? No. Aha. Fajnie. Baśka wyjechała do Niemiec i wróciła teraz z małym Hansem. Czarnym małym Hansem. Mieszka u matki. Gryzie się z bratową. Marek za to autobusem do Wiednia oddać spermę za grube pieniądze. Sperma się nie spodobała. Wrócił z kwitkiem, a zaraz potem dostał wezwanie. Grzesiek znowuż jest przedstawicielem na Polskę południową znanej z czegoś. Kiedy przyjeżdżają kurierzy po przesyłki, otwiera drzwi na konkretnym fleku i bełkocze. Ładny mi przedstawiciel. Marta jest grzechu warta. Swędzi ją pizda i ciąga się po mieście za smażeniem. Poprawna peryklastyka jelit. Głośnodajka. Brudasa niet! Gośka prowadzi aptekę i też, jak przyjeżdżają kurierzy po przesyłki, otwiera drzwi w szlafroku z lekka niedobudzona i podpisuje się na listach przewozowych. Wyłazi jej skądinąd cycek. To co? Nic. Świeży lakier na kciuku. Potem musi jeszcze puścić faks do centrali i zjeść coś zdrowego a sensownego. W ten sposób się te wszystkie koluszka zazębiają za siebie i całość jako tako wygląda. Historia. Pisze się. Jak leci? Powodzenia. Byle do przodu.

 

Widziałeś Joaśkę? Taka ładna siostra Piotrka. Teraz się nagle zrobiła brzydka. Miała operację na mózgu. Wojtek się w niej zakochał, a potem się z niej odkochał. Jest na bramce. Szkoła żołnierska. Mówiłem. Ostatnio bardzo zadowolony. Klopsiki wieprzowe w sosie grzybowym. Pycha. Pięć posiłków. Jak przykazali w miesięcznikach. Plus ful wiadro z truskawkową odżywką. Na Gwiazdkę wybrał mu się pięknie kark. Na to czekał. Przed nim do zrobienia rzeźba. Na lato jak znalazł. Kryspinów... plaża... kiszeczki... tegotamtego. Oby, oby. A i teraz nie jest źle. Przerost masy nad treścią, ale. Zawsze można coś kupić, jak chcesz – mówi – tylko zadzwoń wcześniej, jak będziesz czegoś potrzebował, czekaj, dam ci numer na komórkę. Dobrze. Wiesz, broblem jest taki, słuchaj, znasz tego gościa w Buckleinie? Kutas jeden złamany. Nie wpuścił mnie... słuchaj, pobił Piotrka, wiesz, na konkretnej ćmadze go pobił, około czwartej nad ranem na podwórku, ha... toaleta jest... spotkałem tam znajomą Benjamina, taka ruda, ładna, modna... i niedrogo... była na czymś... no sympatycznie... sympatycznie, nie wchodziłem dalej... po co... to już nie to samo i nie wróci już.

Leszek mieszka nad Equinoxem. Gary się tam w dresach złażą. Chamstwo, kurwa, i buracki przytup. Czwarta rano. Kapiszony strzelają. Leje się krew w najlepsze. A gdzie się krew nie leje? No. Aha. Życie. I tak dobrze, że ten Koniew ocalił miasto. Bo na resztę nie ma co liczyć. Mokro w majtkach i ciepły oddech na plecach... brrr... Pod Pachę wpadli po haracz. Andrzej się zna. Andrzej mówił na fleku wówczas. Ja wam tę budę spalę – w Singerze, a Mariusz tłumaczył do kogoś, że jeśli on wam mówi, że wam tą budę spali, to wam spali. On już się na tym zna. Nie spalił tej budy w końcu. Wytrzeźwiał. Może zapomniał. Miał nową marynarkę kogoś znanego. Kreatora. Kokaina. Ale to były czasy, co? No. Znaliśmy się na tym czy tamtym. Gadaliśmy sobie o różnych rzeczach.

Toczą się, toczą... Taki Jacek, weźmy. Maniakalnie cierpiał na zamiłowanie do roztoczy. Było słowo. Był świat, potem półświatek. Na Floriańskiej w cudny słoneczny dzień. On i bajkowy underground. Jebać detox. Overol na zdeterminowanym ciele. Nie daj sobie wszyć esperalu. Widelcem go podważył spod skóry. Taki był. Chłop jak domp. No. Rynsztok snuje swoją romantyczną opowieść, gdy się ją przegląda pobieżnie na dużym ekranie, wpieprzając popcorn. Dziesięć minut melancholii, pół godziny agresji, pocałunek z języczkiem i cała reszta doskonale zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. Rozkładówka rzeczywistości jednak jest nieco zdeprawowana. Już się tak nie podoba ślicznie. Jacek umiał się kiedyś znaleźć. Tu i tam. Jak co było do wypicia. Kasa, jaką zarobił w Rosji, poszła do kraju przelewem. Przez nery. Nie lubi mieć kaca, dlatego jak się raz porządnie zajebał, to od dziesięciu lat nie trzeźwieje. Gryzie spiryt w starej, dobrej frani. Frankowódka. Palonka. Tradiszjonal poliż since Bierut. Maratony zaś są takie wyczerpujące. Uff. Długodystansowiec. Słania się w banku na nogach – nie mogę uwierzyć? Na jakim, kurwa, debecie...? Chce reklamować wszystkie transakcje, począwszy od wczesnego dzieciństwa. Przydaje się bóg, po odbiór reklamacji. W zasadzie nie on reklamuje, a pani matka. On ma to w dupie. Słania się przed bankomatem po resztę. Naciska w pizdu te przyciski. Reszta nie nadchodzi, tak jak się nie zjawią kurierzy po aneks do umowy. Stoi i kołysze się na podeście z kartonu u wylotu ulicy. Samoistna dezintegracja. Tu coś był komuś winien. Tam znowu coś innego. Komornik siadł mu na wątrobie i automatycznie zabolało go serce. Stąd te duchoty i bezsenność. Pobili go wreszcie w zaułku nocą. Błazen polski wzdęty niewyjęty. Ten to ma smutne jednak życie. Ktoś mu właśnie wykopał spod nóg puszkę z drobnymi i choć się wcześniej nie poruszał dla uciechy tłumów, to teraz, chcąc nie chcąc, musi zebrać się w sobie i zbiera drobne z chodnika, mamrocząc szkolne przekleństwa, a który drobny większy, to go przechodnie pod butami kitrają na, jak to mówią, szczęście. Tosąqrwa chuje, nie ludzie, panie. Błazen porusza się zaślepiony wzdłuż krawężników, rycząc jak kozioł z barszprycką nasyconą łzami, najtańszym placebo. A Andrzej, patrz no tylko, upierdolił sobie działkę. Pożyczył lusterko od koleżanki z knajpy. Czemu nie. Nie ma co narzekać. Toaleta jest. Obsługa przyjemna. Wymienia znaczące coś spojrzenia. Leszek: i co toż, kurważ, je? Narkomani stoją na stołkach i gęby mają pomalowane na biało. Nic. My to byśmy mieli pomysły, no nie? Ano. Jak zwykle. Tylko jutro. Świat stoi otworem. Średnica czasem nie ta.

Można się przekalibrować. Proszę ja was, Leszek był w Barcelonie, był w Lizbonie. W różnych interesujących miejscach. Taki jes. Porobił kolorowe zdjęcia. Poprzywoził se dużo interesujących pamiątek. Niektórych idzie nawet pozazdrościć. Łazimy z Leszkiem po Plantach od strony pałacu muzeum. Suczka Leszka ma cieczkę. Przypomniało mi się, że mam zadzwonić do Iwony. Pijemy piwo na stopniach wejściowych. Pod Lublinem. Ściemnia się powoli, lecz jak na dzisiaj dość dziwnie szybko, do Rętgena złażą się ludzie. Prześwietlać drętwe party. Szukając znajomych. Rozglądając się wśród korpusów i kończyn. Pachnie świeżym kremem do golenia. Staję na głowie, żeby się wyprostować. Świat staje za mną. Co się w rezultacie stało. Nie wpadłem do ciebie. Nie zobaczyłaś katalogu. Nie wybrałaś sobie z niego niczego sympatycznego, a na dodatek straciłaś pracę czy też ona straciła ciebie. To zdarzyło się naprawdę. Zaprawdę.

Wciąż. Na fleku. A gdybym się jeszcze urodzić miał znów, to bez dwóch zdań Cracow, miasto kultury. Frykas na talerzu. Tak mówią. Jeżeli nie stolica, to przynajmniej kultura. Filmy, teatry, koncerty, wystawy, trajektorie, wernisażyki, przekąski, festiwale, Dym, w popielniku generały, w toalecie namiętności, zrazy, architekci, artyści, wizażyści, scenarzyści, stylizowane, wielkie, czarne, przysłowiowe wręcz holenderskie rowery, jakże pasujące do romantycznej atmosfery miasta... i chłopcy na nich jak spod igły świetni... wśród mroku zabielonego ćmiącą żarówką... świecą... toaleta jest! No niech mnie – mówcie, co chcecie – toż to Paryż środkowej Europy. Ojej! Karuzela odpalona! Ruchome święto! Wszyscy się tu znają. I kochają. Jesteśmy jak członki. Tego samego nieruchomego ciała, które ma zawiesistą dupę. Grajcie, bardowie. Grajcie, się nie oszczędzajcie. Niech Barbi zrobi zdjęcia i ogłosi kolorowy wernisaż. Wszem i wobec. Będą trunki, będą znakomitości, będą sławy i sosy. Zawiesiste! Gęste! Zabielane!

Dobre, bo polskie. Polacy nie gęsi, swój folklor mają! Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za stworzenie wyśmienitej tutaj atmosfery. Śmietankowej. Jogurtowej. Truflowej. Oczyszczająco-przeczyszczającej. Niech to będzie ten niechby drugi Paryż dmuchany. Bez pudła. Dla chałmaczów. Z plecakami. Z mapkami. Z wielkimi, tłustymi dupami. Schludna zagraniczna odzież. Płacą. Wymagają. Poezja. Malarstwo. Grafika. Inne sztuki. Samoprzylepne. Jeżeli to miasto... pretenduje... do zaszczytnego miana, oł, stolicy kultury... oł, Stanów Zjednoczonych Europy... trzeba wysmażyć więcej łakoci, słodkie burdele z atestem instytutu zdrowia w szaro-czerwonych dzielnicach, modne knajpy dla pedałów, ten migdałowy posmak art nieprawości. Sztuka się na tym pasie. Sztuczka raczej. Sztukateria. Dobry chwyt. Flaczki. Pycha. To sie rozumie samo przez sie. Przy tym dobrze wysmażony stek wątpliwości. Czarujących, jak przy pierwszej miłości. Czy oscypki trafią na rynki europejskie? Czy zadowolą podłe gusta i niskie pobudki? Czy będą wystarczająco sterylne? Czy baca doleje mleka krowiego, czy złośliwie ropy? Dumne wąsate oblicze nielegalnego strajku i jeszcze długa, kręcona kolejka po chleb, to jest to, co zejdzie w zgrzewkach po sześć. Polski ikonostaz. Smakuje jak ulał. Ładny też w garniturze. Na promocji trza w tą mańkę.

Zaprawdę sos już sam popłynie.

Ta Polska, jak się ją ogląda po chwili niebycia, Craków – jawi się jako kraina zabobonów i czarnej magii. Tajemnicza jest i uwodzicielska. Senna. Dzika. Odrapana. Liszajowata, z poetyckim kremowym smaczkiem. Rozmodlona. Pogańsko dziewicza. Prymitywna. Słowiańska. Jak nuta zapachowa, sączy się mgła po Plantach nad ranem. Do przebudzonej świtem rzeki mleko mgieł się wlewa. Grają światła na starych murach. Smakowity barszczyk jesienny. Wieczorem. Jak ci przypierdolą, to przez tydzień będziesz cyrkulował z gołębiami nad miastem. Obiją muce, zabiorą portfel, zegarek, telefon i wartościową kurtkę skórzaną. Słowem, mistycznie... o! gołąb właśnie nasrał na spacerującą Plantami Japonkę... he, he... dobrze...

O tutaj, proszę, wycieczki – Zamek Królewski na Wawelu ze znamienitym gorącym czakramem. Widok od strony wschodniej pokrytej pyszną, gęstą czekoladą. Nie dotykać. Nie zlizywać. Patrzeć. A tam nieco dalej... na trakcie... Rynek Główny – ulubione miejsce spotkań, przykrych widowisk, nielegalnych samospaleń, wyświęconych manifestacji, hucznych uroczystości podnieconych rezerwistów i wesołych zawodów koszykówki ulicznej, których sponsorem jest. Miejsce wymarzone dla umiejscowienia przyjemnego piwnego ogródka z roślinnością plastikowopienną. Bluszcz przepisów w nowym stylu w starym mieście. Po to one są. Żeby ktoś komuś. Między nogami. A i łapki obficie, a jakże, nasmarowane. Włażą bez mydła. Słowem wszyscy zadowoleni i samowolni. Wielki baton płynie dalej. Na zdjęciu przemarsz przedsiębiorstw świadczących usługi góralskie i inne w regionalnych strojach. Prosimy o drobne datki. Na wprost torcik francuski – dawniej Sukiennice i reszta z drewna, tektury i staniolu. Wyroby Nestle Klasik. Po przejęciu Wawelu SA, dawniej SS, centrum GG. Warto było wracać do macierzy? He? Co? Marka nieźle stoi. Sztywno. Jak młody drag. Der Klassiker von Teresa Oorloski. Aśki matka urodziła się w obozie tutaj zaraz... Treblinka?... Nie wiem dokładnie, było nie było, terytorium dyplomatyczne Wielkiej Rzeszy, teraz nie mniejszych Niemiec, potem tak w dziewięćdziesiątych na fali odwilży poprosiła o obywatelstwo... było nie było, prawo jest prawem... ponad wszystko... udało się... Aśka więc studia w Hamburgu... teraz w firmie z kapitałem... chwali sobie. To wszystko procentuje! A potem robi się z tego zajebisty alkohol i wszyscy świetnie się bawią. Na czym to ona się nie zna. Wygadana, sprytna, uśmiechnięta. Złapała pana boga za kutasa i mocno się trzyma. Nauka nie poszła w las. Pozytywne iluzje na swój temat. Co by nie. Awans z tłuszczu w masę średnią. Tłuszcz spala się suchym latem u bałera. Bełkocząc wyuczone niemieckie zwroty grzecznościowe. Za wszelką cenę przetrwać. Zarobić lub okraść przyjaciela. Przytargać lawetą stuknięty pojazd. Potwór nie potwór, byle miał otwór. Kościół Wariacki. A w Krakowie na rozstajach? Historia jak zbuk w murach gnije. Wasze ulice, nasze kamienice. Pamiętacie? Pamiętamy. Pomożemy? Pomożecie. Kwitnąca mimoza animozji. Choć teraz to nie wypada. Tak czy owak. Szalety nieczynne. Opodal topniejącej bryły Słowackiego.

Kieruję się w krzaki i spoglądam na resztę sztafety z tej pozycji. To ulubione miejsce spóźnionych i w nagłej potrzebie. Niejedna afera rozporkowa tutaj! I niejeden postawiony kloc. Śmierdzi jak w przejściu podziemnym. Poniżej właśnie. W światłach mrugających lampionów żuleria oferuje zdezaktualizowany model monstrualnie wielkiego procesora i oskubane łabędzie, że to niby wyrośnięte gęsi. Piętrzą się na łóżkach polowych stosy czasopism pornograficznych w promocji. Większe są tylko sterty krzyżówek. Budziki, parasolki, etui na prawo jazdy. Zmierzłe precle i zleżałe drożdżówki – pokusa dla najbardziej pijanych i napalonych. W żyłach pod białymi mankietami sterczą strzykawki jak członki. Ktoś szczupły żebrze na bilet. Babcia Buła z Nowego Targu sprzedaje suche kwiaty i bryndzę zahartowaną w przyjemnym kształcie góralskim. Spacerują rodzinami wystrojone gary. Biją się chwiejnie i przeklinają pieprznie. Przejście prokuruje życie nocne na własny użytek. Tam gdzie powstaje luka, wlewa się zwietrzały płyn hamulcowy. Podczas przypadkowej promocji dochodzi do rękoczynów. Pękają roztoczone bariery i tłuszcza dosięga idola. Zostaje rozerwany na strzępy. Każdy posiadł pamiątkę. Każdy czuje się potencjalnym dawcą zjadliwych pamfletów. Plują sobie w twarz. Strzykają jadem. Tłuką butelki, by rzucić się sobie z kwiatem do gardeł. Szanse na przetrwanie mają jedynie co sprytniejsze w negliżu pizdy. Reszta, widząc je, cmoka z zadowolenia i przystaje w natłoku nocnych obowiązków, by gestem ręki dać im do zrozumienia, jak bardzo pragną tych ciał. Lukier na pączkach twardnieje ze znudzenia i starości. Pięści puściły się w ruch. Pizdy ssą krew ze zmaltretowanych członków. Słaba rozdzielczość obrazu wywołuje drgania powietrza. Piksele niczym komary czernieją w cieniach, jakie rzucają jarzeniówki w podziemiu. Na stertę kartonów mocz oddaje pies. Ta rasa jest szczególnie niebezpieczna. Wywodzi się z ognisk domowych morderców trudniących się zbieractwem opakowań wtórnych, wyrywaniem ciężkich od zwapnień serc i parcelacją zużytych ciał.

 

Odchodzę w kierunku dworca. Kłaniam się pomnikom. Źle wytopiony globus. Kulki analne extra large w liczbie trzy. Podnoszę z błogosławieństwem kaszankę, którą porzucił beztroski podróżny. Wpycham ją na chamca do gardła i zdławiony jeszcze przez moje 15 minut krążę jak pies wokół ospałych zdzirek. Dalej. Szybciej. Lepiej. Taniej. Sklepy nocne pulsują jak podrażnione krwiaki. Ludzie wewnątrz są nadzy i opuszczeni przez zdrowy rozsądek. Jedyne, czego chcą, to kiełbasa i alkohol. Kiełbasę włożą sobie prosto w dupę, by maksymalnie skrócić proces trawienia. Kolorystycznie wszystko do siebie pasuje. Jedyną strawą pozostaną sfermentowane, destylowane ziemniaki i mgła. Coś dla ciała, coś dla ducha.

Bar Magda. Bar Smok. Bar Kotlet. Bar Asia wietnamski. Bar Uniwersalny. Bar Bakan. Zapiekanki miękkie mrożone, tłuste placki ziemniaczane, zimne importowane napoje, tworzywa sztuczne na obcej licencji, hydrauliczny przełyk przegubowy. Wierzynek to nazwisko krakowskiego patrycjusza, który w 1364 roku wydał sławną ucztę dla gości króla Kazimierza Wielkiego. Szczęście jednak szkodzi. I o to chodzi. A głód dodaje siły rozpłodowej.

Znacie Brajana? Kto by go nie znał. Brajan przyjechał, żeby uczyć angielskiego. Peru, Zimbabwe, Polska. Ciężko wybrać. Ciężko powiedzieć. Czy w tym kraju na „P” są jakieś ładne kobiety? I pewnie nie tak gorąco, a przelicznik musi korzystny... Wystrojone miejscowe dziewczyny nie mogą wyjść z podziwu. Jest jak anioł... jak przedstawiciel pozaziemskiej cywilizacji. Buty... spodnie... kurtka... język... wszystko marka i jaki gatunek... o jezuu... a na dodatek pewnie konto pękate. Troszkę się krygują, ale świecidełka w dłoniach pioniera łamią pierwsze lody. Tubylcy wchłaniają tandetę i plastik na nową, nieznaną jeszcze skalę. Tymczasem, po chwili, sięgasz odruchowo ręką, ale słodkie banany nie są już za darmo. Kiedyś, owszem, tak – pan przedstawiciel na wschodnią Europę uśmiecha się – w promocji, teraz, owszem, nie. Teraz należy uiścić opłatę. Być albo nie być na czasie. Jak się nie ma miedzi, to się na dupie siedzi. Podlać korzenie. By mieć. Pożądam. Jej słonej ceny. Sprzedaję. Encyklopedia, aparat, radiomagnetofon, kolejkę z wagonikami sypialnymi w stylu NRD z torami, znaczki z papieżem, jedna wizyta, druga wizyta, trzecia wizyta, szkoda przecież nakleić, budzik, kryształy, wersalka. Już wiem, już czuję ten niesmak. Spóźnione opamiętanie. Na razie jestem w rui. Prędko! Konsumuję niskokaloryczne wartości sockulturowe. O nie! Nie róbcie mi tego! Kalafior potrzeb wygotował się ze wszystkich witamin. To moja wina! O boże! Mogłem nie zwlekać! Mogłem szybciej. Zadłużyć się. Jeszcze dziś, niestety, nie stać mnie na to, na co będę miał pieniążki dopiero w przyszłości. Jaka, kurwa, szkoda. Jedyne, co teraz wchodzi w rachubę, to bułka z serem i kefir, słodka herbata z cytryną. Kosmetyczne triki! A miało być na różowo. Drażnienie podniebienia.

Kwintesencja smaku. KacDonald. Burdel King. Pizzda Huj! Przystojny i szarmancki kierownik sali jest surowy wobec świeżych pracownic. Nie cycka się. Fast fud blues. Nie fikać. Nocna zmiana. Jeżeli takim nie pokażesz, kto tu rządzi, wejdą ci na głowę. Siła robocza to wesz. Baranina armatnia. Za pysk ją! Poruszać się, do chuja, w takt! A cóż to?! Za dużo łogórka dajesz! Jeszcze niepościerane?! Wydawajżeż tą resztę, do kurwy nędzy, szybciej! Która przypaliła mięso? No która? Wy kurwy. Wykurwiać na ulice, nie tutaj, szargać reputację znanego znaku towarowego! Z trudem wypracowany międzynarodowy szacunek klienta do marki! Globalne świętości! Warta spółka z z o.o.o.baczymy, kto tu jest gościem, ścierwem, gnojem, chciałbym odetkać te kanały i żyć jak prawdziwi ludzie żyją, z długą szyją, wiecie, Murzyni w stanach analnych, jak z filmu wynika, grzmot im fika – to aż strach patrzeć! Chowam ręce, kurczę pupę i odchodzę. Fest fast żyć, jeść, pić, tyć, od ręki pożyczkę i bez żyrantów. Dec it. Git. Gra. Głowica audio-video, dual system przeczyszczający. Taka milutka kolorystyka przyciąga oszołomione owady. Pastele wczasów i lokat terminowych, podwójny big burger bank, otępiałe frytki i zawieruszony odcinek renty, finansowe hot dogi... takie kolory mają kondomy w kiblu Pod Instytutem. Nie mogę się zdobyć na kupno. Proszę zgromadzonych licznie przyjaciół. Balonik. Morze. Innym razem. Toaleta, mówiłem, jest. Dla personelu. Dla gości. W Huśtawce przewód od kibla porósł białą, śmierdzącą pleśnią. Cuchnie szczyną. Fe.

Craków. Rozdygotana wycieczka. Z innego miasteczka. Twardnieje mi korzeń na samą myśl. To Kraków! Świętych obcowanie. Nimb czułostek. Zaczarowana dorożka, zaczarowany koń, zajebany w sztok dorożkarz. Poeta przyuczony przeklina przed licznie zgromadzoną publiką. Co za feta! Nastolatki w przydużych glanach szaleją, smyrając porośnięte gęstym mchem jądra ciemności. Starsi koledzy częstują je dżisami. Warto inwestować w młode! Oj. I love Cracow. Soviet go home. Alchemia promocji zmienia miasto w nieznaną dotąd przestrzeń sentymentów. Korzystają z tego minidelikatesy. Małej gastronomii też się co na tym ogniu upiecze. Pamiętajcie o koniecznych medykamentach. Nerki dają znać. Cynadry. Krezki. Móżdżki. Fajrant, panowie! Mietek lubi wódkę. Wódka lubi dym. Nie ma dymu bez ognia. Ognia bez zarzewia. No i mamy. Cośmy chcieli. Amerykański styl tycia. Palenie albo zdrowie. Wyrób należy do ciebie. No i tak. Tak to szło. Co... co...?

Jak? Szewska? Gdzie jest ta Szewska... eee...? Pójdziesz pan prosto, potem w lewo i długo, długo nic, potem są takie knajpy dla literatów, Gruszka Zofia, Szankier Sztuki Nowoczesnej, prosto... a Pod Beczkami do czterech tyskich szklanka gratis... warto... z wieży mariackiej odzywa się hejnał grany na trąbce na cztery strony świata... urzędowe potwierdzenie wysłuchania nieczynne o tej porze... no, mówię, naprawdę tanio i warto... a co właściwie czeba na Szewskiej? Pasji? Bo Beata już tam nie chodzi.

Nie...? jak to...? kiedy...? czemu...? gdzie...? ona... eeech... – śni mi się ten zapach lnianej piczy... przyciskam doń głowę i marzę o następnym spokojnym, ciepłym lecie z cytrusami i radyjkiem w Międzyzdrojach... i perspektywami na Tunezję w przyszłym roku... dni oblekają się w świeżą pościel... poduszka wychwytuje wilgotne westchnienia, gumowe rękawice zwisają z oparcia niczym nieruchawe koty – jakżeż ja lubię, o jakżeż lubię zapach rozgrzanej piczy – gorączkuje się Tomek przed clubem – niesie mnie poprzez wspomnienia, zapachy... karoseria... i pod maskę... łapą... grzebać w częściach... smarować... obstaw mi końcówkę...

Dobrze. Beata... ehmn... wiesz... bo Beata przestała być zabawna. Wspomnienia z jej udziałem przestały się podobać. Zeszła im płatami skóra. Poza tym Beata lubi mnie jak gówno. Taśma się nam słabo lepi. Owszem, uśmiecha się szczegółowo. Cześć. Cześć. Kiwa głową i uśmiecha się. Ucinam każdy jej wyselekcjonowany, napuszony dialog. Staram się przynajmniej dla głupiej satysfakcji. Potakuje. No właśnie. No właśnie, i zgrzyta jej w mózgu. Krew się gotuje. Zapamiętuje wyraźnie mój zapach i szereguje go na półce z odorem wymiocin. Gdybym był muchą, nie zastanawiałaby się dwa razy, tylko zdzieliła porządnie packą. Swoje wiem. Wybaczcie... – mówi – uwielbiam słuchać Beethovena – mówi, zwracając uwagę na przenośny, rozkładany podtekst. W przekładzie: nie pierdzę i nie bekam przy stole, nie śmierdzi mi spod pachy, uśmiecham się uprzejmie, jestem wysoce aktualnie dowcipna, adekwatna, skulturyzowana, agrarna – tylko zasiać, niskokaloryczna – uwielbiam dobre filmy – wypowiada się – a jeżeli woda mineralna, to jedynie niegazowana, a cola dietetyczna. I banany. Są lekkostrawne, łatwo przyswajalne i zabawne. Zawierają... Jej dusza przypomina publiczną ubikację na dworcu, pełną obscenicznych i niewyrafinowanych fresków kutasów, dup, cip, cycków, pijaństwa i kopulacji. Przywodzą mi na myśl grotę w Lasko. Być może znajdą sobie uznanie w oczach przyszłych pokoleń te rozmazane rękami na regipsach, stwardniałe gówna.