Shadow Raptors. Tom 4. Blokada

Tekst
Z serii: Shadow raptors #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
32,95  23,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5.

Krążownik „Pandemonium”

Sektor drugi

Układ planetarny Epsilon Eridani

– Nie, nie i jeszcze raz nie! – Krawczenko wyjął z ucha słuchawkę komunikatora i ze złością cisnął nią w wyświet­lacz systemu łączności. Pod wpływem uderzenia grudką żelu widoczne na ekranie oblicze Samuela Hutchinsona, przewodniczącego Rady Autonomii Sigil, zafalowało. – Nie rozdzielę sił, mowy nie ma – wycedził do mikrofonu admirał. – Rozbijemy ich po kolei. Najpierw zgrupowania, potem Gniazdo.

– Musicie zaatakować równocześnie – zabrzmiało niespodziewanie z głośników.

Zaskoczony Krawczenko dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że system łączności wykrył odłączenie jego zestawu odbiorczego i automatycznie przekierował dźwięk na nagłośnienie zewnętrzne.

– Powiedziałem: nie! – warknął.

– Popełnicie błąd.

Krawczenko nabrał powietrza i odetchnął głęboko.

– I tu się pan myli – odpowiedział już normalnym tonem. – Błąd popełnili oni, dzieląc flotę na pół i zostawiając habitat bez obstawy. Teraz siły będą wyrównane. Dwanaście ich krążowników przeciwko dziewięciu naszym, wspieranym dodatkowo przez obronę orbitalną i pociski dalekiego zasięgu z AEgira.

– Tylko w pierwszym starciu, admirale, tylko w pierwszym starciu – zaoponował Hutchinson. – Chyba nie myśli pan, że uda wam się zniszczyć tuzin Oumuamua, nie ponosząc przy tym strat?

– Oczywiście, że będą straty – wzruszył ramionami Krawczenko. – Ale nie tak duże, by nie udało nam się uporać także z drugim zgrupowaniem. Będziemy mieć przewagę prędkości, poza tym nasze krążowniki są o niebo zwrotniejsze niż ich.

– Optymista z pana, admirale – skrzywił się Hu­tchinson.

– A pan nie uważał na lekcjach historii – stwierdził Krawczenko, zerkając kątem oka na Tsugawę, który przysłuchiwał się ich rozmowie, podobnie zresztą jak większość obecnych na mostku operatorów.

– Słucham? – Hutchinson zmarszczył brwi. Na jego nalanej, rumianej twarzy pojawiło się coś na kształt zakłopotania.

– Dwa tysiące siedemdziesiąty pierwszy – odrzekł Krawczenko. – Mówi coś panu ta data?

– Oczywiście. Rozgromiliśmy wówczas flotę główną Skunów i zniszczyliśmy ich pierwsze Gniazdo.

– Dobra odpowiedź – pochwalił Krawczenko. – Zwracam honor – dodał, puszczając jednocześnie oko do Tsugawy. – Analizował pan kiedyś przebieg tego starcia?

– Nie.

– A ja tak, i to wielokrotnie.

– Co to ma do rzeczy?

– Bardzo pouczające doświadczenie. Chce pan wiedzieć czemu?

– Zamieniam się w słuch. Tylko proszę się streszczać. Mamy tutaj pełne ręce roboty.

– Bez obaw, nie zamierzam urządzać wykładu. Chcę tylko, żeby pan wiedział, że Skunowie obrali wtedy identyczną taktykę. Po tym, jak flota kolonizacyjna z Układu Słonecznego zniszczyła im posterunki z tej strony Fałdy, wycofali siły z pierwszego pasa asteroid i otoczyli kordonem oba globy. Zniszczyliśmy ich krążowniki jeden po drugim, tracąc przy tym ledwie trzy własne. Wie pan, jaki był stosunek sił? Sześć do jednego. Na ich korzyść. A my mieliśmy do dyspozycji tylko toporne rakiety z głowicami jądrowymi. Nie mieliśmy dział plazmowych, termopiguł, miotaczy kinetyków, laserów. Nie umieliśmy wykrywać emisji z ich napędów ani nie znaliśmy żadnych częstotliwości, na których synchronizowały się ich okręty. Rakiety naprowadzaliśmy ręcznie, korzystając z klasycznej optyki, oni zaś dysponowali dosłownie wszystkim. Działając w grupie, mogli nas rozpylić na atomy jedną dobrze skoordynowaną salwą. I być może tak by się stało, gdybyśmy dali im wystarczająco dużo czasu na przegrupowanie i koncentrację sił.

– To było dawno temu, admirale – stwierdził Hutchinson, gdy Krawczenko przerwał swój wywód, by zwilżyć gardło łyczkiem energetyku. – Bardzo dawno, gdy cały ten cholerny układ należał do nich. Nie znali nas zbyt dobrze, nie za bardzo wiedzieli, czego się spodziewać, jak walczyć. Zgodzi się pan ze mną?

Krawczenko przytaknął niechętnie.

– Poza tym byli pokojowo nastawieni. Tak, pokojowo! – podkreślił z naciskiem Hutchinson, widząc, że Krawczenko już otwiera usta, by zaprotestować. – Nie atakowali nas, pomimo że najpierw zignorowaliśmy ich żądanie opuszczenia układu, a potem zaczęliśmy podkradać im technologię. To, co wydarzyło się później, było czymś w rodzaju obrony koniecznej – ciągnął. – Nieporadnej, bo tak naprawdę nie potrafili walczyć. Od tamtej pory wiele się nauczyli. Znają już nasze słabe punkty. Proszę zauważyć, jak sprawnie wyłączyli z gry Związek Orbitalny. Jeśli teraz przełamią naszą obronę, pan i pańska flota stracicie praktycznie całe zaplecze materiałowe. Ciekawe, jak długo będzie pan w stanie prowadzić działania wojenne, nie mając dostępu nie tylko do moich stoczni, ale też warsztatów i składów na AEgirze. A tak właśnie się stanie, jeżeli zamiast atakować na wszystkich odcinkach, będzie się pan uganiał za pojedynczymi Oumuamua. Jako tymczasowy przewodniczący Rady Zjednoczonych Organizacji, a tym samym zwierzchnik sił zbrojnych zobowiązuję pana do podjęcia działań mających na celu wzmocnienie pozycji obronnych wokół planety i księżyca. Rozumie pan?! – zakończył podniesionym głosem, zbliżając pucułowatą twarz do obiektywu.

– Odmawiam – odpowiedział Krawczenko, po czym szybkim ruchem wyłączył modem łączności. – Co pan o tym sądzi, komandorze? – zwrócił się do Tsugawy, który przyglądał się wyświetlanemu na głównym ekranie taktycznym schematowi umocnień orbitalnych wokół AEgira.

– Planeta będzie w stanie stawiać opór przez kilka, może kilkanaście godzin. Na orbicie geostacjonarnej aktywowało się właśnie pięćdziesiąt platform artyleryjskich, w większości z pociskami dalekiego zasięgu – rzekł komandor, nie spuszczając wzroku z konstelacji wielobarwnych znaczników na wielkiej i czarnej jak noc ciekłokrystalicznej tafli ekranu. – Doliczając do tego wszystkie systemy wysokiej orbity, wyjdzie mniej więcej po setce rakiet na krążownik. Gorzej z Sigilem. Coś zniszczyło im sieć przekaźników orbitalnych, nie działa też stacja koordynująca lokalne młoty. Może właśnie dlatego przewodniczący tak naciska? – zastanowił się.

– Niedoczekanie – skwitował Krawczenko. – Tak na marginesie, czy on naprawdę może oskarżyć mnie o niesubordynację? Jako zwierzchnik sił zbrojnych?

– Ależ skąd. – Tsugawa pokręcił głową. – Przewodniczący Rady Zjednoczenia może objąć zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi tylko jednogłośną uchwałą podjętą przez wszystkich delegatów bez wyjątku. O ile mnie pamięć nie myli, całkiem niedawno mówił, że Rada przestała funkcjonować…

– I że ja zostałem delegatem z ramienia Związku – przypomniał sobie Krawczenko. – Ma tupet, sukinsyn, trzeba przyznać.

Fotel Tsugawy zaskrzypiał cicho, gdy ten odwrócił się od konsoli i spojrzał na dowódcę.

– Admirale…

– Tak? – Krawczenko odwzajemnił spojrzenie i westchnął ciężko. Domyślał się, co za chwilę usłyszy.

– Sigil znalazł się w naprawdę paskudnej sytuacji – dokończył Tsugawa.

Chociaż powiedział to bardzo cicho, siedzący najbliżej operatorzy pokiwali głowami. Wszyscy mieli na uniformach naszywki z godłem Autonomii.

– Większość okrętów cywilnych Autonomii wciąż jeszcze krąży poza sektorem, żeby w razie czego jak najszybciej czmychnąć przez Fałdę, zatem nie mają już czym ewakuować reszty ludności. Okrętów bojowych też mają za mało, by stawić realny opór siłom inwazyjnym. Jedyne, co mogą zrobić, to wysłać wszystko, co im pozostało, na wysoką orbitę i modlić się, żeby Skunowie ograniczyli się tylko do blokady kosmodromów.

– Zdaję sobie z tego sprawę, komandorze, ale floty nie rozdzielę, to absolutnie nie wchodzi w grę – oznajmił admirał stanowczo.

– Moim zdaniem, wystarczy tylko odrobinę wzmocnić obronę tego kwadrantu i przesunąć perymetr… – Tsugawa podszedł do głównego ekranu i wskazał otaczające znacznik Sigila symbole. – Wróg zbliża się pod kątem trzydziestu stopni względem płaszczyzny ekliptyki, dokładnie z tego kierunku… – Cofnął się o kilka kroków, wyjął z kieszonki laserowy wskaźnik i podświetlił nim boczną krawędź wyświet­lacza. – Jeśli w ciągu następnych dwudziestu czterech godzin nie rozpocznie procedury hamowania, wejdzie w perymetr z prawie pięcioma tysięcznymi świetlnej, zbyt szybko, żeby zdążyć precyzyjnie namierzyć pozycje naszych instalacji obronnych. Im bardziej uda nam się skrócić dystans, tym gorzej dla Skunów. Przy takiej prędkości nie będą mogli wykonać żadnego manewru, czy choćby zrobić uniku. Przy odrobinie szczęścia krążowniki zostaną na jakiś czas wyłączone z walki, niektóre być może na zawsze.

– Jakiej kategorii są te Oumuamua, komandorze? – zainteresował się Krawczenko.

– Dwójki, panie admirale – uprzedził odpowiedź Tsugawy kanonier, który właśnie sadowił się w kokonie sensorycznym. – Dwa kilometry długości, masa kadłuba wraz z otuliną około dziesięciu milionów ton. Nie licząc oczywiście neutronowych rdzeni grawitacyjnych.

– Dziękuję, sierżancie. – Tsugawa skinął mu głową. – W istocie tak jest – potwierdził, zwracając się do dowódcy. – Klasa druga, a przynajmniej tak wynika z raportu majora Curveya. Znacznie mniejsze od trójek i w zasadzie mikrusy w porównaniu z czwórką, która przed chwilą przeorała nam dwa sektory.

– Iloma młotami dysponuje Autonomia? – zadał kolejne pytanie admirał.

Tsugawa przymknął oczy, próbując przypomnieć sobie wyniki ostatniej inspekcji wewnątrzukładowych systemów obronnych, w której jako kierownik zespołu kontrolnego osobiście uczestniczył.

– Około stu sztuk, z czego połowa nie została jeszcze wypuszczona z platform – powiedział z westchnieniem. – Wiem, że to niedużo, ale…

– Niedużo? – parsknął Krawczenko. – To nie jest niedużo, komandorze. To jest cholerne nic. Setka kinetyków, też mi obrona… – Zniesmaczony pokręcił głową.

 

– Admirale, kilka porządnie rozpędzonych i dobrze wycelowanych młotów jest w stanie wytrącić z kursu nawet ciężki okręt – poinformował Tsugawa. – Jeśli wydłużymy perymetr oraz przesuniemy linię obrony tak, aby młoty uderzyły z flanki, istnieje szansa, że uda się wytrącić z kursu całe zgrupowanie. Nim się zgrupują na nowo i wykonają nawrót, my i siły lokalne zajmiemy się drugim zgrupowaniem, a potem rozstawimy obronę wokół Sigila. Co pan na to?

– Brzmi sensownie – przyznał Krawczenko. – A co z eskortą tych Oumuamua? Platformy artyleryjskie raczej nie namierzą mniejszych jednostek.

– Tym również my się zajmiemy – oświadczył Tsugawa.

– Niby jak?

– Poprzez wydzielenie zespołu uderzeniowego, w którego skład wszedłby „Dewastator” i wszystkie przypisane do niego jednostki wsparcia.

– Przecież to złom – skrzywił się Krawczenko.

– Ale opancerzony, uzbrojony i wyposażony w podwójny, wielosekwencyjny napęd. – Tsugawa uśmiechnął się lekko. – Prawda, sierżancie? – zwrócił się do szefa sekcji napędowej.

– Tak, panie komandorze – potwierdził operator. – W tej chwili „Dewastator”, choć nie wygląda najlepiej, jest najszybszą jednostką floty układowej.

– Ile wyciągnie? – spytał Krawczenko.

– Dziewięć tysięcznych świetlnej. Minimum.

– Minimum?!

– To napęd wielosekwencyjny, admirale, cztery razy cztery. Tyle może wygenerować kolejnych impulsów pulsacyjnych, a przecież jest zdublowany. Gdyby nie ograniczenia konstrukcyjne mocowań deflektorów i samego kadłuba, ta łajba mogłaby stanąć w szranki z dowolnym modelem szperacza. Temu, kto ją tuningował, ewidentnie zależało na osiągach, nawet kosztem załogi.

– Ile czasu mogły trwać takie przeróbki?

Operator odchylił się w fotelu i skinął na siedzącego trzy stanowiska dalej technika ubranego w jednoczęściowy kombinezon roboczy. Twarz mężczyzny od linii włosów aż do czubka nosa przesłaniały lustrzane owale gogli neurowizyjnych.

– Sunny, ty się na tym znasz. Admirał pyta, ile czasu mogło zająć związkowym przerobienie tego całego „Dewastatora”.

Mężczyzna ściągnął gogle, niespiesznie wygasił ekrany nad konsolą, po czym obrócił się z fotelem w stronę stanowiska dowodzenia.

– Kilka miesięcy, panie admirale – powiedział. – A może nawet i pół roku. Sam napęd i chłodzenie można zainstalować dość szybko. To są gotowe, seryjnie produkowane podzespoły. Inaczej sprawa przedstawia się z dyszami i tarczami deflektorów. Fabryczne dysze nie wytrzymałyby tak długich sekwencji. Deflektory tym bardziej. To są niewyobrażalne ilości energii. Jedne i drugie musiałyby zostać albo skonstruowane od nowa, z wykorzystaniem najtwardszych stopów krystalicznych, albo odpowiednio wzmocnione, choć to akurat byłoby dość ryzykowne.

– Długo… – mruknął Krawczenko. – Pół roku zajmuje budowa krążownika – powiedział, klepiąc blat konsoli dowodzenia.

– Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju stop zostanie użyty – odparł operator. – Im grubsza warstwa, tym dłużej trwa hodowla kryształów niezbędnych do jej wytworzenia.

Krawczenko przeniósł wzrok na Tsugawę, który zdążył już wrócić do swojej konsolety i odświeżyć obraz na ekranie taktycznym. Teraz wyświetlone były na nim również znaczniki okrętów wroga.

– A zatem przygotowywaliśmy się od dłuższego czasu – powiedział z namysłem i jakby do siebie admirał.

– Kto? – nie zrozumiał w pierwszej chwili Tsugawa.

– My. Związek. – Krawczenko uśmiechnął się smutno. – Szykowaliśmy się do secesji. Ten masowiec jest tego najlepszym dowodem.

– To chyba zbyt daleko idący wniosek, panie admirale – stwierdził Tsugawa.

– Nawet pan nie wie, komandorze, jak bardzo chciałbym się w tej kwestii pomylić. – Krawczenko westchnął. Jednocześnie nakazał gestem operatorom, by wrócili do swoich zajęć. – Ale dowodów jest więcej. Skrócenie turnusów rehabilitacyjnych, intensyfikacja prac remontowych na habitatach, rozbudowa mobilnych systemów obronnych w trzecim sektorze, no i ta nieszczęsna ekspedycja górnicza… Oho, zaczyna się… – jęknął, po czym przyłożył dłonie do skroni.

– Ośmielę się z panem nie zgodzić – odrzekł Tsugawa. – Równie dobrze…

– Dość! – Krawczenko uciszył go gestem ręki. – Wystarczy, zmieńmy temat – powiedział niemal błagalnie, osuwając się w fotelu. Był blady i lekko się trząsł.

– Admirale? Wszystko w porządku? – zaniepokoił się Tsugawa. Podbiegł do dowódcy i sięgnął pod blat konsolety, gdzie Krawczenko trzymał tubki z odżywkami. – Wezwać medyka? – spytał szeptem i podał mu napoczętą tubkę, oznaczoną wściekle czerwonym wykrzyknikiem.

– Nie, nie trzeba – mruknął Krawczenko. – Zaraz przejdzie.

– Warunkowanie?

– Uhm… – Admirał przełknął z trudem grudkę wzbogaconej stymulantami mieszanki odżywczej.

Przez następnych kilkanaście sekund siedział z przymkniętymi oczyma, czekając, aż niewidzialna, rozżarzona obręcz uciskająca skronie ostygnie i zniknie. Kiedy to w końcu nastąpiło, wyprostował się, wygładził mundur i otworzył kolejną tubkę.

– Niech pan siada, komandorze! – syknął, wskazując Tsugawie boczny fotel. – Nie róbmy widowiska. Jak już się to wszystko uspokoi, oficjalnie wystąpię do dowództwa Korpusu Medycznego o poddanie mnie psychoterapii regresywnej – dodał z irytacją. – Tak dłużej być nie może.

– Odbiorą panu dowództwo.

– Niby kto? Jeśli secesja dojdzie do skutku, przestanie istnieć nie tylko Rada, ale i sztab główny. Żadna z organizacji w pojedynkę nie będzie mogła zrobić nic, bo flota to ich wspólne dziecko. Dopóki nie zostaną podpisane nowe umowy i traktaty, stan obecny będzie nie do ruszenia.

Tsugawa zamyślił się na chwilę.

– Rzeczywiście – przyznał. – Jeśli teraz, póki wciąż istnieją ku temu możliwości, Rada Zjednoczenia nie podejmie stosownych kroków, to później procesy decyzyjne zostaną sparaliżowane. Ależ nas załatwili.

– Komandorze, ciszej! – jęknął błagalnie admirał.

– Nie miałem na myśli Związku – wyjaśnił Tsugawa. – Pańska organizacja znajduje się w tak samo trudnej sytuacji, jak pozostałe, jeśli nie gorszej. Chodziło mi o Skunów. Rozegrali nas jak małe dzieci – stwierdził. – I nadal rozgrywają – dodał, oglądając się na ekran taktyczny.

– Sami się rozgrywamy, komandorze – westchnął Krawczenko. – Sami – powtórzył. – Słyszał pan przecież. Związek przygotowywał się do secesji już od jakiegoś czasu, to nie jest kwestia ostatnich kilku tygodni, ani nawet miesięcy.

– Tak samo jak wzmożona aktywność wrogich maszyn przechwytujących – odrzekł komandor. – W ciągu czterech lat Skunowie uprowadzili łącznie siedemset sztuk automatów, pojazdów i instalacji górniczych stanowiących własność Związku. Pamięta pan ten raport, admirale?

– Tak. – Krawczenko skinął głową. – To wtedy otrzymaliśmy rozkaz sformowania zespołu uderzeniowego, który miał patrolować sektory zewnętrzne i czyścić je ze wszystkiego, co skuńskie. Zgadza się?

– Jak najbardziej. Większość przechwyconego sprzętu posiadała zamontowane fabrycznie banki pamięci oraz dodatkowe serwery zrzutowe. W raporcie była nawet wzmianka dotycząca szacowanej ilości danych, które wpadły w ten sposób w ręce wroga. To była gigantyczna dawka informacji. Oni wiedzieli, admirale, doskonale wiedzieli, w jakiej kondycji jesteśmy, czym dysponujemy i jakie mamy deficyty. Pogłębiali je sukcesywnie, niszcząc nasze rafinerie wydobywcze w obu pasach do momentu, aż zmuszeni byliśmy szukać surowców daleko poza układem.

– Ekspedycja górnicza – mruknął admirał. Choć dolegliwości spowodowane blokadą mentalną już ustąpiły, znowu zaczynała go boleć głowa.

– Wysłaliśmy w paszczę lwa praktycznie całą wewnątrzukładową flotę transportową – powiedział ze smutkiem Tsugawa. – A oni działali sobie dalej. Rajd Oumuamua przez drugi i trzeci sektor, przerzucenie nas do Układu Słonecznego, atak na krążownik komandora Luposa, potem demolka przekaźników na orbicie Sigila i ściągnięcie ognia na jedyną stację szpitalną w sektorze. To były kolejne punkty ich planu.

– A to? – Krawczenko machnął tubką w kierunku ekranu taktycznego. Tafla wyświet­lacza upstrzona była znacznikami skuńskich jednostek eskortowych. Były ich setki i wciąż pojawiały się nowe. – To również jest element planu?

– Raczej jego zwieńczenie – odparł komandor. – Ponowne zasiedlenie przestrzeni wewnętrznej.

– Kolonizacja?

– Na to wygląda. Jedna z automatycznych stacji pomiarowych, zanim ją zestrzelili, zdążyła wykonać i przesłać nam kilka skanów Gniazda. – Tsugawa wrócił na swoje stanowisko i wystukał krótką komendę na klawiaturze. Na bocznym ekranie przy konsoli dowodzenia pojawiła się kolumna napisanego drobną czcionką tekstu.

– Cóż to za hieroglify? – Krawczenko zmrużył oczy, próbując odcyfrować zapis.

Z fotela Tsugawy dobiegło ciche mamrotanie, a zaraz potem stukot klawiszy analogowych.

– Najmocniej przepraszam, panie admirale. Zapomniałem zdekodować. Teraz powinno być czytelne.

Znaczki na wyświet­laczu przekształciły się w kombinacje liter i cyfr.

– Nadal nic z tego nie rozumiem – stwierdził Krawczenko.

– Litery to skróty nazw minerałów oraz stopów, cyfry natomiast to szacowane ilości w tonach – wyjaśnił Tsugawa. – Całkowite wymiary konstrukcji podane są na samym dole. – Przewinął tekst i podświetlił ostatnie dwie linijki.

– Ależ to jest, kurwa, wielkie! – Krawczenko wytrzeszczył oczy ze zdumienia, widząc zaznaczone przez komandora liczby. – Dwadzieścia pięć kilometrów średnicy?! – jęknął.

– W rzeczywistości jest o połowę mniejsze. Aparatura dokonała pomiaru według najdalej wysuniętych krawędzi, które w istocie są rusztowaniem dla systemów uzbrojenia silników pomocniczych oraz generatorów pól ochronnych. Jądro stacji ma piętnaście kilometrów, w najszerszym miejscu. Gniazdo leci bez eskorty, nie licząc pięciuset lekkich myśliwców klasy Thermal, zacumowanych przy rusztowaniach zewnętrznych. Czyli nie ma tam niczego, z czym nie poradziłoby sobie kilka skrzydeł naszych ciężkich kanonierek.

Krawczenko przeniósł wzrok na ekran taktyczny.

– Z jaką leci prędkością? – spytał.

– Dwie tysięczne świetlne i sukcesywnie zwalnia. W przestrzeń między AEgirem i księżycem wejdzie z połową przelotowej.

– A gdyby tak zacząć rozwałkę właśnie od niego? – zastanowił się głośno admirał. Wpatrzony w ekran liczył coś, prostując kolejno palce prawej dłoni. – Bez wsparcia krążowników nie mieliby z nami szans. Kilka salw kinetyków, potem miny wykryj-zniszcz i po sprawie. Nawet połowa przelotowej to będzie za dużo, żeby to mogło wykonać jakiś unik. Thermale tym bardziej nie będą mogły manewrować, są na to za kruche. Co pan o tym sądzi?

– Odradzam – padła natychmiastowa odpowiedź. – To zbyt niebezpieczne. Nie do końca wiemy, jakiego typu systemami uzbrojenia dysponuje stacja, ani też czy na jej pokładzie nie stacjonują ciężkie myśliwce, na przykład ultimy. To zbyt niebezpieczne, admirale. Gniazdo zostawmy sobie na koniec. Nawet w najczarniejszym scenariuszu, czyli przy założeniu, że utracimy dziewięćdziesiąt procent okrętów w starciu z ich flotą, i tak będziemy mogli unieruchomić tego molocha.

– Unieruchomienie to za mało, komandorze, stanowczo za mało. Gniazdo to coś więcej niż stacja mieszkalna. To przede wszystkim centrum produkcyjne i najprawdopodobniej ośrodek decyzyjny. Musimy uderzyć jak największymi siłami.

– Najpierw trzeba wzmocnić obronę orbitalną i związać ich walką pozycyjną. Jeśli to nastąpi, rozniesiemy ich na strzępy już przy pierwszym przelocie.

– Dwadzieścia cztery krążowniki? – Krawczenko pokręcił głową sceptycznie. – Optymista z pana.

– Nadgryzione przez lokalną obronę, związane walką, niektóre wręcz do niej niezdolne. Jeden, maksymalnie dwa przeloty i będzie po nich. To są średnie krążowniki, z łatwą do rozłupania otuliną. Straty własne będą minimalne – przekonywał Tsugawa, podświetlając na ekranie taktycznym skuńskie krążowniki, których dwie grupy nieubłaganie zbliżały się do centrum sektora pierwszego.

– Pan komandor ma rację – odezwał się nieoczekiwanie kanonier. – Głównym atutem Oumuamua zawsze była prędkość. W walce pozycyjnej to tylko wielkie i nieruchawe kamulce. Do tego dość kruche, jeśli ma się odpowiednią amunicję. Kinetyki, torpedy fotonowe, pociski kumulacyjne z głowicami jądrowymi… To będzie jatka, panie admirale – dodał, wyraźnie podekscytowany.

– Niech wam będzie… – westchnął Krawczenko. – Wyślę Hutchinsonowi to wsparcie.

Tsugawa uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Bardzo dobre posunięcie, panie admirale – pochwalił.

 

– Ale przeprowadzimy to pod jednym warunkiem.

– Tak?

– Obroną orbitalną pokieruje pan osobiście, z pokładu „Dewastatora”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?