Shadow Raptors. Tom 3. Gniazdo

Tekst
Z serii: Shadow raptors #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © 2020 by Sławomir Nieściur

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.

Warszawa 2020

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-30-7

ISBN MOBI: 978-83-66375-31-4

1.

Transportowiec HF-14

Wysoka orbita Sigila

– Poruczniku, słyszy mnie pan? – rozległ się w słuchawkach głos komandora Luposa. Pytanie padło tak niespodziewanie, że Moss podskoczył jak oparzony, uderzając czubkiem hełmu w niskie sklepienie ładowni. Gdyby ta sekcja transportowca nie była oddzielona od reszty pomieszczeń grubą, pokrytą kompozytem warstwą ołowiu, dźwięk uderzenia dotarłby chyba aż do kabiny pilotów.

– Słyszę – potwierdził, oblizując zęby czubkiem języka. W ustach czuł charakterystyczny, słonawy posmak krwi. Spojrzał do góry. Na metalowej płycie sklepienia widniało pojedyncze wgniecenie. Drugie, nieco mniejsze wymacał na swoim hełmie. – Udało mi się przedostać na pokład transportowca.

– Sytuacja? – spytał rzeczowo komandor.

– Ochroniarze wyeliminowani, naukowiec pojmany – odrzekł Moss, przenosząc wzrok na skuloną w kącie ładowni postać w kombinezonie bojowym.

– Co to za jeden?

– Kobieta. Sądząc po emblematach, członek personelu stacji. Jeszcze nie miałem okazji z nią porozmawiać – wyjaśnił Moss.

Podszedł do unieruchomionej postaci w kombinezonie, przyklęknął na jedno kolano i ostrożnie, wierzchem rękawicy starł szron z osłony hełmu. Zza warstwy pancernego szkła spojrzały nań z nienawiścią czarne, błyszczące oczy, okolone długimi rzęsami.

– Jest ranna?

– Tylko poturbowana. Przyjęła kilka podkalibrowych. Straciła wspomaganie pancerza i większość podsystemów, w tym komunikacyjny.

– Przynajmniej nie zaalarmuje załogi – skonkludował Lupos. – A ci ochroniarze?

– Nie żyją.

– Będziemy się z tego gęsto tłumaczyć, poruczniku. Bardzo gęsto.

– Niekoniecznie, panie komandorze. Mam zapisy z systemu wizyjnego pancerza. Ci ludzie nielegalnie wkroczyli na teren placówki wojskowej, a przy próbie zatrzymania stawili zbrojny opór. To raczej Autonomia będzie się tłumaczyć przed nami – powiedział Moss i obejrzał się za siebie.

Przeniesiona ze stacji medycznej komora kriogeniczna spoczywała pośrodku ładowni, przymocowana do podłogi za pomocą przyssawek magnetycznych i grubych, parcianych pasów. Niektóre klamry wciąż jeszcze były niedopięte. W kilku miejscach, tam gdzie trafiły serie pocisków kinetycznych, z plecionki pozostały jedynie strzępiaste farfocle. Równie żałosny widok przedstawiały znajdujące się na wierzchu komory pojemniki z chłodziwem. Z ich podziurawionych ścianek wciąż ulatniały się białe smużki gazu.

Ślady zniszczeń widać było także na drzwiach blokujących dostęp w głąb transportowca. Laminat, którym została pokryta ich powierzchnia, znaczyły liczne plamy, wypalone wiązkami niskoenergetycznej plazmy. Tam zaś, gdzie uderzyły pociski kinetyczne, w metalu ziały parocentymetrowej średnicy szczerby o postrzępionych, błyszczących żywym metalem krawędziach. Z panelu sterowania zamkiem pozostał jedynie okopcony prostokąt, z którego sterczały końcówki nadpalonych przewodów.

Nieopodal framugi, w kałuży zamarzniętej krwi, leżał na plecach trup sigiliańskiego ochroniarza. Spod naderwanej impetem pocisków płyty osłaniającej lewy bark sterczała kość zgruchotanego obojczyka.

Zwłoki drugiego leżały pod ścianą. Tego Moss załatwił od razu na wejściu, dosłownie z marszu, pojedynczym strzałem w przesłonę hełmu, nim zaskoczony jego nagłym pojawieniem się w ładowni mężczyzna zdołał cokolwiek zrobić. Palce trupa wciąż zaciśnięte były na rękojeści miotacza plazmy.

– Za mniej więcej dwie godziny transportowiec osiągnie niską orbitę Sigila – powiedział Lupos. – Dopiero wtedy będzie można spróbować ustalić, gdzie zamierza wylądować.

– Udało się nawiązać kontakt z Autonomią?

– Częściowo. Ta cholerna ultima zmiotła po drodze praktycznie wszystkie orbitalne przekaźniki sygnału. Cała łączność odbywa się za pośrednictwem nadajników na powierzchni, te zaś nie obsługują wojskowych protokołów. Skutek jest taki, że ani my, ani Autonomia nie możemy w czasie rzeczywistym deszyfrować transmisji przychodzących. Wariactwo. – Ze słuchawek dobiegło ciężkie westchnienie. – No, ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że w końcu odebrali nasze komunikaty. Po wylądowaniu nie powinien pan mieć kłopotów z lokalną służbą bezpieczeństwa.

– Oby miał pan rację… – Moss również westchnął. – Bo jeśli ci dwaj byli funkcjonariuszami ich wywiadu centralnego, marny mój los.

– Proszę się nie martwić, poruczniku – odrzekł Lupos uspokajająco. – Na stacji mieli trzy nowiuteńkie szperacze. Kazałem upchnąć do nich drużynę szturmową. To będzie pańska eskorta na wypadek, gdyby ktoś na Sigilu za bardzo się jednak zirytował. Już za panem lecą. Co z Dresslerem?

– Trudno powiedzieć… – Moss wyprostował się i podszedł do komory. Umieszczone wzdłuż krawędzi urządzenia diody pulsowały rytmicznie, na wyświetlaczu przesuwała się z wolna zielonkawa, sinusoidalna linia. – Jest w kriostazie – powiedział, spoglądając przez oszronione wieko na nieruchomą, zanurzoną w zamrożonym roztworze sylwetkę mężczyzny.

– Skurwysyny! – zaklął Lupos z pasją. – Przecież to zakazane! Jeżeli coś mu się stanie, przeoram kinetykami cały ten ich cholerny księżyc razem z przyległościami!

Moss jeszcze raz przyjrzał się wskazaniom wyświetlacza. Poniżej falującej linii, tuż nad dolną krawędzią ekranu przesuwał się komunikat.

– Parametry życiowe… obiektu… w normie – odczytał Stanley. – Chyba nic mu nie jest…

– Chyba, chyba! – przedrzeźnił go dowódca. W jego głosie wciąż słychać było gniew. – W ośrodkach rehabilitacyjnych na AEgirze przebywa ze dwa tysiące takich, którzy mieli wszystko w normie! Dopóki ich nie odmrożono! Teraz zamiast mózgów mają rozmiękłą galaretę! Gdy tylko będzie taka możliwość, proszę rozkazać tej suce rozmrozić pułkownika! Może jeszcze nie jest za późno… – dokończył już nieco spokojniej.

– Zrobię, co w mojej mocy, panie komandorze – obiecał Moss.

– Mam nadzieję. Tymczasem proszę zabezpieczyć ładownię i siedzieć tam, dopóki transportowiec nie przyziemi. Wyjaśnimy sprawę na miejscu.

– Tak jest!

W słuchawkach zabrzęczał sygnał oznaczający zakończenie połączenia.

Rzuciwszy jeszcze raz okiem na wskazania aparatury kriogenicznej, Moss obszedł skrzynię dookoła i pozapinał resztę klamer. Przy okazji sprawdził też stan przyssawek magnetycznych. Wszystkie elektromagnesy były włączone.

Posłuszny zaleceniom Luposa, zablokował prowadzące do ładowni wloty kanałów technicznych. Na wypadek gdyby pilotom transportowca przyszło do głowy pozbyć się niewygodnego ładunku i niechcianego pasażera, pozrywał przewody zasilające mechanizm opuszczania tylnej rampy.

Zwłoki najemników, po uprzednim ich obszukaniu, wepchnął do znajdującej się pod podłogą ładowni wnęki serwisowej. Następnie usiadł obok komory kriogenicznej i oparty o nią plecami zabrał się do deszyfrowania informacji ze znalezionych przy trupach kart identyfikacyjnych. Od czasu do czasu rzucał okiem na siedzącą naprzeciwko kobietę, unieruchomioną w pozbawionym zasilania kombinezonie pancernym.

Z danych, które udało mu się ściągnąć, wynikało, że obaj mężczyźni zatrudnieni zostali przez spółkę parającą się eksploracją planetoid oraz doradztwem w zakresie pośrednictwa w obrocie licencjami górniczymi, w charakterze tymczasowych konsultantów do spraw bezpieczeństwa. Firma miała siedzibę na Sigilu. Nazwa przedsiębiorstwa – literki ATM i cyfra 3 – nic Mossowi nie mówiły. Przypuszczał jednak, że firma może być spółką córką utworzoną przez którąś z wielkich kompanii górniczych, zrzeszonych w ramach Autonomii Sigil. Od czasu podpisania ogólnoukładowego traktatu największe przedsiębiorstwa w układzie stworzyły dziesiątki takich podmiotów, by w ten sposób uwolnić część swoich przychodów spod morderczego, potrójnego systemu podatkowego, wprowadzonego przez traktaty zjednoczeniowe.

W miarę jak system dekodujący wbudowany w oprogramowanie operacyjne pancerza odczytywał kolejne informacje, Moss był coraz bardziej skonsternowany.

– Co tu jest, u licha, grane? – mruknął na widok wyświetlających się na przesłonie hełmu danych personalnych jednego z zabitych.

Według wskazań biometrycznych mężczyzna w chwili śmierci miał czterdzieści sześć lat biologicznych, zgodnie zaś z datą urodzenia – aż siedemdziesiąt dwa. Gdy Moss sprawdził dane drugiego, okazało się że w tym przypadku różnica pomiędzy wiekiem biologicznym a rzeczywistym jest jeszcze większa i wynosi równo czterdzieści lat.

 

Jeżeli zapisy były prawidłowe, istniały dwie możliwości: albo obaj najemnicy od co najmniej trzydziestu lat poddawali się regularnie kuracjom regeneracyjnym, albo przeleżeli kilka dekad w komorach kriogenicznych. Prześledziwszy wstecz ich ścieżki zawodowe, porucznik wykluczył pierwszą możliwość. Nie przemawiał za nią ani status społeczny mężczyzn, ani charakter wykonywanej pracy. Procedura kompleksowej odnowy biologicznej organizmu była zabiegiem nie tylko kosztownym, ale dostępnym jedynie dla ściśle określonych grup, nie licząc, rzecz jasna, armii.

Pozostawała więc tylko opcja druga. Od wielu lat słyszał powtarzane szeptem historie o porywanych przez Skunów górnikach, których ciała, uprzednio zamrożone, miały stanowić źródło pokarmu dla świeżo wyklutych osobników. To ostatnie, zdaniem Mossa, było wierutną bzdurą. Skunowie, choć zewnętrzną budową przypominali przerośnięte ziemskie wije, byli żyworodni, a ich młode od momentu narodzenia aż do osiągnięcia dojrzałości żywiły się wyłącznie specjalną wydzieliną, produkowaną przez gruczoły matek. Pod tym względem biologia Skunów była bardzo podobna do biologii ssaków. Dorosłe osobniki nie jadły w ogóle, przynajmniej w potocznym rozumieniu tego słowa. Niezbędne do życia substancje pobierały, kąpiąc się w roztworach odżywczych, za pośrednictwem pokrywających powierzchnię ich ciał organelli komórkowych.

Z kolei same uprowadzenia były niestety faktem. Doniesienia o zaginionych pracownikach rafinerii kosmicznych, załogach okrętów transportowych czy personelu pokładowym mobilnych instalacji badawczych od zawsze stanowiły nieodłączny, by nie rzec zwyczajowy element telewizyjnych programów informacyjnych i wszelkiego rodzaju biuletynów prasowych.

Moss schował identyfikatory do kieszonki w napierśniku i wyłączył moduł dekodera. Musiał niezwłocznie przesłuchać pojmaną kobietę. Aby to zrobić, potrzebował baterii, za pomocą której mógłby przywrócić do życia część systemów uszkodzonego pancerza.

Jeszcze raz obszedł dookoła komorę kriogeniczną, przyglądając się uważnie masywnej obudowie. Na jednej z bocznych ścianek zauważył sporych rozmiarów wybrzuszenie, zwieńczone metalową klapką, przytwierdzoną motylkowatymi wkrętami i oznaczoną symbolem przekreślonej błyskawicy.

Zdemontował ją i zajrzał do środka. Na wewnętrzny system zasilania urządzenia składały się dwa uniwersalne ogniwa elektryczne oraz niedużej mocy zestandaryzowana przetwornica prądu. Wskaźniki stanu baterii oscylowały w okolicy górnych wartości. Na korpusie przetwornicy znajdowało się gniazdo zasilania zewnętrznego, a pod nim – zwinięty w zgrabny kłębek i spięty trytytką – wisiał przewód zasilający.

Moss rozwinął go i podłączył do jednego z gniazd w ścianie ładowni, po czym ostrożnie, uważając, żeby nie uszkodzić pancernymi rękawicami cienkich jak nitki kabli przyłączeniowych, zdemontował jedno z ogniw.

Obszedł komorę po raz kolejny. Sygnalizatory na urządzeniu w dalszym ciągu pulsowały, wykres na wyświetlaczu kontrolnym przesuwał się powoli, miarowo falując.

Zastygły w skrystalizowanym żelu Dressler leżał z rękami złożonymi na piersiach, wyglądał jak mumia. Twarz pułkownika zakrywała maska aparatu oddechowego, oczy zasłaniały wielkie gogle. Na pokrytych purpurowymi plamami oparzeń dłoniach, czole i obciętych na jeża blond włosach skrzył się szron.

Patrząc na to zmaltretowane chorobą popromienną, wciśnięte w ściętą mrozem i zimną jak pustka kosmiczna substancję ciało, Moss poczuł ucisk w gardle. Nie powinni tutaj być. Ani pułkownik, ani on.

Przez jedną, na szczęście krótką, chwilę czuł nieprzeparte pragnienie, by zdjąć hełm, unieść pokrywę wnęki, pod którą leżały zwłoki ochroniarzy, i napluć na ich ścierwa, a potem opuścić rampę i wyrzucić w próżnię tę unieruchomioną sukę.

Zamiast tego zwiększył przepływ tlenu w kombinezonie, wciągnął potężny haust mieszanki powietrznej. Zakręciło mu się w głowie, przed oczyma zawirowały różnobarwne plamki. Po kilku chwilach objawy przetlenienia organizmu ustąpiły, a wraz z nimi zniknął gniew.

Ignorując pełne wrogości spojrzenia kobiety, zabrał się do prowizorycznej naprawy jej skafandra.

Jak się rychło okazało, przywrócenie zasilania nie było trudne. Osłaniające moduł energetyczny kombinezonu płytki z łatwością wyszły z mocowań, wtyki baterii, którą wymontował z komory, pasowały idealnie do gniazd, co zaś najważniejsze, bardzo szybko udało mu się zidentyfikować i odłączyć podzespół radionadajnika. Dzięki temu nie musiał się już obawiać, że jeniec zaalarmuje załogę transportowca.

Największym problemem okazało się ustalenie częstotliwości, na jakiej systemy komunikacyjne obu kombinezonów, jego i kobiety, mogłyby wymienić protokoły łącznościowe. Zakresów wykorzystywanych do komunikacji wewnętrznej było niemal tyle, ile wyprodukowanych zostało interkomów, dodatkowo użytkownicy tych urządzeń bardzo często modyfikowali je do własnych potrzeb.

Wypróbowanie najbardziej prawdopodobnych kombinacji zajęłoby mu masę czasu, a i to niekoniecznie dałoby wymierny efekt. Istniało też ryzyko, że ten konkretny interkom przestrojony został na jakąś nietypową częstotliwość, niezarejestrowaną w oficjalnych wykazach.

Postanowił skonsultować tę kwestię z Katią.

Ryzykując, że systemy nasłuchowe transportowca wykryją nie dość, że nieautoryzowaną, to jeszcze opatrzoną wojskową sygnaturą transmisję, wywołał „Rubież”. Po kilkunastu sekundach oczekiwania w słuchawkach rozbrzmiał dobrze mu znany głos kaprala Kulaka, szefa pionu łączności:

– UF-101, krążownik „Rubież”. Słucham.

– Tu porucznik Moss. Muszę pilnie porozmawiać z inżynier Sniegową.

– Kanał prywatny?

– Bez różnicy.

– Dam na prywatny. Proszę chwileczkę zaczekać, namierzę jej terminal.

Po kilkudziesięciu sekundach, w których trakcie Moss dla zabicia czasu przetestował parę przypadkowych częstotliwości, nadeszła odpowiedź z krążownika.

– Transmisja przekierowana – poinformował Kulak.

W słuchawkach kliknęło i Moss usłyszał pełen niepokoju głos Sniegowej:

– Znalazłeś pułkownika?

– Tak. Ci gnoje zamrozili go w komorze krio.

– Matko Ziemio… – jęknęła. – Po co?!

– Tego właśnie próbuję się dowiedzieć.

Moss kucnął przy schwytanej kobiecie i mocnym szarpnięciem rozprostował jej zgiętą w łokciu rękę. Trzasnęła osłona przegubu, z uszkodzonej rurki siłownika trysnął płyn hydrauliczny. Na ochraniającej przedramię płycie błysnęła srebrem prostokątna tabliczka znamionowa.

– Znasz się na systemach łączności wewnętrznej, prawda? – zapytał Sniegowej.

– Robiłam z tego specjalizację. Czemu pytasz?

– Mam tutaj jednego z tych delikwentów, których niedawno widzieliśmy na stacji. Tych najemników z Sigila. A właściwie to delikwentkę. Utknęła w kombinezonie opancerzonym, a ja nie znam częstotliwości jej komunikatora.

– Nie za bardzo rozumiem… – odrzekła niepewnie Sniegowa. – Kto niby…

– Później wyjaśnię – przerwał Moss. – Muszę z nią jak najszybciej porozmawiać, a mogę to zrobić tylko przez interkom!

– Ach… Łączność wewnętrzna… – Sniegowa umilkła. – Spróbuj na ogólnym kanale alarmowym – poradziła po namyśle. – Komunikatory wykrywają tę częstotliwość automatycznie.

– Odpada – stwierdził. – Transmisję alarmową odbiorą wszyscy w promieniu pięciu minut świetlnych, a ja nie chcę się ujawniać.

– W takim razie musisz podpiąć komunikator bezpośrednio do modułu odbiorczego w jej kombinezonie. Transmisja pójdzie przewodem, z pominięciem nadajnika radiowego.

– Jak to zrobić?

– Podaj mi model pancerza. Numer seryjny znajdziesz na tabliczce znamionowej.

Moss przyjrzał się uważnie wymazanej płynem aluminiowej płytce z wytłoczonymi symbolami.

– Ce… a… es… – odczytał – jedenaście siedemdziesiąt siedem.

– Poczekaj, sprawdzę schemat konstrukcyjny. – W słuchawkach rozbrzmiał przytłumiony dźwięk uruchamianego terminalu stacjonarnego. – Niezłe cacko. Ktoś tu dysponuje niemałymi funduszami. Multiprzewodzący, wzmocniony polimerami pancerz, modułowy system uzbrojenia i możliwość podłączenia ogniw fuzyjnych…

– Katiu! – zniecierpliwił się Moss.

– Przepraszam, ale… ale to jest naprawdę drogi, elitarny sprzęt. Uważaj na siebie, Stan. Ktoś, kogo stać, aby wyposażyć w to zwykłych agentów terenowych, musi być potężny.

Postanowił jak najszybciej zmienić temat.

– Jak mam to podłączyć?

– Na lewym panelu udowym, tuż nad uchwytem miotacza, masz port komunikatora. Standardowe gniazdo, zamontowane na rozwijanym, trzydziestocentymetrowym przewodzie. Znalazłeś?

Moss wyjął broń z kabury i odłożył ją na bok. W miejscu, gdzie rękojeść miotacza stykała się z płytką pancerza, wymacał niewielką klapkę, zabezpieczoną klamerką. Po jej otwarciu klapka uniosła się, odsłaniając panel i opisany przez Sniegową port.

– Tak – potwierdził.

– Teraz wyciągnij przewód – poinstruowała. – Tylko delikatnie, żeby nie urwać.

Posłusznie zastosował się do jej wskazówek.

– Zrobione – oznajmił po chwili, z wyczuciem ściskając czubkami opancerzonych palców małą, plastikową wtyczkę.

– Doskonale – pochwaliła. – Teraz będzie ta trudniejsza część.

– Czyli?

– Podepniesz się do modułu łączności w jej kombinezonie. Ponieważ tam również jest tylko port wyjściowy, będziesz musiał rozmontować obie wtyczki i połączyć kable bezpośrednio.

– Niby jak mam to zrobić? W tych grubych rękawicach? – jęknął, spoglądając na wtyczkę. Port miał rozmiary paznokcia.

– Innego sposobu nie ma – powiedziała stanowczo. – Chyba że masz gdzieś pod ręką odpowiednią przelotkę. Przypominam, że w rękawice wbudowane są mikromanipulatory, po dwa przy palcach wskazujących i jeden na prawym kciuku.

– No dobra, spróbuję. Najwyżej nic z tego nie wyjdzie – powiedział ponuro.

– Dasz radę. Ciesz się, że to nie światłowody, tylko zwykłe kable koncentryczne. Pod tym względem Autonomia nieprędko dorówna Związkowi – powiedziała z nutką dumy. – Moduł łączności jest pod lewym naramiennikiem. Będziesz musiał go oderwać.

– To akurat nie będzie trudne – odrzekł, spoglądając z niejaką satysfakcją na zdemolowany przegub łokciowy kombinezonu kobiety.

Zaparł się jedną ręką o jej hełm, wcisnął palce drugiej pod krawędź chroniącej bark płytki i z całej siły pociągnął do góry.

– Gotowe – oznajmił, odrzucając wyrwany z mocowań fragment pancerza. – Widzę panel. Wygląda identycznie jak mój.

– Bo to jest ten sam model – wyjaśniła Sniegowa. – Zdemontuj obie końcówki i połącz kable, tylko nie pomyl kolorów. Mają być takie same.

– A jeśli nie zadziała?

– Musi zadziałać.

– Rozumiem. – Ze zgrubienia na czubku palca rękawicy Mossa wysunął się cienki jak zapałka stalowy manipulator z rozpłaszczoną końcówką. – Biorę się do roboty. Możesz pozostać na linii?

– Nie ma sprawy, ale musisz się spieszyć. Za pół godziny rozpoczynam wachtę w maszynowni, a tam nie wolno korzystać z komunikatorów osobistych. Przełączam w tryb nasłuchu, w razie czego pytaj.

W słuchawkach kliknęło, po czym zapadła cisza, zakłócana od czasu do czasu stłumionymi trzaskami, świadczącymi o tym, że kanał łączności pozostaje otwarty.

Pomagając sobie szpikulcem manipulatora, Moss rozmontował obie wtyczki, a potem zabrał się do łączenia odsłoniętych końcówek przewodów.

– I jak? Udało się? – zapytała po kilku minutach Sniegowa, akurat w momencie, gdy przy pomocy manipulatora kciukowego zgrzewał ze sobą ostatnie dwa druciki.

– Zaraz się okaże – odparł, włączając interkom skafandra, by ustawić go na kanał alarmowy. Na wyświetlaczu hełmu pojawiły się dwa komunikaty: jeden o gotowości systemu do wyemitowania transmisji, drugi, pulsujący intensywną czerwienią, o konieczności zamknięcia łącza głównego.

– Musimy kończyć. Dziękuję, Katiu – powiedział.

– Powodzenia, Stan. – Rozłączyła się.

Żądanie wyłączenia głównego kanału łączności znikło z wyświetlacza, zastąpione przez wyświetloną na wysokości ust Mossa niewielką ikonkę, imitującą przycisk aktywatora transmisji alarmowej.

Nie namyślając się długo, musnął ją czubkiem języka.