Ostatniego zeżrą psyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Stalker

1. 26 kwietnia 2006 r. Okolice Kompleksu Jantar

2. Fedorówka

3. Okolice Kompleksu Jantar

4. Bołotnia

5. Kompleks Jantar

6. Bołotnia

7. Kompleks Jantar

8. Gubin

9. Fedorówka

10. Gubin

11. Kompleks Jantar

12. Gubin

13. Gubin – Iwanków

14. Fedorówka

15. Gubin

16. Iwanków

17. Kompleks Jantar

18. Fedorówka

19. Gubin

20. Iwanków

21. Gubin

22. Iwanków

23. Kompleks Jantar

24. Bołotnia

25. Gubin

26. Sukaczi

27. Gubin

28. Sukaczi – Fedorówka

29. Bołotnia

30. Fedorówka

31. Gubin

32. Bołotnia – Fedorówka

33. Kompleks Jantar

34. Fedorówka

35. Sukaczi

36. Kompleks Jantar

37. Fedorówka

38. Gubin

39. Kompleks Jantar

40. Gubin

41. Kompleks Jantar

42. Gubin

43. Fedorówka

Podziękowania

Seria Fabryczna Zona

Karta redakcyjna

Okładka



Michał Gołkowski – Ołowiany świt

Michał Gołkowski – Drugi Brzeg

Michał Gołkowski – Droga donikąd

Michał Gołkowski – Sztywny

Wiktor Noczkin – Ślepa plama

Wiktor Noczkin – Czerep mutanta

Wiktor Noczkin – Łańcuch pokarmowy

Krzysztof Haladyn – Na skraju strefy – tom 1

Krzysztof Haladyn – Na skraju strefy – tom 2

Sławomir Nieściur – Wedle zasług

Sławomir Nieściur – Ostatniego zeżrą psy

Dla Kuby

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1.
26 kwietnia 2006 r.
Okolice Kompleksu Jantar

Szlag by to! – zaklął Dima.

Sięgnął przez okno do wnętrza samochodu, namacał kluczyki i wyjął je ze stacyjki. To zaczynało być niepokojące: z trzech aut, którymi wyjechali ze stanicy, na chodzie pozostał jedynie stareńki volkswagen.

– Jeszcze trochę, a na nogach przyjdzie wędrować... – Westchnął, podciągając spodnie, nieustannie zsuwające się z pękatego brzuszyska.

– Dobrze by ci to zrobiło, Dimka – zarechotał Siwy. Schylony pod uniesioną klapą bagażnika, wystawiał na asfalt pudła z dokumentami.

– Dobrze to ty mi możesz zrobić, laleczko. A i to pod warunkiem, że ładnie poprosisz – odciął się grubas. Rozzłoszczony, cisnął kluczykami w przydrożne chaszcze. Z zaciętą miną chwycił jedno z pudeł i ruszył z nim w stronę zaparkowanego nieopodal volkswagena, przy którego odsuniętych drzwiach, drapiąc się po łysej głowie, deliberował nad czymś doktor Jewgienij Mietkin.

Dima ominął go, po czym, pomagając sobie kolanem, wepchnął pakunek do furgonetki.

– Jakiś problem, szefie? – zwrócił się do zwierzchnika.

– Nie pomieścimy się, mowy nie ma – stwierdził doktor z zafrasowaniem. Wskazał palcem na zagracone wnętrze auta. Wśród stert pakunków krzątał się niewysoki, rudowłosy mężczyzna, upychając między siedzeniami co drobniejsze klamoty.

– Wywalić do rowu, to i miejsce się znajdzie – wzruszył ramionami grubas. Posapując ciężko, wgramolił się do wnętrza samochodu. – Nie jedziemy, kurwa, na piknik! – wydyszał, popychając w stronę wyjścia pojemnik z konserwami. – A tamto? – Wskazał na stos niebieskich foliowych worków piętrzący się przy tylnej ściance furgonetki.

– Kombinezony ochronne – odparł Mietkin. – Bóg jeden wie w czym przyjdzie się babrać!

– W Jantarze na pewno mają tego w bród. Przecież to jedno wielkie laboratorium! – jęknął Dima. – Dawaj, Ryży! – zwrócił się do rudzielca.

– Nie zgadzam się! – zaprotestował gwałtownie doktor.

– Dawaj, mówię! – ponaglił Dima.

Ryży zawahał się.

– Szefie, on ma rację – powiedział w końcu. – Tylko miejsce zawalają.

Mietkin podrapał się nerwowo po łysinie.

– Może i tak – rzekł z ociąganiem. – Dobra. Róbcie, jak uważacie.

Wycofał się, by nie przeszkadzać w wyładunku. Przez kilka chwil obserwował, jak obok samochodu rośnie stos niepotrzebnych, zdaniem Dimy, bagaży, a następnie, nie mogąc znieść tak jawnego marnotrawstwa, odwrócił się i poczłapał w kierunku Abaszyna. Białorusin, oparty o przedni zderzak, leniwie zaciągał się papierosem, od czasu do czasu pstrykając trzymaną w drugiej dłoni zapalniczką.

– Coraz gorzej się robi, Walerij – mruknął doktor, stając obok rosłego zastępcy.

– Ano – skinął głową Abaszyn. – Szkoda wyrzucać nowiutkie rzeczy.

– Ja nie o tym! – żachnął się Mietkin. – Elektronika wysiada. Dima mówi, że to właśnie dlatego nissany pogasły.

– No przecież impuls poszedł...

– Impuls smaży elektronikę na bieżąco. Skoro zadziałała po emisji, znaczy ekranowanie było dobre. Ona TERAZ zaczyna się sypać – podkreślił. – W busie nie działa palmtop. Na moich oczach się zawiesił, reset zrobiłem, to jeszcze tylko błąd pokazał i zgasł na amen. Nawet durny zegarek padł. Zresztą co tam scalaki, elektryka też szwankuje. O właśnie, zobacz. – Klepnął dłonią reflektor, w którym jedna z żarówek już ledwo się żarzyła. – Dimka wymienił wszystkie, zanim wyjechaliśmy.

– E tam, felerna po prostu... – Abaszyn machnął ręką.

– Ta również? – Mietkin podszedł do drugiej lampy.

– I o czym to niby świadczy? – zapytał Abaszyn.

– Że przewodnictwo spada – zabrzmiał w ciemnościach głos Mikołaja.

 

Mietkin zauważył go dopiero teraz, siedzącego na poboczu, na resztkach betonowej barierki. Obok niego majaczyły niewyraźne sylwetki pozostałych techników.

– Co? – Abaszyn odwrócił się w ich stronę.

– Słabnie przepływ elektronów. Metal przestaje przewodzić prąd. Materiał zdziadział do reszty i traci wewnętrzną strukturę. Taka utajona korozja – wyjaśnił cierpliwie informatyk.

– Raczej entropia. – To był Jurij. Wstał z barierki i zapalił papierosa.

– Pierdolenie – rzucił Abaszyn. – Znaleźli się specjaliści od przewodników. Dimka, chodź no tu! – zawołał półgłosem, wychyliwszy się zza samochodu.

Ormianin w tym czasie zdążył dobrać się do tłustawej zawartości jednej z konserw, których cały karton poniewierał się na poboczu jezdni. Przełknął w pośpiechu żylasty kęsek. Trzymając w ręku otwartą puszkę, podszedł do Abaszyna.

– Czego? – zapytał, ocierając podbródek z tłuszczu.

– Żarówki się popaliły – wyjaśnił Abaszyn.

– No przecież widzę. – Dima wzruszył ramionami.

Raz i drugi plasnął otwartą dłonią w zakurzoną osłonę reflektora. Żarówka zapłonęła jasnożółtym, ostrym światłem. Metoda poskutkowała także w przypadku drugiej lampy.

– I załatwione – powiedział, wracając do przerwanego posiłku.

– Macie tę swoją entropię – oświadczył pogardliwie Abaszyn. – Ładujcie się do środka, czas nagli. Dima, ty za kółko. – Otworzył drzwi od strony kierowcy. – Ruchy, ruchy!

– Czekaj, papiery jeszcze – przystopował go Mietkin, wskazując na Siwego, który akurat podnosił kolejne pudło wyjęte z nissana.

– A wy na co czekacie?! Pomóżcie mu! – warknął Abaszyn w kierunku gramolących się z barierki techników.

– Właśnie! – zawtórował Dima.

Nabrał palcami kolejną porcję mięsnej pulpy i wpakował ją sobie do ust. Nie przestając jeść, odszedł na bok, przystanął nad płytkim, wypełnionym mułem rowem melioracyjnym, stamtąd obserwując gorączkową krzątaninę wokół furgonetki.

Kilka minut później, przy wtórze narzekań doktora kontrowanych soczystymi bluzgami Siwego, na skraju drogi wylądowała niemal połowa zabranych ze stanicy klamotów, w tym również metalowy pojemnik, wypełniony po brzegi amunicją do broni myśliwskiej.

– Zepchnijcie to do rowu – zasugerował Dima. – Bo jak po okruszkach za nami trafią. Za dużo tej amunicji nabraliśmy. I tak mamy tylko dwie strzelby. Reszta przepadła razem z myśliwymi, a szkoda. – Zrobiło mu się trochę głupio, bo powinien o tym pomyśleć jeszcze w stanicy, ładując amunicję na pakę. Tylko niepotrzebnie się nadźwigał. A teraz musiały im wystarczyć karabinki i pistolety zabitych żołnierzy. Może i nowoczesne, może i szybkostrzelne, ale takiego pierdolnięcia jak te myśliwskie armaty niestety nie miały.

– W porządku. – Siwy podniósł kilkunastokilogramowe pudło i rzucił nim, jakby nic nie ważyło. – Załatwione – oznajmił. Z bocznej kieszeni spodni wyjął butelkę mineralnej, pociągnął solidny łyk i podał ją zmęczonemu Mikołajowi, który zeskoczywszy na szosę, rozprostowywał obolałe plecy.

– Po co tyle amunicji nabrałeś? – zagadnął Dimę.

Grubas wzruszył ramionami.

– Bo ja wiem? Była, to ładowałem. Chcesz? – zapytał, podsuwając mu pod nos napoczętą puszkę z mielonką.

– Zabierz to! – Informatyk wzdrygnął się gwałtownie. Odwrócił z obrzydzeniem głowę. Czknął, zatkał dłonią usta i chwycił się za brzuch. Upuszczona butelka, chlupocząc, poturlała się w ciemność.

– Nu, szto ty? – zdziwił się Dima. Przystawił konserwę do nosa i wciągnął powietrze. – Dobre mięsko przecież.

– Nie o to chodzi – wykrztusił Mikołaj. – Na samą myśl o jedzeniu... mdli... – Znowu czknął.

– Nerwy, braciaszku, nerwy – stwierdził Dima. Poklepał go współczująco po ramieniu.

– Gotowe! – dobiegło z volkswagena. Ryży skończył właśnie układać ostatnie graty.

– Wsiadajcie – skinął na nich Abaszyn, który tymczasem zdążył usadowić się na szerokim, podwójnym fotelu pasażera. Obok niego, przyciśnięty do drzwi, siedział Mietkin. W części ładunkowej wyciągał swoje długaśne kończyny Jurij, w kolejce cierpliwie czekali Wiktor z Siwym. Ten ostatni chwilę wcześniej energicznym kopniakiem zepchnął z pobocza ostatni pakunek – szeleszczący worek z kombinezonami.

– Dajcie mu chwilę – odpowiedział Dima. – Niech trochę odetchnie. Wciągaj powietrze. Głęboko. Wdech, wydech, wdech, wydech... – zwrócił się do skulonego informatyka.

Na próżno. Mikołaj oparł o dłonie na udach i gwałtownie zwymiotował. Targany kolejnymi falami torsji, zachwiał się. Byłby niechybnie wpadł do rowu, gdyby nie natychmiastowa reakcja grubasa, który w ostatniej chwili przytrzymał go za kołnierz i nie zwolnił uchwytu, dopóki nie upewnił się, że osłabły nagle mężczyzna jest w stanie ustać o własnych siłach.

– Ot, duszę ty oczyścił, a i strachy z siebie wyrzucił. Teraz już tylko lepiej będzie – pocieszył go Dima. – Wskakuj do środka, bo gdy ja się tam rozsiądę, będziesz musiał iść piechotą.

Mikołaj odcharknął gęstą śliną, potem wydmuchał nos. Przecierając załzawione oczy, powlókł się do furgonetki.

Dima po raz kolejny powąchał konserwę. Woniała tą charakterystyczną mieszanką przypraw i świeżego, jakby przed chwilą zdjętego z ognia, rozgrzanego smalcu. I czymś jeszcze. Przełknął ślinę. Nie wiedzieć czemu zatęsknił nagle za gęstą od ściętej krwi czerniną.

– Jeszcze się nie nażarłeś? – usłyszał z szoferki zniecierpliwiony głos Abaszyna.

– Spierdalaj – mruknął w odpowiedzi, na tyle cicho, by tamten nie usłyszał.

Odwrócił się w stronę spowitych mrokiem pól. Kilka metrów od krawędzi rowu falowała kępa trawy. Przerośnięte źdźbła, o odcień ciemniejsze od otoczenia, kołysały się miarowo, jakby muskane wiatrem. W nieruchomym powietrzu wyglądało to cokolwiek podejrzanie. Dima postąpił krok przed siebie.

Wytężył wzrok, próbując dostrzec, co powoduje ten osobliwy ruch, ale nie zobaczył niczego szczególnego – zielsko poruszało się lekko okrężnym, powolnym ruchem, jakby rozgarniane od wewnątrz przez niewidzialną siłę.

A potem zauważył coś jeszcze. Między łodygami, tuż nad ziemią unosił się, połyskując słabym blaskiem, niewielki przedmiot.

– Dima! Do kurwy nędzy! – zaklął Abaszyn. Trzasnęły drzwiczki, zachrzęścił pod ciężkimi buciorami pokruszony asfalt. – Co się dzieje? – zapytał, stając obok zapatrzonego w ciemność grubasa.

Dima pokręcił głową. Wskazał ręką na tajemnicze zjawisko.

– Spójrz na to... – powiedział cicho.

Przez kilka chwil obaj w milczeniu obserwowali wirujące w osobliwym tańcu rośliny.

– Słyszałeś, co mówił Jewgienij – odezwał się w końcu Abaszyn. – Że mogą dziać się różne... – zawahał się, szukając właściwego słowa – cuda. Chodź już, jechać trzeba. Coś mi się zdaje, że jeszcze nam się takie rzeczy opatrzą.

2.
Fedorówka

Wasyl Horowienko nijak nie mógł usnąć i gdy wiszący na ścianie zegar wybił północ, on nadal wiercił się na sienniku, obracał z boku na bok, głowę do poduszki przykładał to lewym policzkiem, to prawym. Próbował leżeć na wznak, na brzuchu nawet, chociaż z doświadczenia dobrze wiedział, że gębą do ziemi chłop uleży tylko po pijaku. Nic nie pomagało. Tylko serce walić poczęło coraz szybciej, jakieś, zdawałoby się, dawno zapomniane rzeczy ni stąd, ni zowąd na wierzch wylazły i zakotłowały się w głowie, jakby ostatnia godzina miała nastać.

– Job twoju mać... – westchnął w końcu i gwałtownym ruchem odrzucił na bok pierzynę. Usiadł na łóżku. Przepocony podkoszulek kleił się do ciała, kark pocięty przez komary piekł nieznośnie.

Po omacku, podtrzymując jedną ręką opadające kalesony, poczłapał do kuchni i ochlapał twarz zimną wodą. Podrażnioną szyję przetarł wilgotną ścierką. Ulga była natychmiastowa.

Rześki bardziej niż czasami o poranku, otworzył drzwiczki pieca i pogiętym drutem rozgrzebał palenisko. Coś tam się jeszcze żarzyło. Podrzucił kilka szczap, a gdy jasno zapłonęły żółtym ogniem, wyjął jedną i przypalił od niej papierosa. Następnie usiadł na zydlu i wzuł znoszone kamasze.

Szurając rozsznurowanymi butami, podszedł do okna, odpiął haczyk i otworzył je na oścież. Owiało go nieco chłodniejsze, nocne powietrze. To było przyjemne.

Rzadko kiedy zostawiał okna otwarte po zmroku, a już zwłaszcza latem, kiedy na dworze bzyczały jak wściekłe chmary żądnego krwi robactwa, gotowe kłuć i gryźć każdy odsłonięty kawałek ciała. Zupełnie jak wczoraj, gdy rozleniwiony samogonem i duchotą zdrzemnął się pod ogołoconą z kwiatów jabłonką, a później ocknął równo ze zmierzchem, z dłońmi i karkiem usianymi bąblami oraz przyschniętymi kropelkami krwi w miejscach, gdzie do ucztujących komarzyc dołączyły te cholernice, meszki.

O właśnie! Samogon. Wasyl miał ochotę palnąć się w czoło. Przecież w sieni, pod górą starych łachów stała trzylitrowa kanka bimbru. Tylko tyle pozostało z zimowego urobku po ostatniej wizycie likwidatorów. Nie żeby Wasylowi żal było trunku, bo samogon wyszedł gorzej niż ohydny – przemarznięte zimą kartofle trochę za bardzo oddały stęchlizną – ale mierziła go ta durna zachłanność gryzipiórków. Jakby nie było ich stać, żeby kupić sobie w sklepie flaszkę lub dwie markowej gorzałki. W końcu płacił im także żywą gotówką: i za asygnatę na drewno, i za zgodę na wypas krów, za to nawet, żeby grzyby i jagody móc potem spokojnie miastowym sprzedać.

Radionuklidy, mówili, śmiertelnie niebezpieczne i siedzą we wszystkim, co ziemia w Strefie urodzi. Nie można ludziom skażonych produktów dostarczać. Tylko tak jakoś się dziwnie składało, że poza tymi pasibrzuchami z elektrowni nikt się skażeniem nie przejmował, nawet sam główny weterynarz, Mietkin, u samosielców zamawiał twaróg i masło, a w zimie nawet przetworami nie gardził.

A skoro doktór się nie bał, to nikt nie powinien, bo któż od fachowca miałby mieć lepsze pojęcie o tych sprawach? Chociaż, jak tak się szło głębiej zastanowić, to był trochę za bardzo łysy ten Mietkin. Nawet brwi nie miał...

Przymknął okno i zaciągnął firankę, żeby robactwo nie miało zbyt łatwo. Nie zapalając światła, wymacał wiszącą obok pieca chochlę, z przeszklonej witrynki również po omacku wyjął szklankę. Tak wyposażony przeszedł do sieni. Dopiero tam włączył światło. Samogonu nalał sobie tylko pół szklanki, tak żeby dało się golnąć jednym haustem, bez specjalnego delektowania się, bo i nie za bardzo było czym.

Wypił, skrzywił się niemiłosiernie, a gdy już przestało go mdlić, jeszcze raz zanurzył chochlę w kance. Tym razem nabrał nieco więcej, zwłaszcza że dolewkę zamierzał wypić w kuchni. I od razu zakąsić. A potem wypalić jeszcze ze dwa papierosy, tak dla pewności.

Wrócił do kuchni, ukroił sobie pajdę chleba, z otwartej rano puszki wydłubał resztki mielonki i rozsmarował je po czerstwym już nieco pieczywie. Całość udekorował ćwiartkami ogórka. Usatysfakcjonowany efektem, rozsiadł się wygodnie przy stole i rozpoczął konsumpcję.

Godzinę później, po jeszcze jednej dolewce, z na wpół opróżnioną paczką papierosów leżącą na parapecie, Wasyl, trzeźwy tak, jakby zamiast samogonu opił się wody, w zamyśleniu kontemplował panoramę Strefy, jarzącej się dziesiątkami jaskrawobłękitnych świateł, w pobliżu których co rusz wykwitały pomarańczowe jęzory płomieni, strzelając ponad korony drzew fontannami iskier, gasnących szybko na tle podświetlanych purpurą kłębów dymu.

Takiego czegoś Wasyl w Strefie jeszcze nie widział. Bywało, że w zimowe noce coś tam nad Sarkofagiem zaświeciło zielenią lub żółcią tudzież ni stąd, ni zowąd, w pogodny, bezchmurny, zdawałoby się, dzień huknął piorun, krojąc niebo oślepiającym zygzakiem wyładowania. Dziwne trochę to było, ale zdarzało się na tyle rzadko, że Wasyl nie zaprzątał sobie tym głowy. Chodziły słuchy, ileż sprzętu, techniki upakowano na tej przeklętej przez ludzi i Boga ziemi i jak ogromna ilość paskudztwa kisiła się wciąż pod betonowym grobowcem Sarkofagu.

Tym, co wydarzyło się przed wieczorem, też niezbyt się przejął. Owszem, zahuczało okropnie, wiatrzysko poszło takie, że pod kwitnącą w najlepsze jabłonką zrobiło się biało jak w zimie. Jebło to jebło, pomyślał wtedy, wychodząc na szosę, by przyjrzeć się zawieszonemu na słupie pudłu transformatora, ale blaszana skrzynia wyglądała na nienaruszoną. Uspokojony wrócił na podwórko, sprawdził, czy jest światło, a gdy wisząca nad daszkiem drewutni żarówka zaświeciła jak gdyby nigdy nic, uspokoił się już do reszty. Trochę tylko zasmuciły go odarte z kwiatów czereśnie, których szpaler tak pięknie zakwitł niedawno wzdłuż płotu. A tak się cieszył, że w tym roku nareszcie nie będzie musowo łazić po opuszczonych gospodarstwach, żeby nazrywać tego słodkiego dobra.

 

Teraz jednak zaczął się Wasyl niepokoić. Niby daleko, niby to tylko ognia trochę i świateł dziwnych, ale po plecach zaczęły chodzić mu ciarki. Pić więcej nie chciał, bo samogon nie dość, że paskudny w smaku, to chyba i zwietrzał w byle jak zamkniętej kance. Normalnie po takiej ilości powinien chrapać tam, gdzie pił, zamiast snuć się w środku nocy po domu. Na domiar złego w sieni właśnie przepaliła się żarówka, i to akurat w momencie, gdy napełniał kolejną szklankę, więc nie dość, że zachlapał bimbrem leżące obok ciuchy, to jeszcze i siebie oblał, gdy po ciemku zawadził stopą o próg. A do tego gdzieś w gałganach zgubiła się pokrywka od kanki, więc w chałupie smród się zrobił jak, nie przymierzając, w gorzelni. Nie żeby Wasylowi takie aromaty jakoś specjalnie przeszkadzały – w końcu w chacie nigdy nie woniało fiołkami – ale było ryzyko, że wkrótce pojawią się żołnierze albo zaalarmowana łuną nad Strefą wyroi się milicja z Iwankowa. Ci ostatni ładowali mu się do chałupy za każdym razem, gdy byli w okolicy. Przystanek se znaleźli, pomyślał z niechęcią.

Zapalił stojącą na kredensie świeczkę i chroniąc dłonią wątły płomyk, zaniósł ją do sieni. Nie było rady, samogon należało wylać, łachy wynieść na dwór, a chałupę porządnie wywietrzyć.

3.
Okolice Kompleksu Jantar

I że niby przywykniemy, tak?! – jęknął Dima, osłaniając twarz przed gorącem. Krok po kroku wycofywał się w kierunku stojącego nieopodal busa.

Gejzer błękitnego, oślepiającego ognia huczał potężnie pomiędzy nadtopionymi, zniekształconymi od piekielnego żaru wrakami transporterów. Temperatura była tak wysoka, że znajdujące się najbliżej płomienia elementy pojazdów rozlały się purpurowymi kałużami po osmalonym podłożu. Tliły się nawet chwasty, porastające spiętrzone po obu stronach szosy wapienne osuwisko.

– Jak ja mam to, kurwa, ominąć? Co to w ogóle jest?! – krzyknął do Abaszyna.

Białorusin również wysiadł z samochodu, by przyjrzeć się zjawisku, ale w odróżnieniu od Dimy zadowolił się obserwacją z daleka. Reszta naukowców na polecenie doktora pozostała w volkswagenie. Ich twarze majaczyły niewyraźnie za przednią szybą furgonetki.

– Normalnie, obok przejedziesz, tyle że wiesz... Na pełnej kurwie. Miejsca jest dość, co się miało sfajczyć, to się sfajczyło. – Abaszyn wskazał ręką na krąg żużlu, w który zamieniła się asfaltowa nawierzchnia szosy.

Dima obejrzał się na furgonetkę. Dociążona do granicy wytrzymałości stareńkich amortyzatorów, z kołami trącymi o nadkola, absolutnie nie wyglądała na wóz zdolny rozwinąć sensowną prędkość. Dima jednak doskonale znał zalety ukrytego pod jej maską dwuipółlitrowego diesla, którego moc i potężny moment obrotowy dawały gwarancję, że samochód da radę przemknąć obok żaru, choćby i na samych felgach.

No właśnie. Felgi.

– Żeby tylko opony wytrzymały... – zmartwił się. – To wypalone musi być cholernie gorące. A na felgach to my daleko nie zajedziemy.

– Chuj z tym. – Abaszyn machnął lekceważąco ręką. – Ile jeszcze zostało? Trzy, cztery kilometry? I bez opon się doturlamy.

– Co racja, to racja... – zgodził się Dima po chwili namysłu. – Przeskoczymy. Co to się w ogóle tak fajczy? Rury z gazem tu są czy jak? – Mrużąc załzawione oczy, zaczął wpatrywać się w ogień.

Był niezmiernie dziwny: intensywnie błękitny, zwężał się u podstawy w coraz cieńszą smugę, dotykającą drgającej tuż nad powierzchnią drogi migotliwej, jaśniejszej chyba niż samo słońce plamki światła. I w zasadzie to nie wiadomo było, czy ogień wydobywa się z owej plamki, czy jest do niej wciągany, tak samo jak nie dało się określić, co właściwie płonie. Jedno było pewne – gigantyczny palnik zamienił oba transportery w powykręcane od żaru bryły żelastwa, po których pełgały pomarańczowe ogniki. Jeżeli w momencie zapłonu w pojazdach byli jeszcze żołnierze, to pozostały po nich tylko popioły.

Wystarczy, pomyślał. Ruszył w stronę furgonetki. Abaszyn właśnie wsiadał do środka.

Sapiąc z wysiłku, Dima wcisnął się za kierownicę i nie zważając na dobiegające zza wysokiego oparcia protesty naukowców, pchnął do tyłu swój fotel.

– Taki sam jak na polach? – odezwał się Mietkin. Pochylony do przodu, niemal dotykając czołem szyby, także przyglądał się kolumnie ognia.

– Chyba tak... Też świeci na niebiesko – odrzekł Dima, zerkając we wsteczne lusterko. Mimo wszystko postanowił wydłużyć rozbieg.

– Gaz ziemny? – Doktor przetarł wierzchem dłoni zaparowaną oddechem szybę.

– Nie, nie... To na pewno żaden biopierd. Za jasny... i za gorący – odparł Abaszyn, zapinając pas bezpieczeństwa. – Siadaj, Jewgienij! I przypnij się. – Pociągnął doktora za ramię.

Mietkin opadł na siedzenie.

– Musimy to jakoś ominąć – poinformował Dima. – Trzymajcie się tam czegoś! – rzucił przez ramię, po czym włączył wsteczny bieg i wycofał samochód o dodatkowe kilkadziesiąt metrów. Nie lubił zanadto ryzykować, a rozpędzenie wozu na nieco dłuższym dystansie dawało pewność, że uda im się przemknąć obok paleniska, nie zamieniając samochodu w zdeformowaną od żaru puszkę ludziny.

Raz i drugi wcisnął pedał gazu, niczym kierowca Formuły Jeden przed startem. Diesel ryknął na wysokich obrotach.

– Pojebało was do reszty! – wrzasnął ktoś z tyłu. Zahurgotały przesuwane drzwi.

– Stój! – Abaszyn błyskawicznym ruchem odpiął pas i wyskoczył z szoferki.

Dima zdjął nogę z gazu.

– Który? – zapytał Mietkina, który wychyliwszy się, obserwował wydarzenia na zewnątrz.

– Chyba Ryży – odparł doktor. – Gdzieś biegnie... Walerij go złapał... Szarpią się... – relacjonował.

– Na litość boską... – westchnął Dima. – Czekajcie. I niech nikt nie waży się wysiadać – warknął w kierunku stłoczonych przy drzwiach naukowców. – Siwy, miej ich na oku!

Siedzący przy samym wejściu Siwy skinął tylko głową.

Dima, posapując, wygramolił się na zewnątrz. Obszedł furgonetkę i ruszył poboczem w kierunku szamoczących się sylwetek.

– Wystarczy! Wypierdalaj do samochodu – warknął na Abaszyna, po czym szarpnął go za ramię do tyłu. Potężny mężczyzna zatoczył się, potknął o jakąś nierówność i grzmotnął barkiem o wystający ze skarpy poszczerbiony ułomek skały.

– Dima! – syknął ostrzegawczo. – Kiedyś się, kurwa, doigrasz!

– Wypierdalaj – powtórzył tłuścioch i odwrócił się do stojącego z uniesionymi pięściami Ryżego. – A ty co odwalasz? No? – zapytał, podchodząc do rozdygotanego zootechnika. – Myślisz, że będziemy za tobą ganiać po nocy? Widzisz, co się wyrabia! – Pulchną dłonią złapał tamtego za klapę roboczej bluzy i przyciągnął do siebie.

– Mam dość – oznajmił ponuro Ryży.

– Co ty nie powiesz? – zdziwił się nieszczerze Dima. – Wszyscy się tak świetnie bawią, tylko jeden Stiepan niezadowolony... I co my z tym zrobimy, a? – Odwrócił głowę w stronę volkswagena. – Słyszeliście? Ryży ma dość! – zawołał. – Wracamy do stanicy!

– Przestań – mruknął Ryży. Opuścił ręce.

– Nie przestanę, dopóki się nie ogarniesz, Stiepan. – Dima zwolnił uchwyt. Cofnął się. – Wiesz, cośmy nabroili. Co się nawyrabiało.

Ryży pokiwał głową.

– Ano wiem – westchnął.

– To powinieneś także wiedzieć, że musimy się teraz jakoś z tego wykaraskać.

– Powiedz mi jak?! – zawołał Ryży ze wzburzeniem. – Jak wytłumaczysz stertę zwłok w śmigłowcu czy trupa tego biedaka, coście go po drodze zaszlachtowali? No jak?!

– Nijak, durniu. – Dima uśmiechnął się lekko. – Nikomu nie będziemy się tłumaczyć. Zresztą wpierw musiałby ktoś zapytać, więc zrobimy tak, żeby nie miał kto.

– I będziemy sobie tak jeździć i rezać każdego, kto się napatoczy? – Głos Ryżego znowu zaczął drżeć.

– Nie. Jedynie tych, którzy będą zadawać pytania, oraz takich, co będą potrafili na nie odpowiedzieć – wyjaśnił spokojnie Dima. I uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Ryży popatrzył na niego osłupiały. A potem nerwowo zerknął przez ramię, jakby sprawdzał, czy nikt się za nim nie czai.

Ciemność zapadła tak gwałtownie, że Dima instynktownie zamrugał w obawie, że oślepł. Obejrzał się na furgonetkę i odetchnął z ulgą. Tylne reflektory jarzyły się mdłym, purpurowym blaskiem.

– Zgasło! – dobiegł gdzieś z przodu głos Abaszyna.

– Co?! – nie zrozumiał Dima. Zapomniawszy o Ryżym, potruchtał wzdłuż samochodu.

– Ten... żarnik. Nie pali się. – Białorusin skinął głową w kierunku transporterów. – Zniknął jak zdmuchnięty. Jakby ktoś zawór zakręcił.

Rzeczywiście, po kolumnie ognia pozostało jedynie wspomnienie w postaci stygnących wraków transporterów i nielicznych badyli, tlących się jeszcze na zboczu skarpy.

– No i problem z głowy – stwierdził z zadowoleniem Dima. – Zaczekamy jeszcze parę minut, niech trochę asfalt przestygnie. Stiepan, już po strachu! – zawołał do Ryżego.