Shadow Raptors. Tom 1. Kurs na kolizję

Tekst
Z serii: Shadow raptors #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Habitat Czwarty

Wysoka orbita AEgira

– Dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście… – odliczał Ian na głos, śledząc w napięciu panel kontrolny, na którym jedna po drugiej zapalały się diody sygnalizujące opuszczane w sekcji hydroponicznej grodzie.

Rozbłysk każdej z kontrolek poprzedzał dochodzący z oddali stłumiony łoskot, od którego wibrowała podłoga. Gdy zapaliła się ostatnia lampka, zatwierdził całość sekwencji i z westchnieniem ulgi opadł na fotel operatora.

– Gotowe. Przegrody opuszczone – zameldował Duvallowi. – Uruchomiłem także pompy, więc za kilka minut będziecie mogli aktywować automaty serwisowe – dodał, manipulując przy zatrzaskach hełmu.

– Doskonała robota, pułkowniku, naprawdę doskonała – pochwalił inżynier. Jego głos, przepuszczony przez wielostopniowy system dekodujący, zabrzmiał w pleksiglasowej skorupie hełmu metalicznie i do tego stopnia zgrzytliwie, że Iana przeszły ciarki. – Może pan wracać. Z całą resztą poradzimy sobie zdalnie – zacharczało.

– Zrozumiałem – potwierdził Dressler. – Bez odbioru.

Ściągnął z głowy zaparowany baniak i okutaną w grubą rękawicę dłonią otarł spływający z czoła pot. Nurkowanie od siłownika do siłownika w ciasnych i mrocznych korytarzach maszynowni okazało się niesamowicie wyczerpującym zajęciem. Musiał odpocząć.

W plątaninie rur pod sufitem coraz głośniej szumiała wypompowywana z sekcji woda. Hektolitry zanieczyszczonej, ale wciąż drogocennej cieczy płynęły do tylnej części habitatu, gdzie miały zostać przepuszczone przez system uzdatniający.

Półleżąc w fotelu, patrzył przez ogromne, panoramiczne okno na wielosetmetrowe połacie zniszczonych upraw, wyłaniające się powoli spod powierzchni wody, pokrytej warstewką zielonkawej kry. Pracujące pełną mocą dmuchawy tłoczyły do sekcji strumienie gorącego powietrza, w błyskawicznym tempie rozpuszczając lodowe nawisy, pod których ciężarem powyginały się, a w wielu miejscach wręcz zawaliły ażurowe konstrukcje zraszaczy oraz podajników odżywek i środków biobójczych. Tam gdzie woda opadła całkowicie, pośród rumowiska krzątały się już pierwsze automaty naprawcze. Na ich krępych korpusach skrzył się szron.

– Panie pułkowniku! – zatrzeszczało z hełmu. – Panie pułkowniku, jest pan tam jeszcze?

– Tak! – odpowiedział Ian głośno, by uniknąć konieczności ponownego nakładania na głowę pleksiglasowej bani. – O co chodzi?

– Mamy jeszcze jeden, w sumie niewielki problem, i pomyśleliśmy sobie… – Reszta słów zanikła w serii trzasków.

Westchnął ciężko, nałożył hełm. Czubkiem języka dotknął płytki regulatora częstotliwości. Zakłócenia ustały jak ucięte nożem.

– …odblokować ręcznie. Możemy na pana liczyć?

– Proszę powtórzyć – powiedział.

– Uszkodzony automat zatarasował główny tunel serwisowy. Maszyna waży ponad tonę, więc bez pomocy równie ciężkiego sprzętu nie da się jej stamtąd wyciągnąć. Jest jednak prostszy sposób.

– Jaki?

– Korytarz ewakuacyjny. Tamtędy puścimy ruch. Niestety, można go otworzyć jedynie od strony hali upraw… – Duvall zawiesił na chwilę głos.

– I można to zrobić jedynie ręcznie – dokończył za niego Ian. Znowu westchnął.

– Właśnie tak – w zniekształconym głosie inżyniera bez trudu dało się wyczuć rozbawienie. – Drzwi do tunelu znajdzie pan… – Duvall zawahał się. – Jak pan stanie przodem do okna sterowni, to będzie północno-wschodni narożnik – podjął po chwili. – Są dzielone, dwuskrzydłowe, oznakowane standardowym symbolem A1, czarnym na żółtym tle. Wystarczy zwolnić rygiel, resztę załatwi pneumatyka.

– Mam nadzieję – mruknął Ian.

– Tego akurat jestem pewien – zabrzmiało z głośnika. – Na koniec, pułkowniku, mam dla pana dobrą wiadomość.

– Zamieniam się w słuch.

– Korytarz ewakuacyjny zaprowadzi pana wprost do kwater mieszkalnych. Zgodnie z procedurami w szczególnie uzasadnionych przypadkach możemy udostępnić osobom postronnym dowolny cywilny moduł. Na potrzeby wojskowe, rzecz jasna. Nie muszę chyba dodawać, że pana przypadek został w tym momencie za takowy uznany. Gdy już będzie pan na miejscu, proszę sobie wybrać coś możliwie wygodnego i odpowiednio wyposażonego… – Duvall po raz kolejny zawiesił głos, jakby czekając na reakcję interlokutora.

– Na przykład w łącze z bankiem planetarnym? – Ian postanowił nie trzymać go w niepewności.

– Właśnie – potwierdził skwapliwie Duvall.

Ian uśmiechnął się do siebie.

– Kiedy już pan wybierze odpowiadający pańskim potrzebom lokal, proszę mi o tym zameldować – kontynuował inżynier. – Odnotuję ten fakt w ewidencji. Aha, jeszcze jedno, powrót tunelem zwolni pana z obowiązku przechodzenia kolejnej dekontaminacji.

– Tak, to zdecydowanie dobra wiadomość – zgodził się Ian. – Rozumiem, że koszty zakwaterowania poniesie Związek?

– Wszystkie, z wyjątkiem transferu danych. Kosztami ewentualnych transmisji zostanie obciążony najemca modułu, ale proszę się tym specjalnie nie kłopotać, o tutejszych mieszkańcach można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że są ludźmi ubogimi – odparł Duvall.

– Będę o tym pamiętał – powiedział Ian. Wstał z fotela i przeciągnął się na tyle, na ile pozwoliły powłoki skafandra. W głośniczku rozległo się znajome już kliknięcie oznaczające koniec połączenia. Rozejrzał się po sterówce. W jednym z kątów dostrzegł niewielki kwadratowy właz. Gdy uniósł klapę, jego oczom ukazała się metalowa drabinka, do połowy zanurzona w wodzie i pokryta lśniącą warstewką lodu. Westchnął ciężko, uszczelnił hełm i nałożył rękawice. Systemy skafandra ożyły, komunikując sprawność krótkimi piknięciami. Ostrożnie zszedł po śliskich szczeblach.

Woda miała konsystencję kaszy, kryształki szeleściły, ocierając się o materiał skafandra, kilka przywarło do powierzchni hełmu. Strącił je wierzchem dłoni. Po prawej stronie dostrzegł słabą poświatę bijącą od umieszczonej nad wyjściem z szybu lampy. Chyłkiem, by nie zahaczyć głową o framugę, wydostał się z szybu i ruszył w kierunku spowitych kłębami pary platform uprawnych, za którymi według Duvalla znajdowały się wrota tunelu ewakuacyjnego.

Starając się nie przeszkadzać myszkującym wśród stert żelastwa automatom naprawczym, przebrnął przez grząską, sięgającą kolan warstwę na wpół zmrożonego szlamu, który stanowiła spłukana z platform obślizgła, zielonobrązowa mieszanina roślin i podłoża uprawnego. Wystawały spod niej poszczerbione krawędzie pleksiglasowych płyt i resztki siatki ochronnej. Na jednym z takich ułomków dostrzegł znajome logo.

Delikatnie, żeby nie uszkodzić rękawic, wydłubał fragment płyty z mułu i przetarł ją kciukiem.

– DELDRESS. Kompania Planetarna – odczytał stylizowany na gotyk i obwiedziony wściekle pomarańczowym zygzakiem napis. – No proszę… – mruknął, przypominając sobie co poniektóre płomienne deklaracje ojca, że zrobi wszystko, aby żaden z produktów pochodzących z jego fabryk nie trafił do odbiorców ze Związku Orbitalnego.

Ian uśmiechnął się z gorzką satysfakcją. Jeszcze zanim zdecydował się wstąpić do armii, wiele razy spierał się z ojcem, dowodząc staremu, że w interesach nie ma miejsca na osobiste sympatie, a tym bardziej animozje, choćby nawet były ku temu uzasadnione powody, i że zamykanie się na tak chłonny rynek zbytu wcześniej czy później zakończy się utratą płynności finansowej przedsiębiorstwa, o ile nie czymś znacznie gorszym.

Powyginany kawałek tworzywa, który trzymał w dłoniach, dobitnie świadczył o tym, że dystrybutorzy oraz ich podwykonawcy są ludźmi bardziej pragmatycznymi niż prezes przedsiębiorstwa i w głębokim poważaniu mają jego osobiste animozje.

Tknięty nagłym przeczuciem, wyszarpnął z podłoża długi na metr strzęp siatki, energicznie otrzepał ją z błota, po czym starannie rozłożył u swoich stóp. Cofnąwszy się o krok, przyjrzał jej się spod zmrużonych powiek. Wzdłuż poszarpanej krawędzi splotu widać było jaśniejszą, nieco wyblakłą, ale wciąż charakterystyczną kolorową obwódkę. Tym razem już nie wytrzymał i roześmiał się na cały głos.

– I bardzo dobrze! – stwierdził z satysfakcją.

Kilka metrów dalej pięło się rusztowanie ze stalowych belek. Wdrapał się na nie i powiódł wzrokiem po ogromnej hali. Dopiero teraz dotarło doń, jak wielkiego spustoszenia dokonał skuński pocisk: zniszczeniu uległa w zasadzie cała infrastruktura sekcji.

Jeżeli niepokorni kontrahenci DELDRESS-u wciąż współpracowali z władzami habitatu, wysoce prawdopodobne było, że już wkrótce fabryki kompanii otrzymają od Związku Orbitalnego potężne zamówienia na komponenty rolnicze, zaś akcjonariusze po raz pierwszy od dłuższego czasu dostaną obiecane dywidendy z zysku.

– Pułkowniku, proszę się pośpieszyć – odezwał się z głośnika Duvall. – Zator wciąż się powiększa. Jak na razie system zarządzania nadąża z aktualizacją harmonogramu prac, ale jak tak dalej pójdzie, zresetuje ustawienia albo zwyczajnie się zawiesi. Ponowne rozpisanie procedur zajmie nam masę czasu.

– Rozumiem – odrzekł Ian. – Zaraz się tym zajmę. Niespecjalnie łatwo się tutaj poruszać, zniszczenia są naprawdę duże – dodał tonem usprawiedliwienia, po czym zeskoczył z rusztowania na błotnisty grunt.

– Dziękuję. Po odblokowaniu wrót proszę pomachać uniesioną ręką. Mamy pana na podglądzie – poinformował inżynier i zakończył połączenie.

Pod wschodnią ścianą, wzdłuż umieszczonej parę metrów nad poziomem pokładu galeryjki, sunęła pokaźnych rozmiarów oczyszczarka. Maszyna, wyposażona w ukośny pług, ogromne szczotki i taśmociąg, zostawiała za sobą szeroki na kilka metrów pas wyszorowanego do czysta podłoża. W ślad za nią podążało stadko mniejszych automatów, polujących na wszystko, co zsunęło się z taśmy bądź sturlało z ogromnego, wypełnionego już po brzegi zbiornika na odpady.

Nie namyślając się wiele, pobrnął w tamtą stronę i niedługo później, przy akompaniamencie trzasków, gwizdnięć oraz głośnego stukotu gąsienic, szedł raźno pośród czeredy automatów, których coraz to nowe egzemplarze wyjeżdżały z wnęk serwisowych, kolejno odblokowywanych przez prowadzącą to mechaniczne stado oczyszczarkę. Odgłosy budzącej się do życia maszynerii dobiegały ze wszystkich zakątków hali. Jedynie w jej zachodniej, nieckowatej części, gdzie wciąż jeszcze stała woda, panowała cisza i bezruch.

 

Klekoczący, błyskający różnokolorowymi światłami skanerów i czujników korowód zatrzymał się, po czym zrobił nawrotkę przed tarasującą drogę stertą pogiętych rur oraz połamanych wsporników. Przy zwałowisku uwijały się dwa znajomo wyglądające sigiliańskie łaziki, które cięły i przepalały żelastwo na mniejsze elementy. Korpusy maszyn ociekały wilgocią, ochlapywane nieustannie tryskającymi z popękanych rur płynami.

Bokiem, z przyciśniętymi do tułowia rękoma, by nie dostać się w zasięg kłapiących groźnie nożyc i huczących ogniem palników, Ian wcisnął się w wąski przesmyk między ścianą a rumowiskiem, modląc się przy tym w duchu, by demontowany od spodu stos nie runął nagle, grzebiąc go pod tonami metalu.

– Brawo, pułkowniku! – usłyszał Duvalla, gdy dysząc ciężko, stanął po drugiej stronie zwałowiska. – Drzwi są dziesięć metrów przed panem, we wnęce za tą żółtą barierką. Trzeba ją będzie przesunąć.

– Ładna mi barierka… – westchnął Ian na widok ciężkiej, metalowo-betonowej konstrukcji blokującej dostęp do wrót. – To waży ze dwie tony!

– Chętnie skierowałbym do tego zadania jakiś automat, ale sam pan widzi, jaka jest sytuacja – powiedział inżynier. – Proszę spróbować, powinna dać się ruszyć.

– Powinna dać się ruszyć… – powtórzył Ian sceptycznie.

Obszedł barierę, obmacał, po czym zaparł się barkiem o metal i spróbował ją przepchnąć. Bez rezultatu. Masywna podstawa konstrukcji tkwiła w miejscu jak przyśrubowana.

– Nic z tego – wysapał po kilku próbach.

– Cholera jasna! – dobiegło z głośnika.

– Dajcie mi jeszcze chwilę.

Przykucnął i obmacał krawędzie postumentu. Przez zaparowaną oddechem szybkę hełmu widział jedynie rozmazane kontury bloczków. Postanowił zaczekać, aż system wentylacji osuszy wizjer. Manipulując koniuszkiem języka, przywołał na wyświetlacz drzewko komend, po czym ignorując pojawiające się przed oczyma ikonki ostrzeżeń, podniósł do maksimum parametry temperatury wewnątrz skafandra. Już po chwili z umieszczonych w tylnej części hełmu nawiewów zaczęło buchać ciepłe, niemal gorące powietrze. Gdy mgiełka na szybce wizjera zniknęła, zmniejszył temperaturę i ponownie przyjrzał się podstawie bariery. Dopiero teraz dostrzegł rządek niewielkich, wpuszczonych w płyty podłoża kotew, których pazurki wczepione były w postument.

– Jest przymocowana hakami – oznajmił.

– Ekhm… – odchrząknął z zakłopotaniem Duvall. – No tak, zabezpieczenie. Przepraszam, pułkowniku, na śmierć o tym zapomniałem. Będzie pan umiał to rozpiąć?

– Żaden problem – odrzekł Ian. Jeden po drugim zaczął zwalniać zatrzaski. Szpikulce kolejno odskakiwały od betonu i wciągnięte przez mechanizm sprężynowy znikały w podłodze. Dalej poszło już gładko. Uwolnioną ze stalowych szponów barierę bez większego wysiłku odciągnął jak najdalej od wnęki, a potem uprzątnął walające się przy wrotach, oklejone wysychającym już szlamem blaszane pojemniki. Następnie podszedł do blokującej odrzwia poprzecznej sztaby, umieszczonej na połyskującej od smaru prowadnicy.

Choć wyglądała na solidną, gładko odjechała na bok. Potężne wrota przy akompaniamencie syku pneumatyki zaczęły się powoli otwierać.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, wyszedł z wnęki i energicznie pomachał rękami.

– Doskonale, pułkowniku – zachrobotało w komunikatorze. – Proszę teraz odsunąć się jak najdalej od wejścia. Nie wszystkim automatom zdążył się zaktualizować harmonogram i mogą być cokolwiek zdezorientowane. Dam panu znać, gdy już wyjedzie ostatni i droga będzie wolna.

7

Stocznia naprawcza

Układ planetarny Epsilon Eridani

– No to jak? Gotowi na przygodę? – spytał Lupos.

Wsparty o reling, przyglądał się z zainteresowaniem wysiłkom czwórki stoczniowców, mocujących się z potężną dźwignią blokady zaczepów, trzymających w stalowych szczękach zarekwirowany kuter patrolowy.

Smukły, kształtem przypominający ogromną kroplę rtęci kadłub okrętu połyskiwał srebrem kilkanaście metrów niżej, kontrastując elegancją z poobijanymi, a w wielu miejscach także zdeformowanymi kratownicami doku remontowego, na wpół wysuniętymi pordzewiałymi kołnierzami śluz awaryjnych i łuszczącymi się prętami długich, teleskopowych cum. Jeszcze niżej rozlewało się plamą głębokiej czerni masywne cielsko „Rubieży”. Krążownik, spięty ze stacją skomplikowanym systemem mocowań, wyglądał jak zawieszony w przestrzeni ogromny rekin młot.

– Tak jest, panie komandorze – odpowiedział porucznik Moss. W stalowoszarym wspomaganym kombinezonie bojowym, z zawieszonym na jednym ramieniu potężnym karabinem szturmowym i staroświeckim brezentowym workiem marynarskim na drugim, wyglądał zawadiacko i jednocześnie groźnie.

– Gotowa – skinęła głową Sniegowa. U jej stóp spoczywał pokaźnych rozmiarów pojemnik podróżny. Pod pachą trzymała zwiniętą w zgrabny rulon konsolę terminala podręcznego. Podobnie jak Moss, miała na sobie kombinezon bojowy, tyle że w jego niewspomaganej wersji, bez pancernych osłon. Na biodrze dziewczyny kołysała się kabura, z której wystawała rękojeść beretty, broni równie archaicznej co plecak Mossa.

– Skąd wytrzasnęliście te artefakty? – zdziwił się Lupos, łypiąc łakomie na pistolet, a potem przenosząc wzrok na tobołek porucznika. Jak większość mieszkańców układu Epsilon miał dziwną słabość do wytworów przemysłu ziemskiego, zwłaszcza tych zabytkowych. – Muzeum okradliście czy jak?

– Ależ skądże! – roześmiał się Moss. – Pamięta pan nasz postój na orbicie AEgira? Akurat demontowali jeden z tych starych okrętów kolonizacyjnych… – Zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć nazwę jednostki. – Bodajże „Lincolna” – powiedział po chwili. – Ponoć oberwał jakimś śmieciem, stracił silniki manewrowe, reaktor i w ogóle całą maszynownię. Wyklepać się tego już nie dało, a że wrak wypadł z orbity geostacjonarnej, postanowili go rozmontować, żeby opadając na glob, nie wyrządził większych szkód. No i w związku z rozbiórką zorganizowali aukcję demobilu. Zresztą nie tylko demobilu. Ian… to znaczy pułkownik Dressler, za półdarmo wylicytował bank pamięci. Mówię panu, całe petabajty danych, wszystko na oryginalnych kościach i w oryginalnych formatach. Farciarz.

– O wypadku wiem… – Lupos pomasował się po szczęce. – Ale że była jakaś aukcja, słyszę pierwszy raz.

– Bo ona nie była taka do końca oficjalna, komandorze – odezwała się Sniegowa, piorunując Mossa wzrokiem. – Dowiedzieliśmy się o niej zupełnym przypadkiem. Zanim dolecieliśmy na miejsce, większość artefaktów była już wyprzedana. Pułkownik rozegrał to o wiele sprytniej, bo zamiast tracić czas i tłuc się z nami na orbitę, obszedł po prostu zabezpieczenia serwerów i uzyskał dostęp do licytacji elektronicznej. Nam udało się zdobyć tylko te oto drobiazgi… – Poklepała się po kaburze.

– Mogliście dać mi znać – powiedział Lupos z wyrzutem.

– Nie mogliśmy, panie komandorze – zaoponował porucznik. – Pan w tym czasie przebywał na planecie.

– Faktycznie… Cholerna inspekcja platform – przypomniał sobie komandor. – Taka okazja… – westchnął markotnie. – Taka okazja…

Na dole szczęknęło coś raz i drugi, zaraz potem rozległ się przyprawiający o ciarki zgrzyt metalu, a następnie głośne przekleństwa i jeszcze donośniejszy śmiech. Zaniepokojony Lupos wychylił się przez barierkę.

Jeden z dokerów klęczał obok feralnej dźwigni i trzymając się dłońmi za krocze, jęczał z bólu, obok niego leżał odłamany fragment metalu, zaś dwójka jego kompanów rechotała na całe gardło, nic sobie nie robiąc z cierpienia towarzysza. Czwarty z mężczyzn obchodził ostrożnie chwiejący się na pająkowatych kończynach automat spawalniczy. Długie, zakończone elektrodą ramię maszyny, osmalone i rozgrzane do czerwoności, zwisało bezwładnie nad rosnącą w oczach kałużą płynu hydraulicznego. Obok dymił i strzelał iskrami zerwany kabel elektryczny.

– Proszę zaczekać, pani inżynier! – powstrzymał Lupos Sniegową, która właśnie wchodziła do windy.

Dziewczyna wycofała się z klatki, podeszła do barierki i zaciekawiona spojrzała w dół. Dołączył do niej Moss.

– Patałachy… – stwierdził z dezaprobatą na widok paskudnej szramy na nieskazitelnie dotychczas gładkim poszyciu okrętu, wyrytej przez odłączony zbyt szybko chwytak cumy.

– A taki był ładny, sigiliański… – mruknął komandor. – Szkoda, naprawdę szkoda.

– Uszkodzili kołnierz – zauważyła Sniegowa, wskazując spore wgniecenie w żebrowanej powłoce tunelu łączącego śluzę ze statkiem.

– Cholera jasna! – Luposowi raptem przestało być do śmiechu. – To już przesada! Łączę się z kapitanatem, tak dłużej być nie może! – oświadczył podniesionym głosem, po czym sięgnął do kieszeni po komunikator. – Niech pan tam zejdzie i ogarnie ten bałagan – powiedział do Mossa nieco ciszej. – A jak się któryś z tych partaczy będzie stawiał, może pan mu dać konwencjonalnie po mordzie. – Ostatnie słowa wypowiedział już niemal szeptem.

– Tak jest! – Oficer nałożył hełm i energicznym krokiem pomaszerował w kierunku windy, uruchamiając po drodze systemy ofensywne kombinezonu.

Gdy platforma zniknęła pod krawędzią pomostu, Lupos odszedł na bok i uruchomił komunikator.

– Kapitanat Doku Serwisowego, czym mogę służyć? – zaćwierkało po drugiej stronie.

– Przyślijcie ekipę naprawczą do śluzy numer osiem – rzucił Lupos. – Natychmiast!

– Z kim mam przyjemność? – zapytał głosik, nie tracąc rezonu.

– Komandor Archip Lupos, dowódca krążownika „Rubież” – odrzekł, siląc się na spokój. – Wasi, pożal się Boże, fachowcy uszkodzili przed chwilą robota spawalniczego, instalację elektryczną doku, powłokę tunelu śluzy oraz poszycie zacumowanego okrętu.

– Naprawdę? – zdumiał się głosik. – Systemy doku nie sygnalizują awarii…

– Sugeruje pani, że mam omamy? – zapytał Lupos z niedowierzaniem.

– Ależ oczywiście, że nie, panie komandorze. Sprawdziłam tylko odczyty…

– Proszę teraz uważnie posłuchać, bo nie będę powtarzał! – przerwał bezceremonialnie. – Na poziomie czwartym płonie w najlepsze instalacja elektryczna, została również uszkodzona powłoka śluzy, zaś jeden z dokerów jest ranny. Sądząc po jękach, dość poważnie. Proszę w tej chwili skierować tutaj brygady naprawczą i medyczną. Zrozumiała pani?

W komunikatorze przez kilkanaście sekund słychać było tylko króciuteńkie kliknięcia, generowane przez system dekodowania transmisji.

– Zrozumiałam – odezwał się w końcu głosik. Już nie był radosny. – Przyjmuję zgłoszenie.

– Dziękuję. – Lupos wyłączył komunikator i odetchnął głęboko. Swąd tlącej się izolacji dotarł już na podest, u podstawy barierki wiły się pasemka sinobłękitnego dymu. Na dole zaskrzypiały amortyzatory lądującej platformy, a po chwili do uszu komandora dobiegł podniesiony głos porucznika, wzmocniony dodatkowo przez systemy nagłaśniające kombinezonu.

– Co tu się dzieje, do licha ciężkiego?! – huczał Moss. – Czemu, do diaska, nikt nie gasi tych kabli? Ty! – Śmiech dokerów ucichł jak ucięty nożem. – Rusz dupsko i wyłącz robota! Wy dwaj, biegiem po gaśnice! No i co się tak gapisz? Co? Co powiedziałeś? Odłóż to żelastwo, ale już!

– Panie komandorze! – Sniegowa, która zdążyła podejść do poręczy, przywoływała Luposa gestem. Drugą ręką manipulowała nerwowo przy kaburze. – Tam zaraz poleje się krew… – jęknęła, pokazując na dół.

– Spokojnie, pani inżynier, porucznik potrafi być przekonujący – oznajmił Lupos. – Moja szkoła – dodał z uśmiechem. Mimo to sięgnął po komunikator i przełączył urządzenie na komunikację wewnętrzną z podwładnym.

– Nie byłabym tego taka pewna – odrzekła sceptycznie inżynier. – Ten gruby, z żelastwem w ręku, nie wygląda na przekonanego… – Wskazała krępego, brzuchatego mężczyznę, który wymachując groźnie ułamaną dźwignią, przesuwał się drobnymi kroczkami do stojącego nieruchomo Mossa. Jego szczuplejszy towarzysz rozglądał się dookoła, ewidentnie w poszukiwaniu oręża.

– Proszę się nie obawiać, pani inżynier – odparł Lupos. – Jeszcze się taki nie urodził, co by gołymi rękami dał radę żołnierzowi w pełnym rynsztunku piechociarza. – Uśmiech na pooranej zmarszczkami twarzy komandora stał się jeszcze szerszy. – No chyba, że nasz tuningowany pułkownik Dressler – dodał ciszej.

Wydarzenia przy śluzie raptownie nabrały tempa. Skradający się wśród gęstniejącego dymu grubas z zadziwiającą jak na swoje gabaryty szybkością skoczył nagle do przodu i trzymając oburącz sztabę, wziął szeroki zamach. Nim jednak zdążył zrobić z niej użytek, zainkasował od Mossa dwa siarczyste, zadane opancerzoną dłonią policzki. Odgłosy uderzeń zabrzmiały jak wystrzały z pistoletu kapiszonowego.

 

Oszołomiony doker opadł na kolana, sztaba wypadła mu z rąk. Nawet z tej odległości widać było, że z uszu i nosa cieknie mu krew.

– Ktoś jeszcze ma zastrzeżenia? – zapytał donośnie Moss. – Może ty? – Odwrócił się do drugiego z mężczyzn.

Stoczniowiec pokręcił energicznie głową i z uniesionymi rękoma wycofał się w stronę stojaka z gaśnicami, z wysiłkiem wysunął z uchwytu najokazalszą butlę, po czym pociągnął ją w stronę płonącego kłębowiska kabli.

Uwaga porucznika znowu skupiła się na grubasie.

– Wstawaj! – warknął, po czym za kołnierz uniformu podniósł go do pionu, jakby ten nic nie ważył.

– Poruczniku, wystarczy! – powiedział Lupos do komunikatora. – Będzie pan miał przez niego kłopoty – ostrzegł.

Posłuszny rozkazowi zwierzchnika oficer natychmiast zwolnił chwyt. Na wpół przytomny doker osunął się na kolana i potrząsając głową, odpełzł niczym tłusta larwa pod stojak, z którego przed chwilą jego kolega odczepił gaśnicę.

– Ja go znam, komandorze! – odezwała się nagle Sniegowa. – Tego chojraka – sprecyzowała. Intensywnie wpatrywała się w siedzącego na podłodze i wciąż próbującego dojść do siebie otyłego stoczniowca. – Kilka dni temu on i paru innych strasznie narozrabiali w kantynie. Poturbowali jakiegoś biedaka z obsługi. Gdyby nie porucznik Moss, z tamtym byłoby kiepsko.

– No proszę, góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze – stwierdził sentencjonalnie Lupos. – Poruczniku, niech pan się zajmie tym biedakiem z poobijanymi klejnotami i wyniesie go z dymu, bo nam zaczadzieje – polecił. – Służby zaraz tu będą – zwrócił się do Sniegowej. – Tymczasem jednak musimy radzić sobie sami.

– Pomogę Stanowi – zaproponowała i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w kierunku windy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?