Shadow Raptors. Tom 1. Kurs na kolizję

Tekst
Z serii: Shadow raptors #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Habitat Czwarty

Wysoka orbita AEgira

Stwierdzenie Zariby, że w sekcji mieszkalnej panuje aktualnie lekki chaos, było zdaniem Iana zdecydowanym niedopowiedzeniem.

Rozległa hala, w porównaniu z którą hangar i lądowisko należałoby uznać raczej za zwykłą pakamerę, zastawiona była ciasno modułami mieszkalnymi. Prefabrykowane, na wpół przezroczyste sześciany, wymalowane w fantazyjne wzory, oplatała pajęczyna kładek, drabin, a nawet powiązanych w grube supły nylonowych lin. Tam gdzie kontenery stały jeden na drugim, wzdłuż krawędzi budyneczków wznosiły się rusztowania platform transportowych.

Każdy wolny skrawek przestrzeni zaściełały sterty śmieci: resztki opakowań, płachty folii aluminiowej, kawałki styropianu i pomięte, złachmanione ubrania. Gdzieniegdzie poniewierały się otwarte, opróżnione z zawartości pojemniki podróżne.

– O rany… – Ian zatrzymał się przed fasadą jednego z modułów. Wejście do kwatery stało otworem, wewnątrz panował nieprawdopodobny wręcz rozgardiasz. Brodząc po kolana w odpadkach, podszedł i zajrzał do środka.

– Proszę uważać – ostrzegł Zariba. – W tym całym ewakuacyjnym zamieszaniu zapomnieli pozamykać wloty kanałów. Tędy będzie najbezpieczniej. – Wskazał na wąski, tonący w cieniu przesmyk pomiędzy modułami. – Kanały biegną środkiem sekcji, a i bałagan tam największy.

– Jak to się stało?

– Ewakuacja w warunkach bojowych. – Zariba ruszył powoli w stronę przejścia. – Kolejny pomysł Rady. Wie pan, alarm w środku nocy, wyłączone oświetlenie, zredukowana grawitacja plus efekty dymne. Panika totalna. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co się działo w enklawie, gdy jednocześnie spadło im na lądowisko prawie siedemset kapsuł ewakuacyjnych. Cud, że nie było ofiar śmiertelnych. A może były? – zastanowił się, ściszając głos i rozglądając czujnie dookoła, jakby w obawie, że ktoś ich podsłuchuje.

– Dlaczego tego nie uprzątnęliście? – Ian wycofał się sprzed drzwi. Brodząc w śmieciach, podszedł do czekającego technika, ominął go i wszedł do zaułka.

– Zrobimy to pod koniec zmiany. Żeby wpuścić tutaj automaty, musimy najpierw zaplanować układ osiedla i skorygować ustawienie modułów, a to mnóstwo pracy. Naprawdę mnóstwo.

– Radziłbym się pospieszyć – mruknął Ian. Z gościnności sojuszniczych instalacji, czy to wojskowych, czy cywilnych, korzystał dość często i z każdą kolejną na nich bytnością utwierdzał się w przekonaniu, że są zarządzane coraz bardziej nieudolnie. Nadmierna centralizacja ośrodków władzy zaczynała się Związkowi odbijać potężną czkawką.

– Słucham? – Zariba zrównał się z nim, a następnie wyprzedził. W zaułku śmieci było znacznie mniej, więc szło im się łatwiej.

– To nie słyszeliście? Enklawy domagają się skrócenia turnusów rehabilitacyjnych do sześciu miesięcy standardowych.

– Żartuje pan?! – Technik stanął jak wryty i gwałtownie odwrócił się do Iana.

– Mówię poważnie. Nie chcą już gościć wszystkich turnusów jednocześnie, lecz rotacyjnie, po pięćdziesiąt procent populacji. Po mniej, ale na okrągło – wyjaśnił, widząc konsternację brodacza.

– Ale to oznacza, że w habitatach będzie przebywać połowa populacji! Również na okrągło! – wykrztusił Zariba. – Jak niby w takich warunkach mamy prowadzić roboty konserwacyjne?

– Nie mam pojęcia. – Ian wzruszył ramionami. – Powtarzam jedynie, co usłyszałem od mera jednej z enklaw. Bardzo możliwe, że ta awaryjna ewakuacja – wskazał kciukiem na bałagan za plecami – była kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Domyślam się, że właściwy przerzut na planetę zaplanowany został na inny termin?

– Zgadza się – potwierdził niechętnie Zariba.

– No i wszystko jasne. Niech zgadnę, pozostałe habitaty także rozpoczęły turnusy przed terminem?

– Z tego, co wiem, jedynie te orbitujące w pobliżu AEgira. Pułkowniku, czy te informacje nie są przypadkiem objęte jakąś klauzulą tajności? – zaniepokoił się nagle Zariba.

– Te o protestach enklaw? Skądże. Na miejscu Duvalla cisnąłbym w kąt harmonogramy i zaczął jak najszybciej przywracać habitat do stanu używalności. Enklawy mają silną reprezentację w Kolegium Sojuszu, więc niechybnie przeforsują projekt.

– Ostrzegę Simona – oznajmił technik. – Teraz, zaraz! – dodał stanowczo.

Poprawił tkwiący w uchu port komunikatora i ruszył przed siebie, referując półgłosem usłyszane przed chwilą wieści. Po kilkunastu krokach zatrzymał się i skinął na Iana, aby ten podążył za nim. Nie przestając mówić, przeprowadził gościa labiryntem ciasnych przejść, by po kilkunastu zakrętach zatrzymać się przed długim szeregiem metalowych bramek, wiodących do sekcji przemysłowej. Następnie podszedł do najbliższej furtki, przycisnął kciuk do umieszczonego we framudze czytnika linii papilarnych. Niewielkie drzwiczki, oddzielone od sąsiednich błyszczącą barierką, uchyliły się przy akompaniamencie syku siłowników hydraulicznych.

– Od wewnątrz nie ma już takich zabezpieczeń, tylko zwykły przełącznik – wyjaśnił, widząc zaniepokojenie na beznamiętnym dotychczas obliczu wojskowego. – Gdyby zawiódł, w śluzie zamontowany jest interkom, skomunikowany ze sterownią. Skafandry posiadają dodatkowo łączność z naszym najnowszym nabytkiem… – Wskazał zaparkowany nieopodal jaskrawoczerwonej barwy przysadzisty łazik na szerokich, obłożonych ochronną gumą stalowych gąsienicach. Ze szczelin w opancerzonym korpusie wystawało kilka manipulatorów.

Ian podszedł do maszyny i pogładził jej lśniący nowością pancerz. Kopułka obserwacyjna robota natychmiast obróciła się w jego stronę, jeden z manipulatorów drgnął nieznacznie, zaszumiała turbina napędu.

– Sigiliański? – zapytał Dressler, cofając dłoń. Konstruowane w fabrykach na księżycu Sigil inteligencje, szczególnie te wielofunkcyjne, nie należały do specjalnie przyjacielskich, przekonał się o tym już kilkakrotnie, ostatni raz podczas pacyfikowania niewielkiej rafinerii, której automatyka została przejęta przez skuńskie urządzenia przechwytujące.

Widząc jego nerwową reakcję, Zariba uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Zgadza się – potwierdził. – Swego czasu zadokował u nas awaryjnie masowiec Autonomii. Podobno napatoczył się na jakiś pojedynczy myśliwiec Skunksów. Draństwo władowało im termopigułę prosto w główny silnik manewrowy. Musieliśmy go odciąć, razem z całym mocowaniem i fragmentem maszynowni, inaczej wytopiłoby im komorę reaktora. Udało się dosłownie w ostatniej chwili. Niestety, nie zdążyliśmy wycofać naszych maszyn. Jako rekompensatę za utracony sprzęt kapitan masowca podarował nam właśnie to cacko. Jest tym cenniejsze, że nie figuruje w ewidencji – dodał, po czym uświadomiwszy sobie, co właśnie powiedział, zatkał dłonią usta.

Tym razem uśmiechnął się Ian. Jak na związkowych średniego szczebla, członkowie brygady technicznej Duvalla byli wyjątkowo operatywni, jakby w procesie rekrutacyjnym zrobiono dla nich wyjątek i nie poddano ich procedurom warunkującym.

– Sprytnie – stwierdził, odsuwając się od łazika. – Uzbrojony? – spytał.

– Jeszcze jak! – Zariba aż cmoknął z zachwytu, po czym jakby nigdy nic podszedł do maszyny i bezceremonialnie wyszarpnął spod podstawy kopułki niewielki panel kontrolny. – Działko plazmowe, miotacz ognia, dwie wyrzutnie fleszet, młot udarowy oraz wiertła i palniki – wyliczył, wpatrując się we wskazania przyrządów.

Ianowi zaświtała pewna myśl. Przez te wszystkie lata niemal całość żołdu inwestował w obligacje spółek górniczych Autonomii Sigil. Niestety, zdeponowane w Banku Centralnym papiery z czasem zaczęły tracić na wartości, w miarę jak kurczyły się zasoby wewnątrzukładowych pól asteroid. Swoje dołożyła również ekspansywna polityka wydobywcza Związku Orbitalnego, którego wyspecjalizowane instalacje dobrały się do najdalszego, stanowiącego granicę układu pasa lodowych planetoid. Odkrycie przez sondy Związku gigantycznego, arcybogatego w minerały rumowiska, znajdującego się niemal trzy jednostki astronomiczne poza układem, sprawiło, że wartość papierów dłużnych wszystkich bez wyjątku przedsiębiorstw wchodzących w skład Autonomii Sigil z dnia na dzień poleciała na łeb na szyję. Już teraz w stronę pola asteroid pędził na złamanie karku ogromny konwój, złożony ze wszystkich chyba masowców, jakie udało się znaleźć w całym układzie, i wszelkich mobilnych instalacji górniczych, jakie Związek mógł wycofać z lokalnych rejonów wydobycia bez znaczącego uszczerbku dla produkcji.

Według ostatnich oficjalnych danych konwój powinien dotrzeć na miejsce w ciągu następnych dwóch lat standardowych. Nieoficjalnie natomiast chodziły słuchy, jakoby wydobycie na nowym wyrobisku trwało już w najlepsze. Ian doskonale wiedział, że jeśli te pogłoski okażą się prawdą, to w ciągu roku, góra dwóch – bo tyle mniej więcej czasu zająłby masowcom powrót do macierzystych baz – zgromadzone przez niego obligacje okażą się bezwartościowymi świstkami papieru, w cenie zaś będą przede wszystkim maszyny, zwłaszcza te najwyższej klasy.

– Dwadzieścia pięć tysięcy. Plus pięć ekstra za harmonizację z moim profilem – powiedział jakby od niechcenia, błądząc jednocześnie wzrokiem po hali.

– Słucham? – Zaskoczony Zariba odwrócił się od konsoli. – Co pan powiedział?

– Odkupię go od was. Czysta transakcja, zapłata z góry. Pięć tysięcy dorzucę, gdy sparujecie z nim mój profil – wyjaśnił cierpliwie Ian.

– Chwileczkę, pułkowniku… – Zariba powolnym ruchem zamknął konsolę, po czym sięgnął dłonią do ucha. – Zechce pan to powtórzyć Simonowi? – spytał, podając mu komunikator.

– Mam własny. – Ian poklepał się po zgrubieniu na mankiecie uniformu.

– Nalegam. – Technik podsunął mu urządzenie niemal pod sam nos. – Wszystkie rozmowy są rejestrowane, a my… No cóż, z uwagi na okoliczności troszeczkę jak gdyby obeszliśmy regulamin. Rozumie pan… – Mrugnął porozumiewawczo, łypiąc jednocześnie na łazik.

Robot nadal tkwił w bezruchu, spod obudowy nie wydobywał się najdelikatniejszy nawet dźwięk. Gdyby nie omiatający otoczenie promień skanera, można by pomyśleć, że jest wyłączony.

 

– Ma jakieś imię? – spytał Ian. Wziął od Zariby komunikator i wykorzystując fakt, że technik patrzył akurat w inną stronę, starannie wytarł maleńką słuchawkę o nogawkę uniformu.

– Hmm… No niby ma… – odparł po chwili Zariba. Widoczna spod bokobrodów skóra na jego policzkach miała nabrała podejrzanie rumianego odcienia. – Ale zawsze można je zmienić! – dodał szybko.

– Domyślam się – powiedział Ian. – Jak go ochrzciliście?

Brodacz przełknął głośno ślinę.

– O…Oliwia… – wykrztusił z zakłopotaniem.

– Jak? – zdziwił się Ian.

– Oliwia – powtórzył głośniej technik.

Łazik nagle ożył. Znowu szczęknęły ramiona manipulatorów, kopułka z czujnikami sensorów obróciła się, badając otoczenie. Kląskając gąsienicami o posadzkę, maszyna podjechała do Zariby i zatrzymała się u jego boku niczym wierny i mocno przerośnięty pies.

– Oliwia? – Ian zagryzł wargi, by nie parsknąć śmiechem.

– Takie imię miała wgrane fabrycznie… – odparł technik. – Żarcik programisty. Chyba. Ale przyzna pan, pasuje do niej jak ulał, prawda? – Poklepał z czułością błyszczący niklem manipulator.

– Bo ja wiem? – Ian cofnął się o krok i zmierzył wzrokiem robota w daremnej próbie dostrzeżenia w jego przysadzistej sylwetce jakichkolwiek cech antropomorficznych.

Bezskutecznie. Jak bardzo by nie wytężał wyobraźni, wciąż widział przed sobą krępy, przypominający skorupę żółwia pancerny korpus, osadzony na szerokich gąsienicach. Nie pomógł nawet widok wytopionego w przedniej części pancerza niewielkiego otworu w kształcie serca, z obrysowanymi na czarno krawędziami.

– Niezbyt. W zasadzie to wcale – stwierdził po chwili. – Zresztą to i tak bez znaczenia. – Machnął ręką, po czym wsunął komunikator do ucha.

Urządzenie natychmiast dostosowało się do ciepłoty ciała, żelowa otoczka szczelnie wypełniła kanał słuchowy, tworząc membranę wychwytującą zewnętrzne drgania akustyczne. Dzięki temu wciąż mógł normalnie słyszeć. W dziedzinie technologii łącznościowych Związek Orbitalny nie miał sobie równych.

– Duvall? – powiedział ostrożnie, niepewny, czy inżynier go słyszy. – Tu Dressler.

– Słucham. – Głos szefa zmiany rozbrzmiał w jego głowie, zupełnie jakby inżynier stał tuż za plecami Iana. Dressler z najwyższym trudem powstrzymał chęć zerknięcia za siebie.

– Macie tutaj całkiem niezły model sigiliańskiego łazika… – zaczął oględnie.

– No mamy, i co z tego? – burknął Duvall.

– Nieewidencjonowany, tak?

– Kwestia wprowadzenia do rejestru.

– I uzbrojony?

– Kwestia techniczna. Systemy bojowe można wymontować w każdej chwili, ewentualnie zmienić ich przeznaczenie.

– Z autonomiczną inteligencją?

– Kwestia wgrania odpowiednich modułów heurystycznych. O co chodzi, pułkowniku? Czemu ma służyć to przesłuchanie? – nie wytrzymał inżynier.

– Bez obaw – powiedział Ian uspokajającym tonem. – Chciałbym od was odkupić to cacko. Dobrze zapłacę, transfer od ręki, legalne środki, natychmiast też zarejestruję maszynę w naszej bazie sprzętu pozyskanego. Co pan na to?

Duvall nie odpowiedział od razu.

– Pięćdziesiąt tysięcy w jednostkach uniwersalnych na wskazany przeze mnie rachunek – oznajmił po dłuższej chwili.

– Dwadzieścia pięć – zaoponował Ian.

– Czterdzieści.

– Dwadzieścia pięć oraz dodatkowe pięć za harmonizację z profilem. Połowa teraz, połowa po harmonizacji i zaadaptowaniu przez Larsona tego torpedowca.

– Jakiego torpedowca?

– Pański podwładny obiecał mi, że doprowadzi do używalności wrak PF-2, który macie w ładowni.

Znowu zapadła cisza.

Czekając, aż inżynier przemyśli sprawę, Ian wycisnął do ust zawartość kolejnej tubki z odżywką. Przełykając gorzkawą pastę, zastanowił się, czy Duvall słyszy w tym momencie odgłosy przełykania, i doszedł do wniosku, że chyba jednak nie. Gdyby było inaczej, on sam słyszałby zapewne, jak rozmówca przełyka ślinę. O zastosowanej w komunikatorze technologii nie miał bladego pojęcia. Wiedział tylko tyle, że jest skrajnie odmienna i o niebo bardziej zaawansowana od stosowanej w zunifikowanych siłach zbrojnych, a cywilną wyprzedza wręcz o lata świetlne.

– Zgoda – rozbrzmiało mu nagle w głowie, o wiele głośniej niż poprzednio, jakby Duvall wzmocnił fonię. – Trzydzieści tysięcy za łazik i harmonizację. Gratuluję, pułkowniku, właśnie stał się pan szczęśliwym posiadaczem sigiliańskiego pojazdu zwiadowczego model 0-L1-W1-A…

– Chwileczkę… – przerwał mu Ian. – Mógłbym pan jeszcze raz przeliterować nazwę?

– Zero-el-jeden-wu-jeden-a – powtórzył Duvall głośno i wyraźnie. – Coś nie tak?

– Wszystko w porządku – odpowiedział Ian, odwracając głowę, by obserwujący go uważnie Zariba nie dostrzegł wesołości na jego twarzy. – Gdy tylko uporam się z grodziami, znajdę jakiś terminal i przeleję pieniądze.

– Interesy z panem to przyjemność – powiedział inżynier, po czym się rozłączył.

Ostrożnie, by nie uszkodzić delikatnej powłoki, Ian wydłubał z ucha komunikator i ponownie otarł urządzenie z zabrudzeń. Następnie położył je na pancerzu łazika.

– Niepotrzebnie pan czyścił. Powłoka słuchawki absorbuje zanieczyszczenia. Wystarczy ją raz na jakiś czas wymienić. – Zariba wyjął z kieszeni niewielki słoiczek, wypełniony lśniącymi, półprzezroczystymi kulkami żelu. – Rozumiem, że sprawa załatwiona? – spytał.

– Tak – potwierdził Ian.

– W takim razie zapraszam do śluzy. – Zariba dwornym gestem wskazał bramkę i połyskujący obok niej panel kontrolny.

5

Krążownik „Rubież”, stocznia naprawcza

Układ planetarny Epsilon Eridani

– Ty chyba zwariowałeś! Obu wam odbiło! – Sniegowa naskoczyła na Mossa, ledwie zasunęły się za nimi drzwi kabiny komandora. – Rada nigdy się na to nie zgodzi i doskonale o tym wiesz! – wycedziła, zastępując mu drogę.

– Nikt ich nie będzie pytał. – Wzruszył ramionami, po czym spróbował ją wyminąć.

Chwyciła go za ramię i zadziwiającą siłą zacisnęła palce, zatrzymując go w miejscu. Trzasnął oderwany rzep pagonu, na podłogę posypały się z cichym brzękiem oficerskie dystynkcje.

– Katiu! – syknął, oglądając się na drzwi. – Opanuj się!

– Przepraszam… – jęknęła, po czym opadła na kolana, by pozbierać błyszczące srebrem gwiazdki. Jedna z nich wpadła w szczelinę wentylacyjną i pobrzękując, spadła poziom niżej, pomiędzy obracające się powoli śmigła wentylatora.

– Zostaw, mam tego cały pojemnik – powiedział. Klepnięciem dłoni przycisnął rzep pagonu.

Zza załomu korytarza rozległo się szuranie gąsienic robota sanitarnego. Chwilę później maszyna zatrzymała się przed kucającą dziewczyną i wysunęła manipulator, zakończony pokaźną ssawką.

– Zjeżdżaj stąd! – warknęła na robota Sniegowa, chwytając wypielęgnowanymi palcami ostatnią z dostępnych gwiazdek.

Manipulator maszyny zakołysał się nad jej głową, po czym szybko cofnął. Automat posłusznie odjechał do tyłu. Szczątkowy moduł z równie szczątkową inteligencją prawidłowo zinterpretował wydaną szorstkim tonem komendę.

Sniegowa, wciąż zakłopotana, podniosła się i wyciągnęła rękę do Mossa.

– Prawie wszystkie – powiedziała skruszona, przesypując mu dystynkcje na dłoń. – Jeszcze raz przepraszam.

– W porządku. – Skinął głową i wrzucił niedbale gwiazdki do kieszonki na piersi. – Rozumiem pani zdenerwowanie, pani inżynier, ale na przyszłość upraszałbym o powściągnięcie emocji – powiedział sztywno, mierząc ją surowym spojrzeniem.

– Przestań! – skarciła go półgłosem, zerkając na kabinę Luposa. – Nie tym razem, Stan. – Drgnęła przestraszona, gdy za jej plecami rozległ się nagle przenikliwy wizg ssawki. Zakończone szczotką ramię robota opadło, łapczywie pochłaniając odpryśnięte z gwiazdek drobiny srebrnej farby.

– Więc jak, wchodzisz w to? – zapytał.

– Nie!

– Katiu, nie utrudniaj. Jeżeli nie podasz kodów, będziemy zmuszeni wydobyć je od któregoś z techników. A wiesz, gdzie mają powszczepiane chipy blokerów. Chcesz mieć któregoś na sumieniu?

– Ty… ty draniu! – Odsunęła się od niego, jakby ujrzała coś nieskończenie odrażającego.

– Kody, Katiu – poprosił. – Wystarczy, że nam je na chwilę udostępnisz. Nikt się o tym nie dowie.

– Akurat! – prychnęła, cofając się jeszcze bardziej. – Mam unikalny identyfikator. Wszyscy z siódmym poziomem dostępu takie posiadają. W momencie, gdy uruchomicie procedurę manewrową, moje dane wyświetlą się każdemu cholernemu kontrolerowi Związku, jak układ długi i szeroki. To jest jeden scentralizowany system bezpieczeństwa!

– I tu się mylisz. – Uśmiechnął się szeroko. – Osobiście znam kogoś, kto się z tym upora w pięć minut. Ty również go znasz… – Mrugnął porozumiewawczo.

– Identyfikatora nie da się wykasować, to jest fizycznie niemożliwe.

– Ale można go zanonimizować! – oświadczył triumfalnie. – Co ty na to?

– Nie, nie i jeszcze raz nie – powtórzyła z uporem. – Nie przyłożę do tego ręki. Nie do zniszczenia habitatu. To jest dom dla siedmiu tysięcy ludzi. Jedyny, jaki mają!

– Do jasnej cholery! Dziewczyno, ruszże w końcu mózgiem! – zirytował się, tym razem już naprawdę. – Skunowie i tak rozwalą tę stację! Inne zresztą również! A potem zdemolują AEgira, z cholernymi enklawami włącznie! Gdybyś zapomniała, ta planeta jest z kolei domem dla pięciu milionów moich rodaków. I również jedynym, jaki mają! Jeśli nie będziesz współpracować, stanie się ich grobem. I wiesz co? To będzie twoja wina! – ostatnie słowa niemal wykrzyczał jej prosto w twarz.

Sniegowa cofnęła się jeszcze o krok, omal nie potykając o robota pracującego za jej plecami, wierzchem dłoni wytarła spryskane kropelkami śliny czoło.

– Nie wiesz, co planują obcy – odpowiedziała spokojnie. – Nikt nie wie. Równie dobrze mogą nagle zawrócić. Są sprytni, ale również nieprzewidywalni. Pamiętasz ich ten jakoby niemożliwy desant na Sigil? – zapytała, strzepując z rękawa nieistniejący pyłek. – Oczywiście, że pamiętasz! – odpowiedziała, zanim zdążył otworzyć usta. – Na co zdały się wtedy te wasze przewidywania, ekstrapolacje, cały ten genialny plan? Autonomia do tej pory robi bokami, Związek też. W ogóle wy, planetarni, macie dziwny talent do rozwiązywania problemów cudzym kosztem – zakończyła ponuro.

Stanley milczał przez chwilę, zbierając myśli.

– Masz rację, są nieprzewidywalni – przyznał w końcu. – Ale musisz też zrozumieć, że tym razem nie chodzi o kilka rafinerii na Sigilu, ani nawet o te nieszczęsne instalacje, które właśnie niszczą. To wszystko jest do odtworzenia… – Machnął niecierpliwie ręką, widząc grymas na jej twarzy. – W przeciwieństwie do infrastruktury na AEgirze. Ledwo, ledwo udało nam się ustabilizować klimat w niecce głównego archipelagu i jako tako uzdatnić zasoby wodne. Niedługo zostanie uruchomiony konwerter atmosferyczny z prawdziwego zdarzenia – wyliczał, prostując kolejno palce. – Tak naprawdę dopiero teraz, po stu pięćdziesięciu latach, zaczynamy się tutaj zadomawiać na dobre. Stracimy planetę, stracimy wszystko!

– Dobrze, udostępnię kody! – przerwała mu nieoczekiwanie. – Ale pod jednym warunkiem.

– Tak? – spytał, zaskoczony jej nagłą kapitulacją.

– Użyjecie ich dopiero wówczas, gdy będziecie mieli stuprocentową pewność, że Skunowie zamierzają zaatakować AEgira – zastrzegła. – Inaczej… no cóż, będę zmuszona donieść o wszystkim Radzie i pal licho konsekwencje! – zakończyła, marszcząc groźnie czoło.

– Tak jest, pani inżynier! – bez wahania przystał na ten symboliczny warunek.

– A teraz wybacz, muszę wracać na mostek – burknęła, ominęła go i ruszyła żwawo korytarzem w stronę prowadzącej na górny pokład windy. – Sekwencję wyślę komandorowi na jego prywatny terminal – rzuciła przez ramię.

Moss zaczekał, aż za dziewczyną zasuną się drzwi, po czym zapukał do kabiny Luposa.

– Udało się – oznajmił od progu. – Poszło nawet łatwiej, niż myślałem.

– Nieuwarunkowana? – zdziwił się komandor. W dalszym ciągu siedział na łóżku, z tą różnicą, że teraz stał przed nim kubek z kawą. Z unoszącego się w powietrzu aromatu Moss wywnioskował, że w składzie parującej z naczynia cieczy buzuje domieszka czegoś zdecydowanie mocniejszego od kofeiny. Automat serwisowy krzątał się wokół mebla, skanując dywanopodobną wykładzinę w poszukiwaniu jakichkolwiek zanieczyszczeń.

– Nawet jeśli, to niezbyt mocno – odparł. – Proszę co jakiś czas sprawdzać terminal osobisty, obiecała przesłać panu sekwencję. Pułkownik wciąż milczy? – zapytał, spoglądając wymownie na wbudowany w blat komandorskiego biurka panel komunikacyjny.

– Niestety tak… – westchnął Lupos. Sięgnął po kubek.

– Może ma uszkodzony komunikator?

 

– Łącznościowcy twierdzą, że sygnał dociera, że jest zwrotny ping. Ten skurczybyk najnormalniej w świecie nie chce z nami rozmawiać… – Komandor pokręcił głową, po czym zdmuchnął z kawy nadmiar piany. Brązowawy strzępek znikł w ssawce automatu, zanim zdążył dotknąć podłogi.

– I tak ktoś musi tam polecieć – zauważył Moss.

– Owszem – zgodził się Lupos. – Polecicie na ten habitat we dwójkę, pan i Sniegowa. Znajdziecie Dresslera, ona udostępni klucz, a następnie skierujecie habitat na kurs kolizyjny z Oumuamua.

– Obsługa techniczna habitatu może odmówić współpracy, panie komandorze. To personel średniego szczebla, najsilniej warunkowany.

– To już będzie wasz problem – wzruszył ramionami Lupos. – Konkretnie pański i pułkownika. Przy użyciu odpowiednich środków perswazji powinniście poradzić sobie i ze Sniegową, i z garstką nieuzbrojonych cywilów. Sprawa jest naprawdę poważna i nie ma czasu na zabawy w dyplomację. Rozumiemy się?

– Oczywiście, panie komandorze – potwierdził z kamienną twarzą Moss.

– Doskonale. – Lupos skinął głową.

– Jeszcze jedna sprawa – powiedział Moss z wahaniem, po czym podszedł do wizjera i stuknął palcem w pancerną szybę. – Czym polecimy? Nie mamy kanonierek, a promem desantowym będziemy się telepać ładnych kilka dni.

– Tym proszę się nie martwić, poruczniku. – Lupos uśmiechnął się chytrze i włączył terminal. – Przejrzałem tutejsze księgi inwentarzowe. Wie pan, że urządzili sobie nie do końca legalne, cywilne kotwicowisko i całkiem spory warsztat naprawczy?

– Żartuje pan! – Zaskoczony Stanley odwrócił się w jego stronę.

– Mówię absolutnie poważnie. Wygospodarowali trochę miejsca, podnajmują kratownice, zorganizowali nawet tymczasowe kwatery dla gości… – wyjaśnił komandor, włączając wbudowany w blat wyświetlacz. – No proszę, jest nawet cennik. – Pokręcił głową, ni to z podziwem, ni z dezaprobatą. – Aktualnie cumuje tam jeden, bardzo, że tak powiem, ekskluzywny okręcik – kontynuował. – I my, poruczniku, tenże okręcik w majestacie prawa wojennego, czyli absolutnie legalnie, zarekwirujemy. Muszę przyznać, że trochę panu zazdroszczę – zakończył i wyłączył ekranik.

– Nie rozumiem? – bąknął zdezorientowany Moss.

– A czego tu nie rozumieć? Odbędzie pan rejs ekskluzywnym jachtem w towarzystwie młodej i pięknej kobiety – odparł komandor z szerokim uśmiechem. Podniósł kubek z kawą i jednym haustem dopił zawartość.

– Panie komandorze… – westchnął Moss, zastanawiając się jednocześnie, ile takich porcji zdążył w siebie wlać dowódca w ciągu tych paru minut, gdy on wykłócał się na korytarzu ze Sniegową. – Co to za okręt? Szybki jest? – zapytał, kierując rozmowę na bezpieczniejsze tory.

– Sigiliański patrolowiec dalekiego zasięgu. Dwustanowiskowa, limitowana wersja z wszelkimi udogodnieniami. Hybrydowy, konwencjonalno-fuzyjny napęd. Jak na moje oko, spokojnie wyciągnie trzy tysięczne świetlnej, może nawet odrobinę więcej. Powinniście zdążyć, oczywiście pod warunkiem, że od razu zabierzemy się do roboty – oznajmił komandor, wstając. – Niech pan poinformuje o naszych ustaleniach Sniegową. Rozkazy bojowe zostaną wam przesłane na terminale osobiste niezwłocznie po starcie. Za dwie godziny chcę was widzieć oboje, kompletnie wyekwipowanych, przy śluzie numer osiemnaście.

– Tak jest! – zasalutował regulaminowo Moss.