Shadow Raptors. Tom 1. Kurs na kolizję

Tekst
Z serii: Shadow raptors #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Pułkowniku, będzie pan musiał stąd wyjść. – Znaczącym gestem wskazał wrota hangaru.

Ian skinął głową, po czym żwawym krokiem ruszył w stronę majaczącego między dźwigarami otwartego przejścia. Wokół niego wirowały w powietrzu strzępki piany. Niektóre czepiały się rozpaczliwie ubrania, zupełnie jakby wiedziały, że niedługo zostaną wyssane w nieskończenie czarną i zimną pustkę kosmosu.

***

– Zdehermetyzowana trzecia i prawdopodobnie także czwarta sekcja… – Pochylony nad konsolą Duvall przełączył widok na kamery orbiterów. Na wszystkich ekranach pojawiła się bryła habitatu.

Trzykilometrowej długości obły korpus stacji, oblamowany kratownicami i najeżony wypustkami szerokopasmowych anten, koziołkował niezgrabnie na tle krzywizny planety. Jeden jego koniec spowijała mgiełka zmrożonego gazu.

– Nie za szybko? – zaniepokoił się Ian. Patrząc na tę chaotyczną rotację, poczuł lekkie mdłości.

Palce inżyniera, tańczące po przyciskach konsoli, zamarły w bezruchu. Duvall wyprostował się i spojrzał na największy z wyświetlaczy, zamontowany nad stanowiskiem dowodzenia.

– Trochę za szybko, ale tak trzeba – odparł. – Celowo zwiększyliśmy rotację, żeby odciążyć generatory grawitacji – wyjaśnił i przybliżył obraz. – Proszę spojrzeć. – Najechał kursorem na wydostający się spomiędzy płyt poszycia miniaturowy gejzer błyszczących jak diamentowy pył kryształków lodu. Nieco powyżej widać było pokaźne wgniecenie w poszyciu stacji, z punktowym otworem pośrodku.

– Rakieta – domyślił się natychmiast Ian.

– Owszem – przytaknął Duvall, jeszcze bardziej powiększając obraz. – Dość duża, z ładunkiem kumulacyjnym. Nadleciała dokładnie po trajektorii pańskiej kanonierki. Wyposażyli ją w napęd konwencjonalny, dlatego zajęło jej to aż tyle czasu. Nie ma co, zaskoczyła nas kompletnie – dodał z lekkim zażenowaniem. – Trzeba przyznać Skunksom, że całkiem sprytnie to sobie wykoncypowali… – Przesunął wskaźnik jeszcze wyżej, na korpusy silników manewrowych. – Gdyby uderzyła nieco wyżej, w te kratownice – wskazał wsporniki silników – najnormalniej w świecie wybiłaby habitat z orbity.

– To moja wina – mruknął Ian. – Mogłem to przewidzieć i zamiast narażać cywilną instalację, polecieć za krążownikiem.

– Nie mógł pan – pokręcił głową inżynier. – Ani przewidzieć, ani tym bardziej dogonić krążownika. Nie z rozwalonym chłodzeniem reaktora i aktywną termopigułą na pokładzie. Poza tym był pan ciężko ranny…

Zapauzował obraz i odwrócił się do Iana.

– Wszystko w porządku? – spytał. – Ta kupa złomu dała radę?

– Ma pan na myśli automat medyczny?

– Uhm – potwierdził inżynier. – Od samego początku mieliśmy nie lada zagwozdkę z wyposażeniem ambulatorium. Lokalni zdemontowali większość urządzeń i zabrali je ze sobą na AEgira, jakby w enklawach brakowało sprzętu medycznego… – Skrzywił się z dezaprobatą. – Ten zabytek, który pana kurował, znaleźliśmy w jednym z tutejszych magazynów. Ledwo udało się go skalibrować, a i tak mechanika cały czas szwankuje. Zariba przekonał się na własnej skórze. – Wskazał podbródkiem na wysokiego brodacza z ręką w temblaku.

Mężczyzna wpatrywał się w skupieniu w ekran niewielkiego monitora. Słysząc, że o nim mowa, podniósł wzrok znad wyświetlacza i uśmiechnął się smutno do Iana. Twarz miał bladą i wymizerowaną.

– Nie zadziałał jeden z czujników dotykowych manipulatora. Omal nie zmiażdżyło mu przedramienia – wyjaśnił Duvall.

„Stąd ta krew” – pomyślał Ian.

– Poddajcie go kuracji – podpowiedział.

– Nie posiadamy stosownych uprawnień – westchnął inżynier. – To po pierwsze, a po drugie, Paul zapowiedział, że już nigdy, ale to przenigdy nie zbliży się do automatu medycznego. W zasadzie to nawet mu się nie dziwię. Na jego miejscu też zapewne miałbym traumę. Panu krzywdy nie zrobiło?

– Wręcz przeciwnie – uśmiechnął się Ian. – Czuję się dobrze, aczkolwiek tu i ówdzie coś pobolewa – skłamał gładko.

Technicy wydawali się życzliwi i przyjaźni, pozbawieni typowej dla orbitalnych, podszytej zazdrością niechęci, której tak często doświadczał na należących do Związku instalacjach. Nie chciał tego zepsuć, przynajmniej dopóki zdany był na ich umiejętności. Obrażeni, mogli go z czystej złośliwości przetrzymać w habitacie aż do końca swojej zmiany, czyli jakiś miesiąc standardowy.

Podłoga pod stopami zawibrowała. Ian natychmiast domyślił się, że właśnie została zainicjowana procedura odsysania zawartości hangaru.

Duvall najwidoczniej także poczuł wstrząsy, bo jeden po drugim włączył dodatkowe systemy pomp, by wyrównać ewentualne ubytki atmosfery.

Z umieszczonych w suficie kratek wentylacyjnych buchnęło chłodne powietrze. Na głównym ekranie pojawił się wypełniony plątaniną przerywanych linii schemat hangaru. W górnej części wyświetlacza pulsował czerwony wykrzyknik. Inżynier zmełł w ustach przekleństwo.

– Otwórz klapy! Szybko! – zawołał do Zariby, dźgając palcem jeden z przycisków.

Brodacz natychmiast chwycił zdrową ręką za wystającą z boku konsoli dźwignię i spróbował ją przesunąć w dół. Bezskutecznie.

– Pomogę – zaproponował Ian. Nie czekając na zgodę, podbiegł do przełącznika, po czym mocnym szarpnięciem opuścił wajchę.

Stacja znowu zadrżała, gdzieś w oddali rozległ się stłumiony huk.

– Udało się! – Rozpogodzony Duvall pokazał uniesiony kciuk. – Cholerne żelastwo. Identyczny problem mieliśmy podczas pańskiego lądowania.

– Ja bym tego nie nazwał lądowaniem – wtrącił lekko zdyszany Zariba. – Rąbnął pan w platformę lądowiska niczym meteoryt.

– Pozostaje mi jedynie przeprosić za kłopot – mruknął Ian. Z najwyższym trudem powstrzymał chichot.

– Ależ ja… – spłoszył się brodacz, uświadamiając sobie, z kim rozmawia. – Nie to miałem na myśli, po prostu…

– W porządku – uśmiechnął się Ian. – Rozumiem. – Poklepał go przyjacielsko po zdrowym ramieniu. – Radzę skorzystać z medkomu. Tego typu rany długo się goją, wiem coś o tym – dodał na odchodnym, zerkając na obandażowaną rękę technika. Na śnieżnobiałym materiale wykwitła plamka świeżej krwi.

Zariba pobladł jeszcze bardziej.

– Tak zrobię – zgodził się potulnie.

– Proszę tam iść od razu. Może pan wprowadzić mój kod – powiedział Ian, wręczając mu kartonik z wytłoczonym ciągiem cyfr.

– Pański kod? – zdziwił się technik. Mrużąc oczy, spróbował odczytać nadruk na karcie.

– Owszem. Otrzyma pan dodatkowy wlew i kompletną plastykę. – Ian spojrzał krytycznie na palce mężczyzny, poznaczone dziesiątkami drobnych blizn. Jako technikowi Zaribie przysługiwał jedynie podstawowy pakiet medyczny. Wlewy genowe oraz medycyna plastyczna należały się wyłącznie personelowi okrętów wojennych, a i to jedynie w przypadku ran odniesionych w warunkach działań bojowych.

– Ale… – Zariba przysunął kartonik bliżej twarzy. – Tu jest napisane, że nie wolno udostępniać kodu.

– No i co z tego? – wzruszył ramionami Ian. – Automatowi wszystko jedno, a mnie i tak wkrótce przyznają nowy limit. Proszę skorzystać, póki jest okazja. Jak to kiedyś mawiano, na koszt firmy.

– O rany… – Do technika chyba dopiero teraz dotarło, co tak naprawdę zaoferował mu przybysz. – Simon, zobacz, co dostałem! – zawołał do Duvalla i triumfalnym gestem pokazał mu kartę.

– Tylko nie przesadź z ulepszeniami – powiedział inżynier. – Liczy się technika, a nie rozmiar.

– Wypraszam sobie! – odciął się Zariba. – Na gabaryty nie narzekam, więc daruj sobie takie… projekcje.

– Ja tylko ostrzegam, Paul – odparł Duvall. Na jego zasępionym obliczu nie pojawił się nawet najmniejszy cień uśmiechu.

– Muszę panów rozczarować – odezwał się Ian. – Plastyka w opcji wojskowej nie obejmuje ulepszeń, a jedynie odbudowę tkanek, a i to w dosyć ograniczonym zakresie. Niczego nie powiększa, niczego nie pomniejsza, muskulatury nie rzeźbi. Przywraca stan sprzed kontuzji.

– Jak tak na pana patrzę, to mam wrażenie, że coś tam jednak poprawia – oświadczył Zariba, spoglądając z nieukrywanym podziwem na muskularną sylwetkę wojskowego.

– To nie zasługa medkomu… – zaczął Ian i natychmiast ugryzł się w język. Terapia genowa, której poddawano od niedawna kadrę dowódczą, trzymana była w ścisłej tajemnicy. – Mam po prostu dobre geny – dokończył.

Udając, że nie widzi porozumiewawczych spojrzeń techników, podszedł do ekranu, na którym znowu było widać transmitowany przez orbitery obraz habitatu.

Tryskający w przestrzeń strumień gazów stracił na intensywności. Chmura kryształków dryfowała powoli w stronę rufy. Ponieważ Duvall zsynchronizował orbitery z ruchem obrotowym habitatu, stacja wydawała się tkwić nieruchomo. To, że wciąż wiruje, poznać można było po zmieniającym się nieustannie tle. Raz była to upstrzona punkcikami światła powierzchnia AEgira, innym razem czarna jak smoła kosmiczna pustka.

– W którą sekcję trafił pocisk? – zapytał Dressler.

– Hydroponikę i chłodnie – odparł ponuro Duvall. – W nadchodzących sezonach tutejsi o świeżych warzywach będą sobie mogli co najwyżej pomarzyć.

– Ja marzę od dawna… – Ian poklepał się po wypchanej tubkami z odżywką kieszeni. Od wielu miesięcy standardowych żywił się niemal wyłącznie tą bezsmakową pulpą, o konsystencji przypominającej galaretę. Normalnym jedzeniem mógł się delektować jedynie pomiędzy misjami bojowymi, a i to pod warunkiem, że spędzał ten czas na którymś z krążowników. Mniejsze jednostki w kwestiach kulinarnych miały do zaoferowania mniej więcej to, co schowek w jego kanonierce.

– Greg melduje, że chłodnie odcięte – oznajmił Zariba, poprawiając miniaturową słuchawkę, której żelowa obudowa wystawała mu z ucha. – Z hydroponiką jest niestety problem.

– To znaczy? – spytał Duvall.

– Woda ze zbiorników zalała moduły siłowników wrót. Będzie musiał zrobić obejście. Od wewnątrz.

– Przecież on się na tym nie zna! Niech pośle Taza! – zirytował się inżynier. – A właśnie, gdzie ten obibok się podziewa?

 

– Nie mam pojęcia. – Technik wzruszył ramionami. – Wybierał się do sekcji rekreacyjnej, ale to było rano.

– Wywołaj go na ogólnym, a potem zmiataj do ambulatorium! – rozkazał Duvall. – Jak zwykle, wszystkiego muszę dopilnować sam… – westchnął ciężko.

– A może ja bym się tym zajął? – zaoferował się Ian. – I tak nie mam nic do roboty, przynajmniej dopóki nie wyszykujecie mi okrętu.

– Pan? – zdziwił się Duvall.

– Tazie Brunnix, ruszże dupę do sterowni! W tej chwili! – rozległ się w głośnikach wzmocniony elektronicznie głos Zariby.

Ian i Duvall jak na komendę odwrócili głowy w stronę brodacza. Technik, odwrócony do nich plecami, trzymał końcówkę przewodu komunikacyjnego, zwieńczoną okrągłą membraną.

– Mam specjalizację z systemów bezpieczeństwa – wyjaśnił Ian, przenosząc wzrok na inżyniera. – Jeżeli nie poprzepalały się obwody, powinno dać się przekierować moc na siłowniki hydrauliczne. Mam rację?

Duvall przytaknął lekkim skinieniem głowy.

– Ostatecznie pozamykam ręcznie. Gdzie trzymacie skafandry?

– W śluzie przy hangarze – oznajmił Duvall. – Plany sekcji znajdzie pan w banku danych skafandra, schematy obwodów zaraz doślę. Skafandry są sprzężone z bazą danych – dodał, wydłubując zza pazuchy maleńki krążek grafenu. Delikatnie wsunął go w szczelinę terminala. – Przesłane – zakomunikował.

– Znajdzie pan drogę, pułkowniku? – Zariba, który w tym czasie wygasił swoją konsolę, zbierał właśnie porozrzucane na pulpicie szpargały. – Mogę pana tam odprowadzić.

– Wybierasz się dokądś? – zapytał Duvall, mierząc go zdziwionym spojrzeniem.

– Do ambulatorium, zapomniałeś? – odparł technik, machając kartą Iana. – Tutaj nie mam już nic do roboty. Kalibracja automatów naprawczych to działka Taza. A pułkownik naprawdę może zabłądzić. – Spojrzał na schemat habitatu, wyświetlony na jednym ze ściennych ekranów. – Od kiedy dostawiliśmy nowe moduły mieszkalne, kompletnie pozmieniał się układ ciągów komunikacyjnych – wyjaśnił, marszcząc brwi.

– Też prawda – westchnął Duvall. – W porządku, zaprowadź pułkownika. – Machnął ręką w stronę korytarza, wciąż rozjarzonego szkarłatną poświatą lamp alarmowych. – A jeśli spotkasz Brunnixa, przekaż mu… – Zawahał się. – Przekaż, że o premii może zapomnieć – zakończył ponuro.

– Żartujesz, Simon, prawda? – Zariba, który szedł już w stronę wyjścia, zamarł w pół kroku, po czym powoli się odwrócił.

– Mówię absolutnie poważnie. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby uszkodzenia okazały się poważniejsze albo to draństwo trafiło bezpośrednio w silniki manewrowe? Nie może być tak, że jest sytuacja kryzysowa, a on ma to gdzieś! I to nie jest jego pierwszy raz!

– Może uznał, że to alarm próbny? – żachnął się Zariba. – Ile ich ostatnio było? Dziesięć? Dwadzieścia? Ludzie się przyzwyczaili.

– Ja nie – odburknął Duvall.

– Daj spokój, Simon. Wiesz, ile problemów ma Taz… Nie dokładaj mu kolejnej zgryzoty. Poproszę Larsona, żeby mu nagadał, dobrze? – Brodaty technik spojrzał na inżyniera z błaganiem w oczach.

– Nie! Tym razem miarka się przebrała! – w głosie Duvalla zabrzmiały twarde tony. Wyprostował się, zaplótł ręce na piersiach. W stalowoszarym uniformie i z marsowym obliczem wyglądał kropka w kropkę jak jeden z dawnych ziemskich dyktatorów.

– Chwileczkę, czy dobrze usłyszałem? Ile było próbnych alarmów? – odezwał się nagle Ian.

Duvall spojrzał na pułkownika zaskoczony, ale też jakby i lekko spłoszony. Przez dłuższą chwilę milczał, skubiąc w zamyśleniu górną wargę.

– Dwanaście od początku zmiany – powiedział w końcu.

Ianowi dosłownie i w przenośni opadła szczęka. To już nie było zwykłe naruszenie procedur, nie nadgorliwość nawet, lecz czysta głupota.

– W ciągu czterech tygodni dwanaście razy ogłaszany był alarm próbny? – zapytał, z trudem opanowując narastającą złość.

– Takie otrzymałem polecenie. Zresztą nie tylko ja. Wszystkie habitaty otrzymały, więc w czym problem? – odparł zaczepnie Duvall.

– Powariowali. – Ian pokręcił głową. – Kompletnie powariowali.

– Niby dlaczego?

– Bo tak nie powinno być, to jest naruszenie elementarnych zasad bezpieczeństwa! Ludzie się przyzwyczajają, alarmy im powszednieją. Właśnie dlatego! – warknął pułkownik.

– O czym pan mówi, u licha?

– Właśnie doświadczacie skutków takiego podejścia do rzeczy. Jest was tutaj czterech, prawda? I jeden z tej czwórki zignorował prawdziwy alarm. W pozostałych habitatach przebywa po kilka tysięcy osób. Jak pan myśli, ilu z nich w przypadku realnego zagrożenia zachowa się podobnie jak pański człowiek? Ilu po prostu machnie ręką na ostrzeżenia i dalej będzie robić swoje? Zaręczam, że będą ich setki. I taka właśnie będzie liczba ofiar, gdy zagrożenie okaże się realne. Rozumiem, że to jedno z wojennych zarządzeń tej waszej Rady? – zapytał kpiąco Ian.

Zbiurokratyzowany do granic możliwości organ ustawodawczy Związku Orbitalnego, składający się z przedstawicieli rozrzuconych po całym układzie habitatów, zareagował na ostatnie akty agresji ze strony obcych w typowy dla zbiorowej egzekutywy sposób: w ekspresowym tempie zaczął uchwalać i publikować dziesiątki zarządzeń, paraliżując tym samym wszelkie działania sił zbrojnych, nie tylko własnych, ale i zjednoczonych. Zasypywane lawiną okólników i wytycznych dowództwa poszczególnych zgrupowań zbrojnych lawirowały kurczowo w gąszczu sprzecznych poleceń, próbując stworzyć coś, co przynajmniej w ogólnych zarysach przypominałoby plan zorganizowanej obrony. O jakiejkolwiek kontrofensywie nikt nie odważył się nawet zająknąć.

– Nie, to tylko wytyczne w ramach programu bezpieczeństwa. Działam zgodnie z harmonogramem – odpowiedział twardo inżynier. – Zapisy z systemów wczesnego ostrzegania przesyłane są na bieżąco do koordynatora programu. I to jest wszystko, co mam do powiedzenia w tej kwestii, pułkowniku Dressler! – zakończył sztywno, po czym odwrócił się do konsoli i włączył ekran.

Jego palce znowu zatańczyły na klawiaturze. Wydobywający się z kanałów wentylacyjnych podmuch osłabł, a po chwili zanikł całkowicie.

„Uwarunkowany” – jęknął w duchu Ian. Pojął nagle, dlaczego Duvall w niektórych kwestiach jest tak zasadniczy i niereformowalny.

– W porządku – powiedział pojednawczo. – Przecież wiem, że to nie wasze widzimisię. Gdy już skończy się zamieszanie, porozmawiam z dowództwem. Spróbuję też przepchnąć monit w tej sprawie do władz. Może te gryzipiórki pójdą w końcu po rozum do głowy?

– Życzę powodzenia – odburknął Duvall, nie spuszczając wzroku z monitora.

– Chodźmy, pułkowniku – mruknął Zariba, przypinając do pasa saszetkę z narzędziami.

3

Krążownik „Rubież”, stocznia naprawcza

Układ planetarny Epsilon Eridani

– Siadajcie – powiedział Lupos, wskazując podwładnym stojący w rogu pomieszczenia, obciągnięty skóropodobną tkaniną stelaż, niezdarnie imitujący kanapę.

Sam usiadł na składanym krzesełku, przy małym stoliku obok nienagannie zaścielonego, szerokiego jak na standardy floty łóżka.

– Napijecie się czegoś? – Pstryknął palcami w kierunku niewielkiej wnęki przy drzwiach, gdzie migał światełkiem gotowy do pracy robot.

– Jeśli można, poproszę kawę bez cukru. – Sniegowa przycupnęła z wdziękiem na brzeżku siedziska.

– Dla mnie to samo – powiedział Moss i usiadł obok niej.

– Kawa dwa razy! – polecił komandor.

Robot odpowiedział serią melodyjnych dźwięków, po czym przy akompaniamencie szumu serwomotorów podjechał do stolika. W beczułkowatym korpusie otworzyła się szczelina, z której wysunęły się na tacce dwa kubki z parującym napojem.

– Częstujcie się – zachęcił Lupos.

Moss podniósł się szybko, wziął kubki, jeden podał Sniegowej. Podziękowała skinieniem głowy.

– Oumuamua leci w stronę AEgira, tak? – zagaił Lupos, gestem odsyłając robota z powrotem do wnęki.

– Na to wygląda – odpowiedział Moss, upijając łyczek kawy. Jak zwykle smakowała paskudnie, ale i tak była o niebo lepsza od jasnobrązowej lury serwowanej na pokładzie widokowym. – Gdyby chodziło tylko o Fałdę lub habitaty, Skunowie wysłaliby po prostu trochę mniejszych okrętów, ten zaś w dalszym ciągu mógłby uprawiać partyzantkę wśród planetoid.

– Niekoniecznie – odezwała się Sniegowa. – Niszcząc nasz patrolowiec poza pasem asteroid, zdemaskowali się. Wcześniej czy później wykrylibyśmy ich obecność. Chyba zdali sobie z tego sprawę, więc poszli na całość.

– Niestety, przyłapali nas, że się tak wyrażę, z opuszczonymi gaciami, panie komandorze – stwierdził porucznik. – Nasze główne siły znajdują się aktualnie daleko poza układem, my zaś jesteśmy uwiązani tutaj… – Westchnął i znowu upił łyk z kubka. – Nim uda nam się pozbierać do kupy, Skunksy zrównają z ziemią połowę AEgira, a może nawet dobiorą się do instalacji przy Fałdzie. I to wszystko jednym głupim statkiem! – Ściśnięty zbyt mocno kubek trzasnął cicho, na kolana Mossa spadło kilka kropli kawy.

– Wielkim Oumuamua, Stanley. To coś więcej niż zwykły i, jak to ująłeś, głupi statek – przypomniała Sniegowa.

– Znowu zaczynasz! – żachnął się. – Dość mam już tego gloryfikowania obcych! Tego całego mistycyzmu i legend. Duże bydlę, to fakt, ale to tylko okręt. Przypomnij sobie ten, cośmy go wybebeszyli ostatnio. Niewiele mniejszy, a wystarczyło kilka atomówek w dysze i otworzył się jak ostryga. Na litość boską, Katiu… – Westchnął zdegustowany. – Co wtedy widziałaś? Co wypadło z wraku? Demony, duchy? Czy też skuńskie ścierwa i masa sprzętu? W którym momencie wydarzyło się coś nadprzyrodzonego?

– Serio pytasz? – zdziwiła się inżynier.

– Owszem – odpowiedział zaczepnie.

– Powiedz mi w takim razie, dlaczego nie zadałeś tego pytania chłopakom z brygady eksploracyjnej? Tym, którzy przeżyli? Przecież słyszałeś ich relacje. Albo jeszcze lepiej, czemu nie zapytałeś tych, którzy zarządzili kwarantannę i do dziś nie dopuszczają nikogo na bliżej niż dziesięć sekund świetlnych od wraku? W końcu cóż takiego strasznego może czaić się w wypalonej skorupie skuńskiej łajby?

– Spokój! – Lupos uciszył oboje gestem. – Przedyskutujecie to sobie kiedy indziej. Tymczasem musimy wymyślić, jak go powstrzymać. Jeżeli zniszczy fabryki i enklawy na AEgirze, to jesteśmy w ciemnej dupie i nie mówię tu tylko o sobie czy o was. Wszyscy, jak układ długi i szeroki. Sigil, AEgir, nawet instalacje Związku Orbitalnego. Zwłaszcza one! – podkreślił, spoglądając na Sniegową.

– Habitaty są samowystarczalne – zaoponowała.

– Nie ufaj propagandzie, dziecko. – Komandor uśmiechnął się smutno. – To, co produkują habitaty, czyli żywność i przemysłówka, stanowi zaledwie połowę zapotrzebowania. Resztę Związek importuje z AEgira i częściowo z Sigila.

– Nieprawda! Czytałam komunikaty Rady, analizuję statystyki i raporty! Mamy nadprodukcję żywności! – zaperzyła się inżynier. – Przemysł górniczy, technologie, nawet zbrojeniówka, wszędzie odnotowano wzrost. Mało tego, prognozowany jest dalszy.

– Nietrudno o nadwyżkę w sytuacji, gdy cała populacja przez sześć miesięcy w roku siedzi w enklawach i żre na koszt gospodarzy – mruknął pod nosem Moss. Wyjętą z kieszeni irchową szmatką czyścił spodnie z plam kawy, z mizernym zresztą skutkiem.

– Wypraszam sobie! – Sniegowa łypnęła nań złowrogo. – Na koszt gospodarzy, akurat! Płacimy wam grube miliony. Same opłaty za dzierżawę gruntów kosztują nas tyle, ile roczne utrzymanie dwóch habitatów. A to tylko część rachunków. Utrzymanie infrastruktury, opieka medyczna, ochrona, za wszystko musimy płacić. Że już nie wspomnę o opłacie klimatycznej!

– Proszę was, przestańcie już… – poprosił zmęczonym głosem komandor. – Jeżeli Oumuamua ostrzela AEgira, to wszystko nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Bez wsparcia w postaci gospodarki planetarnej i zasobów jej księżyca będziemy tutaj skończeni. Jako ludzkość – podkreślił. – Samowystarczalność w tym przypadku na nic się nie zda. Skunowie nie będą musieli nic więcej robić, wystarczy, że zaczekają, aż się zdegenerujemy. Żaden habitat, żadna kolonia górnicza, choćby nie wiem jak prężne, nie przetrwają bez wsparcia z planety… Pozwólcie mi dokończyć! – Znowu uniósł dłoń widząc, że oboje już otwierają usta, by zaprotestować. – Od dzieciństwa powtarzają wam, że układ Epsilon Eridani to tylko pierwszy krok, że skoro ludzkość dała radę tutaj, to da radę wszędzie, bo nauka, bo technika, bo to, bo tamto. Niestety, moi drodzy, to wszystko pobożne życzenia. – Westchnął. – Fakty są takie, że gdyby planeta nie rokowała, nie nadawała się w przyszłości do terraformacji, to ten nasz pierwszy krok okazałby się jednocześnie ostatnim. No i nie zapominajcie też, kto najprawdopodobniej ułatwił nam funkcjonowanie na niej. – Wskazał kciukiem w stronę maleńkiego wizjera w ścianie kabiny, gdzie za dziesięciocentymetrowej grubości szybą z pancernego szkła majaczyły przymocowane do kratownicy doku wraki dwóch skuńskich myśliwców, do złudzenia przypominające popękane, wyszczerbione bloki zbrojonego stalą betonu.

 

– Na miejscu Skunksów nie bawiłbym się w strzelaniny – oznajmił Moss. – Wycelowałbym Oumuamua w glob, rozpędził do maksymalnej prędkości, a sam się katapultował. W końcu to gigantyczny kawał skały. Przy takiej prędkości sam krater będzie miał ze trzysta kilometrów średnicy. To samo dotyczy Fałdy, bo kto nam da gwarancję, że nie zechcą przez nią przelecieć? Sto siedemnaście milionów ton, tylko tyle pozostało do całkowitego zasklepienia się przejścia. Ten okręt waży minimum połowę tego, a przecież pociągnie za sobą wszystko, co tam orbituje.

W kajucie zapadła cisza.

– Musimy ich powstrzymać – powiedział po chwili Lupos. – Uszkodzić, wytrącić z kursu, cokolwiek! – Z całej siły plasnął dłonią w blat. – Jakieś pomysły? – zapytał, spoglądając spod oka na naburmuszonych podwładnych.

– Zderzenie, komandorze… Najlepiej z czymś dużym. Naprawdę dużym – powiedział z namysłem Moss, zerkając przy tym na Sniegową. – Inaczej nie damy rady ich powstrzymać. Cząsteczki, rakiety, lasery, to wszystko nic nie da, jeżeli nie grzmotniemy w ten okręt metodą klasyczną, czyli kinetycznie.

– Nie lepiej po prostu uszkodzić mu napęd? – spytała Sniegowa dziwnie matowym głosem. – Poprzednio nam się udało.

– Widziałaś przecież, że idzie z maksymalną prędkością. Nawet jeżeli uda nam się zniszczyć silniki lub jakimś cudem powtórzyć numer z ładunkami nuklearnymi, i tak doleci przynajmniej do planety samą siłą inercji. Zniszczenia będą mniejsze, ale w skali globu i tak gigantyczne.

– Z czym musiałby się zatem zderzyć? – zapytał komandor, chociaż podobnie jak coraz bardziej pobladła Sniegowa, powoli zaczynał się domyślać, co wykoncypował oficer.

– Z habitatem! – wypalił radośnie Moss.