ArtystaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

KOGUT, LIS I JA

Artysta

Kogut, lis i ja

Hodowla

Wrócić, nie wrócić

Trójkąt

Pamięć

Podejrzenie

Prokurator

Na rogatce

NOWOSĄDECKI, MAJER I JA

Szuler

Czuwanie w górach

Dylemat Majera

Wariat

Słowo i czyn

Sprawiedliwość

Rewolucja bis

Obrady

Przesada

Ruch wydawniczy

Korekta: AGATA NOCUŃ

Projekt okładki: TOMASZ LEC

© 1992 by Diogenes Verlag AG, Zürich

and

© 2019 by Noir sur Blanc, Warszawa

For all Polish language editions

All rights reserved

Wydanie pierwsze w tej edycji

ISBN 978-83-7392-677-6

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Kogut, Lis i ja

ARTYSTA

Kogut przeczytał ogłoszenie: „Potrzebujemy zwierząt – Cyrk”.

– Zgłoszę się – powiedział, składając gazetę. – Zawsze chciałem być artystą.

Po drodze snuł wielkie plany:

– Sława i pieniądze. A może nawet wyjazdy za granicę.

– I z powrotem – dodał Lis.

– Dlaczego z powrotem? Za granicą podpiszę kontrakt z Metro Goldwyn Meyer.

Dyrektor przyjął go na świeżym powietrzu, gdzie urzędował. Właśnie rozwijano namiot cyrkowy. Ja i Lis zatrzymaliśmy się opodal.

– Bardzo mi miło, że pan się do nas zgłasza. Można poznać godność?

– Lew – przedstawił się Kogut krótko.

– Lew? – zdziwił się dyrektor. – Czy jest pan tego pewny?

– Ewentualnie tygrys.

– No dobrze. Wobec tego niech pan zaryczy.

Kogut zaryczał, jak umiał.

– Owszem, nieźle, ale są lepsze lwy od pana. Gdyby pan się zgodził na koguta, to co innego. Wtedy mógłbym pana zaangażować.

– Ja dla pana przyjemności nie będę udawał ptaka – obraził się Kogut.

– Żegnam wobec tego.

W drodze powrotnej Kogut milczał ponuro. Wreszcie nie wytrzymałem.

– Co ci strzeliło do głowy, dlaczego chciałeś grać lwa?

– Jak to dlaczego... – odpowiedział za niego Lis. – Czy widziałeś kiedy artystę bez ambicji?

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

KOGUT, LIS I JA

Kogut, Lis i ja szliśmy przez las.

– Zawsze to samo – zrzędził Kogut. – Zawsze idę przez las, kiedy idę z wami.

– Nieważne którędy – rzekł Lis. – Gorzej, że z wami zawsze jestem głodny.

– Tylko bez niesmacznych aluzji! – oburzył się Kogut.

– Przeciwnie, aluzja jest bardzo smaczna – powiedział Lis, patrząc na Koguta, i oblizał się.

Na to ja:

– Obydwaj macie rację. Z wami zawsze jestem głodny i zawsze na bezdrożu.

– A mnie to niby nie chce się jeść? – zapiał Kogut. – Konia bym zjadł z kopytami!

– No, no... – uśmiechnął się Lis.

– I jeszcze jedna prawidłowość. Czy zauważyliście, że kiedy idziemy o głodzie i chłodzie, wtedy zawsze zaskakuje nas noc?

– Prawda! – zawołali chórem. – Słońce zachodzi, a my nie mamy gdzie nocować!

– A więc wszystko się zgadza. To będzie początek nowej opowieści.

– A ja mam tego dosyć – powiedział Kogut.

– Przecież opowieść jeszcze się nie zaczęła.

– Ale na pewno czekają nas dalsze trudy i nowe niebezpieczeństwa.

– Oczywiście. Opowieść powinna być ciekawa.

– Nie dla mnie.

– Opowieść nie jest przeznaczona dla ciebie. Ty jesteś tylko bohaterem opowieści.

– Jednym z bohaterów – wtrącił Lis.

– Bohaterem? Nie mam żadnego wpływu na wypadki. I to ma być bohater?

– Bohater, czyli wybraniec przeznaczenia. Jak wiadomo, przeznaczenie jest nieubłagane.

– Dziękuję pięknie. Dla mnie bohaterem jest taki kogut, co świadomie kieruje przeznaczeniem.

– Albo lis – wtrącił Lis.

– Nie mogę cię zmusić, żebyś przyjął moją definicję bohatera. Kimże więc jesteś?

– Niewolnikiem! My, tak zwani bohaterowie, jesteśmy niewolnikami. Używani do wszystkiego, nie stanowimy o niczym. Pakują nas do najgłupszych fabuł, każą nam wygłaszać morały, których bynajmniej nie podzielamy. Czy to jest sprawiedliwe?

– Zawsze tak było.

– A więc najwyższy czas, żeby coś się zmieniło. Nic o nas bez nas.

– Uważaj, bo cię skreśli – ostrzegł go Lis. – Gdzie się wtedy podziejesz?

– Tego nie zrobi, ponieważ jestem nieodzowny. Beze mnie nie ma opowieści.

– Hm, hm... – chrząknąłem znacząco. – A gdybym cię jednak skreślił?

– Po co skreślać. Pozwól, że ja go zjem – zaoferował się Lis.

– Ty głupi Lisie! – krzyknął Kogut. – Przyłącz się do mnie, a razem wymusimy na nim ustępstwa. Będzie ci musiał dostarczać tłustych kapłonów, smakowitych królików i słodkich winogron pod dostatkiem, jeżeli chce, żebyśmy występowali w jego opowieściach.

– Ciekawa alternatywa – zgodził się Lis.

– Uwaga, bo skreślę was obu.

– Bluff! Nie możesz skreślić wszystkich bohaterów. Jesteś autorem i musisz z czegoś żyć.

– Słusznie – przytaknął Lis. – Obu nas nie skreśli.

– Porozmawiajmy spokojnie. Przyznaję, że ciężki wasz los. Ale i mnie nielekko. Jako autor jestem zależny od czytelnika, a ten ma swoje wymagania. Nie mogę mu dostarczać opowieści, które by go nie interesowały. Opowieść więc musi być niezwykła, bo rzeczy zwykłe nikogo nie interesują. Wy zaś, jeśli was dobrze rozumiem, domagacie się ode mnie zwykłości. Jeść, spać, nie ruszać się... I żeby, broń Boże, nie przytrafiło się wam nic nadzwyczajnego. Kogo to interesuje?

– A gdybyśmy jedli nadzwyczaj dużo i spali nadzwyczaj długo? – zaproponował Lis.

– Nonsens. Ja się na tym znam lepiej od ciebie. Jedz, pij i śpij choćby przez całą wieczność, a nikt na ciebie nie zwróci uwagi. Czy chciałbyś być zupełnie nieinteresującym lisem?

– Co to, to nie. Ale również nie chciałbym być całkiem interesującym. Skoro tak stawiasz sprawę...

– Lis i tak nikogo nie interesuje. W żadnym wypadku – wtrącił Kogut. – Dziwię się, że go w ogóle wziąłeś do spółki. Co ty w nim widzisz?

– Wkraczasz w moje kompetencje.

– Ja domagam się prawa głosu.

– Ja też – powiedział Lis. – Brak głosu jest denerwujący. Na przykład, dlaczego nie wolno mi zjeść Koguta? To jest wbrew naturze.

– A dlaczego ja mam kolegować się z Lisem? To nienaturalne. Zamiast dać mi do towarzystwa siostrę kurkę...

– Tłumaczyłem wam już, że opowieść musi być interesująca. Wy sądzicie, że mnie sprawia przyjemność wymyślanie niezwykłych historii? Nie, ja bym wolał napisać: „Szedł sobie Kogut z Kurką...”.

– Albo: „Lis zjadł Koguta...” – wtrącił Lis.

– Nie przeszkadzaj. Albo: „Lis zjadł Koguta”. To byłoby o wiele łatwiejsze. Ale literatura ma swoje prawa. Bądźcie mi wdzięczni, że nie napisałem: „Kogut zjadł Lisa”.

– Za nic! – żachnął się Kogut.

– Też pomysł... – skrzywił się Lis.

– Sami więc widzicie, że i ja nie jestem zupełnie wolny. Muszę się podporządkować pewnym prawom.

– Nic mnie to nie obchodzi – oświadczył Kogut stanowczo i zaintonował: „Słyszycie wrzawę nad doliną? W żołdactwa chmurze czyha grom”.

– Mnie też nie – poświadczył Lis.

– Obchodzi was czy nie, tam w dali błyska światełko. Znak, że jakiś dom znajduje się w lesie. Tam możemy zanocować, a kto wie, może i dostać coś do jedzenia? Czy wolicie kontynuować nasz spór, czy też poszukać żywności i noclegu?

 

– Żywności i noclegu! – zawołali.

– Więc chodźmy.

Poszliśmy. Dom był ciemny, jak ciemna była noc i las, tylko to okno oświetlone. Znak, że ktoś był w domu. Ale kto? Przezorność kazała zajrzeć najpierw przez okno, a potem dopiero zapukać do drzwi. Ale okno było umieszczone zbyt wysoko, żeby do niego zajrzeć, nawet wspinając się na palce.

– Niech Kogut wejdzie na Lisa i zobaczy, co jest w środku – rozkazałem.

– Dlaczego Kogut na mnie? – zaprotestował Lis.

– Więc niech Lis wejdzie na Koguta.

– Ani mi się śni – stwierdził stanowczo Kogut.

– Więc najpierw Kogut na Lisa, a potem Lis na Koguta. W ten sposób będzie sprawiedliwie.

– Dlaczego Kogut najpierw? – zaoponował Lis.

Okno otwarło się i jakiś głos zawołał z góry:

– Hej, co to za hałasy, kim jesteście?

– Odpowiedz mu... – zaszeptał Lis, trącając mnie w bok.

– Wyjaśnij mu... – szepnął Kogut i dziobnął mnie w łydkę.

– Wędrowcy – odpowiedziałem. – Szukamy żywności i noclegu.

– Czy macie przy sobie pieniądze?

– Nie mamy.

– Złoto albo inne kosztowności?

– Nie mamy.

– Szaty lub sprzęty ozdobne?

– Też nie. Jesteśmy ubogimi wędrowcami.

– To idźcie do diabła! – krzyknął głos i już miał zatrzasnąć okno, kiedy Kogut zawołał:

– Chwileczkę! Lis ma futro!

– Futro? – zainteresował się głos.

– A Kogut ma ostrogi! – zawołał Lis.

– Ostrogi? Poczekajcie, zaraz wam otworzę drzwi.

– Po coś mu powiedział o moich ostrogach? – sierdził się Kogut, kiedyśmy czekali pod drzwiami.

– A czy ja cię prosiłem, żebyś mu donosił o moim futrze? – gniewał się Lis.

– Prosimy, prosimy do środka, bardzo prosimy!

Drzwi otworzyły się i weszliśmy do sieni. Drzwi zamknęły się za nami na siedem kluczy.

– Tędy, tędy.

W sieni było ciemno i wciąż nie wiedzieliśmy, do kogo należał głos. Otworzyły się drugie drzwi i weszliśmy do izby, gdzie ogień na kominku rozsiewał migotliwe światło. Stół obficie zastawiony rozsiewał smakowitą woń. Wokół stołu siedzieli mężczyźni z brodami, a było ich dwunastu. Każdy miał nóż za pasem. Patrzyli na nas. Drzwi za nami zamknęły się na dwanaście kluczy.

– Hej, Madeju! – zawołali. – Kogo nam tu przyprowadzasz?

– Ten w futrze to bogaty kupiec – odpowiedział trzynasty. – A ten z ostrogami musi być znacznym rycerzem.

– Hurrra! – zakrzyknęli biesiadnicy. Widać bardzo się ucieszyli naszym przybyciem.

– A trzeci? – zapytał jeden, kiedy już umilkła radosna wrzawa.

– Ten trzeci to chyba osioł.

Brodacze wybuchnęli śmiechem.

– He-he – zawtórował im Kogut.

– Hi-hi – zachichotał Lis.

– Śmiejcie się, śmiejcie – powiedziałem do nich. – Coś mi się wydaje, że już niedługo przestaniecie się śmiać.

– Poczekajcie chwilę, panowie – rzekł trzynasty. – My tylko skończymy kolację.

– Czekać? A na co? – zdziwił się Kogut.

Teraz dopiero brodacze wybuchnęli śmiechem naprawdę. Turlali się ze śmiechu, trzymali się za brzuchy, a z oczu pociekły im łzy.

– On pyta... – wykrztusił jeden. – O, nie mogę! – I chwycił się za lewy bok.

– Na co... – załkał drugi, chwytając się za serce. – Bo pęknę, pęknę!

– Czekać! – kwiknął trzeci dyszkantem, choć barczysty mężczyzna, i zwalił się pod ławkę. Spod ławki jeszcze krzyczał: – Trzymajcie mnie, trzymajcie!

– To może ja już sobie pójdę – bąknął Lis.

– Ja także – wymamrotał Kogut. – Przypomniałem sobie, że mam coś w lesie do załatwienia.

Ale tamci zabrali się do wieczerzy i nie zwracali już na nas uwagi. Przycupnęliśmy w kąciku, jak najdalej od ucztujących.

– Uciekajmy stąd – szepnął Kogut.

– Właśnie – przytaknął Lis. – Uciekajmy, uciekajmy natychmiast.

– Wolna droga. Teraz wy sami podejmujecie decyzje. Ja się nie wtrącam.

– Wcale nie. Pierwsze drzwi są zamknięte na siedem kluczy, a drugie na dwanaście.

– Razem dziewiętnaście – obliczył Lis melancholijnie.

– Plus trzynaście noży – zauważył Kogut.

– Dziewiętnaście kluczy i trzynaście noży – podsumował Lis.

– A kto się buntował, kiedy prosiłem, żebyście zajrzeli przez okno? Gdybyście mnie posłuchali, nie wpadlibyście w ręce zbójców.

– To Lis nie chciał.

– Nieprawda, to Kogut.

– Nie chcieliście obaj. Domagacie się samodzielności, więc bądźcie teraz samodzielni.

– Czy mógłbyś jednak się wtrącić... Jeszcze tylko ten jeden raz...

– Tak, tak – poparł go Lis. – Ty jesteś autorem, ty masz prawo...

– Za późno.

– Co tam szepczecie, chłopcy? – zapytał trzynasty, zwany Madejem, i wytarł wąsy brodą, zaś brodę rękawem. – Coś wam się nie podoba?

– Ale skąd! – zaprzeczył skwapliwie Lis.

– Bynajmniej – zapewnił Kogut. – Bardzo tu jest ładnie.

– No to chodźcie no tu do nas. Chodźcie no tu bliżej.

– Koniecznie? – upewnił się Lis.

Lecz Madej powstał, jedną ręką chwycił Lisa za kark, a drugą za dziób Koguta. Wśród oklasków i wesołych okrzyków postawił ich obu na stole. Skończywszy ucztowanie, zbójcy rozparli się na ławach i zapalili fajki. Byli w doskonałych humorach.

– Tańczyć, tańczyć! – wołali do Lisa i Koguta i puszczali im w nos ogromne kłęby dymu.

– A on? – wskazał na mnie Kogut.

– Osioł nie tańczy. Tańczyć, tańczyć!

Lis i Kogut zaczęli taniec. Nie tańczyli pięknie, ale zbójcom się podobało. Klaskali w ręce, wybijali takt i pokrzykiwali dziko: – U-ha, u-ha!

– Panowie zbójcy! – zawołał Kogut, pokonując zadyszkę. – Ja rozumiem, że wy jesteście zbójcami, jak ja jestem kogutem, a Lis jest lisem. Każdy według swojej natury. Ale czy nie możemy się jakoś pogodzić? Łączy nas wspólny los, wszyscy jesteśmy bohaterami opowieści wymyślanych przez tego osła, a więc niejako kolegami. Czy wam sprawia przyjemność to zbójeckie życie? To ucztowanie i zabawy w złym guście? Pomyślcie o rozkoszach życia osiadłego na łonie rodziny. O przyjemnościach uczciwej pracy na roli lub w przemyśle, o satysfakcjach spokojnego sumienia i godziwej rozrywki. Czy nie zapłaczecie nad sobą, widząc się skazanymi na to życie zbójeckie, które szkodzi waszemu zdrowiu i gubi wasze dusze? O jakże mi was żal, kiedy was widzę zbójcami. Ale nie wszystko jeszcze stracone. Usiądźmy wspólnie przy tymże stole jak bracia i zastanówmy się, jak razem przeciwdziałać tyranii tego osła, co z was czyni zbójców, z nas wasze ofiary, choć sam nawet tańczyć nie umie. Razem zaczniemy piękne i poczciwe dzieła.

– U-ha! – krzyknęli zbójcy i wydobyli noże. Trzynaście ostrzy skierowanych od góry otoczyło Lisa i Koguta tańczących na stole. – U-ha, u-ha! – wołali coraz to szybciej, zmuszając Lisa i Koguta do przyśpieszenia rytmu. Kogut stracił oddech i zrezygnował z przemowy.

– Mów teraz ty – wysapał do Lisa. – Ja już nie mogę.

– Panowie zbójcy – podjął Lis z trudem, bo taniec był coraz to szybszy. – Mój przyjaciel Kogut zwrócił wam uwagę na wasz smutny los. Nie będę się rozwodził nad moralną stroną zagadnienia, dosyć o tym było. Chciałbym zatrzymać się dłużej na pewnych aspektach, o których mój przedmówca zaledwie napomknął. Nie będę ukrywał i powiem wprost: wy się rujnujecie. Ten nieregularny tryb życia, ten nadmiar tłustych potraw i mocnych trunków oraz palenie tytoniu, khy-khy... (tu zakaszlał), jak również ryzyko nieszczęśliwego wypadku nieodłączne od manipulowania ostrymi narzędziami, a co za tym idzie – napięcie nerwowe, to wszystko jest niehigieniczne i wysoce szkodliwe. To nie może pozostać bez konsekwencji. To prędzej czy później doprowadzi was do chorób i rozstrojów nerwowych. Ja was ostrzegam i ja was proszę: dbajcie choć trochę o siebie.

– U-ha! – krzyknęli zbójcy. – U-ha! U-ha!

W prawych rękach trzymając noże (z wyjątkiem Madeja, który był mańkutem), lewymi uderzali w stół (z wyjątkiem Madeja, który uderzał prawą), za każdym uderzeniem wykrzykując to swoje „U-ha!”. Uderzali coraz szybciej i taniec stawał się coraz gwałtowniejszy, aż przypominał taniec dwóch derwiszów.

Żal mi było Lisa i Koguta. Wkrótce stracą siły i padną na ostrza nadstawionych noży. Doprawdy, rzeczy zaszły za daleko, nie takie miało być zakończenie. Chciałem tylko ukarać Lisa i Koguta za krnąbrność, a tymczasem zbójcy rozpanoszyli mi się za bardzo. Co robić?

Skreślić zbójców? Już nie można. To by znaczyło unicestwić opowieść, a tym samym siebie jako autora. A gdyby zbójcy dostali czkawki i musieli napić się wody? Przerwać tę okrutną zabawę? Ale co potem? Piorun zapala domostwo, pożar umożliwia nam ucieczkę. Nie, to są arbitralne chwyty i już lepiej od razu skreślić zbójców niż łamać prawa, które sam wybrałem. Praw należy przestrzegać pod karą nicości.

Ach, gdyby Kogut mógł latać! Wzbiłby się wtedy wysoko ponad zbójców, Lis by się go uczepił i razem wylecieliby przez komin. Niestety, Kogut jest wprawdzie ptakiem, ale zdegenerowanym. Ach, czemuż jesteśmy tylko tym, czym jesteśmy, bez odwołania, bez żadnej możności cudu. Ach, czemuż się przeciwko temu buntujemy. Lis i Kogut nie chcieli być tylko postaciami z bajki, zbuntowali się i mają za swoje. Ja nie chciałem być tylko autorem, chciałem być jednocześnie postacią mojej własnej opowieści i też zostałem za to ukarany. Zachciało mi się brać udział, żyć... Za karę jestem ni to autorem, ni to postacią. Pomieszałem porządki. Podobnie jak Kogut i Lis zgrzeszyłem grzechem pierworodnym, pychą transcendencji, żądzą bycia wszystkim i wszędzie. Gdybym pozostał tylko autorem opowieści, wtedy Lis i Kogut nie mogliby spoufalać się ze mną i wmieszać się w moje plany. Gdyby Kogut i Lis pozostali na swoim miejscu i nie narzucili mi swojego widzimisię, nie doszłoby do nieprzewidzianych wypadków i sytuacji bez wyjścia. Teraz związaliśmy się wspólnym losem. Oni nie mogli się wyrwać ze zbójeckiego kręgu inaczej, jak ginąc, a ja, kiedy zginą – ostatecznie przestanę panować nad moją opowieścią.

Już nie mogłem rozróżnić Lisa od Koguta, tak szybkie było ich wirowanie. Już nie wiedziałem, kim jestem, tak głupio uległem pokusie, aby być kim innym, niż byłem. Możliwe, że zbójcy mieli rację. Możliwe, że jestem tylko osłem.

Ach, czemuż wszystko musi mieć ciąg dalszy. Przewiduję, co będzie, ale jeszcze nie powiem, że już się dokonało. Odwlec – to moja jedyna szansa. Ale nawet zwłoka nie zależy ode mnie. Na razie Lis i Kogut tańczą, ale jak długo starczy im sił? Moi kochani, moi mili, moi najdrożsi, tańczcie, tańczcie i nie upadajcie na duchu. Tańczcie, tańczcie i nie upadajcie na ciele. Ja was proszę, ja was błagam, ja was zaklinam, tańczcie, tańczcie bez końca. Zróbcie to dla mnie.

HODOWLA

Przyszedł do mnie Kogut, bardzo zdenerwowany.

– Podobno Lis zakłada hodowlę kur. To niedopuszczalne.

– Dlaczego? Hodowla to organizacja, czyli cywilizacja.

– Jak to dlaczego. Przecież wiadomo, do czego Lisowi potrzebne są kury. To jest zbrodnicze przedsięwzięcie. Należy przeciwdziałać.

– Jak?

– Musimy rozmówić się z Lisem.

– Ja też?

– Chodź ze mną, potrzebuję cię jako świadka.

Lisa zastaliśmy przed lokalem dopiero co wynajętym. Właśnie przybijał do drzwi tabliczkę:

„Hodowla drobiu. Kierownictwo: Lis”.

– Zdejm to w tej chwili! – krzyknął Kogut.

– Dlaczego? To jest solidna firma i musi posiadać swoje biuro.

– Ty, powiedz mu – zwrócił się do mnie Kogut.

– Kogut obawia się, że zakładanie hodowli drobiu przez Lisa jest niewłaściwością.

– Tak myśli? – zmartwił się Lis.

– To może wywołać reperkusje. Krytycyzm, można sądzić, uzasadniony, to znaczy pewne podejrzenia, przypuszczenia co do rzeczywistych celów przedsiębiorstwa.

– Doprawdy? A czemuż to?

– Z uwagi na twój stosunek do kur.

– Ja mam czyste intencje, a ludzie mówią byle co. Mnie chodzi o dobro kur. Pragnę im zapewnić godziwe warunki egzystencji.

– Aha, czyste intencje! – oburzył się Kogut szyderczo. – A jaki będziesz miał personel?

– Też lisy, oczywiście. Sami fachowcy.

– Proszę – zwrócił się do mnie Kogut. – Czy to nie jest bezczelność?

– Obawiam się, że Kogut ma rację. Hodowanie kur przez lisy, tego opinia publiczna nie może przyjąć bez zastrzeżeń.

Lis zamyślił się głęboko.

– Ha, jeżeli obaj jesteście tego zdania... Mogę się wycofać. Ja osobiście nie mam żadnych ambicji. Ja tylko chciałem dobrze dla kur.

 

– Rezygnujesz naprawdę? – zapytał Kogut z niedowierzaniem.

– Oczywiście. Tylko mi żal, że upada tak piękny projekt mający na celu dobro społeczne.

– Ustępujesz bez sprzeciwu?

– Jak mam cię inaczej przekonać, że mnie wcale nie zależy ani na interesie, ani na kierowniczym stanowisku?

– Jakoś nie mogę ci uwierzyć.

– Wobec tego załóżmy hodowlę lisów przez kury.

– Poważnie?

– Jeżeli nie wypada, żeby lisy hodowały kury, to niech kury hodują lisy. W ten sposób opinia publiczna będzie zadowolona. Ja będę poza wszelkim podejrzeniem. Tym bardziej że ciebie mianujemy dyrektorem.

– Dlaczego mnie? – zdziwił się Kogut, ale jakoś nie za bardzo.

– Nie widzę lepszej kandydatury. Jesteś wybitnie uzdolniony, energiczny, a przy tym piękny. Dyrektor powinien mieć dobrą prezencję.

– Muszę to przemyśleć – rzekł Kogut po chwili. – Ostatnio jestem bardzo zajęty.

– Czy możemy jednak liczyć?

– Niczego nie obiecuję. Ostatnio proponują mi wiele kierowniczych stanowisk.

– To zrozumiałe. Będziemy jednak czekali.

Rozstaliśmy się. Parę dni potem przechodziłem tamtędy. Na drzwiach lokalu widniała tabliczka: „Hodowla lisów. Kierownictwo: Kogut”.

W poczekalni tłoczyły się młode, tłuste, smakowite kury.

– Czy jest pan dyrektor? – zapytałem kurę w sekretariacie.

– Zajęty. Właśnie angażuje personel. Poczeka pan?

– Nie, może innym razem.

W parku spotkałem Lisa. Siedział na ławce i czytał gazetę.

– Co porabiasz? – zapytałem.

– Na razie nic. Czekam na otwarcie tego przedsiębiorstwa – odrzekł i oblizał się.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?