Sobieski. Lew, który zapłakałTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Od autora

Wstęp

Sobiescy. Młodość

Zdrada i odkupienie

Marysieńka

Słobodyszcze i Cudnów

Zaprzedany dworowi i… Marysieńce

Marszałek kontra marszałek

Podhajce

Od abdykacji do elekcji. Na krawędzi buntu

Hańba Buczacza

Bramy Chocimia

Tron

Traktat, który mógł wszystko zmienić

Między Francją i Austrią

Blaski i cienie wiedeńskiej chwały

Kiedy Lew zapłakał

W sieci intryg i niemożności

Schyłek

Epilog

Bibliografia

Źródła ilustracji

Opieka redakcyjna: MAŁGORZATA GADOMSKA

Redakcja: JOANNA ZABOROWSKA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, KAMIL BOGUSIEWICZ, Pracownia 12A

Wybór ilustracji: MARCIN STASIAK

Na okładce wykorzystano obraz Józefa Brandta Wyjazd z Wilanowa Jana III i Marysieńki Sobieskich ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07199-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

OD AUTORA

Jan Sobieski, potomek średniozamożnego magnackiego rodu z Kresów, najpierw hetman polny, następnie wielki koronny, a później ukoronowany władca Rzeczypospolitej Obojga Narodów, zwany jest często ostatnim w jej dziejach królem-wojownikiem. Rzeczywiście, jego następcy na tronie ciągle jeszcze ogromnego terytorialnie, ale w niesłychanym tempie słabnącego gospodarczo, militarnie i politycznie państwa polsko-litewskiego nie toczyli już zwycięskich wojen. Wiek XVIII batalii dostarczył niewiele, większych triumfów nie znał. Dopiero w samej końcówce, w chwili gdy Rzeczpospolita kończyła już swój żywot, kapryśny los podarował jej wodzom pozór wojennych triumfów podczas obrony Warszawy oraz na polach Racławic i Zieleniec. Tatarzy i Turcy, których Sobieski po wielekroć gromił w niezliczonych bitwach, nadali mu wspaniale brzmiący przydomek „Lew Lechistanu”, a wśród współczesnych i potomnych uchodził za jednego z najwybitniejszych europejskich wodzów nie tylko swojej epoki. Był przy tym mężczyzną o wspaniałej aparycji, budzącym samą swoją postawą mimowolny szacunek. A jednak ów władca, z pozoru wyposażony we wszelkie monarsze atrybuty: władzę, wojenną sławę oraz łączące się z nią splendor i podziw, miłość poddanych i szacunek wrogów, w dodatku mający za żonę nadzwyczaj piękną kobietę, w rzeczywistości przeżywał dramat człowieka, którego ambicje i wielkie plany polityczne legły w ruinie. Ponad wszystko był zaś postacią niejednoznaczną i głęboko tragiczną, która nie zawsze pasuje do mitu o niezwyciężonym władcy spod Wiednia, niezłomnym obrońcy przedmurza chrześcijańskiego. Liczne rysy, jakie można dostrzec na wystawionym mu przez potomnych spiżowym pomniku, z pewnością zmniejszają blask legendy Jana III, ale jednocześnie czynią go człowiekiem z krwi i kości.

I szczególnie to drugie, o wiele ciekawsze, oblicze Jana Sobieskiego przedstawiam w tej książce.

WSTĘP

Żaden biograf Jana Sobieskiego nie ukazałby bardziej plastycznie jego przyjścia na świat, niż uczynił to on sam w rodowodzie przeznaczonym dla nuncjusza papieskiego. „Urodziłem się w Olesku, zamku na wysokiej górze, mila od Białego Kamienia […]. Podczas urodzenia mego biły pioruny barzo… Tatarowie też podpadli w tenże czas pod zamek, których zaś ów sławny gromił Chmielecki”. Niewykluczone, że wspomniany w ostatnim słowie wojewoda kijowski, strażnik wielki koronny i zawołany zagończyk Stefan Chmielecki, którego imię ze zgrozą powtarzano na Krymie – jako jeden z nielicznych potrafił tropić i znosić czambuły – w ów burzliwy dzień 17 sierpnia 1629 roku ocalił przed śmiercią przyszłego króla Rzeczypospolitej. Bezlitośnie łupiący okolice Oleska ordyńcy nie przywykli wprawdzie do oblężeń i zwykle unikali ataków na umocnione pozycje, ale być może skorzystaliby z okazji zdobycia niewielkiego zamku, gdyby nie skuteczna interwencja Chmieleckiego. Ci spośród skośnookich wojowników, którym udało się ujść polskich szabel i muszkietów i szczęśliwie powrócić do rodzimych ułusów, po latach mieli czego żałować, i to gorzko. Zabrakło niewiele, żeby człowiek nazwany później Lwem Lechistanu, wielokrotny pogromca Półksiężyca, stracił szansę na skreślenie zacytowanych powyżej słów już w dniu przyjścia na świat. Tak się nie stało i owo zrządzenie losu Tatarzy mieli w przyszłości przypłacić morzem krwi. Niewiele mniejszym niż to, w którym przyszło się skąpać Turkom.

A owe bijące pioruny, jak dwa węże zaduszone w kołysce przez Herkulesa, symbolicznie zwiastowały narodziny jednego z największych w historii Polski monarchów. Podobnie jak marmurowy stół, który kilka dni później, nie wiedzieć czemu, pękł pod niemowlęciem podczas ceremonii chrztu.

W przyszłości podobny los czekał jego wrogów.

Zamek w Olesku, miejsce narodzin Jana Sobieskiego, litografia z pierwszej połowy XIX wieku.

SOBIESCY. MŁODOŚĆ

„Jak słodko jest umierać za Ojczyznę, ucz się ode mnie”.

Napis widniejący na nagrobku hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego

Potężna armia heraldyków i apologetów Jana Sobieskiego musiała się niemało natrudzić i sięgnąć do głębokich pokładów wyobraźni, aby osadzić korzenie jego rodziny w zamierzchłej przeszłości, co dodałoby jej niezbędnego splendoru i pożądanego dostojeństwa, a także usytuowało obok innych starodawnych magnackich rodów. Zupełnie niezasłużenie dla Sobieskich i w sposób mocno irytujący przedstawicieli tych drugich. Znaleźli się usłużni badacze przeszłości, którzy przodków Sobieskiego doszukali się wśród wareskich drużynników Bolesława Chrobrego, a nawet na dworze mitycznego władcy Polan, Lecha! Co prawda w tych trochę śmiesznych, a trochę strasznych, w każdym razie karykaturalnych historycznych peregrynacjach nie udało im się – w przeciwieństwie do innych badaczy – dotrzeć aż do czasów starożytnego Rzymu i stepowych Sarmatów, ale przesunięcie początków rodziny Sobieskich o jakieś tysiąc (z grubsza) lat to i tak było coś. Główny zainteresowany we wspomnianym już, skreślonym własną ręką rodowodzie z pewną nieśmiałością doszukiwał się źródeł rodu i raczej mitycznych niż rzeczywistych antenatów w XIII wieku, lecz w swoim znalezisku był jednak dość mocno osamotniony. W rzeczywistości jego pochodzenie było zupełnie świeżej daty.

Pierwszym znanym z imienia Sobieskim, przedstawicielem rdzennie polskiej rodziny posługującej się herbem Janina, był niejaki Sebastian, który urodził się w końcu XV wieku jako prosty szlachcic bez urzędów i majątku i tylko jako trochę bogatszy zmarł. Dopiero dziad Jana, Marek, wychwalany przez niego za męstwo i fakt, że cieszył się atencją samego króla Stefana Batorego, sławny na cały kraj dzięki wojnie w Inflantach, jako wojewoda lubelski sięgnął po krzesło senatorskie i tym samym wprowadził Sobieskich do grona rodów magnackich. Dzięki ożenkowi z Jadwigą Snopkówną wszedł w powinowactwo z przedstawicielami kilku znaczniejszych rodzin w południowo-wschodniej Polsce, m.in. z Herburtami i Fredrami. Rozszerzył także bardzo stan posiadania, powiększając dobra rodowe – Sobieszyn, Pielaszkowice, Ulężyn – o rozległe majątki ziemskie w okolicach Lwowa. Sobiescy stali się magnaterią z ruskiego pogranicza.

Ale dopiero ojciec przyszłego króla, Jakub (w wielu starszych opracowaniach występujący jako Jakób), ugruntował na dobre znaczenie rodziny. We wszystkich przekazach podkreśla się jego niezwykłą odwagę, zdolności organizacyjne i oddanie sprawom państwowym, nie zapominając o walorach umysłowych. Studiował na Sorbonie, był dyplomatą i zdolnym historykiem; to spod jego pióra wyszedł opis słynnego oblężenia Chocimia przez Turków w 1621 roku. Jakub Sobieski walczył niemal we wszystkich wojnach toczonych przez Rzeczpospolitą w pierwszej połowie XVII wieku. Był krajczym i podczaszym koronnym, wojewodą bełskim i ruskim, a krótko przed śmiercią, w 1646 roku, sięgnął po kasztelanię krakowską (po zmarłym hetmanie Stanisławie Koniecpolskim), która uczyniła zeń najwyższego godnością senatora świeckiego.

 

Drugą żoną Jakuba Sobieskiego (pierwsza, księżniczka Marianna Wiśniowiecka, zmarła bezdzietnie) była Teofila z Daniłowiczów, w prostej linii wnuczka jednego z największych wodzów Rzeczypospolitej, hetmana Stanisława Żółkiewskiego, dziedziczka jego ogromnej fortuny – na czele z rodowym gniazdem w Żółkwi, otoczonej wianuszkiem około pięćdziesięciu wsi. Poza Żółkwią wniosła mężowi w posagu dobra na Ukrainie po obu stronach Dniepru. Od majętności ważniejsze było jednak pokrewieństwo z Żółkiewskim, coś, czego nie można było kupić za żadne pieniądze. Zupełnie nadzwyczajny spadek krwi, który na dzieciach Jakuba i Teofili musiał odcisnąć wyraźne piętno. Tym bardziej że w tradycji rodzinnej pamiętano nie tylko o jego wielkich czynach wojennych i tragicznej śmierci podczas odwrotu spod Cecory w 1620 roku, lecz także o daninie złożonej z życia przez brata Teofili Sobieskiej, Jana, również ściętego przez Tatarów.

Z małżeństwa Jakuba i Teofili urodziło się siedmioro dzieci, ale spośród nich – w zgodzie ze smutną statystyką tamtych czasów – wieku dojrzałego dożyło jedynie czworo. Gromadkę tę tworzyli Marek, młodszy o kilka lat Jan oraz siostry Anna i Katarzyna; pierwsza została zakonnicą i wcześnie zmarła, druga zaś poślubiła księcia Władysława Dominika Zasławskiego-Ostrogskiego, a po jego śmierci – wojewodę wileńskiego i hetmana polnego litewskiego Michała Kazimierza Radziwiłła. Były to już koligacje z najpierwszymi rodami Rzeczypospolitej. Jakub i Teofila Sobiescy z Oleska przenieśli się do Żółkwi, stanowiącej po części rodzinne sanktuarium. Oglądany po wielekroć napis na nagrobku dziada to było coś więcej niż jego miecz, buława i skrwawiony płaszcz. Przedmioty przemawiały do wyobraźni, ale słowa wyryte w marmurze nagrobka stały się dla Marka i Jana życiowym drogowskazem. Obaj byli gotowi oddać swoje życie ojczyźnie, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.

Jakub Sobieski, wojewoda bełski i ruski, a pod koniec życia kasztelan krakowski, portret z epoki.

Ojciec i matka, „kobieta męskiego serca”, zadbali, aby przepojoną patriotyzmem atmosferę domu rodzinnego kultywowali także nauczyciele synów w krakowskim Kolegium Nowodworskiego, bez wątpienia jednej z najlepszych tego typu szkół w Rzeczypospolitej, oraz w Akademii Krakowskiej. Wojewoda bełski, człowiek na wskroś metodyczny i praktyczny – a jak scharakteryzował go w wydanej w 1946 roku biografii Jana Sobieskiego Otto Forst de Battaglia, również „subtelny i wrażliwy, elokwentny i otwarty na wszelką intelektualną wiedzę, […] oszczędny i troskliwy ojciec rodziny, skłonny do przepychu tylko wtedy, kiedy chodziło o splendor familii…” – wolał nic nie pozostawiać przypadkowi. Ludzie mający kształtować charaktery jego synów i wpajać im wiedzę niezbędną młodym magnatom otrzymali od niego szczegółowe instrukcje, na co powinni położyć główny nacisk. Chłopcy mieli przede wszystkim w stopniu doskonałym opanować łacinę i trudną sztukę retoryki. W szkole Nowodworskiego pobierali nauki na najwyższym poziomie. Jak przed ponad ćwierćwieczem napisałem w książce Wielcy hetmani Rzeczypospolitej, mieli wyrosnąć na szlacheckich oratorów, stać się sprawnymi sejmowymi gadułami, którzy z upodobaniem będą się posługiwać przed różnymi gremiami makaronicznym stylem przetykanym podniosłymi cytatami. Ale też przywykłymi do fizycznego wysiłku, władającymi doskonale szablą i bandoletem oraz wierzchowcem, wdrożonymi w zasady sztuki wojennej. Po prostu – przyszłymi dowódcami.

Zresztą obaj Sobiescy posiedli w Krakowie duży zasób wiedzy z różnych dziedzin. Prócz łaciny nauczyli się niemieckiego, na podstawowym poziomie zapoznali się z greką i językiem tureckim, nieźle poznali historię. Henryk Barycz, który poświęcił latom szkolnym i pobytowi Sobieskich w Krakowie cenne opracowanie, dotarł do ich rękopisów zawierających rozprawki na tematy historyczne. Abstrahując od niewyrobionego jeszcze stylu, zaskakuje głębia przemyśleń i celność wniosków – częstokroć o ponadczasowym charakterze – wypływające z prac braci. W jednym z ćwiczeń Jan przeprowadził krytykę sejmu, pisząc, że jest on miejscem, „na którym rozprawia się nie o zbawieniu ojczyzny i dobru pospolitym, ile raczej o prywatnych pożytkach, gdzie toczy się sprawa nie wokół tego, co jest istotnie potrzebne Rzeczypospolitej, lecz co podoba się możnym, gdzie nie miłośnik prawdy i znawca spraw publicznych jest uznany za powołanego, lecz nikczemny pochlebca osądzony najmądrzejszy”. Tekst ten wyszedł spod pióra młodzieńca piszącego – tu raczej nie powinno być wątpliwości – pod wpływem swoich nauczycieli, którzy hołdowali dość rewolucyjnym poglądom na temat państwa, zagadnień związanych z jego obronnością, roli szlachty i złotej wolności. W rozprawce poświęconej bitwie pod Warną i królowi Władysławowi młodszy z braci określił Turcję jako „tego świata wszystkiego rozbójnika i wiecznie głodnego nieprzyjaciela”. Nie mógł przypuszczać, że to właśnie jemu przyjdzie okiełznać niepohamowany apetyt Porty Otomańskiej na nowe zdobycze.

Na początku 1646 roku, po niemal sześciu latach nauki i zaledwie na kilka miesięcy przed śmiercią ojca, bracia pod opieką jego dwóch zaufanych ludzi zostali wysłani w podróż zagraniczną. W rodzinach magnackich, jak również wśród średniozamożnej szlachty, już od dawna taki sposób poznawania świata i pogłębiania edukacji był szeroko praktykowany i Polaków można było spotkać we wszystkich większych miastach Starego Kontynentu. Jakub Sobieski i tym razem sporządził stosowną instrukcję, w której na plan pierwszy wybijały się nauka języka francuskiego, zawieranie kontaktów z cudzoziemcami, szczególnie na królewskich i książęcych dworach, oraz studiowanie sztuki wojennej, głównie architectura militaris w Niderlandach, słynących w całej Europie z potężnych, przemyślnie budowanych twierdz, które potrafiły oprzeć się Hiszpanom. Jak zauważył w biografii Jana Sobieskiego Zbigniew Wójcik, wskazany przez Jakuba ideał wychowania „nawiązywał do najlepszych polskich i europejskich tradycji renesansowych, w założeniu swym sprzeciwiając się prądom, które zmierzały do sarmatyzacji oświaty i wychowania, procesowi niewątpliwie wstecznemu”.

W instrukcji była również zawarta przestroga, zapewne bardziej stosowna w dzisiejszych czasach, ale i wówczas przekazywana przez troskliwych rodziców niedoświadczonym dzieciom, wiele mówiąca o jednej z najgorszych polskich przypadłości, ciągle obecnej w naszych zachowaniach i żywotnej niczym bluszcz. Otóż wojewoda przestrzegał Marka i Jana, „aby jak najmniej Polaków było, gdzie wy będziecie stać, bo po prostu nasi radzi się z sobą wadzą i na drugiego radzi poduszczają, nowinki sieją jeden o drugim, jeden drugiemu leda czego zajrzy, jeden drugiego psuje złym przykładem, złymi obyczajami, na złe rzeczy namawiając, radzi poduszczają na starszych, na utraty niepotrzebne. Rzadki z nich czym się tam dobrym bawi. Widzimy też, że sroga ich rzecz, co cielętami przyjeżdżają do cudzej ziemie, wyjeżdżają zacz wołami do ojczyzny swojej”. Jakub Sobieski nie miał możliwości sprawdzenia, czy jego rady znalazły zastosowanie, a synowie nie powrócą wołami. Jednakże umierając w połowie czerwca, „z wielką wszystkich boleścią, a osobliwie króla”, miał nadzieję, że zrobił wszystko, aby wychować ich na dobrych obywateli i żołnierzy.

Odkrywanie Zachodu przez młodych Sobieskich trwało dwa i pół roku. W tym czasie podróżowali przez spustoszone wojną trzydziestoletnią kraje niemieckie, odwiedzili pogrążoną w konflikcie między królem Karolem I Stuartem a parlamentem Anglię oraz Zelandię i Holandię, gdzie oglądali niezwyciężone do niedawna oddziały wojsk hiszpańskich i pilnie studiowali sztukę fortyfikacyjną. Najdłużej, łącznie niemal rok, spędzili w Paryżu. Poznali wiele osobistości z kręgów dworskich, bywali zapraszani na przyjęcia i przeszli świetny kurs galanterii. W wielu opracowaniach pojawiają się stwierdzenia, że Jan Sobieski zawarł wówczas bliską znajomość z Ludwikiem II Burbonem, księciem de Condé, zwanym Wielkim Kondeuszem, oraz przedstawicielami dworskiej opozycji, tzw. Frondy, a także wstąpił do gwardii królewskiej. Jeden z biografów, Lucjan Tatomir, uderzył w wysokie tony i dał się ponieść fantazji, pisząc, że Jan „zdumiał swoich towarzyszy broni [tj. gwardzistów – S.L.] zręcznością w robieniu pałaszem, szpadą, lancą i toporem, […] władał francuskim językiem jak rodowity Francuz, […] rozprawiał o polityce z Kondeuszem jak wytrawny statysta”. Wydaje się, że źródłem dla bajań w opisanym powyżej stylu może być panegirysta, hrabia Narcisse-Achille de Salvandy, francuski minister oświaty i dyplomata, a przy tym autor opasłego dzieła pt. Historia króla Jana Sobieskiego i Królestwa Polskiego z 1855 roku. Sęk w tym, że zupełnie pozbawionego odniesień do faktów; „twórca” przytaczał nawet przebieg prywatnych rozmów Kondeusza z Sobieskim! Prawdą natomiast może być to, że Jan „wzbudzał zazdrość rówieśników nadzwyczajnym powodzeniem u płci pięknej”, gdyż czego jak czego, ale męskiej urody mu nie brakowało.

Osobiście jestem bardzo sceptyczny wobec głoszonych w różnych opracowaniach rewelacji z podróży Sobieskich. Podtrzymuję zdanie wyrażone przed laty w książce Poczet hetmanów polskich i litewskich; upływ czasu w tym względzie niczego nie zmienił. Pisałem wówczas: „Raczej do pobożnych życzeń zaliczyć należy twierdzenia o wstąpieniu Jana w szeregi «czerwonych» muszkieterów królewskich, związaniu się ze środowiskiem frondystów czy nawiązaniu ścisłych kontaktów ze sławnym księciem de Condé. Zbyt wysokie progi, zbyt niski wiek i sprawa najbardziej prozaiczna – kłopoty z francuszczyzną («niepodobna im była konwersacja francuska») przekreślały takie możliwości”. Sam Battaglia namieszał trochę w głowach czytelników, pisząc, że „o bardzo prawdopodobnym” wstąpieniu Sobieskiego do muszkieterów „francuskie źródła milczą”. Logika tej wypowiedzi zdaje się wskazywać, że milczenie źródeł uprawdopodabnia zajście zdarzenia; w taki sposób mogą argumentować mało poważni politycy, historykowi to raczej nie przystoi. Nie ma natomiast wątpliwości, że zagraniczne wojaże, w szczególności pobyt nad Sekwaną, wywarły na przyszłym królu głębokie wrażenie i przydały mu towarzyskiej ogłady. Sentyment do Francji, odpowiednio wzmocniony wyborem dokonanym w życiu osobistym, miał się po latach odezwać w jego polityce wewnętrznej i zagranicznej. Skrywanym marzeniem nastolatka, towarzyszącym mu przez następnych kilkanaście lat, miał się stać „taburet” w Wersalu, który byłby skłonny oddać za urzędy i godności we własnej ojczyźnie. Zauroczenie Francją nie było bynajmniej ślepe; mimo podziwu dla wspaniałości dworu i potęgi władzy Ludwika XIV wyraźny sprzeciw budził w Sobieskim królewski absolutyzm, któremu „zgnoić największego w Bastylii wolno człowieka”.

Paryż w XVII wieku: na pierwszym planie Sekwana, w głębi widoczny Luwr, francuska grafika z lat 1629–1630.

Pobyt we Francji wydał jeszcze inne owoce. Dochodzący lat męskich Jan Sobieski, wysoki, postawny, gorącokrwisty, a jednocześnie pełen wielkopańskich manier, ogniskujący na sobie spojrzenia dam, znalazł dość czasu, by popuścić wodze potrzebom ciała i rodzącym się uczuciom. Nie wiemy, jak często udawało mu się zniknąć z oczu czujnych opiekunów i ile przeżył romansów, ale – wedle niektórych, w tym Battaglii – jeden z nich pozostawił po sobie nad wyraz trwały ślad. Oto osiemnastoletni panicz wdał się w przelotną – wówczas takie tylko przeżywał – miłostkę z córką jakiegoś urzędnika i z tego krótkiego, acz bujnego związku miał się urodzić chłopiec. Przez całe lata było o nim cicho, a roztrząsanie, dlaczego tak się stało, trzeba pozostawić w sferze domysłów. W końcu jednak rzekomy syn Sobieskiego jako tajemniczy Mathieu de Brisacier pojawił się nad Wisłą i wywołał niemałe poruszenie. Na dworze zastanawiano się nawet nad jego stosownym uhonorowaniem, aczkolwiek bez nadawania sprawie nadmiernego rozgłosu. Niemniej skandal wybuchł i nie samego jedynie Sobieskiego postawił w niekomfortowej sytuacji.

W czerwcu 1648 roku za pośrednictwem księcia Bogusława Radziwiłła, który również odbywał zagraniczne wojaże, do przebywających w Brukseli Sobieskich dotarły wieści o zgonie Władysława IV Wazy, a zaraz potem o szokujących porażkach polskich wojsk pod Żółtymi Wodami i Korsuniem w starciu ze zbuntowanymi Kozakami Bohdana Chmielnickiego. Przyczyny buntu były wielorakie, u jego genezy legły kwestie religijne, społeczne, wojskowe, polityczne, ale w sposób najprostszy wskazał je Jakub Łoś, autor Pamiętnika towarzysza chorągwi pancernej, pisząc, że „kozackiej zaś wojny przyczyna była – uciążenie ich od panów ruskich”, czyli magnaterii i szlachty posiadających majątki ziemskie na obszarze Ukrainy. Miesiąc później bracia otrzymali list od matki, w którym wzywała ich do powrotu. Teofila Sobieska oczekiwała na synów w Zamościu, należącym do najpotężniejszych twierdz Rzeczypospolitej. Znalazła się tam, uszedłszy z Żółkwi przed Kozakami i ukraińskim chłopstwem wyrzynającym polską szlachtę. Nie przypuszczała jednak zapewne, że fala buntu dotrze aż pod Zamość. Jak wielu innych sądziła, że powstanie spotka ten sam los co wszystkie poprzednie mniejsze i większe kozackie rebelie.

 

Nim doszło do spotkania, wydarzyło się coś zupełnie niepojętego, wobec czego Żółte Wody i Korsuń nagle straciły na znaczeniu, podobnie jak dziesiątki innych wojennych klęsk i niepowodzeń w dotychczasowych dziejach polskiego oręża. Oto w nocy z 23 na 24 września ogromna liczebnie armia Rzeczypospolitej – wbrew mitowi utrwalonemu przez Henryka Sienkiewicza i powielanemu przez wielu autorów złożona głównie z regularnych wojsk, nie zaś z pospolitego ruszenia – która wedle słów Pawła Jasienicy „zamierzała samą grozą swej postawy pańskiej poskromić zbuntowany motłoch”, po kilku stoczonych za dnia drobnych utarczkach z Kozakami rozbiegła się w panice na wieść o zbliżaniu się Tatarów, koniunkturalnych sojuszników kozackich. Nigdy wcześniej nie doszło do paniki na podobną skalę, nigdy dotychczas jej ofiarą nie padła cała armia. To była fatalna wróżba na przyszłość, a bitwa pod Piławcami, której ostatecznie nie stoczono, szybko zyskała miano „hańby plugawieckiej”. Winowajców było wielu, począwszy od trzech regimentarzy sprawujących dowództwo: Dominika Zasławskiego, Mikołaja Ostroroga i Aleksandra Koniecpolskiego, ludzi wielkich nazwisk i małych predyspozycji do piastowania tak odpowiedzialnych stanowisk; wykpiwano ich zresztą, przezywając odpowiednio „Pierzyną”, „Łaciną” i „Dzieciną”, co świetnie charakteryzowało ich wojskowe umiejętności i wiek. Kolejnym winowajcą był ten, który świadomie postawił ich na czele armii, kanclerz Jerzy Ossoliński. Posiadał on podczas bezkrólewia ogrom władzy, ale zamiast zdolnego dowódcy – byli tacy, tyle że wywodzili się spośród mocno podejrzanych innowierców, co w dobie kontrreformacji ich dyskwalifikowało – wolał trzech nieudaczników, nawzajem się neutralizujących i pozbawionych tym sposobem szansy na wybicie się do roli męża opatrznościowego Rzeczypospolitej. W końcu zawiniła sama szlachta – butna, głupia, wiecznie pijana i podszyta tchórzem. Zupełnie inna sprawa, że tak bardzo wśród szlachty popularny książę Jeremi Wiśniowiecki, doświadczony dowódca wojskowy, podczas strasznej nocy pod Piławcami również stracił głowę i odrzucił kierowane do niego rozpaczliwe prośby objęcia władzy nad armią, co przypuszczalnie było jedynym sposobem zapanowania nad paniką i przeciwstawienia się nieprzyjacielowi. Również w nim, słynnym Jaremie, uchodzącym za człowieka odważnego do szaleństwa, w tym dramatycznym momencie zagościły wątpliwości i strach przed odpowiedzialnością. Kat Ukraińców, który swoim zachowaniem w niemałym stopniu przyczynił się do rozpalenia rebelii, wolał jak wszyscy uchodzić w kierunku Lwowa, zamiast brać komendę i walczyć.

Marek i Jan mieli wiele szczęścia, że los oszczędził im udziału w wyprawie pod Piławce. Ustrzegł ich nie tylko przed skazą na honorze, lecz także, być może, utratą miłości i szacunku ze strony matki. Nim Teofila Sobieska otworzyła ramiona przed synami, miała podobno wypowiedzieć zdanie: „Wyrzekłabym się was, gdybyście mieli być tacy jak ci spod Piławiec”. Po latach Jan przedstawił trochę zmienioną wersję, która miała brzmieć: „Gdyby tak któryś z synów moich miał ujść potrzeby, nigdy bym go za syna nie miała”. Niezależnie od tego, która z nich jest zgodna z rzeczywistością, czy może obie stanowią tylko wymysł, wydaje się, że właśnie wdowa po kasztelanie krakowskim byłaby zdolna do takiego uczynku. „Męskie serce”, jakie nosiła w piersi, cztery lata później dla młodszego z braci miało zamienić się w kamień.

Po powrocie do kraju młodzi Sobiescy podzielili się częścią spadku po ojcu i objęli urzędy starostów: Marek – krasnostawskiego, Jan – jaworowskiego. Czas nie sprzyjał innym niż wojna zajęciom. W 1649 roku Rzeczpospolita usiłowała powstrzymać krociową armię Chmielnickiego i sprzymierzonych z nim Tatarów pod Zbarażem. Tam zebrały się najlepsze oddziały Korony pod faktycznym dowództwem Wiśniowieckiego, który wykazał się dużą odwagą, dobrze wiedząc, że w wypadku porażki akurat on, człowiek najbardziej przez Kozaków znienawidzony, nie będzie mógł liczyć na ich litość. Podczas gdy Marek walczył wśród obrońców twierdzy, młodszy z braci znalazł się u boku nowego króla Rzeczypospolitej, Jana II Kazimierza, idącego jej na odsiecz. Armia królewska pomimo dzielnej postawy żołnierzy i samego monarchy dała się pod Zborowem otoczyć Tatarom. Podczas bitwy stoczonej 15 sierpnia starosta jaworowski walczył na jednym skrzydle z Jerzym Sebastianem Lubomirskim, ówczesnym starostą krakowskim. Niedaleka przyszłość miała związać ich losy tragicznym węzłem. Sobieski bił się mężnie, ale nie wykazał się niczym szczególnym, w każdym razie nie na tyle, by przypisywać mu nadzwyczajne zasługi. Wraz z innymi rozpaczliwie walczył o życie i przetrwanie, zawdzięczając je bohaterskiej postawie piechoty i sile ognia skutecznie powstrzymującej ataki przeciwnika. Tymczasem znaleźli się autorzy, którzy idąc śladem wspomnianego hrabiego de Salvandy’ego, dostrzegli w nim nie tylko tęgiego rębajłę oganiającego się od chmary ordyńców, lecz także dowódcę umiejącego zapanować nad paniką i uratować armię przed pogromem. Za taką postawę wedle de Salvandy’ego i zwolenników jego bajdurzeń dzielny junak miał zostać nagrodzony przez króla starostwem jaworowskim, które w rzeczywistości już od pewnego czasu posiadał. Można tu stwierdzić z przekąsem, że tłumek postaci z polskiej historii, na które z ust wszelkiej maści lizusów spadły niezasłużone pochwały, jest nadmiernie duży i, niestety, stale się powiększa.

Pułapka, w której znalazła się armia pod Zborowem, wydawała się bez wyjścia i los państwa zawisł na włosku, ponieważ wykrwawiona i wyniszczona głodem załoga Zbaraża również była bliska kapitulacji. I zapewne na nic zdałoby się poświęcenie Mikołaja Skrzetuskiego (pierwowzoru Sienkiewiczowskiego Jana Skrzetuskiego), który przedarł się z twierdzy do obozu króla z dramatyczną relacją na temat stanu fortecy i ginących w niej obrońców, gdyby chan tatarski, działając wbrew interesom Kozaków, nie zawarł separatystycznego porozumienia z Janem Kazimierzem. Chan dobrze wiedział, że polski monarcha jest zdany na jego łaskę, a jednocześnie pragnął pokazać Chmielnickiemu, który spośród dwóch egzotycznych aliantów ma więcej do powiedzenia. Zdawał sobie też sprawę, że rozgromienie wojsk Rzeczypospolitej przez Chmielnickiego na tyle zachwiałoby równowagą sił, iż Tatarzy z dnia na dzień straciliby rolę języczka u wagi, czyniącą z nich atrakcyjnego i pożądanego sojusznika. Chan i jego murzowie dostali stosowne „podarki”, a pozbawieni wsparcia buntownicy zostali zmuszeni pochylić głowy przed prawowitym władcą i zawrzeć porozumienie.

Uśmierzony na chwilę bunt wybuchł z nową mocą w 1651 roku i obaj Sobiescy znów znaleźli się w siodle. W połowie roku doszło do bitwy, która swoim ogromem i liczbą zaangażowanych wojsk mogła rywalizować z największymi bataliami epoki. Chmielnicki i chan krymski Islam III Girej rzucili do boju sto tysięcy wojowników, armia Rzeczypospolitej sięgała sześćdziesięciu tysięcy żołnierzy. Siły te podeszły pod Beresteczko w sposób, który wzbudził podziw Ottona Laskowskiego. Autor niewielkiego dziełka Młodość wojskowa Jana Sobieskiego stwierdził: „Marsz z Sokala pod Beresteczko, wykonany w kilku kolumnach, czyli jak wtedy mówiono w dywizjonach, dla tym szybszego przerzucenia wojsk na nowe stanowiska i łatwiejszego ich wyżywienia, ubezpieczony znakomicie przed skrzydłowym natarciem przeciwnika, dzięki samemu rozkładowi sił w poszczególnych kolumnach i wyznaczeniu im do osiągnięcia odpowiednich celów oraz skoncentrowaniu do bitwy wszystkich sił – nasunąć musiał pewne refleksje co do stosowania metody dzielenia wojsk w marszu i łączenia ich na polu bitwy, którą na Zachodzie w pełni zastosować potrafił, po okresie marszów wykonywanych przed nim zwartą masą całego wojska, dopiero Bonaparte”. Nie byłoby powodu cytować tego przydługiego i dość skomplikowanego ze względu na składnię zdania, gdyby w kolejnym nie padły słowa odnoszące się do przyszłego króla: „Gdy w czasach późniejszych Sobieski wystąpił jako wódz samodzielny, umiał sam już stosować metodę tę po mistrzowsku”. Ocena Laskowskiego nie odbiera jednak Napoleonowi zasługi opracowania do perfekcji tego właśnie elementu, jednego z najważniejszych w jego taktyce, nawet jeśli czyni ze starosty jaworowskiego odległego w czasie prekursora takiego sposobu wojowania.

W jednej z największych bitew, jakie widziała siedemnastowieczna Europa, każda ze stron miała prawo liczyć na zwycięstwo i przełom w ciągnącej się już czwarty rok wojnie. I każdej los dał taką szansę: trwająca trzy dni batalia miała dramatyczny przebieg. Bracia walczyli pod komendą przeszło sześćdziesięcioletniego hetmana Stanisława „Rewery” Potockiego, któremu nie w smak było słuchać rozkazów sprawującego naczelne dowództwo króla. To był jeden z powodów kryzysu, jaki nastąpił drugiego dnia, kiedy orda była bliska przełamania polskich oddziałów. Skończyło się na strachu i bolesnych stratach, również wśród sił dowodzonych przez Marka i Jana Sobieskich. Młodszy z braci został poważnie ranny w głowę i na krótką chwilę dostał się nawet do niewoli. Jak w monumentalnym dziele Dola i niedola Jana Sobieskiego napisał Tadeusz Korzon, starosta „zawdzięczał ratunek swoim towarzyszom, którzy Muffrah-murzę żywcem pojmali”, a Battaglia stwierdził, że „uratował go spieszący z pomocą Lubomirski”, który pod Beresteczkiem dowodził czternastoma chorągwiami, w tym dwiema husarskimi. Dodałoby to smaczku późniejszym o kilkanaście lat wydarzeniom.