Drapieżny ród PiastówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp. Drapieżny ród. Mroczne dzieje Piastów

Mieszko czy Dago? Skandynawski gen okrucieństwa

Okrutne Mieszkówny

Świat ślepców

Okaleczeni przez wrogów i historię

Przeklęty na wieki

Kazimierz Odnowiciel

Szczodry, Śmiały... szalony!

Mieszko Bolesławowic

Dziwny układ: Władysław Herman i palatyn Sieciech

Wilcze szczenię

Przegnany brat

Rzeź w Gąsawie

Książę z piekła rodem

Okrutny cudak

Umowy na przeżycie i co z nich wynikło

Zamordowany król

Bezwzględny karzeł

Władca wielki i mały

Ostatnia walka Piastów

Epilog

Bibliografia

Źródła ilustracji

Opieka redakcyjna: JOLANTA KORKUĆ

Redaktor: ANNA RUDNICKA

Wybór ilustracji: MARCIN STASIAK

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, LIDIA TIMOFIEJCZYK, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: ROBERT KLEEMANN

Zdjęcie na okładce: © Rekografia/Bartek Janiczek

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06667-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP

DRAPIEŻNY RÓD. MROCZNE DZIEJE PIASTÓW

Mitem jest dość powszechne przekonanie o nienawidzących wojny Słowianach. Podobnie jak wyobrażenie o Polakach, którzy, w przeciwieństwie do ościennych nacji, mieli się jakoby brzydzić okrucieństwem i skrytobójstwem. Dzieje naszej pierwszej dynastii z pewnością dowodzą czegoś zgoła innego. Książęta i królowie z rozrośniętego nad podziw rodu Piastów – genealogia zawiera niemal sześćset postaci, w tym dwustu osiemdziesięciu jeden panujących – przez kilka stuleci dawali liczne przykłady bestialstwa, nie pozwalając się zdystansować pod tym względem przedstawicielom innych europejskich dynastii. Barbarzyństwo i bezwzględność, wymieszane częstokroć z geniuszem politycznym, zdolnościami militarnymi i inteligencją, które pozwalały im dokonywać wielkich czynów, towarzyszyły Piastom w sprawowaniu rządów nad poddanymi i w rozprawach z przeciwnikami politycznymi. Także z najbliższymi krewnymi. To w ich kręgu nader często dopatrywali się i znajdowali – prawdziwych lub wyimaginowanych – śmiertelnych wrogów, których należało usunąć. Paweł Jasienica w Polsce Piastów napisał: „W rocznikach dziejów piastowskich są postępki, których okrucieństwo łamie wszelkie granice człowieczeństwa”. Zresztą sami władcy piastowscy równie często stanowili cel skrytobójczych zamachów, mordowani za pomocą sztyletu, miecza lub zmyślnie przyrządzonej trucizny.

Nad pierwszą polską dynastią zawisła jakaś straszliwa klątwa, która sprawiła, że aż do czasów Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego wszyscy pozostali Piastowie – Bolesław Chrobry, Mieszko II, Bolesław II Zapomniany, Bolesław Szczodry i Przemysł II – sprawowali władzę łącznie jedynie przez kilkanaście lat! Pięciu królów! Gdy zasiedli na królewskim tronie, niemal natychmiast dochodziło do dramatycznych wydarzeń, które niweczyły marzenia o długim panowaniu i prowadziły do ich śmierci. Równie szybko i w nie mniej dramatycznych okolicznościach rozstawali się z życiem ci spośród członków rodu, którzy na wyciągnięcie ręki zbliżyli się do królewskiego berła. W tym drugim przypadku chodzi już o znacznie dłuższy orszak pretendentów z mniejszymi lub większymi szansami na wywyższenie. Oni również ginęli zwykle w skrytobójczych zamachach, taki los spotkał Leszka Białego czy Henryka IV Probusa. Rządy Piastów można uznać za szczególnie krwawe, jeśli porównać je z następnymi dynastiami panujących – Andegawenami, Jagiellonami – czy królami elekcyjnymi; rządzący po Piastach jawią się jako dobrotliwi monarchowie odrzucający przemoc i okrucieństwo w sprawowaniu władzy. Różnicy tej bynajmniej nie tłumaczy wyłącznie czas, w jakim jednym i drugim przyszło rządzić; średniowiecze, czasy nowożytne i najbliższa nam współczesność dostarczają dość przykładów bestialstwa najwyższej próby. Pamiętajmy jednak, jak celnie rzecz ujął Stanisław Cat-Mackiewicz, że: „To, co było w średniowieczu nikczemnością, dzisiaj może być uważane za szlachetność i – odwrotnie. Inne były wymiary moralne, inne wszystko”. Panujące przed wiekami standardy zachowań i ich moralna ocena często okazują się nieprzystawalne do współczesności. Wiele piastowskich uczynków uznamy dzisiaj za w najwyższym stopniu naganne, niemożliwe do zaakceptowania bądź niezrozumiałe, tyle tylko, że należy przykładać do nich zupełnie inną miarę i interpretować je w kontekście epoki. Proste przełożenie pomiędzy dobrem i złem, brzydotą i pięknem w tym wypadku nie istnieje. Dlatego wszędzie tam, gdzie pozwalam sobie na kategoryczne oceny, czynię to ze świadomością, że mogą być one dotknięte błędem, który jest właściwie nie do uniknięcia, wynika bowiem ze spojrzenia człowieka żyjącego w zupełnie innej rzeczywistości na wydarzenia i postaci sprzed sześciu i więcej stuleci. Trzeba też mieć na uwadze, że porywczość i okrucieństwo Piastów stanowiły najczęściej środek do uzyskania władzy i realizacji stawianych przed sobą celów. Tak czy inaczej, ten „drapieżny” ród wydał wiele wybitnych, wyrazistych osobowości, i warto pamiętać, że dzięki ich determinacji, niezłomnej, ale również bezwzględnej postawie, położone zostały podwaliny polskiej państwowości.

Swoją uwagę skupię na kilkunastu głównych postaciach i szeregu postaci pomniejszych, tworzących galerię królów i książąt piastowskich. Opisywać będę, rzecz jasna, nie tylko ich brutalne czyny, ale i wielkie dokonania, nie pomijając przy tym przypadków najzwyklejszej głupoty i niegodziwości, których konsekwencje niejednokrotnie okazywały się równie bolesne. Będzie to rzecz o działaniach, które rzucały cień na imponujące skądinąd dokonania piastowskich władców na wielu innych polach, a niekiedy całkowicie je przesłaniały.

Zdumiewające jest przy tym, jak wiele cech ludzkich charakterów i jak wiele mechanizmów rządzących polityką w epoce Piastów – abstrahując od ich średniowiecznego entourage’u – zachowało swoją aktualność.

Niezmienna pozostała żądza władzy. I gotowość do popełnienia najbardziej niegodziwych czynów dla jej zdobycia lub utrzymania.

MIESZKO CZY DAGO?

SKANDYNAWSKI GEN OKRUCIEŃSTWA

Dwa potężne drakkary wymalowane w jaskrawe kolory, wyposażone w trzydzieści par wioseł i długie niemal na czterdzieści metrów każdy, lekko kołysały się przy nabrzeżu unoszone ledwie odczuwalną falą. Ich zgrabne, wydłużone kadłuby zwieńczone przymocowanymi do dziobnic rzeźbami smoczych łbów odcinały się wyraziście na tle niewysokich, porośniętych trawą i kwieciem wzgórz okalających niewielki fiord nieopodal Bergen. Mimo że był dopiero początek wiosny, do złudzenia przypominały one wzorzysty dywan, który z każdym dniem miał nabierać coraz żywszych barw. Kilkudziesięciu mężczyzn, w większości obnażonych do pasa, ostrożnie stąpając po wąskich chybotliwych trapach, krążyło pomiędzy nabrzeżem i okrętami, znosząc na ich pokłady bojowe oporządzenie i zgromadzone zapasy żywności, wina i wody. Ich odsłonięte muskularne torsy oraz pobrużdżone, wysmagane wiatrem i słońcem twarze ociekały potem. Zupełnie nie zwracali uwagi na panujące jeszcze o tej porze roku zimno, spiesząc się, aby przed zmrokiem skończyć pracę. Nazajutrz wczesnym rankiem oni i gromada ich towarzyszy mieli wypłynąć na kolejną wyprawę. Jej szczegóły były znane wyłącznie starszyźnie, ale i do zwykłych wojów dotarły informacje na tyle istotne, aby mogli się zorientować, dokąd ich poprowadzi Sven Jednouchy. Mówiono o tym kilka dni wcześniej podczas wiecu i wielogodzinnej biesiady z udziałem wojowników i ich rodzin z kilku sąsiednich osiedli. Tyle tylko, że nadmiar trunków niektórym tak bardzo zmącił w głowach, że zapamiętali jedynie strzępy tego, o czym była mowa. Gdyby zresztą usłyszeli wszystko i dano im czas na przemyślenia, nie miało to większego znaczenia; wyprawa u boku Svena, niezależnie od stopnia ryzyka i czyhających niebezpieczeństw, nieodmiennie oznaczała powodzenie i osobistą korzyść dla jej uczestników. Potężny wiking o budzącym strach drapieżnym wyglądzie, z nieodłącznym toporem u boku, w hełmie z turzymi rogami na głowie, wymykającymi się spod niego tłustymi kosmykami rudych włosów i z opaską przesłaniającą pusty oczodół, wielokrotnie im przewodził w łupieżczych wyprawach. Wracali z nich zawsze ze zdobyczą i bez większych strat w ludziach. Sven był śmiałym dowódcą i na dodatek urodzonym szczęściarzem – stracił najpierw ucho, potem oko, ale poza tym niewielkim uszczerbkiem na urodzie, z czego sam często żartował, wychodził cało z największych niebezpieczeństw i ciągle zachowywał głowę na karku – co sprawiało, że na jego wezwanie zgłaszało się wielu śmiałków skuszonych wizją bogatych łupów i gotowych dla nich postawić na szali własne życie. Tak było i tym razem, chociaż zapowiadana wyprawa miała być niepodobna do innych. Czekał ich rejs przez duńskie cieśniny do Jomsborga, wielkiego nadbałtyckiego portu na wyspie Wolin dzierżonego przez potężną kupiecką republikę, i zarazem bastionu skandynawskich i słowiańskich piratów, a stamtąd w górę wielkiej rzeki aż do miasta zwanego Schinesghe. Tam miał na nich oczekiwać książę Dago, jak wieść niosła – ich pobratymiec, którego przodek zdobył władzę nad miejscowym ludem. Dago, na wzór potężnego władcy Carogrodu, rzymskiego basileusa, lubił się otaczać walecznymi wojami z krainy fiordów, tworząc z nich oddaną sobie, absolutnie lojalną i niezawodną w boju drużynę. Była ostoją jego władzy.

 

Płynęli, aby mu służyć.

Być może nie wszystkim spodoba się stwierdzenie, dzisiaj już niezbyt odkrywcze, że grupa skandynawskich wikingów, którzy pragnęli się zaciągnąć na służbę u księcia Polan, rzeczywiście miała podstawy, aby myśleć o nim jako o swoim pobratymcu. Przypuszczenie, że pierwszy historyczny przedstawiciel dynastii Piastów pochodził z miejscowego rodu, który od co najmniej dwóch stuleci budował swoją polityczną i militarną potęgę, wychodząc od ziem dzisiejszej Wielkopolski, budzi jednak poważne wątpliwości. Być może w opowieściach o jego na wpół legendarnych poprzednikach tkwi ziarno prawdy. I być może imię Piasta jako twórcy dynastii należy wiązać ze znaną w średniowieczu instytucją piastuna, czyli opiekuna książęcych dzieci, który podobnie jak znudzeni służbą dla Merowingów karolińscy majordomowie sięgnął po książęcy tron dla swojego potomka kosztem dotychczasowego władcy. Jednakże mocno ugruntowana, wydawałoby się, teoria krzepnącego przez wieki organizmu plemiennego Polan, z Mieszkiem I jako sukcesorem w prostej linii paru wcześniejszych słowiańskich książąt, jest w istocie stale podważana. We frapującej książce Początki Polski. Zagadki i tajemnice jej autor, Andrzej Zieliński, napisał: „A tymczasem nasz «królewski szczep piastowski» może okazać się tylko jednym z licznych odłamów dynastii skandynawskich dominujących wówczas w znacznej części Europy, a przede wszystkim w basenie Morza Bałtyckiego. Jest to niezwykle nęcący trop. Wymaga on jednak gruntownych badań polskich historyków, przeprowadzonych już bezpośrednio w zasobach historycznych Skandynawii”. Dodać wypada, że na ów ślad badacze natrafili dość dawno. Już piszący w XIX wieku Karol Szajnocha postawił tezę, że Mieszko był w rzeczywistości skandynawskim wikingiem, który siłą zdobył książęcy tron Piastów. Historyk ten w Lechickim początku Polski pozostawił ciekawe wywody na temat normańskich podbojów sięgających od wybrzeży Morza Śródziemnego i Morza Czarnego po wschodnie brzegi Bałtyku, północną Francję, Irlandię i Anglię, kończąc je retorycznym pytaniem: „W takim nieprzerwanym paśmie ziem niepokojonych skandynawskim orężem miałżeby tylko jeden kraj, mianowicie słowiańskie Pomorze między Odrą a Wisłą, tuż pod bokiem Skandynawii leżące, ujść napadów normandzkich?”. W sukurs przyszedł mu Franciszek Piekosiński, autor dzieła O powstaniu społeczeństwa polskiego w wiekach średnich i jego pierwotnym ustroju, dowodząc, że Polska jako samodzielne państwo powstała w wyniku dwóch najazdów normańskich, przy czym do tego późniejszego doszło na początku X wieku. Oznaczałoby to, że Mieszko mógł mieć jednego lub najwyżej dwóch przodków o skandynawskich korzeniach, nim sam został gnieźnieńskim księciem. Wersję tę wzmacnia pochodzące z XI wieku podanie o przybyszu z Dalekiej Północy, owianym mgłą tajemnicy Piotrze Duńczyku, jakoby założycielu Wiślicy i Tyńca. Miał on przypłynąć w górę Wisły na czele licznej gromady Normanów na początku X wieku i siłą zdobyć dla siebie oraz swoich ludzi rozległe terytorium. Później je jeszcze powiększył dzięki kolejnym wyprawom. Może to właśnie on był ojcem lub dziadkiem Mieszka I? A założone przez niego państwo nie było nazywane krajem Polan, lecz Witlandią, która to nazwa pojawia się w staroszwedzkich sagach.

Obecnie ku tezie o skandynawskim rodowodzie pierwszego historycznego władcy Polski skłania się już wielu historyków. Na jej poparcie dysponują pogłębionymi badaniami nad dostępnymi dokumentami z epoki oraz wynikami odkryć archeologicznych. Wydaje się, że są one kluczem do rozwikłania wielu zagadek. Dowodzą z pewną dozą prawdopodobieństwa, że polska państwowość została ukształtowana przez wikingów, a nasz kraj był jednym z wielu wśród ówczesnych zdobyczy najeźdźców z Północy. Podobne sytuacje z normańskimi wodzami przebojem zdobywającymi władzę zdarzały się w tym samym bądź zbliżonym czasie wielokrotnie, chociażby na nieodległej Rusi, gdzie niejaki Ruryk zapoczątkował dynastię, która miała przetrwać sześćset lat. To jemu i jego dwóm braciom, Sinusowi i Truwerowi, sławnym jarlom (przywódcom wikingów), zdobywcom i zarazem dzielnym witeziom (wojownikom), poświęcił opowieść znany ruski kronikarz Nestor. Przypuszczalnie stała się ona źródłem legendy o Lechu, Czechu i Rusie, rzekomych założycielach trzech najpotężniejszych słowiańskich dynastii. Skoro długie łodzie wikingów dopływały w górę Wisły aż w okolice Krakowa, a szlak wodny Odry i Nysy Łużyckiej pozwalał im penetrować rejony Europy Środkowej, to cóż stało na przeszkodzie, aby któryś z ich wodzów zainteresował się urodzajnymi ziemiami Polan? Były one nieporównanie atrakcyjniejsze niż zimne, nieprzychylne ludziom pustkowia, gdzie od pokoleń przychodzili na świat. Przybysze ze Skandynawii posiadali niezwykłą wręcz zdolność asymilacji i szybkiego przejmowania miejscowych obyczajów i religii. Nadzwyczaj umiejętnie wtapiali się w miejscową ludność i, jak pisze wspomniany Andrzej Zieliński, na zdobytych przez siebie ziemiach działali zwykle wedle podobnego mechanizmu: „Nie sprowadzali nigdy na nie osadników ze Skandynawii, lecz zawsze starali się tworzyć organizmy państwowe złożone z rdzennej ludności. Dzięki temu panowali na ziemiach Słowian Wschodnich, w Anglii, Irlandii, Islandii, w basenie Morza Śródziemnego, w północnej Francji...”.

Za Mieszkiem wikingiem przemawia bardzo wiele okoliczności oraz faktów i aż dziw bierze, że tak długo nie przykładano do nich należytej wagi. Chociażby sporządzony krótko przed jego śmiercią niezwykły dokument Dagome iudex, który bierze swą nazwę od pierwszych użytych w nim słów i stanowi świadectwo darowizny poczynionej przez Mieszka na rzecz papiestwa. Stał się podstawą opłacania daniny, która później otrzymała nazwę świętopietrza. Wielu badaczy w egzotycznie brzmiącym słowie „Dagome” doszukuje się pierwotnego imienia Mieszka. I nie jest to bynajmniej teoria nieprawdopodobna, gdyż w sukurs przychodzi im Gall Anonim – słynny kronikarz, o którym w tej książce będzie wielokrotnie mowa – pisząc, że „Książę Mieszko zwany zrazu był imieniem innym”. Jakim, przez kogo, jak długo? Dago, Dagom? W Polsce piastowskiej osoba o podobnym imieniu nie występuje, a jego fonetyczne brzmienie kojarzy się z zamorskim pochodzeniem. Przez całe wieki nie znalazł się nikt, kto usiłowałby rozwikłać tę frapującą zagadkę. Legenda o Piaście i w przekonaniu wielu raz na zawsze ugruntowane spojrzenie na początki polskiej państwowości skutecznie hamowały, bądź wręcz obezwładniały dociekania historyczne w tym zakresie.

Dagome iudex (kopia).

Charakterystyczne imiona nosiły również trzy córki Mieszka z jego pierwszego małżeństwa z córką duńskiego króla Blåtanda. Były to Geira, Astryda i Sygryda (Storråda), znana w naszej historii jako Świętosława, żona królów Szwecji i Danii, matka sławnego Kanuta Wielkiego, króla Anglii, Danii i Norwegii. Ta skłonność do nadawania przez słowiańskiego księcia swoim dzieciom egzotycznych imion jest zaskakująca. Przyjmując nawet, że Mieszko darzył żonę zza morza nadzwyczajną miłością, a jej ojca nie mniejszym szacunkiem i pragnął dać tym uczuciom wyraz, to mógł poprzestać na wyróżnieniu jednej z córek, chociażby pierworodnej, skandynawskim imieniem. Zastanawia także, dlaczego córka niezbyt jeszcze znanego i potężnego słowiańskiego księcia została wybranką kolejnych skandynawskich władców. Czyżby z tego prostego powodu, że pierwszy z nich wysłał swatów na zaprzyjaźniony dwór swojego rodaka? Jeszcze jednym, ale wcale nie ostatnim i niezwykle mocnym argumentem na rzecz takiej tezy są drużynnicy księcia, których przydomki i imiona zdradzały, że przybyli z odległych krain gdzieś na północy kontynentu. W polskiej heraldyce pozostał po nich trwały ślad w postaci licznych znaków o charakterze runicznym. Podobno nie tylko Mieszko, ale i jego syn Bolesław potrafili porozumiewać się z drużynnikami w nieznanym Polanom języku. Czyżbyśmy mieli do czynienia z genialnymi poliglotami? O takich niezwykłych zdolnościach huczałoby w kronikach. Ale nie ma o tym słowa. Chyba jednak bardziej prawdopodobna byłaby teza, że dla dwóch pierwszych historycznych władców Polski ów tajemniczy język brzmiał zupełnie swojsko.

Jak wreszcie wyjaśnić to, że rodzona siostra Mieszka, zwana Białą Kneginią, była obdarzona nadzwyczaj jasną karnacją i białymi włosami, a nosiła niespotykane imię Atleja (Adelajda)? Jedno i drugie było wśród Polan zaskakujące. Jeśli zaś mowa o wyglądzie Adelajdy, to nie od rzeczy będzie uwaga, że państwo Mieszka i Chrobrego zamieszkiwało podejrzanie dużo ludzi o bardzo jasnej skórze i niebieskich oczach. A przecież wedle niekwestionowanych wyników badań naukowców Polanie mieli przybyć na ziemie pomiędzy Wisłą i Odrą ze wschodu, gdzie ludzie miewają raczej ciemniejszą karnację i takież owłosienie. Skąd się zatem wzięła ta dziwna proporcja? Niewykluczone, że odpowiedź jest zadziwiająco prosta. Prace wykopaliskowe ujawniają coraz więcej stanowisk zawierających materialne dowody penetracji kraju Polan przez skandynawskich przybyszów. Istotnym argumentem świadczącym o skandynawskich korzeniach naszej pierwszej dynastii może być niezwykła gwałtowność – często wręcz okrucieństwo i bestialstwo – jej władców. Były one uderzające nawet na tle epoki, w której krew mordowanych na różne sposoby ofiar płynęła strumieniami, i w porównaniu z innymi słowiańskimi książętami i królami wyróżniającymi się zamiłowaniem do brutalnych metod sprawowania rządów. Doskonałym tego przykładem są chociażby przyprawiające o dreszcze wyczyny Świętosławy i Adelajdy. O nich obu będzie jeszcze mowa.

Dużo wiadomości na temat Mieszka I znajdziemy w Kronice biskupa merseburskiego Thietmara, ale to nie on wydobył jego postać z otchłani dziejów. Literackiej prezentacji księcia dokonał żydowski podróżnik i kronikarz Ibrahim ibn Jakub. I chociaż nigdy nie ujrzał go na własne oczy, a jedynie opierał się na informacjach zasłyszanych na dworze cesarza Ottona I oraz rządzącego w Czechach księcia Bolesława, zrobił to w doskonałym stylu, pisząc dużo i ciekawie. Ibrahim syn Jakuba znalazł się w składzie arabskiego poselstwa do Ottona I, które około 965 roku przemierzało ziemie Słowian. Jako wnikliwy obserwator pozostawił wiele interesujących opisów dotyczących ich wyglądu, usposobienia, zajęć, zwyczajów, ze szczególnym uwzględnieniem obyczajów seksualnych („Kobiety ich, kiedy wyjdą za mąż, nie popełniają cudzołóstwa; ale panna, kiedy pokocha innego mężczyznę, udaje się do niego i zaspokaja u niego swe żądze”), sposobu wznoszenia grodów, sił zbrojnych, instytucji państwowych. Napisał między innymi, że są „skorzy do zaczepki i gwałtowni i gdyby nie ich niezgoda [wywołana] mnogością rozwidleń ich gałęzi i podziałów na szczepy, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile”.

 

Bardzo podobne w tonie opinie, tyle że o siedemnastowiecznej szlachcie polskiej, wygłaszali zagraniczni obserwatorzy stosunków panujących w Rzeczypospolitej: dysponując budzącą zachwyt i zarazem grozę husarią, bitna i liczna jak w żadnym innym państwie, byłaby niezwyciężona, ale... No właśnie, niewiele się przez setki lat zmieniło, jedynie podział na szczepy ustąpił głębokim podziałom politycznym i wewnętrznej anarchii, co i tak w ostatecznym rozrachunku oznaczało to samo.

Koronacja cesarska Ottona I, włoska miniatura z X w.

Arabski kronikarz, pisząc o potencjale militarnym Słowian, niewiele chyba przesadził. Saski mnich Widukind z Korbei wspomniał w swojej kronice o tłumach pieszych wojowników, jakich mogli oni wystawić podczas wojny, i konstatował, że „barbarzyńcy nie mieli wielu konnych, mieli natomiast niezliczone mnóstwo piechoty”. Mieszka I Ibrahim ibn Jakub nazwał królem Północy, który posiada „trzy tysiące pancernych, podzielonych na oddziały, jakich setka znaczy tyle co dziesięć setek innych wojów. Daje on tym mężom odzież, konie, broń i wszystko, czego potrzebują”. Była to słynna książęca drużyna, elita jego wojsk złożona zapewne w całości lub w przeważającej mierze z Normanów. Świadczą o tym uzbrojenie drużynników, ich niezwykle wysoka wartość bojowa wskazana przez kronikarza i język, w jakim się porozumiewali. Łączyła ich z księciem osobista zależność. Nie tylko pozostawali na jego pełnym utrzymaniu, otrzymując comiesięczny żołd, ale władca ingerował też w ich sprawy małżeńskie, osobiście dobierając im żony.

Mieszko zadebiutował na scenie dziejowej krótko przed pojawieniem się na kartach kroniki Ibrahima ibn Jakuba. Stało się tak za sprawą niemieckiego awanturnika, grafa Wichmana. To malownicza postać – watażka i spiskowiec, który rzucił wyzwanie własnemu królowi i szukał przeciwko niemu sojuszników na obcych dworach. Gdyby poszukać jego polskich odpowiedników, można by uznać, że stanowił połączenie (ściętego na rozkaz kanclerza Jana Zamoyskiego) Samuela Zborowskiego z żyjącym w następnym wieku Hieronimem Radziejowskim. Korzystając z pomocy i cichego przyzwolenia margrabiego Gerona, namiestnika tzw. Marchii Wschodniej, którego syn był żonaty z siostrą Wichmana, dokonał najazdu na ziemie Mieszka. Wraz z nim, obok międzynarodowej gromady najemników szukających na pograniczu okazji do zdobycia łupów, przyszli także bitni pogańscy Wieleci zamieszkujący obszary na zachód od Odry. Właściwie w zgodzie z prawdą historyczną należałoby napisać, że to raczej Wichman dołączył do nich, Redarów, a może Wolinian, którzy wchodzili w skład potężnego Związku Wieleckiego, poważnego przeciwnika państwa Mieszka. Tymczasem historycy, opierając się na relacji Widukinda, często posługują się określeniem „wojny Wichmana”, eksponując przede wszystkim jego osobę, podczas gdy miał on zapewne ograniczony wpływ na decyzje podejmowane przez Wieletów, a przyprowadzony przez niego oddział był znikomy w porównaniu z ich własnymi siłami. Mieszko nie potrafił się skutecznie przeciwstawić temu dziwnemu sojuszowi, a w starciu z Wieletami i Wichmanem dwukrotnie doznał porażki. Stało się to prawdopodobnie podczas jednej kampanii w 963 roku. Miał w niej zginąć nieznany z imienia brat Mieszka, a zwycięscy najeźdźcy mogli się cieszyć z „wielkiej zdobyczy”, co obok przedmiotów materialnych może oznaczać jeńców. W konsekwencji książę niemal przez dziesięć następnych lat musiał być „wierny cesarzowi i płacić trybut aż po rzekę Wartę” – choć nie bardzo wiadomo, co oznacza pod względem geograficznym ten enigmatyczny, mało czytelny zapis. Paradoksalnie, w ogólnym rozrachunku przyniosło mu to namacalną korzyść, ponieważ stając się „przyjacielem cesarza”, książę uzyskał ochronę przed kolejnymi wyprawami pogranicznych watażków. Powstrzymali się przed nimi wszyscy poza jednym Wichmanem. Jako że dotąd pozostawał bezkarny, a i nie umiał powściągnąć swej natury hazardzisty, postanowił raz jeszcze spróbować szczęścia w starciu z Polanami. W 967 roku oddziały Wichmana zostały jednak rozbite, a graf poniósł śmierć podczas ucieczki z pola walki. Otoczony przez wroga, z pogardą odrzucił propozycję poddania się prostym wojom i został przez nich zabity, lub też zginął z rąk rozjuszonej ludności, która walczyła u boku regularnych oddziałów. W pokonaniu Wichmana dopomogli Czesi. Wspomina o tym fragment kroniki Widukinda, w którym jest również mowa o taktyce zastosowanej przez Mieszka: „I układał się [Wichman – przyp. S.L.] ze Słowianami, którzy nazywają się Wolinianami, w jaki by sposób mogli gnębić wojska Mieszka, przyjaciela cesarskiego; co dla tamtego nie było tajemnicą. I ów posłał do Bolesława, króla czeskiego – był bowiem jego zięciem – i otrzymał od niego dwa hufce konnicy. I gdy Wichman wyprowadził przeciwko niemu wojsko, najpierw [Mieszko] nasłał na niego piechotę. A gdy ci na polecenie swego księcia z wolna uciekali przed Wichmanem, został on dość daleko odciągnięty od obozu, wtedy nasławszy na niego od tyłu konnicę, na dany znak wezwał uciekających do przeciwnatarcia na wroga”.

Pokonany Wichman przed Mieszkiem I, grafika Franciszka Smuglewicza z 1788 roku.

U genezy sojuszu z Czechami leżały wydarzenia o dziejowym znaczeniu. Zaledwie rok wcześniej Mieszko wraz ze swoim najbliższym otoczeniem przyjął chrzest, a krótko przed nim ożenił się z córką praskiego księcia Bolesława Dobrawą, zwaną często Dąbrówką. Jej imię pochodziło od dębu – otaczanego przez Słowian kultem – i oznaczało siłę, solidność, stabilność. Przez Niemców było tłumaczone jako „dobra”. Właśnie Dąbrówce Thietmar przypisywał zasługę sprowadzenia Mieszka na drogę prawdziwej wiary, ale sprawa nie była wcale aż taka prosta. To nie Dąbrówka zainicjowała całe przedsięwzięcie, ona była jedynie pomocna w jego wykonaniu. Decyzję o przyjęciu chrztu poprzedziła głęboka analiza sytuacji politycznej i podjęto ją po wnikliwym rozważeniu rachunku korzyści i strat wiążących się z wprowadzeniem państwa Polan do chrześcijańskiej Europy. Mieszko nie zamierzał czekać, aż zostanie do tego zmuszony, jak to się stało w przypadku wielu innych słowiańskich książąt, ale postanowił wejść do chrześcijańskiej rodziny na własnych warunkach. Ślub z Dobrawą i pośrednictwo Czechów pozwoliły mu nawiązać stosunki z Rzymem, przez co ustrzegł kraj przed włączeniem do niemieckiej organizacji diecezjalnej. Władca Polan ubił doskonały interes, wiążąc się z córką Bolesława I Okrutnego, który był władcą najpotężniejszego państwa w Europie Środkowej. Dzięki temu wkrótce Piastowie mieli stać się najsilniejszymi włodarzami tej części kontynentu, politycznie i militarnie dystansując czeskich Przemyślidów, którzy na długo stali się ich zaprzysięgłymi wrogami.

Chrzest odebrał Niemcom propagandowy oręż, jakim była idea walki z pogańskimi dotychczas Polanami w imię krzewienia prawdziwej wiary. Odpadł ideologiczny pretekst do ich najeżdżania i łupienia. Mieszko jednym dobrze przemyślanym ruchem sprawił, że: „Obszar zaodrzański przestał zaliczać się do ziem, które należało zniewalać w imię racji wyższego rzędu. Pozostawało oczywiście wyobrażenie o cesarskim prawie do zwierzchnictwa, nie mówiąc już o poczuciu wyższości. Ale to, co przestawało w grę wchodzić, było ogromnie ważne”. Autor tych słów, Paweł Jasienica, pomija inną, nie mniej ważną konsekwencję chrztu. Wkraczając do wielkiej chrzcielnicy, której fragmenty odkryli archeologowie na terenie katedry poznańskiej, Mieszko był zaledwie dziedzicznym władcą plemiennego państewka. Opuszczając ją po dokonanym obrządku, stawał się kimś niepomiernie ważniejszym – bożym pomazańcem. Odtąd jego rządy nabierały dodatkowej rangi – miały pochodzić wprost z boskiego nadania i jakikolwiek bunt poddanych przeciw niemu mógł zostać uznany za wystąpienie przeciwko samemu Bogu jako szafarzowi władzy książęcej; stawał się też grzechem śmiertelnym, zatrzaskującym wrota przed przyrzeczoną przez Boga drogą do nieba w życiu pozaziemskim. Stwarzało to całkowicie nową jakość w stosunkach pomiędzy księciem a jego poddanymi. Z ich perspektywy piedestał, na którym zasiadał władca, nabierał nieomal magicznego charakteru. W wewnętrznej polityce państwa chrzest wprowadzał nowy, potężny czynnik, jakim był Kościół. Tworzeniem jego zrębów organizacyjnych i chrystianizacją kraju zajął się Jordan, biskup poznański. Pierwsze zadanie było łatwiejsze do wykonania, realizacja drugiego miała rozciągnąć się na kolejne stulecia i niejednokrotnie natrafić na dramatyczny opór pogańskiego żywiołu, gdyż zaszczepione za rządów Mieszka chrześcijaństwo spełniało funkcję delikatnego naskórka, pod którym wciąż pulsowało wielowiekowe przywiązanie do starych bogów. Jeszcze przez długie lata nie brakowało ich wyznawców, dla których wizja chrześcijańskiego piekła grożącego grzesznikom była taką samą abstrakcją jak zapowiadane niebiańskie rozkosze dla wiernych czcicieli Chrystusa.

Chrzest Mieszka I, grafika z XVIII wieku.

W 972 roku Mieszko stoczył pierwszą w dziejach Polski wielką bitwę z Niemcami. Pod Cedynią, potężną twierdzą o wałach grubych u podstawy na 25 metrów, która dobrze strzegła interesów Polan na Pomorzu Zachodnim, doszczętnie rozbił wojska margrabiów brandenburskich Zygfryda i Hodona. Ten pierwszy to ojciec kronikarza Thietmara, który pozostawił krótki opis ich zakończonej klęską wyprawy: „Tymczasem dostojny margrabia Hodo, zebrawszy wojsko, napadł z nim na Mieszka (...). Na pomoc margrabiemu pospieszył wraz ze swoimi tylko mój ojciec, graf Zygfryd, podówczas młodzieniec i jeszcze nieżonaty. Kiedy w dzień św. Jana Chrzciciela starli się z Mieszkiem, odnieśli zrazu zwycięstwo, lecz potem w miejscowości zwanej Cidini brat jego Czcibor zadał im klęskę, kładąc trupem wszystkich najlepszych rycerzy z wyjątkiem wspomnianych grafów”. Poza nimi do rodzimej Saksonii zdołały się przedrzeć jedynie nędzne niedobitki. Przy okazji tej sławnej batalii po raz pierwszy i zarazem ostatni mówi się o Czciborze. Później już w żadnym kronikarskim przekazie imię to nie pada, a na przestrzeni dziejów w rodzie Piastów próżno szukać jakiegoś jego imiennika. Można jedynie wysnuć wniosek, że ów Czcibor, w przeciwieństwie do wielu innych książęcych bądź królewskich krewniaków, był wobec Mieszka zawsze lojalny i zgodnie z nim współpracował. W przeciwnym razie, jako pretendent do tronu rzucający rękawicę rządzącemu księciu, z pewnością wyszedłby z cienia, na który skazała go braterska miłość; zresztą Mieszko jest jedynym piastowskim władcą, który nie splamił się bratobójczą walką, a w każdym razie żadne kroniki o tym nie wspominają.