Święci z Qumran

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


…nie życie, a tworzenie jest koniecznością

Wspaniałym córkom Oli i Kasi,

z którymi łączą mnie serdeczne więzi

SPIS TREŚCI

Księga I. ALEKSANDRIA

Rozdział I. Już od wczesnych godzin

Księga II. QUMRAN

Rozdział I. Kiedy dotarliśmy do Jeruzalem

Rozdział II. W samo południe

Rozdział III. Moja cela

Rozdział IV. Przez pierwsze miesiące

Rozdział V. Moje sukcesy

Rozdział VI. Minęło już kilka lat

Rozdział VII. Wspólnota Nowego Przymierza

Rozdział VIII. Pracując w archiwum

Rozdział IX. Noemi

Rozdział X. Czasu było niewiele

Rozdział XI. Wspólnotę opuściłem tak, jak stałem

Rozdział XII. U starego Samuela

Księga III. GALILEA

Rozdział I. Żyzna i wiecznie zielona Galilea

Rozdział II. Mieszkając w Seforis

Rozdział III. Mieszkając u Szymona

Rozdział IV. Od kiedy opuściłem dom

Rozdział V. Od śmierci króla Heroda

Rozdział VI. Po nieszczęsnym zajściu z kodeksem

Księga IV. JERUZALEM

Rozdział I. Dziś już nie pamiętam

Rozdział II. Przez Jeruzalem

Rozdział III. Podobnie jak w Seforis

Rozdział IV. Sklep

Rozdział V. Z Szymonem widywałem się często

Rozdział VI. W siódmym roku po ukrzyżowaniu

Rozdział VII. Po męczeńskiej śmierci

Rozdział VIII. Ze Świątyni

Rozdział IX. Po pracy Aharon często zaglądał

Rozdział X. Młode chrześcijaństwo

Rozdział XI. Żar lał się z nieba

Rozdział XII. Podczas nieobecności Aharona

Rozdział XIII. Późnym rankiem

Rozdział XIV. Aharon wrócił z Damaszku

Rozdział XV. Rano Aharon zapowiedział

Rozdział XVI. Dziś synowie Izraela

Rozdział XVII. Tamtego dnia

Rozdział XVIII. Po przeszło miesiącu rozstaliśmy się

Księga V. PUSTYNIA

Rozdział I. Shalom, drogi dziadku!

Rozdział II. Po rozstaniu z Tahirą

Rozdział III. Cztery lata od uwięzienia Pawła z Tarsu

Rozdział IV. Żyjąc na pustyni, nie liczy się dni

Rozdział V. Pustynia nie jest nicością

Rozdział VI. Zawsze niepokoiłem się

Rozdział VII. Dla synów Izraela

Rozdział VIII. Po wielu latach życia na pustyni

Rozdział IX. Zima nie jest życzliwą porą roku

Rozdział X. Mało śpię

KSIĘGA I ALEKSANDRIA

ROZDZIAŁ IJUŻ OD WCZESNYCH GODZIN

Już od wczesnych godzin rannych słońce świeciło bardzo mocno. Latem oblepiająca wilgoć i lejący się z nieba żar bezlitośnie nękały mieszkańców Aleksandrii. Na szczęście wiejący od morza wiatr po trosze łagodził upał. Każdego ranka słyszałem mego ojca, jak starannie zamykał okiennice przed spiekotą lata, po czym szykował się do pracy. Za każdym razem robił to z wyjątkową dbałością, jakby miał spotkać się z królową Kleopatrą lub co najmniej z arcykapłanem. Każdego dnia wychodząc z domu, dyskretnie zaglądał do mojego pokoju, aby powiedzieć mi kilka ciepłych słów na pożegnanie. Tamtego dnia zajrzał bardzo wcześnie, uroczyście oświadczając:

– Dziś kończysz dziesięć lat, mój synu. Tak jak obiecałem, zabiorę cię do mojej pracy. W końcu zobaczysz, jak sprawiam, że ludzie żyją wiecznie.

Mój ojciec, Pasenhor, był człowiekiem zasadniczym, dla którego uczciwość i prawo chodziły w parze ze świętością. Pewnie dlatego nie dorobił się wielkiego majątku ani nie potrafił piąć się po szczeblach kariery. Gdy mieszkaliśmy w Memfis, często słyszałem, jak matka mu to wytykała. Ojciec był wysokim mężczyzną o potężnych barkach i mocnych ramionach. Będąc kapłanem, chodził z pedantycznie ogoloną głową, na którą w zależności od potrzeby zakładał odpowiednią perukę. Pracował jako balsamista w przyświątynnym Domu Śmierci. Posiadał licencję na balsamowanie zwłok wysokich rangą dostojników państwowych. Jego nieodłącznym towarzyszem był bogato zdobiony kuferek z cedrowego drewna. Trzymał tam skrupulatnie poukładane narzędzia, wonne oleje w alabastrowych flakonikach oraz płócienne woreczki z przeróżnymi ziołami.

Tamtego ranka wyszykowałem się z szybkością błyskawicy. Dobrze wiedziałem, że Pasenhor nie lubił, kiedy ktoś się spóźnia. Do świątyni Anubisa, leżącej przy jednej z odnóg Nilu, szliśmy główną ulicą. Przez całą drogę trzymał mnie za rękę, a na jego twarzy widać było nieskrywaną satysfakcję. Czułem, jak bardzo chciał mi pokazać, na czym polega jego zawód, ale chyba jeszcze bardziej zależało mu, abym wreszcie zaczął wdrażać się do mojej przyszłej profesji.

– Drogi synu, nasze życie doczesne jest zaledwie próbą generalną przed idealnym życiem po śmierci. Aby móc w zaświatach doświadczać wiecznej szczęśliwości, powinniśmy nasz czas na ziemi przeżyć godnie i według zasad – powiedział Pasenhor.

– Dlaczego mi o tym mówisz, ojcze?

– Dla każdego Egipcjanina najważniejsze w życiu są przygotowania do śmierci. Na przejście do wieczności, grobowce i rytuały gotowi są wydać majątek. Chcę, żebyś wiedział, że każdy uczciwie wykonywany zawód jest potrzebny. Moja profesja, a w przyszłości i twoja, Mennepherze, nigdy nie przeminie, bowiem dla naszych rodaków śmierć jest nadrzędnym momentem życia. Powiem więcej, śmierć w Egipcie jest pewnym i najpotężniejszym pracodawcą.

– Pewnie tak – odpowiedziałem bez przekonania.

– Ależ oczywiście, że tak! Od budowniczych grobów, przez rzeźbiarzy i malarzy, do balsamistów oraz wytwórców niezbędnych dodatków pogrzebowych włącznie. To potężna gałąź naszej gospodarki – oznajmił z dumą.

Jeszcze nie weszliśmy za wysokie mury świątyni, a już wiedziałem, że nic dobrego nie może mnie tam spotkać. Wszechobecny smród w najgorszym wydaniu, który wydobywał się zza murów, nie pozwalał mi swobodnie oddychać.

 

– Czy koniecznie musimy tam iść? – zapytałem, stojąc jak przed progiem piekieł.

– Nie martw się. Będziesz to czuł tylko przez chwilę, później już się przyzwyczaisz.

Nie przyzwyczaiłem się. Przez cały czas pobytu w Domu Śmierci czułem, jak ten fetor pełzał po mnie, nie dając mi wytchnienia. Ale zdecydowanie gorsze było to, co musiałem oglądać. W swoim życiu nie doświadczyłem gorszego widoku niż moment śmierci człowieka i wyglądu jego ciała, które niedługo potem zapadało się, aby po chwili spuchnąć, przybierając przeróżne formy i odcienie. Niewielu znam, którzy byliby odporni na takie widoki. Oczywiście z wyjątkiem mego czcigodnego ojca, ma się rozumieć.

– Spójrz na tamte namioty. – Ojciec wskazał na ogromne wiaty zadaszone palmowymi liśćmi. – Tam obmywacze czyszczą zwłoki z ran lub ropni specjalnie przygotowaną wodą z natronem.

– Z czym?

– Mieszanką soli i sody.

– Sporo mają trupów na dziś?

– Tylko spójrz za stoły.

– Na sto skarabeuszy, leżą jak ryby na targu. – Splunąłem, nie mogąc przełknąć śliny. – Ci obmywacze muszą być bardzo odporni, żeby w ogóle coś takiego robić, w dodatku dzień w dzień.

– Piwa im nie brakuje – skwitował Pasenhor.

– Ale chyba i kosztowności po zmarłych?

– Nie ociągaj się, mój synu. Chodźmy lepiej do świątyni. Tam po obmyciu ciał balsamiści umiejętnie nacinają zmarłym brzuchy i wyciągają wszystkie narządy.

– Nic dziwnego, że tutejsze koty są wielkie jak psy – rzuciłem sarkastycznie dla rozładowania emocji.

– Mylisz się. One tego nie jedzą.

Ojciec nie zdążył dokończyć zdania, kiedy o mały włos nie wpadłby na nas kot, ciągnąc w pysku kawał ludzkiego jelita.

– To rzadki przypadek, nie bierz tego za regułę. Każdemu może się zdarzyć – łagodził. – Zazwyczaj narządy po zabalsamowaniu trafiają do specjalnych urn. Wyjątek stanowi serce. Zmarły musi je mieć przy sobie, aby żyć w zaświatach.

– No to ten już chyba nie pożyje?

– Spokojnie, ten też będzie miał wszystko, co potrzeba – z powagą na twarzy zapewniał Pasenhor.

Kiedy weszliśmy do nisko zadaszonej części świątyni, przejął mnie dotkliwy chłód. W półmroku zobaczyłem szereg basenów o różnej wielkości. Nad nimi unosił się gryzący fetor z charakterystyczną wonią natronu. Podszedłem bliżej. W basenach zauważyłem unoszące się w wodzie ludzkie zwłoki, niczym ryby w sieci. Pływając, obijały się o siebie. Jakiś człowiek, czymś na kształt zakończonej hakiem dzidy, ciągle je przesuwał. Cofnąłem się. Na szczęście w pobliżu stał ojciec. Chwyciwszy mnie za rękę, zaczął coś mówić. Słyszałem słowa, lecz nie potrafiłem wydobyć z nich żadnej treści.

– Po co oni tam pływają? – krzyknąłem, trzęsąc łydkami.

– Muszą przeszło miesiąc moczyć się w natronie. On wchłania płyny i tłuszcz z ciała. W ten sposób hamuje proces rozkładu.

– Idźmy stąd, ojcze! Najlepiej tam, gdzie używasz swoich narzędzi, które nosisz.

– Widzisz światło w sali na końcu korytarza? – Jego słowa zabrzmiały optymistycznie.

Pomieszczenie, gdzie ojciec pracował, wyraźnie różniło się od tych, które wcześniej widziałem. Było duże i przewiewne. Wewnątrz stało kilka kamiennych stołów, na których leżały wyschnięte zwłoki mężczyzn i kobiet. Okna w izbie zostały tak rozmieszczone, żeby na każdy stół padał snop słonecznego światła.

– Oto moje królestwo! – z powagą i ekscytacją zagrzmiał Pasenhor, dodając: – Tutaj każdy zmarły za sprawą balsamistów świątyni Anubisa otrzyma nowe życie.

– Również ci, którzy pływają w basenach?

– Ależ oczywiście, Mennepherze. Jak widzisz, przy każdym stole pracują kapłani, nacierając olejami i żywicami skórę zmarłego, która wcześniej wyschła na słońcu. Do konserwacji stosują również wino palmowe, mirrę oraz zapachowe oleje z jałowca lub z cedru. Następnie wkładają do jamy brzusznej uprzednio zabalsamowane wnętrzności. Wszystkie są oddzielnie owinięte w płótno. Na swoje miejsce wraca również zabalsamowane serce, które za życia jest siedliskiem inteligencji. W zaświatach dusza zmarłego postawiona jest przed sądem Ozyrysa. Tam na jednej szali wagi ważone jest serce zmarłego, a na drugiej znajduje się Pióro Prawdy bogini Maat. Ozyrys po wysłuchaniu spowiedzi zmarłego wydaje wyrok. Jeśli ciężar grzechów przeważy szalę, duszę zabiera potwór Ammit, pół lew, pół hipopotam z głową krokodyla.

– A jeśli nie przeważy?

– Wówczas Ozyrys wprowadzi duszę do raju. Pamiętaj, że od wydanego wyroku nie ma odwołania.

– A na czym polega twoja praca, drogi ojcze?

– Zabezpieczone ciało wygląda jak szkielet obciągnięty skórą. Ma zapadnięte policzki, usta, oczy i brzuch. Chodzi o to, żeby zmarły po mumifikacji wyglądał jak za życia, a może i lepiej. Właśnie od tego momentu zaczyna się moja rola. Ja nadaję pożądany kształt zmarłemu. Wstawiam sztuczne oczy ze szkła lub płótna, zależnie od zamożności klienta, a także kształtuję specjalnie zaimpregnowanym płótnem usta, nos, policzki i szczęki. Wykorzystując nacięcia na szyi i brzuchu, przez które poprzednio wydobyto wnętrzności, wpycham trociny oraz zwitki płótna, żeby podwyższyły skórę na brzuchu, szyi i karku. Trzeba też uzupełnić wszelkie ubytki ciała, na przykład brakujący nos albo ucho, które gdzieś po drodze mogło odpaść. To wymaga wielkiej staranności i wyobraźni. Na koniec czas na wytworny makijaż, fryzurę, biżuterię oraz wonne olejki. Tak przygotowany zmarły, który często wygląda lepiej niż za życia, gotowy jest do owinięcia go bandażami. Wszystko to robię przy wtórze zaklęć oraz modlitw z Księgi Wyjścia W Ciągu Dnia 1.

– W twoim teatrze tylko ty, ojcze, jesteś żywy. – Próbowałem złagodzić atmosferę.

– O tak. Inni już mają życie wieczne – odparł z powagą.

Kiedy ojciec z fanatycznym oddaniem opowiadał, ja miałem mdłości. Ledwie zdążyłem dobiec do małej sali z basenem, gdzie chwilę potem zobaczyłem swoje śniadanie na stopach. Miałem po dziurki w nosie tego koszmarnego Domu Śmierci i wszystkich ludzi, których tam spotkałem. Na wpół trzeźwych obmywaczy i kapłanów w śmiesznych maskach, którzy nieustannie przysypiając, czytali monotonne zaklęcia. Miałem dość nawet mego ojca, który z gorliwością szaleńca i nieludzką wirtuozerią podchodził do swojej pracy niczym do boskiej misji. Jakżeż to było realne, a przy tym jak niezmiernie mocno wywoływało sprzeciw i ogromne obrzydzenie. Wszystko, co w Domu Śmierci widziałem, było paranoiczne. Śmierć zawsze była i pozostanie dla mnie makabryczna, tam ujrzałem w niej plugawą karykaturę życia.

Do świątyni Anubisa chodziliśmy z ojcem jeszcze blisko dwa lata. Każdego dnia widziałem na jego twarzy entuzjazm i dumę z powodu, że uczył mnie fachu, który w Egipcie był zawsze obecny. Tymczasem jako syn wysokiego rangą specjalisty miałem poważne trudności z zawarciem jakiejkolwiek znajomości w Domu Śmierci. Traktowany byłem z nieufnością, jak ten, przy którym nie wypadało opowiadać o towarzyskich sekretach. Ilekroć podchodziłem do rozmawiających, towarzystwo rozpraszało się na mój widok. Brak akceptacji tym mocniej zniechęcał mnie do tego środowiska. Może z wyjątkiem pomocnika o imieniu Kha, który współpracował z moim ojcem przy wytwarzaniu peruk i farb do malowania zwłok. Pomagał też staremu Lamaresowi przy preparowaniu czaszek do balsamowania. Lamares był prawdziwym mistrzem. Nikt tak sprawnie nie potrafił wyciągać mózgów zmarłym, jak on. Kha natomiast specjalizował się w wyrobie peruk. Był w tym bardzo dobry i nie dziwiło mnie, że ojciec wziął go na czeladnika. Początkowo zostałem przydzielony do pracy z nim, jednak nie sprawdziłem się w robieniu peruk. Przynosiłem z odległego magazynu i rozcierałem na proszek różne minerały, z których w tajemnicy przed światem ojciec tworzył przeróżne farby. Bardzo mnie to ciekawiło. Przy każdej okazji ukradkiem podglądałem i zapamiętywałem użyte składniki oraz zastosowane proporcje do jego tajnych kompozycji. To była wiedza iście tajemna. Jedyne, co było ogólnie wiadome, to że kolorem czerwonym malowano mumie mężczyzn, a żółtym kobiet.

Kha był sierotą. Mieszkał w przyświątynnym baraku i utrzymywał się z pieniędzy, których tak naprawdę nigdy nie widział. Zarobione przez siebie pieniądze zabierali mu kapłani, niby na jego utrzymanie. Chcąc uniknąć nędzy, radził sobie, jak mógł. Kilkakrotnie widziałem go, jak chował za pazuchę precjoza należące do zmarłych. Wiadomo, że musiał kraść. Dozór nad Domem Śmierci pełnili kapłani, ale często przymykali oczy na przypadki grabieży przez pracowników. Chyba tylko mój ojciec był wolny od tego, prędzej wziąłby coś z naszego domu i zaniósł do swojego królestwa. Obmywacze kradli wszystko to, co dało się sprzedać. Od biżuterii i kosztowności należących do zmarłych, po bandaże, zioła, drogie olejki i maści. Skradzione rzeczy najczęściej odsprzedawali kapłanom z Domu Śmierci po mocno zaniżonych cenach. Jedni dostawali łatwą gotówkę, a drudzy bez grzechu i za marne pieniądze stawali się właścicielami ogromnych fortun. Po wielomiesięcznej obserwacji z całą pewnością mogę powiedzieć, że obmywacze tylko z wyglądu przypominali ludzi, lecz moralnie była to nędza i trupi brud, który kamiennym rynsztokiem spływał do kanału. Najczęściej byli to zbrodniarze i niegodziwcy, którzy za nic mieli swoje życie. Wyklęci przez bogów, pracowali doraźnie i bez żadnego zaangażowania, bezlitośnie wykorzystując fakt, że oprócz nich nikt inny nie chciał w tym gównie robić. Dlatego kapłani nie mając wyjścia, przymykali oczy na ich szubrawstwo. Pamiętam, że piękne kobiety lub żony bogatych mężów przywożone były do balsamowania dopiero w trzecim lub czwartym dniu po śmierci. Nie chciano, aby w Domu Śmierci obmywacze ciał kopulowali z nimi. Z tego powodu pomiędzy nimi często dochodziło do awantur, a nawet do bójek na śmierć i życie.

Zawsze po pracy ojciec wylewał na siebie kilka kropel ulubionego olejku o silnym zapachu cynamonowo-cedrowym, a potem zachodził na piwo do tawerny „Pod krokodylem”. Będąc niepełnoletni, nie mogłem wchodzić do środka. Tamtego dnia jak zawsze czekałem przed wejściem. Wprawdzie słońce już zachodziło, ale nagrzana przez cały dzień kamienna ławka była tak gorąca, że nie sposób było na niej usiedzieć. Obok tawerny stała wiata, gdzie trzymano zwierzęta. Poszedłem tam, aby schować się przed słońcem. Będąc bliżej, zobaczyłem małą owieczkę zaplątaną w sznur, którym była przywiązana. Chcąc się uwolnić, w rozpaczliwej szamotaninie tłukła głową o ścianę, nie bacząc na ból. Z każdym ruchem sznur zaciskał się na jej szyi, utrudniając oddech. W instynkcie przetrwania to przeurocze zwierzątko o śnieżnobiałym futerku w sposób bezkompromisowy walczyło o siebie. Moja obecność jeszcze bardziej ją spłoszyła, ale wiedziałem, że tylko moje zdecydowane działanie może ją uratować. Udało mi się ją rozplątać dopiero za którymś razem, ale kiedy już to się stało, z ufnością wtuliła się we mnie jak w wybawcę. Tkwiła tak dłuższy czas. Głaskałem tę małą, bezbronną istotę, czując jej dudniące serce.

Tymczasem z tawerny dochodziły przeraźliwe krzyki. Ostra wymiana zdań szybko przerodziła się w awanturę, po której nagle zapadła grobowa cisza. Wyskoczyłem, żeby zobaczyć, co się stało. Kiedy zobaczyłem, jak strażnicy wyprowadzali z tawerny mego ojca, gwałtownie ścisnęło mnie w gardle. Miał związane ręce i nogi, tak więc z trudem szedł. Spojrzeliśmy na siebie. Jego wyraz twarzy był nieludzko tragiczny. W jego oczach widziałem i gniew, i miłość. Ale na pewno nie widziałem w nich błagania. Ojciec był twardym i honorowym człowiekiem i właśnie takiego go pamiętam. Strażnicy przyłożywszy miecze do jego boku, zaprowadzili go do sądu. Nim pobiegłem za nim, wcześniej zapytałem ludzi, co się stało. Powiedzieli, że Pasenhor zabił w tawernie dwóch ludzi. Byli to Grecy mieszkający na stałe w Aleksandrii. Mówili, że znęcali się nad jakimś starcem z Izraela. Moja macocha, druga żona ojca, była Izraelitką. W Egipcie prywatna wojna Greków z synami Izraela trwała od zawsze, a szczególnie w Aleksandrii dyskryminowano ich na każdym kroku. Kiedy starzec chciał zapłacić, dwóch Greków zabrało mu sakwę i rzucali nią do siebie jak piłką. Izraelita biegał, chcąc pochwycić sakwę. Wtedy jeden z mężczyzn zaczął wyjmować z niej monety i rozrzucać pod stołami. A kiedy biedaczyna na kolanach próbował odnaleźć pieniądze, inni zaczęli go kopać. Wszyscy mówili, że wyglądało to obrzydliwie. Nikt z obecnych nie próbował mu pomóc, tylko Pasenhor ruszył przeciwko profanacji godności człowieka. Wywiązała się bójka i stało się, jak się stało.

Dla żony ojca, a mojej macochy był to okropny wstrząs. Zawsze bezgranicznie kochała i szanowała Pasenhora. Kiedy się o tym dowiedziała, pobiegła zapłakana do sądu, aby towarzyszyć mężowi do czasu rozprawy. Jednak nie mogliśmy wejść do piwnic, gdzie był więziony. Wychodząc z sądu, zauważyłem szereg okienek tuż przy ziemi. Biegałem wokół nich, wykrzykując imię ojca. Szybko odnalazłem celę, w której był trzymany. Okna były tak małe, że nie musiały mieć nawet krat. Przy oknie macocha na rozmowie z ojcem spędziła całą noc. Przyniosłem z domu coś do jedzenia i picia. Ich mowa była pełna bólu i zwątpienia. Ojciec przypominał, jak poznał moją macochę, jak zabiegał o jej miłość, jak budował dom dla nas. Mówił, a my płakaliśmy. Czułem między nimi wielką więź, byli oddanymi kochankami. Rano ojca zabrali na rozprawę, na którą nas nie wpuszczono. Sąd skazał go na dwadzieścia lat ciężkich robót w kopalniach rud metali w Nubii.

 

Po tamtych wydarzeniach przez długi czas macocha nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Często płakała i przy najmniejszej okazji podkreślała brak ojca. Sąsiedzi i znajomi odwrócili się od nas. Przy byle okazji dokuczali nam, demonizując porywczość ojca i fakt, że w Domu Śmierci dorobiliśmy się majątku na cudzej krzywdzie. Macocha, będąc w wierze i z urodzenia Izraelitką, miała na imię Marta, ale ojciec zwracał się do niej Ahmes. To było jej egipskie imię. Sam jej wybrał, jeszcze przed ślubem. Mówił, że imię Ahmes nosiła żona faraona Totmesa, ta, która była matką królowej Hatszepsut2. Pasenhor kochał ją ponad życie, był bardzo dobry i opiekuńczy. Dla niego Marta zawsze była najdroższym Skarbem. Jeszcze będąc w areszcie, poprosił swojego znajomego, który przez lata zajmował się handlem nieruchomościami, aby pomógł jej sprzedać nasz dom. Ahmes nie chciała w ogóle o tym słyszeć. Parę dni później znajomy ojca o imieniu Sihathor przyszedł w tej sprawie do naszego domu, krzycząc od progu:

– Droga Ahmes, to jest absolutnie konieczne, abyś sprzedała dom z dobytkiem.

– To niemożliwe. Nie chcę w ogóle o tym słyszeć. – płakała. – dom poza Mennepherem jest wszystkim, co mi zostało po mężu. A poza tym, gdzie my teraz pójdziemy?

– Tylko posłuchaj, droga Ahmes. – Znajomy zbliżył się do niej i zniżywszy głos, wyszeptał: – Ci dwaj, którzy nieszczęśliwie zginęli z rąk Pasenhora, pracowali na wysokich stanowiskach w greckim banku. Nie wiem, co im odbiło z tym Izraelitą, ale sprawa się rozniosła. Konsulat i wpływowa grecka społeczność z Aleksandrii nie godzą się z wysokością kary, jaką dostał Pasenhor. Według nich jest zbyt niska. Obrońca twego męża jest zdania, że na tym się nie skończy. Uważa, że może dojść do kasacji wyroku i w nowym procesie sąd orzeknie konfiskatę mienia skazanego.

– Sama już nie wiem. – Ahmes wybuchła płaczem. – Gdzie się podziejemy? Nasz dom to jest wszystko, co mamy.

Jeszcze długo rozmawiali, a Sihathor, jedyny racjonalnie myślący, podpowiadał najróżniejsze rozwiązania. Jednak na żadne z nich matka nie wyraziła zgody. Kiedy już zjadł figowe ciastka, a w dzbanku zabrakło wina, wstał, obiecując, że jeszcze wróci w tej sprawie.

Ahmes dniami i nocami modliła się i płakała. I tak na zmianę. Absolutnie nie wiedziała, co począć. Ja z największą przyjemnością zrezygnowałem z pracy w Domu Śmierci. Ostatni raz poszedłem tam po zaległą pensję ojca. Sam nie dostawałem pensji, bowiem pracowałem z własnej i nieprzymuszonej woli. A szczerze mówiąc, z przymuszonej woli ojca. Kapłan, do którego poszedłem po pieniądze, wyrażał ubolewanie i żal, ale z wypłatą zwlekał. Tłumaczył, że nie może mi dać ojca pensji z powodu braku zawiadomienia z sądu, a poza tym jestem niepełnoletni. Nie szkoda mi było tych pieniędzy tak, jak bardzo wkurzała mnie pazerność naszych kapłanów. Wróciwszy do domu, zauważyłem, że Ahmes przestała płakać.

– Musimy się jak najszybciej spakować – rozkazała – ale bierz tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Reszta zostaje.

– Jak to zostaje?

– Mennepherze, niedługo wszystko ci wytłumaczę. Niewiele mamy czasu. Zaraz przychodzi Sihathor z pośrednikiem, aby kupić dom z inwentarzem.

Patrząc na to z perspektywy lat, w pełni popieram jej decyzję o sprzedaży domu. Wiem, że została zmuszona, ale dobrze, że tak się stało. Tam już nie dało się żyć. Sąsiedzi z każdym dniem na coraz więcej sobie pozwalali. A najgorsze były ich dzieciaki, które bez żadnych zahamowań szydziły z ojca. Ze sprzedażą domu raczej nie było większych problemów. Kupujący zbytnio nie narzekali. Ahmes utrzymywała go w nienagannym porządku. Jeżeli był problem, to raczej z pieniędzmi, jak zwykle zresztą. W ostatniej chwili dzięki pomocy Sihathora udało się przekonać bankiera na tak dużą i szybką wypłatę. Po otrzymaniu pieniędzy wynieśliśmy się jeszcze tego samego dnia. Nie zwlekając, spakowani w podręczny bagaż, poszliśmy na postój i pierwszą karawaną opuściliśmy mój ukochany Egipt i znienawidzoną Aleksandrię. Sihathor ogromnie nam pomógł, ale również dużo za to wziął. Sąd niedługo później wydał postanowienie o konfiskacie naszego majątku w ramach zadośćuczynienia dla rodzin tamtych dwóch łobuzów, którzy niechcący, a przede wszystkim z własnej głupoty, zginęli.

1 Staroegipska nazwa Księgi Umarłych. Obecną nazwę wprowadził w 1842 roku niemiecki archeolog Karl Richard Lepsius.

2 Totmes I – faraon starożytnego Egiptu z XVIII Dynastii, z okresu Nowego Państwa, syn Seniseneb. Totmes wstąpił na tron po bezpotomnej śmierci Amenhotepa I i aby uprawomocnić swą władzę, pojął za żonę jego siostrę – Ahmes, córkę Ahmose i królowej Ahmes-Nefertari. Panował w latach 1504–1492 p.n.e. Totmes I był ojcem królowej Hatszepsut z pierwszorzędnej żony Ahmes. [https://pl.wikipedia.org/wiki/Totmes_I].