Krucze pierścienie

Tekst
Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Krucze pierścienie
Krucze pierścienie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Krucze pierścienie
Krucze pierścienie
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90 
Szczegóły
Krucze pierścienie
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90 
Szczegóły
Krucze pierścienie
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
39,90 
Szczegóły
Krucze pierścienie
Krucze pierścienie
E-book
29,90 
Szczegóły
Zgnilizna
E-book
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Mamie za życie.

Tacie za śmierć.

Kimowi za wszystko, co pomiędzy.

I tobie. Tobie, który zawsze czytałeś książki nieznane wszystkim innym. Dziwakowi, który siedział w ostatniej ławce w klasie. Tobie, który dorastałeś w ciemnej piwnicy, gdzie o twoim losie decydował rzut kośćmi. Tobie, który wciąż przebierasz się za kogoś innego. Tobie, który nigdy nie potrafisz się do końca dopasować i któremu często się wydaje, że jesteś w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. To jest książka dla ciebie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


PROLOG

Thorrald wszedł do środka, ale drzwi nie chciały się za nim zamknąć. Śnieg wpychał się za próg szybciej, niż nadążał odsuwać go nogą. Ścisnął zawiniątko w ramionach i natarł na drzwi jak byk. Zatrzasnęły się. Zasunął rygiel. Był w domu. Bezpieczny.

Podszedł do małego okna i wyjrzał przez nie. Nikt z zewnątrz nie byłby w stanie zobaczyć, co robi. Zwłaszcza przy takiej pogodzie. Niemniej… Odłożył tobołek na stół i zamknął okiennice.

Ciemne Cienie. Nic nie powstrzyma Ciemnych Cieni.

Babskie gadanie! Co by mogły do niego mieć? Nic takiego nie zrobił! Gdy tylko to pomyślał, całe życie przewinęło mu się przed oczami. Narkotyki, które sprzedawał pod siedzibą Rady. Opa dla tych, którzy upalali się na śmierć.

Brednie! Jeśli przyjdą czarne cienie, to nie dlatego, że sprzedawał nieszkodliwe zioła w jakiejś chacie na końcu świata. Jeśli przyjdą, to ze względu na nią.

Thorrald wpatrywał się w zawiniątko leżące na stole. Odmieniec. Nie krzyczała. Może już był martwa. Tak by było najprościej. Wzdrygnął się. Niedźwiedzie futro było tak grube, że gdy stał, wypełniał sobą prawie całe pomieszczenie, ale nic nie pomagało na zimno, które go przeniknęło. Zaczął szarpać wiązania futra. Jego palce były zmarznięte na kość. Odmawiały posłuszeństwa. Podmuchał na żar w palenisku. Wyciągnął ręce do ciepła. Szron na futrze zaczął się topić, syczał, kapiąc w płomienie.

Przeklęty Olve, zamroczony piwem, wymachiwał mieczem. Czego szukał? Odmieńca? Bo czegóż by innego? W każdym razie to nie miało znaczenia. Olve nie widział małej. Była bezpieczna.

Bezpieczna?! Postradałeś rozum? Masz własne życie!

Nie było to co prawda życie warte tego, by śpiewać o nim pieśni, ale nie mógł przecież ciągnąć za sobą dzieciaka! W każdym razie nie takiego jak ona. Wiedział, że musi działać.

Thorrald wyjął nóż i spojrzał na odmieńca. Spała. Jego pięść była większa niż jej twarz. Uniósł ostrze. Mała otworzyła oczy. Były zielone. Bez strachu. Thorrald ryknął i wbił nóż w stół obok niej.

– Pomiot ślepych! Tym właśnie jesteś! Ty trupi bachorze!

Chwycił kufel i dopił resztkę letniego piwa. Potem rozpakował dzieciaka z tobołka, tak jak rozpakowuje się prezent. Leżała i wymachiwała piąstkami.

Przypomniał sobie stare babskie gadanie, opowieści, których nie powinien był słuchać. Niemniej… Przycisnął kciuk do ostrza noża; pojawiła się kropla krwi. Przytrzymał palec nad ustami dziecka tak, by do nich skapnęła. Nic się nie stało. Przeklął własną głupotę. Czego się spodziewał? Kłów?

Ślepi nie istnieją!

Thorrald oparł się rękoma o stół i warknął:

– No to czym, u Slokny, jesteś?! Nie upiorem. I nie ślepą. Jesteś tylko zdeformowana? – Położył dziecko na brzuchu i przesunął palcami po kręgosłupie. W miejscu, gdzie powinien być ogon. Widzący świadkiem, że nie słuchał babskiego gadania, ale ten dzieciak mówił sam za siebie. Ta mała nie była z Ym.

Jesteś zgnilizną.

Wpatrywał się w swoje ręce, jakby już miały zacząć gnić.

– Nie mogę cię tutaj trzymać. Nikt by cię nie chciał! – Podniósł ją i przytrzymał przed twarzą. Mogła mieć co najwyżej kilka dni. Jej głowę pokrywał miękki puszek, który w świetle bijącym od paleniska zabarwił się na miedziany kolor. – Mogę cię zabić. Powinienem. By ratować własną skórę. – Wiedział, że nie potrafiłby tego zrobić. Wiedział to już wtedy, gdy wydobył ją ze śniegu przy kamiennym kręgu. – Nigdy mi za to nie podziękujesz, dziewczyno. To będzie niewesołe życie, ciągle w drodze. A pod stołami w karczmach znajdziesz lepsze towarzystwo niż moje.

Dziewczynka uśmiechnęła się. Bezzębny uśmiech. Odłożył ją. Wiedział, co musi zrobić. Wydawało mu się to trudniejsze, niż ją zabić, ale nie miał wyboru. Nie mógł ciągać ze sobą dziewczyny bez ogona. Spojrzał na resztkę piwa na dnie kufla. Potem ściągnął z półki pudełeczko z płaszczem snów. Był na tyle mocny, by zabić taki mały tobołek jak ona. Musiał być ostrożny. Thorrald wsypał szczyptę proszku do kufla i potrząsał nim, póki piwo nie przestało się pienić.

– Masz pojęcie, ile to kosztuje, dziewczyno? – Zamoczył szmatkę w piwie i wsunął do jej ust. Zaczęła ssać, jakby to była kobieca pierś. Odczekał, aż powieki znów zaczną jej opadać. Wyciągnął nóż ze stołu. Ostrze pozostawiło w drewnie lekką rysę.

Thorrald wbił nóż w plecy dziecka. Dziewczynka krzyknęła. Zasłonił jej usta ręką. Ten szloch ranił go równie mocno, jak nóż musiał ranić ją. Krew spłynęła na podłogę; ulżyło mu, że dziecko normalnie krwawi. Ale czego się spodziewał? Czy zaczynał panikować?

Thorrald nie przestawał, póki dzieciak nie miał zagłębienia u dołu kręgosłupa, ze śladami jak po pazurach. Dziewczynka przestała płakać szybciej, niż się spodziewał.

– Jeśli ktoś będzie pytał, to wilk zabrał ci ogon. Słyszysz, co mówię? Wilk!

Zamknęła oczy. Nagle zaczął się bać, że podał jej za dużo płaszcza snów. Przyłożył ucho do jej piersi. Sprawdził, czy mała normalnie oddycha. Nie żeby wiedział, co jest normalne u odmieńca.

Przeklęty dzieciak. Przyniesiesz mi śmierć.

Thorrald zostawił ją leżącą na stole. Owinął się szczelniej futrem i wyszedł na zamieć. Jak przerażona starucha wyczuwał cienie między zmarzniętymi świerkami. Ale nikogo tu nie było. Żadnego Ciemnego Cienia. Żadnej gwałtownej śmierci czającej się za rogiem. Jeszcze nie.

Widział tylko Ulvheim. Po raz ostatni. Wyciągnął ze śniegu łopatę i zaczął torować sobie drogę do wozu.


POWRÓT RIMEGO

Powalony świerk rozciągał się nad Otchłanią jak na wpół spróchniały most. Kora łuszczyła się wielkimi płatami, a pień z każdym rokiem był coraz bardziej obnażony. Na drugą stronę prowadziło ledwie dwadzieścia kroków. Droga na skróty dla odważnych wiewiórek. Ale nie dla ætlingów.

Hirka stłumiła instynktowną reakcję i zrobiła kolejny krok. Pień pod nią jęknął. Nie zaznał dotąd ciężaru ætlinga i podejrzanie trącił zgnilizną. Próbowała myśleć o nim miło, jakby dzięki temu miał jej nie zrzucić z siebie. Roztrzaskałaby się o kamienie w Wartkim Potoku, który płynął obojętnie daleko w dole.

Nie boję się.

Podniosła wzrok. Przed nią, w połowie pnia, siedział Vetle i skomlał jak pies. Miał piętnaście zim i był rówieśnikiem Hirki, ale w głowie pozostał dzieckiem. Naiwnym chłopcem, który nigdy nie dorośnie, choć dorasta jego ciało. Vetle za bardzo ufał ætlingom. Wszystkiego innego się bał. A więc jak – do Slokny! – go tutaj wyciągnęli?

Wężowe pomioty! Ażeby ich ślepi zjedli!

Grupka, która za to odpowiadała, siedziała sobie bezpiecznie na skraju lasu. Hirka czuła ich palące spojrzenia na plecach. Chcieli zobaczyć, jak spadnie. Nie zamierzała dać im tej satysfakcji. Planowała jednak odcisnąć sobie na pięściach ślady ich zębów, kiedy już będzie po wszystkim. Kolgrim do jesieni nie zje nic prócz zupy, nie da rady. Zacisnęła spocone dłonie w pięści.

Vetle zaczął się kiwać niebezpiecznie pomiędzy kolejnymi spazmami płaczu. Hirka zrobiła kilka stanowczych kroków, pod jej stopą pękł kikut odłamanej gałęzi. Wzdrygnęła się przestraszona, ręce uniosły się same, jakby miały własną wolę i wcześniej niż ona pojęły, że potrzebuje pomocy. Odzyskała równowagę. Serce waliło jak młotem. Kolana drżały.

– Strach cię obleciał, bezogoniasta?!

Okrzyk Kolgrima wywołał przewidywalny chór rżących śmiechów. Odbijały się echem od kamiennych ścian Otchłani. Bezogoniasta! Bezogoniasta! Bezogoniasta!

Hirka wyprostowała plecy. Nie mogła pozwolić, by ją rozdrażnili. Jeszcze nie.

Vetle był przerażony. Siedział w przypominającej szkielet plątaninie gałęzi, z których igliwie opadło już dawno temu, i wył. Ukrył twarz w zgięciu łokcia, jakby to, że nic nie widzi, miało coś pomóc. W dłoni ściskał drewnianego konika.

– Vetle, to ja, Hirka. Możesz na mnie spojrzeć?

Płacz ucichł. Vetle zerknął znad łokcia. Jego zaczerwieniona twarz rozpromieniła się w uśmiechu. Hirka natychmiast pojęła swój błąd.

Vetle zerwał się na nogi i rzucił w jej stronę z otwartymi ramionami.

– Vetle! Czekaj!

 

Było już za późno. Straciła oparcie. Upadając, obróciła się i uczepiła pnia. Vetle wylądował ciężko na jej plecach, wyciskając powietrze z płuc. Drewniany konik wbijał jej się w policzek. Pień zaskrzypiał paskudnie. Kilka razy.

Wrony zerwały się z wierzchołków drzew i z krzykiem zniknęły w lesie. Dobiegające z różnych stron nawoływania zdradzały, że Kolgrimowi i jego kolegom nagle zaczęło się bardzo śpieszyć. Wynosili się stąd, jakby zdali sobie sprawę, że wszystko idzie do Slokny. Hirka wrzasnęła z wściekłości:

– Tchórz z ciebie, Kolgrim! Słyszysz?! – Teraz pojęła z całą mocą, że nikt się nie dowie, co się stało. Ona i Vetle po prostu znikną z wioski bez śladu. – Martwy tchórz! – dodała z nadzieją, że będzie miała okazję zrealizować groźbę.

Poczuła zimny ucisk w żołądku. Pień zaczął się osuwać. Wierzchołek się złamał i świerk szurał teraz po skalistej ścianie po drugiej stronie. Przechylał się coraz bardziej.

No, chcesz żyć czy umrzeć?

– Biegnij, Vetle! Teraz!

Jakimś cudem Vetle pojął powagę sytuacji i szarpnął się do przodu. Jego kolano wbiło się bezlitośnie między jej łopatki, ale znalazł się przed nią i pomknął po pniu. Hirka wczepiła się kurczowo w powalone drzewo. Zacisnęła oczy i czekała na uderzenie. Korzenie rwały się i pękały jak cięciwy. Posypało się na nią próchno i drobne kamyki. A potem wszystko znieruchomiało, równie raptownie, jak się zaczęło.

Otworzyła oczy. Najpierw jedno, żeby sprawdzić, czy jest sens otwierać drugie. Korzenie wytrzymały. Zwisała ze skalnego urwiska. Vetle krzyknął nad jej głową:

– Jomar!

Drewniany konik przeleciał obok niej i runął w przepaść. Zakończył swoje dni samotnym pluskiem w Wartkim Potoku. Ale Vetle był bezpieczny. Wdrapał się za krawędź urwiska. Cud Widzącego, pomyślała Hirka w nieczęstym przypływie wiary.

Ostrożnie spojrzała w górę. Korzenie wisiały tuż nad nią jak ziejąca paszcza trolla. Nie dało się ich obejść. Krew z pokaleczonej dłoni spływała jej po przedramieniu. Musiała działać szybko, zanim zacznie odczuwać ból.

Wyciągnęła mały nóż, wbiła go w drzewo i podciągnęła się, żeby dosięgnąć korzenia. Na jej twarz posypała się sucha ziemia. Potrząsnęła głową i zamrugała. Usłyszała własny śmiech.

Przynajmniej gorzej już być nie może.

Objęła pień udami i wsunęła nóż do pochwy. Wyciągnęła rękę, by wymacać korzeń od góry. Musiała znaleźć oparcie. Cokolwiek, czego mogłaby się chwycić.

Silna dłoń ujęła jej rękę.

– Punkt dla mnie, jeśli cię wyciągnę?

Prawie spadła z wrażenia. Przyśniło jej się? Ten głos? Zna ten głos! A może uderzyła się w głowę?

Punkt dla mnie? To nie mógł być nikt inny.

Rime wrócił!

Nie słyszała jego głosu od trzech lat i był niższy, niż zapamiętała. Ale to był on. Nie miała żadnych wątpliwości. Hirka zwlekała z odpowiedzią. Może sobie to tylko wyobraziła? To jej się często zdarzało, wszyscy o tym mówili. W ogóle dużo o niej mówili.

Co, u Slokny, on tutaj robi?

Czuła mocny chwyt Rimego, jego ręka była ciepła. Z niechęcią stwierdziła, że już przerzuciła na niego większość swojego ciężaru.

– Zdecydowałaś się wreszcie? – dobiegł spokojny głos znad krawędzi.

– Nie potrzebuję pomocy! – odparła.

– Dalej ci się wydaje, że umiesz latać? A może masz jakiś inny pomysł, jak się stąd wydostać?

Usłyszała, jak Rime nadepnął korzeń, i znów na jej twarz posypała się ziemia. Odwróciła głowę i wypluła czarne grudki. Myśli, że wygrał. Jaki cwany drań! Ona tu ryzykuje życie, żeby ratować Vetlego, a on się zjawia i zbiera sobie punkty, gdy ona jest w potrzebie. To tak dziecinne, że aż niepojęte. Obrzydliwe! Ale pamiętał…

Hirka zagryzła wargę, żeby ukryć uśmiech, choć nikt jej tutaj nie widział. Ramiona paliły. Nie zamierzała tego przyznawać, lecz nie miała szans wydostać się stąd bez pomocy.

– Świetnie bym sobie poradziła, gdybyś nie zmarnował mojego czasu. Możesz dostać pół.

Roześmiał się. Głęboki, ochrypły śmiech, który wyzwolił całą lawinę wspomnień z czasów, gdy wszystko było prostsze. Ścisnęło jej się gardło.

– Zawsze próbujesz zmieniać zasady w trakcie gry. Punkt albo nic.

– Dobra… – wydusiła z siebie. – Punkt dla ciebie, jeśli mnie wyciągniesz.

Ledwie zdążyła dokończyć to zdanie, gdy jej ciało odsunęło się od pnia. Na chwilę zawisła bezradnie nad skrajem przepaści, a potem stanęła na bezpiecznym gruncie. Rime ją puścił. Zrobiła nieśmiało krok, by się upewnić, czy będzie w stanie ustać. Poszło lepiej, niż się spodziewała.

Vetle siedział na ziemi i wyglądał jak porzucony worek. Z roztargnieniem szarpał podarty rękaw. A Rime stał przed nią, jakby nigdy stąd nie wyjeżdżał.

– Gdzie się zraniłaś? – spytał.

Był taki sam jak kiedyś. Zawsze od razu trafiał w najsłabszy punkt. Jak drapieżnik, który musi zaznaczyć, że to on jest najsilniejszy. Że to on najwięcej zniesie.

– Nie zraniłam się – odparła, chowając rękę za plecami. Dłoń wyglądała pewnie jak padlina.

Rime postawił Vetlego na nogi. Chłopak pociągnął nosem. Jego ogon zwisał smutno. Hirka zerkała ukradkiem na Rimego, gdy jego palce wędrowały po szyi i stawach Vetlego w poszukiwaniu obrażeń.

Jego włosy były dłuższe, niż pamiętała, ale tak samo białe jak śnieg. Zwisały mu między łopatkami i związane były skórzanymi paskami. Krótsze kosmyki się wysunęły i opadały po obu stronach twarzy, która teraz była szczuplejsza niż dawniej. Wyrazista. I było coś jeszcze… Nie potrafiła tego dokładnie określić. Poruszał się inaczej.

I nosił broń.

Jej spojrzenie powędrowało do dwóch mieczy w czarnych pochwach, wąskich, przypiętych do szerokiego pasa. Ubrany był jak wojownik. Lekka koszula z wysokim kołnierzem, rozcięta z obu boków. Na piersi skrzyżowane szerokie skórzane pasy. Na tle lasu świecił jak śnieżny kot.

Hirka spuściła wzrok. Jest głupcem. Po co przychodzi tu tak ubrany? Jego strój z pewnością wystarczyłby, żeby wyżywić przez zimę połowę Elveroi.

Rime odwrócił się w jej stronę i zobaczyła haft po lewej stronie jego piersi. Kruk. Znajome rozpostarte skrzydła. Znak Rady. Znak Widzącego.

Panika ścisnęła jej serce, wbiła się w nie gwałtownie i głęboko jak szpony.

Widzący… Rytuał!

Zrobiło jej się zimno, gdy zrozumiała, dlaczego Rime tu jest.

Nie! To za wcześnie! Jeszcze trwa lato!

Spojrzał na nią jasnoszarymi oczyma. Uniosła podbródek i nie odwróciła wzroku. Nawet o cal. Przekrzywił głowę i przyglądał jej się z lekkim rozbawieniem, jakby była jakimś zwierzęciem, którego nigdy dotąd nie widział.

– Nie miałaś przypadkiem kiedyś rudych włosów? – spytał.

Hirka dotknęła głowy i posypał się piasek. Spróbowała go strzepnąć, ale palce utkwiły w czuprynie gęstych rudych włosów. Jego oczy lśniły jak lód. Wyraz twarzy, który znała tak dobrze, że to aż bolało. Dziecinne wyzwanie. Wydawało się nie na miejscu przy tym stroju, który nosił, ale już po chwili jego twarz stężała. Odwrócił wzrok. Przypomniał sobie, kim jest.

Przybycie Rimego zapowiadało niebezpieczeństwo, czuła to każdym nerwem. Wydawało jej się, że go poznała, ale to, co widziała, było tylko wspomnieniem. Stojący przed nią mężczyzna nie był rywalem z dzieciństwa. Nie był przyjacielem. Był synem potężnej rodziny. Rime An-Elderin. Z rodu należącego do Rady.

Tyle że to nigdy dotąd nie było ważne.

– Nie wróciłem, żeby zostać. Udam się z Ilume do Mannfalli – powiedział. Potwierdzenie dzielącej ich przepaści.

Hirka założyła ręce na piersi.

– Normalni nazywają babcię babcią. Ja bym tak robiła, gdybym miała babcię. – To był marny przytyk, ale lepszy nie przychodził jej do głowy. Nie mogła skupić myśli.

– Nie, jeśli jest nią Ilume – odparł.

Hirka spuściła wzrok.

Rime zbliżył się o dwa kroki. Jego strój pachniał czystością i szałwią. Za jego plecami zobaczyła Vetlego, który wyciągał szyję, wpatrzony w przepaść, która pochłonęła drewnianego konika.

– Mają dużo do zrobienia przed Rytuałem. To również twój rok, prawda? – spytał Rime.

Hirka niepewnie pokiwała głową. Czas ją dogonił. Poczuła, że robi jej się niedobrze. W Elveroi było więcej takich, którzy kończyli w tym roku piętnaście lat. Inni od roku liczyli dni. Szyli stroje. Dostawali pierścienie na ogon, kute ze złota i srebra. Planowali podróż, którą każdy raz w życiu musiał odbyć. Również Hirka. Różnica polegała na tym, że oddałaby wszystko, co posiada, żeby tylko tego uniknąć.

Rime sięgnął do jej biodra. Odskoczyła do tyłu, jej ręka powędrowała do noża, ale już go tam nie było. Lśnił w dłoni Rimego. Hirka przełknęła ślinę i cofnęła się przed stalą. Przez krótką chwilę wydawało jej się, że przejrzał ją na wylot i chciał ją zabić, by zaoszczędzić kłopotu Radzie. Podszedł jednak do korzeni.

– Zabieram Vetlego do domu – powiedział i przeciął te nieliczne korzenie, które jeszcze trzymały drzewo.

Świerk runął w Otchłań. Została tylko blizna w ziemi i chmura kurzu, który lśnił w mgiełce nad Wartkim Potokiem. Otchłań zdawała się o wiele szersza niż wcześniej. Skalne ściany po obu stronach zostały obnażone.

– Niech twój ojciec obejrzy tę rękę.

Parsknęła.

– Zszywam dorosłych chłopów, odkąd skończyłam siedem lat!

Podszedł jeszcze bliżej i Hirka stłumiła chęć, by się cofnąć. Był od niej wyższy prawie o głowę. Jego skórzany napierśnik zaskrzypiał, gdy pochylił się i wsunął nóż z powrotem do pochwy przy jej pasie.

– Jomar… – usłyszała niepocieszony głos Vetlego i dobrze go rozumiała. Może dostanie nową zabawkę? Ale nawet gdyby była ze szczerego złota, to nie będzie miało żadnego znaczenia. Stracił Jomara.

Hirka odwróciła się i odeszła. Miała przeczucie, że zostawia za sobą coś ważnego, ale nie obejrzała się.


CZERWONY WÓZ

Gdy tylko upewniła się, że Rime już jej nie widzi, puściła się biegiem. Zostawiła las za sobą i ruszyła grzbietem góry w stronę morza. Tam było najmniejsze ryzyko, że kogoś spotka. Wiatr zaczął pachnieć wodorostami, kiedy zobaczyła chatę. Stała wysoko na górze, wciśnięta w skalną ścianę, jakby wygnano ją ze wsi i przypełzła tu, na górę, by wylizać rany.

Nazywano ją Złą Chatą. Dawno temu strażnicy Rady przyprowadzili tu banitę i ją podpalili. Ale chata nie chciała się palić. Wciąż uparcie stała przy morzu, poczerniała od wschodniej strony. Jeden z chłopów pańszczyźnianych z Błyszczącej Góry odważył się tutaj zapuścić, by zabrać okiennice, ale przerażony upuścił je sobie na stopę i złamał dwa palce. To przesądziło sprawę. Potem już nikt tutaj nie przychodził. Wtedy ona i ojciec tu zamieszkali. Ojciec nie słuchał babskiego gadania. Mimo to Hirka czuła się nieswojo, gdy patrzyła na chatę. Wcale się nie bała i dobrze się tu czuła, zawsze jednak miała wrażenie, że gdy zobaczy chatę, wydarzy się coś złego. Jakby musiała się śpieszyć, by temu zapobiec.

Pod butami zgrzytało. Ścieżka pokryta była kamykami, które przy każdym sztormie odkruszały się od skał.

Rime wrócił. Rime An-Elderin.

To imię powinno być łatwe, ale odczuwała je jak kamień w ustach. To było tak jak z odważnikami Seika – wszyscy wiedzieli, że są za ciężkie, ale nigdy się takie nie okazywały, gdy strażnik przychodził je sprawdzić. Mówiło się, że kupiec ma dwa zestawy.

Tak samo było z Rimem. Miał dwa imiona. Wyjechał z Elveroi z tym krótkim i łatwym, którego używała, odkąd miała dziewięć lat, a powrócił z imieniem długim i trudnym. Imieniem, które kazało mu stąd wyjechać do rodzinnych włości za białymi murami Widzącego w Mannfalli. Hen, hen, daleko stąd.

Sylja z Błyszczącej Góry potrafiła do zachodu słońca pleść o ociekającej złotem Mannfalli, ale Hirka, spędziwszy większą część życia na drogach w pomalowanym na czerwono wozie, była zadowolona, że ma chatę, którą może nazywać domem. Swoje miejsce, o którym może powiedzieć, że stąd pochodzi. Czego więcej trzeba?

Przystanęła przy drzwiach. Koszyk! Zapomniała koszyka. Wszystkich tych roślin, które zbierała przez cały dzień. Zostały przy Otchłani. Nie mogła ich tak zostawić, jutro będzie letnie przesilenie. Przesądne wieśniaczki zadepczą las, zbierając zioła, by śnić o zalotnikach. Zioła, które mogła sprzedać na rynku.

Hirka już chciała zawrócić, ale wtedy jej uwagę przykuł jakiś dźwięk. Coś drapało ściany od środka. Drapanie, a potem cisza. Zamarła na ganku. Byli tu! Rada przyszła, by ją zabrać.

 

Weź się w garść! Nic nie znaczysz dla Rady.

Otworzyła drzwi. Spodziewała się, że zobaczy ojca, ale izba była pusta. Bardziej pusta niż powinna. Z sufitu zwisały mścikolec i łzy słońca, ale wszystkie ususzone zioła zniknęły. Pod dwiema ścianami stały pudła i garnki najróżniejszych kształtów i rozmiarów, ale na dolnych pułkach było pusto. Pozostały tylko słabe zarysy pudeł w cienkiej warstewce sadzy z paleniska. Jedna ze skrzyń, która służyła też jako ława, stała otwarta. Nawrzucano do niej mnóstwo rzeczy, jakby ojciec zbierał wszystko z półek i chował do skrzyni. Herbata, dziki bez, szkarłatny korzeń, maści i mikstury. Amulety i ozdoby Widzącego.

Hirka wyjęła dobrze jej znane, porysowane pudełko i obróciła je w dłoni. To była jaruna. Ich zapas herbaty z Himlifall. Było w niej dużo Evny, i niech Slokna porwie każdego, kto nie poczuje się lepiej po kubku tego naparu. To były rzeczy, które sprzedawali na co dzień… Nagle jej serce ścisnął niepokój.

Znów usłyszała drapanie. Odstawiła drewniane pudełko na miejsce i wyszła z chaty. Ruszyła w kierunku źródła dźwięku, przeszła za róg od strony morza. Uważała, żeby stawiać stopy w miejscach porośniętych trawą. Poruszała się cicho, choć nie rozumiała po co. Wyjrzała zza rogu. Niepokój zmienił się w pewność tak ciężką, że trudno było jej się ruszyć z miejsca.

Ojciec siedział na wózku i zardzewiałą łopatą, której nigdy dotąd nie widziała, zdrapywał czerwoną farbę ze starego wozu. Musiał ją gdzieś pożyczyć. Jedyną lśniącą jej częścią była świeżo naostrzona krawędź. Szurała przenikliwie o drewno, gdy ojciec ją przesuwał. Wóz zrzucał z siebie płaty spłowiałej farby, które opadały jak jesienne liście pod nogi ojca.

Na plecach jego koszuli widać było ciemną plamę potu. Żyły na rękach nabrzmiały, próbując objąć mięśnie, ale to było beznadziejne zadanie. Ojciec był silny, wszyscy to wiedzieli, bo odcinał rękawy przy swoich koszulach. Hirka pamiętała czasy, gdy nosił je tak jak inni, ale to było wiele lat wcześniej.

– Wybierasz się dokądś? – spytała. Zdała sobie sprawę, że skrzyżowała ręce na piersi. Miała nadzieję, że dzięki temu wydaje się silniejsza.

Ojciec przestał skrobać wóz i posłał jej spojrzenie, w którym widać było poczucie winy. Ale jego oczy zaraz znów stały się surowe. Był mężczyzną z Ulvheim. Wbił łopatę w ziemię. Przewróciła się w niskiej trawie. Nawet on nie umiał wbić łopaty w skałę. Potarł ręką krótko ostrzyżoną głowę, aż coś zachrzęściło.

– Przybył kruk – powiedział.

Hirka wiedziała o tym. Domyśliła się w chwili, gdy zobaczyła Rimego. Przybył kruk, Eisvaldr wyznaczył dzień Rytuału.

Ile mam czasu?

Ojciec pochylił się i znów sięgnął po łopatę. Dalej zeskrobywał farbę.

– No i jak, doszłaś do czegoś? – spytał.

Hirka zacisnęła szczęki. Dlaczego nie mógł tego powiedzieć wprost? To jej wina, że muszą wyjechać.

– Wybierasz się dokądś? – powtórzyła.

Ojciec chwycił koła i obrócił wózek, by móc na nią spojrzeć. Uniósł się tak, że niemal zawisł nad wózkiem, opierając cały ciężar ciała na rękach.

Hirka cofnęła się o krok. To było niesprawiedliwe. Wiedziała, czego od niej chce, ale po prostu nie potrafiła mu tego dać. I dlaczego miałaby to zrobić? Potrafi wiele innych rzeczy! Czy będzie osądzana na podstawie tej jednej, której nie potrafi?

– Nie potrafię czerpać. I co z tego? Na pewno już wcześniej byli tacy jak ja. Chyba nie jestem jedyna?

Jej pytanie zawisło w powietrzu, bez odpowiedzi. Wiedział, że nie umie czerpać. Wiedział to od zawsze. Dlaczego dziś miałoby to mieć jakiekolwiek znaczenie?

Rytuał. W tym wszystkim chodziło o ten przeklęty Rytuał.

Zimny paraliż powrócił. Serce zabiło szybciej.

– Na pewno już wcześniej byli tacy jak ja?! Chyba niemożliwe, żebym była jedyna na całym świecie? We wszystkich jedenastu krainach?

Ojciec spojrzał na nią. Głęboko osadzone oczy wyglądały smutno, tak jak jego nogi. A więc tak było. Upośledzona, która nie potrafi czerpać. Ślepa na Evnę. Pozbawiona tego, co mają wszyscy inni. Bez Evny. I bez ogona. Przez głowę przemknęło jej niczym echo wołanie Kolgrima.

Bezogoniasta…

Hirka odwróciła się ostentacyjnie i oddaliła się od chaty. Usłyszała wołanie ojca, ale się nie zatrzymała. W miejscu, gdzie kończyła się skalna półka, wdrapała się na najwyższą z trzech brzóz. Tak wysoko, jak tylko mogła, do miejsca, gdzie gałęzie były już zbyt cienkie, by wspinać się wyżej. Usiadła przy samym pniu i objęła go, żeby nie spaść. Piekła ją dłoń. Rana znów zaczęła krwawić. Zapomniała o niej.

Rime wrócił.

Nagle poczuła się zakłopotana. Zachowywała się jak beznadziejny dzieciak. To, że wdrapała się na drzewo, nic nie rozwiąże. Dorośli tak nie robią. Ani normalni. Czy to dziwne, że musieli żyć w drodze? Czy to dziwne, że nigdy nie spotykali się z innymi, chyba że wtedy, kiedy pomagali jakiemuś choremu? Nie było w tym nic dziwnego. To ona zawiniła. Nie jest taka, jak powinna.

Hirka wczepiła się mocniej w pień drzewa.

Uratowała Vetlego. To się chyba trochę liczy?

Nie, Vetle sam by sobie poradził. Nie ona go uratowała. To Rime uratował ją. Ale przynajmniej miała odwagę spróbować! Na wiele rzeczy miała odwagę. Kąpała się w Wartkim Potoku na początku Małego Księżyca, zanim jeszcze stopniały lody. Skoczyła w Czarną Przepaść, kiedy stali i się na nią gapili. Hirka niczego się nie bała. Dlaczego więc boi się Rytuału?

Bo ojciec się boi.

Bał się. Do tego stopnia, że chciał opuścić Elveroę. Znów wsiąść do starego wozu i żyć na drogach. Sprzedawać cudowne lekarstwa przypadkowo spotkanym. Dzień po dniu gotować zupę na tych samych kościach. Teraz, gdy nie mógł już chodzić, takie życie było niemożliwe. A jednak chciał to zrobić. Uciec. Dlaczego?

Co najgorszego mogła zrobić Rada z dziewczyną, która nie potrafi czerpać?

Nie chciała o tym myśleć. Zaczęła liczyć liście brzozy. Po sześćset pięćdziesiątym drugim wydawało jej się, że znów słyszy wołanie ojca. Nie odpowiedziała. Potem już jej nie zawołał.

Inne książki tego autora