Błękitny karbunkułTekst

Z serii: Sherlock Holmes #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa





To było tuż po Bożym Narodzeniu. Spędziłem święta z rodziną i wracałem już do mieszkania przy Baker Street, które dzieliłem z Sherlockiem Holmesem. Gdy tak szedłem w kierunku domu pod numerem 221B, zaczął obficie padać śnieg. Wkrótce brukowane ulice pokryła puszysta biała warstwa, tłumiąca stukot końskich kopyt, a dorożki zwalniały tempa, gdy woźnice ściągali lejce, by nie ryzykować poślizgu. Zapanowała wyjątkowa cisza, gdyż tego dnia nie pracowali też widywani na co dzień taczkowi sprzedawcy i gazeciarze. Przed świętami wszyscy uliczni handlarze uwijali się jak w ukropie, a teraz wielu z nich postanowiło odpocząć.


Taczkowy

Handlarz uliczny sprzedający towar wprost z drewnianej taczki. Od taczkowych można się sporo dowiedzieć, gdyż świetnie znają Londyn i mają na co dzień kontakt z wieloma ludźmi. Zwykle są bardzo obrotni, a swoje towary zachwalają melodyjnym pokrzykiwaniem.

Mimo że byliśmy współlokatorami dopiero od kilku miesięcy, zdążyłem już wziąć udział w paru sprawach prowadzonych przez Holmesa. Bardzo lubiłem mu asystować i gdy tak szedłem zaśnieżonymi ulicami Londynu, zastanawiałem się, czy mój przyjaciel pracuje aktualnie nad jakąś nową tajemnicą, czy też może spędził święta w ciszy i spokoju. Bez wątpienia spędził je w samotności, ale brak towarzystwa nie był dla niego przykrością. Poza tym byłem pewien, że nasza gospodyni pani Hudson dbała o niego tak jak zawsze.


Gdy przekręciłem klucz w zamku i otworzyłem drzwi, do holu weszła pani Hudson.

– Wesołych świąt, doktorze Watson! – wykrzyknęła serdecznie, promieniejąc radością. Przez chwilę nawet myślałem, że pocałuje mnie w policzek. Nie miałbym nic przeciwko temu, ale uśmiechnąłem się na myśl, jak na taką wylewność zareagowałby Holmes.

– Jestem pewna, że pan Holmes bardzo się ucieszy na pana widok. Trochę towarzystwa dobrze mu zrobi.

Zdjąłem kapelusz i płaszcz, strząsnąłem z nich śnieg za progiem, po czym zawiesiłem je na stojaku w holu.

– Zimny mamy dzień, pani Hudson. Mam nadzieję, że nie musi pani nigdzie wychodzić.

Gospodyni uśmiechnęła się i pokręciła głową.

– Przyniosę wam zaraz gorącej kawy.


Perspektywa jakiejś nowej zagadki do rozwiązania sprawiła, że przeskakiwałem po dwa stopnie na raz. Otworzyłem drzwi naszego salonu i ujrzałem Holmesa paradującego w koszuli nocnej i fioletowym szlafroku. Blask ognia strzelającego w kominku podkreślał ostry profil jego twarzy okolonej ciemnymi włosami w wyjątkowym nieładzie. W ręku trzymał jedną ze swoich fajek z długim cybuchem.

Na podłodze wokół niego leżało kilka rozrzuconych gazet, a Holmes wpatrywał się uważnie w stary, sfatygowany kapelusz wiszący na oparciu krzesła. Najwyraźniej badał ten przedmiot dokładnie już od jakiegoś czasu, gdyż na krześle leżała też lupa. Mogło to znaczyć tylko jedno.


– Czy popełniono jakąś zbrodnię? – zapytałem z przejęciem. – Czyżby ten zwyczajnie wyglądający kapelusz skrywał jakąś mroczną tajemnicę?

Cień uśmiechu przemknął po twarzy Holmesa. Nie wydawał się bynajmniej zaskoczony moim przybyciem, mimo że wróciłem parę dni wcześniej, niż się umawialiśmy.


– Nie, Watsonie. Ale tajemnica istotnie jest dość interesująca. Wejdź, proszę. Cieszę się, że mogę się tym podzielić z przyjacielem.

– Nie daj się prosić, Holmesie, i opowiedz mi o tym kapeluszu – zagaiłem, siadając naprzeciwko niego i ogrzewając sobie dłonie przy ogniu. – Podejrzewam, że tylko z pozoru wydaje się zwyczajny, ale zawiera kluczową wskazówkę, która pomoże ci rozwikłać zagadkę i schwytać zbrodniarza.

– Ach, nie, nie ma tutaj żadnej zbrodni.

– W takim razie dlaczego z tak wytężoną uwagą badasz ten przedmiot?

Holmes odwrócił się, by na mnie spojrzeć.

– Gdy cztery miliony ludzi znajdzie się w tak ogromnym zagęszczeniu na powierzchni zaledwie kilku mil kwadratowych, nieuniknione stają się różne dziwaczne przypadki, których przyczyny jednak nie zawsze są zbrodnicze, jak już się parokrotnie mogliśmy przekonać.

– W istocie – przyznałem. – Spośród sześciu spraw, w których ci ostatnio towarzyszyłem, trzy nie nosiły żadnych znamion przestępstwa.

– I nie mam żadnych wątpliwości, że ta drobna sprawa również należy do tej niewinnej kategorii. Ten kapelusz nie jest ważny sam w sobie, Watsonie, ale postanowiłem go potraktować jako zabawny problem intelektualny.

Westchnąłem. Wyglądało na to, że moje nadzieje były płonne.

Tymczasem Holmes zadowolony z tego, że przyjąłem jego wyjaśnienie, rozsiadł się w fotelu.

– Kapelusz znalazł się w tej okolicy w Wigilię – zaczął. – Kapelusz i gęś.

– Mam nadzieję, że gęś nie miała na sobie kapelusza?

Mój żarcik został oczywiście zignorowany, ale nie mogłem się powstrzymać i zachichotałem pod nosem. Żeby dowiedzieć się czegoś więcej, pozostawało mi cierpliwie poczekać. Popędzanie Holmesa pytaniami nie miało sensu. Wiedziałem, że opowie mi wszystko po swojemu, niespiesznie.


– Do mnie ten przedmiot trafił w świąteczny poranek. Przyniósł mi go Peterson, portier hotelu po drugiej stronie ulicy – kontynuował Holmes.

Pokiwałem głową. Ja też znałem Petersona.

– Powiedział mi, że poprzedniego wieczoru wracał do domu z przyjęcia u znajomych przy Tottenham Court Road. W pewnym momencie ujrzał lekko zataczającego się wysokiego mężczyznę niosącego gęś pod pachą. Facet mijał właśnie ciemną alejkę, z której nagle wyskoczyło paru oprychów. Próbując się bronić, wysoki mężczyzna przypadkiem stłukł szybę wystawy sklepowej. Gdy Peterson podbiegł, by pomóc temu człowiekowi, zarówno on, jak i napastnicy wzięli go za policjanta i wszyscy czym prędzej dali drapaka, zostawiając na ulicy gęś i kapelusz strącony na ziemię podczas szamotaniny. W związku z tym, że nie popełniono żadnego przestępstwa, jeśli nie liczyć stłuczonej szyby, Peterson na drugi dzień rano przyniósł te przedmioty do mnie.


Rozejrzałem się w poszukiwaniu gęsi, a Holmes odgadł moje myśli.

– Ach tak, gęś trzeba było zjeść – powiedział. – W tej chwili prawdopodobnie jest już wyskubana i przygotowana do pieczenia w kuchni Petersona.

– Ale dlaczego po prostu nie oddał tej gęsi i kapelusza właścicielowi? – spytałem.

– Facet dał nogę. Jedyną wskazówką co do jego tożsamości była przyczepiona do drobiowej nogi karteczka z napisem: „Dla żony pana Henry’ego Bakera”. Na podszewce kapelusza znajdują się zaś inicjały H.B. Ale przecież w Londynie można by zapewne znaleźć setki ludzi o nazwisku Henry Baker. Dlatego Peterson postanowił przynieść oba przedmioty do mnie, bo wie, jak bardzo lubię łamać sobie głowę nad takimi sprawami. – Holmes wskazał mi gestem swoje szkło powiększające. – Użyj lupy, Watsonie. Znasz już moje metody pracy. Sprawdź, ile będziesz w stanie się dowiedzieć o właścicielu.

Tylko wybitny talent pozwala odkryć fakty na podstawie zaledwie paru wskazówek. Zawsze mnie zdumiewało, jak Holmes był w stanie stworzyć niemalże pełny obraz z kilku przypadkowych elementów układanki. Ale przecież, pomyślałem sobie, ja w pewnym sensie robię to samo na co dzień w mojej praktyce lekarskiej. Jednak wydobywanie informacji z przedmiotów nieożywionych było badaniem zupełnie innego rodzaju. Moi pacjenci mogli mi chociaż powiedzieć coś o swoich objawach.

Podniosłem kapelusz i obejrzałem go z każdej strony. Było to zwyczajne filcowe nakrycie głowy, znoszone i dość sfatygowane. Jedwabna podszewka niegdyś czerwonego koloru teraz już mocno wyblakła, a z boku – jak Holmes zdążył wspomnieć – widniały inicjały H.B. Po wewnętrznej stronie ronda przyczepiona była, przydatna podczas wietrznej pogody, elastyczna tasiemka pod brodę, która najwyraźniej jakiś czas temu się urwała. Poza tym kapelusz był popękany i bardzo zakurzony, a z wierzchu widać było jakieś plamy, które ktoś prawdopodobnie próbował zatuszować atramentem.

 

– Nic tu nie widzę – powiedziałem, odkładając kapelusz.

– Nieprawda, Watsonie, widzisz wszystko, ale nie wyciągasz wniosków ze swoich obserwacji.

Westchnąłem.

– No dobrze, w takim razie powiedz mi, czego ty byłeś w stanie się dowiedzieć z obserwacji.

Holmes wziął do ręki kapelusz i przyglądał mu się przez chwilę w głębokim zamyśleniu.

– To dość drogi kapelusz modny jeszcze jakieś trzy lata temu – rzekł. – Zwróć uwagę na wyblakłą podszewkę. Pan Baker jej nie wymienił, więc można mniemać, że w międzyczasie podupadł finansowo, choć nie sposób odgadnąć przyczyny. Podejrzewam, że to inteligentny człowiek, ale być może za dużo pije albo uprawia hazard. W każdym razie coś sprawiło, że zaczął mniej dbać o swój wygląd: nie wymienił nawet tasiemki pod brodę, gdy się urwała. Domyślam się też, że żona już go nie kocha, a w jego mieszkaniu nie ma gazowego oświetlenia.

Na te słowa wybuchnąłem śmiechem.

– Raczysz żartować, Holmesie! Tych dwóch ostatnich faktów z pewnością nie sposób wywnioskować na podstawie wyglądu kapelusza.

Kąciki jego ust uniosły się lekko w uśmiechu, ale nie miałem pewności, czy był to grymas rozbawienia czy raczej samozadowolenia.


– Przyznaję, że nie nadążam za twoim tokiem rozumowania – odezwałem się po chwili. – Na jakiej podstawie sądzisz, że właściciel kapelusza jest inteligentny?

– Na podstawie rozmiaru – odparł Holmes i założył sobie na głowę ów kapelusz, który opadł mu aż na sam nos. Wyglądało to tak komicznie, że mimowolnie się uśmiechnąłem. – Jeśli ktoś ma tak dużą łepetynę, musi mieć choć trochę oleju w głowie – oznajmił spod kapelusza. Rzadko zdarzało mu się żartować, ale w tym momencie był wyraźnie rozbawiony.


Do pokoju weszła pani Hudson, niosąc tacę z kawą. Gdy zobaczyła Holmesa w tym za dużym nakryciu głowy, nie skomentowała tego ani słowem, gdyż była już przyzwyczajona do jego dziwactw, ale wydawało mi się, że na jej twarzy również pojawił się wyraz szczerego rozbawienia.

– A to, że żona już go nie kocha? Skąd u licha ci się to wzięło? – spytałem. – Przecież równie dobrze może być kawalerem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?