Saga Puszczy Białowieskiej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przez miejscowych rosomak uważany jest za szkodnika. Hodowcom reniferów podkrada cielęta, dokucza traperom i myśliwym. Wybiera im z potrzasków złowioną zwierzynę, sam przemyślnie unikając pułapek. Posługując się znakomitym węchem, odnajduje schowki z mięsem i raczy się nim do woli, a co gorsza – obficie znakuje kałem, moczem i wydzieliną z gruczołów zapachowych. Nie jest to złośliwość, tylko zabezpieczanie praw własności do zapasów pokarmu. Dlatego w krajach, w których rosomaki mają wspólne z człowiekiem łowiska, przezorni myśliwi swą zdobycz zawieszają wysoko na gałęzi lub zamykają w szczelnych pomieszczeniach zbudowanych z bali.

Rosomak boi się człowieka, a więc unika go, jak może. Jest mistrzem ucieczki – nie doścignie go nawet najsprawniejszy narciarz. Zdybany w norze, otoczony przez najbardziej cięte lapońskie psy pasterskie broni się bohatersko, długo i często skutecznie. I to jest jego największa zbrodnia.

Wilkołak

Wśród bezdroży i bagien, osłonięta przed oczami obcych puszczą nie do przebycia, jaśnieje polana. Środkiem wije się rzeka. Miejscami bystra, miejscami rozlana szeroko, tworzy zakola i starorzecza. Wszędzie widać ślady człowieka: oczyszczone z olszyny dojścia do wody, dębowe pomosty do cumowania łodzi, spłachetki zagonów z resztką niezebranego plonu, wykarczowany skraj puszczy. U jej stóp ciemnieje kilka chat ledwie wzniesionych nad ziemię. Ludzi jednak nie widać; na łące pasie się stadko jeleni, a jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę jesiennego poranka jest rozmowa kruczej pary dochodząca z rozłożystej lipy, na której szarzeje namokła od deszczów skóra wielkiego dzika.

Ród odszedł na zawsze. Ludzie nie dotrwali do zbiorów, znieśli do czółen swój dobytek i poganiani przekleństwem odpłynęli w dół rzeki. Za nimi pozostał grzech, mogiły i zbezczeszczone sanktuarium ukryte w świętym uroczysku.

Nic nie zwiastowało nadchodzącego nieszczęścia. Trzecie pokolenie urodzone w leśnej osadzie bawiło się w cieniu prastarych drzew. W ciepłe wieczory, w blasku ogniska nieconego na brzegu rzeki, starcy wspominali czas wielkiej wędrówki zakończonej na puszczańskiej polanie. Początkowo plemię bytowało na rozległej, żyznej nizinie u brzegów wielkiej rzeki, którą nazwało – Wisła. Podzielone na rody, pracowite i pokojowo nastawione do swych sąsiadów, żyło w małych osadach w domkach z bali drewnianych. Gromowładny Prowe sprzyjał ludziom, więc ziemia rodziła plony, a na okolicznych łąkach pod czujną opieką Welesa pasło się bydło. Plemię zdążyło zapomnieć, kiedy i skąd przywędrowało nad brzegi Wisły, gdy z północy, z nadmorskich ziem, podstępnie jak wąż, nadszedł wróg; uzbrojony w żelazne topory i miecze, obcą mową modlący się do obcych bogów. Plemię musiało uchodzić. Ród za rodem zganiał z łąk bydło, zbierał z pól plony i wędrował na wschód. Wreszcie ludzie znaleźli krainę zamkniętą czarną ścianą odwiecznej puszczy. Leniwie płynącą rzekę nazwali Narwią, a o sobie zaczęli mówić: my, Neury. Płynęły spokojne lata. Rodziły się dzieci i dorastały. Młodzi odchodzili zakładać nowe osady. Jedni napotkali ujście niewielkiej rzeki. Popłynęli nią śmiało w głąb puszczy i osiedlili się na brzegu. Na pamiątkę rzeki-matki nadali jej imię – Narewka.

Darzyło się ludziom u brzegów Narewki. Kobiety rodziły dzielnych synów i piękne córki, śmierć zapomniała o starcach, niedźwiedź i wilk nie napadały na bydło. Zieleniły się łąki, łany prosa i lnu. Las dawał drewno, miód, jagody, grzyby i drobną zwierzynę, rzeka – ryby i ptactwo.

W osadzie rządzili Wielewiedzący Najstarsi. Było ich trzech. Latem siadywali pod lipą, zimą przy ogniu w największej z chat. Raz w roku, u progu lata, Starcy na całą noc znikali w puszczy. Nikt z młodych nie odważył się śledzić ich kroków. O brzasku wracali, a ich twarze były pogodne i pełne nadziei – znak, że Prowe przyjął ofiarę.

Zima, łagodna tego roku, odeszła wraz z powrotem dzikich gęsi, lody tak szybko spłynęły, że rzeka nie zdążyła zalać przybrzeżnych łąk. Pewnego dnia Wiedzący zdecydowali: zanim soki ruszą, zbudować należy nowe czółna – stare już całkiem zmurszały. Koło południa wybrane drzewo było już obalone, pozbawione konarów, wywleczone z lasu i z głośnym pluskiem wrzucone na nieruchomą wodę starorzecza Narewki. Pień obrócił się wokół swej osi, zakolebał, ustalił, kołysze się lekko na boki. Rada Starców zgromadzona na brzegu radziła właśnie, po której stronie pnia wydrążyć otwór dla wioślarza, gdzie będzie dziób, a gdzie rufa, gdy zza zakrętu rzeki wyłoniło się czółno z obcym.

Coś było nie tak: nurt bawił się łódką, to porywał ją bystro do przodu, to okręcał dokoła lub przytrzymywał w szuwarach. Wreszcie czółno spłynęło i zebrani na brzegu ujrzeli wioślarza. Tkwił przechylony w bok, a na jego opuszczonej głowie ciemniał krwawy zawój. Starcy wydali rozkaz: „Przyholować rannego do brzegu!”.

W największej z chat, na posłaniu ze skór spoczywa przybysz. Już czwarty dzień Znający Choroby zmieniają opatrunki, poją rannego naparami z ziół, chłodzą wodą ze świętego źródła, lecz ten nie wraca do świadomości. W gorączce rzuca się po łożu, krzyczy w niezrozumiałej mowie, rękoma szarpie srebrną, plecioną jak sznur, drogocenną obręcz otaczającą mu szyję, w obronie przed majakami poszukuje topora.

Wszystkie rzeczy chorego leżą pieczołowicie ułożone w kącie izby: wyprana przez kobiety i pozszywana odzież, a na niej żelazny topór – istne arcydzieło. Starcy, z podziwem kiwając głowami, długo oglądali jego brzeg ostry jak krawędź liścia trzciny i wygładzone od trzymania w dłoni stylisko wyrzezane z nieznanego im drewna. Wśród kół, zawijasów i sylwetek dzików misternie zdobiących powierzchnię topora ich bystre oczy wypatrzyły też głęboko wyryty znak X. Gromowładny Prowe był widać daleko, gdyż żaden z Wiedzących nie zrozumiał znaczenia złowieszczego symbolu.

Obcy przeżył. Nad podziw szybko odzyskał zdrowie i wnet stało się jasne, że jest najsilniejszym mężem w osadzie. Wyższy niż inni, na potężnych barkach dumnie nosił głowę okrytą krótko ściętą, kędzierzawą czupryną. Czasami siadywał na brzegu rzeki i wbijał oczy w jej zakole, skąd przybył. Strach było patrzeć na niego w tych chwilach: dłoń gniewnie ściskała stylisko topora, a na ponurej twarzy wypisana była nienawiść. Ale nawet najbardziej płochliwa młódka stawała w rumieńcach, gdy z uśmiechem łagodzącym groźne oblicze prosił, by uczyć go mowy plemienia.

Był uczniem pojętnym. Nie minęły dwa księżyce, a już znał dzieje rodu i jego wielkiej wędrówki znad Wisły, poznał obyczaje i wiarę plemienia. O sobie mówił niewiele, pytany – milkł i odwracał wykrzywione gniewem oblicze. Na imię miał Moch.

Zielona ruń ukryła gniazdo kuropatw, gdy na osadę spadło pierwsze nieszczęście. Potężny, śnieżnobiały odyniec, opanowany przez złego ducha wrogiego Neurom, porzucił mateczniki, by co noc pustoszyć pola. Nic nie pomagały palone ognie i straże, co ranka ludzie ze zgrozą patrzyli na coraz większe połacie zrytej ziemi odbierające nadzieję na przeżycie najbliższej zimy. Starcy postanowili: „Śmierć bestii!”.

I wtedy Moch wybuchł gniewem: „Wara od zwierza! Kto tknie odyńca – zginie!”. Obcy jednak był sam, a słowo Starców – rozkazem. Młodzi mężczyźni wykopali więc wielki dół, okryli gałęziami, przysypali ziemią i liśćmi. Pracując, zerkali niepewnie w stronę Mocha. Stał na uboczu w mrocznym zamyśleniu. Wreszcie wziął topór i na kilka dni przepadł w puszczy.

Nadeszła pełnia. Słowik ostatni raz tej wiosny zakląskał w gęstwinie. Skóra z odyńca obeschła i rozciągnięta na polepie największej z chat dawała wypoczynek bosym stopom Starców. Moch czas spędzał na łowach; każdego wieczoru przynosił zarąbaną toporem zwierzynę – jeszcze nigdy osada nie miała tak wielkiej obfitości mięsiwa. W milczeniu jadł wspólny posiłek i odchodził do pustej chały, do której przeniósł swój skromny dobytek przy milczącej zgodzie plemienia.

Owego bezchmurnego wieczoru Wielewiedzący Starcy długo myli swe ciała w Narewce, przywdziali białe szaty i z niewielkimi zawiniątkami w dłoniach odeszli w głąb lasu. Ród zgromadzony na brzegu rzeki w milczeniu spoglądał w płomienie podsycane przez stare kobiety. Nawet najmniejsze dziecko nie zakwiliło tej nocy.

W odległej części puszczy, ukryte wśród bagien, stoi sanktuarium.

Tarcza księżyca wysunęła się zza potrójnego pnia dębu i białym, łagodnym światłem oblała płaski, owalny głaz leżący na skraju kręgu porośniętego krótką trawą. Wokół, wśród dziwacznie poskręcanych gałęzi głogów, prześwitują dziesiątki wielkich głazów, jedne płaskie, zapadłe w ziemię, inne wysoko wypiętrzone, okryte zielonym mchem, razem tworzą tajemniczy porządek: półokrąg otwarty na południe i podwójny szlak wiodący na północ.

Przy owalnym kamieniu, na tle czarnej puszczy jaśnieją śnieżnobiałe szaty trzech mężów. Stojący w środku wzniósł ramiona, zaraz popłynie pieśń ku czci Prowe – lecz zamiast pierwszej nuty, powietrze przeszył świst, i w czole starca ugrzęzło ostrze topora. Ciało miękko opadło na głaz i obejmując go ramionami, zamarło w bezruchu. Szybciej niż myśl, nagi człek doskoczył do trupa, znowu zafurczał topór i utonął w białej szacie na piersi oniemiałego ze zgrozy kapłana. I wtedy czarna przesłona w kształcie brodatego olbrzyma okryła tarczę księżyca. W zapadłej nagle ciemności przetoczył się grom. Gdy blade światło przelało się przez krawędź odchodzącej chmury, ukazała się owalna polana porośnięta krótką trawą i dwa nieruchome ciała. Zalśniło ostrze topora w rękach mordercy. Stał na lekko ugiętych nogach, wzrokiem przebijał ciemność zalegającą wśród drzew, nasłuchiwał szmeru oddechu żyjącej istoty. Puszcza odpowiadała mu bezruchem śmierci i ciszą. Ponuro zawył wilk.

Słońce stało już wysoko na niebie, lecz Wielcy Ofiarnicy nie wrócili do osady nad rzeką Narewką. Przy dawno zagasłym ognisku, ze strachem w sercach, niepewni, co począć, obradowali mężczyźni. Jedni chcieli biec w Puszczę, by mimo zakazu szukać świętego kręgu kamieni, inni woleli czekać, ufając Prowemu. Patrzyli po sobie, ale szacunek dla Starców żadnemu z nich nie pozwalał objąć przywództwa. I wtedy z puszczy wyszedł Moch. Prawą dłoń zaciskał na stylisku topora, z lewej, trzymane za siwe włosy, zwisały dwie ludzkie głowy. Podszedł do dogasającego ogniska i krótko obwieścił nowe prawo: od dziś on jeden rządzi w osadzie, a wszyscy inni stają się jego „slougami”. Kto tego nie uzna – podzieli los Starców

 

Zamieszkał w największej z chat. Skórę odyńca zawiesił na starej lipie, a głowy – przy odrzwiach. Groza i hańba zamieszkały z ludźmi; nie chwycono za broń, nie odszukano zwłok, by je godnie pochować, nikt z mężczyzn nie spytał: gdzie trzeci z Wiedzących? Chodzili z opuszczonymi głowami, unikając spojrzenia kobiet wybieranych na noc przez obcego; siła stanęła nad prawem.

Księżyc zmalał. Gdy zniknął, osadę nawiedził wilk. Był wielki i straszny. Ze zjeżoną sierścią i świecącymi ślepiami przemykał wśród chat, by – prawie na oczach ludzi – zarżnąć jałówkę lub byczka. Uderzał znienacka, z ciemności, chwyt zębów rwał skórę i mięśnie, a gdy rycząca z bólu ofiara padała oplątana we własne jelita, nieśpiesznie uchodził do Puszczy. Zrozpaczeni ludzie, biegnący bydlęciu na pomoc, każdej nocy słyszeli mściwe wycie wilka dochodzące z bagien. Wiedzącym wzrokiem patrzyli po sobie – lecz nikt nic nie mówił.

W osadzie nie było już bydła. Podrostek wysłany rankiem po wodę – nie wrócił. Znaleźli go u źródła z rozszarpanym gardłem.

Wilk z łoszakiem

Tego dnia Moch długo, starannie ostrzył kamieniem swój topór. Ludzie ukryci w chatach, przez szpary w belkach widzieli, jak ciął skórę jelenia na płaty, zawijał na rękach i nogach, obwiązywał rzemieniami. Noc dobiegała kresu, gdy wolnym krokiem podążył do Puszczy.

W norze wykopanej w piaszczystej niszy osłoniętej tarczą korzeni potężnego wywrotu młoda wilczyca wylizuje szczenięta. Ich ojciec zginął pod lodem, na który wbiegł w pogoni za sarną. Matka – zdana na siebie – nie z każdych łowów wracała ze zdobyczą. Dziś małe śpią najedzone do syta. Tej nocy wilczyca spróbowała szczęścia w innej części łowiska – przebiegła skrajem ogromnego bagna, by tropić sarny pasące się na łąkach nadrzecznych. Z koźlęciem w zębach wróciła przed świtem.

Wśród pni przemyka nisko pochylona sylwetka człowieka. Rozdęte nozdrza łowią zapachy, zwężone oczy poszukują przygiętych źdźbeł, śladu pazurów. Trop wiedzie od źródła prosto w moczary. Tu niknie, zda się na zawsze. Człowiek zawraca, krąży, wypatruje zagubionego śladu. Przystanął i węszy; nad ziemią wisi mdląca woń wilczego moczu, złamana gałązka z kroplą krwi wskazuje kierunek – zwierz przeszedł skrajem bagien i pomknął na zachód. Łowca przyśpieszył kroku. Biegnąc, nie widzi burego cienia w ślad za nim opuszczającego moczary...

Blask wstającego dnia ukazuje tarczę korzeni obalonego świerka i wilczycę leżącą u wejścia do nory. Mleczne ząbki szczeniąt poraniły jej sutki, więc wylizuje obolały brzuch.

Śmierć wbiła się w czaszkę bez ostrzeżenia.

Człowiek, nie wydzierając topora z ciała martwego zwierzęcia, odciągnął je na bok i ukląkł w otworze nory. Owinięte w skóry przedramię wsunął głęboko do środka, wyszarpnął, wstał, by z rozmachem uderzyć szarym, wyrywającym się ciałkiem o pień pobliskiego drzewa. Trzykrotnie przykucał i sięgał. Za czwartym razem palce nie natrafiły na sierść.

Wyprostował grzbiet, przeciągnął ramiona, z ponurym uśmiechem odwrócił się w stronę martwej wilczycy... dwa kroki od niego stał potężny basior. Jarzące ślepia wbił w oczy człowieka i skoczył. Szara smuga śmignęła w powietrzu. Nie pomogła srebrna obręcz na szyi; ciszę poranka rozdarł z nagła urwany wrzask.

Trzy pełne doby musiały upłynąć nim w osadzie nabrano pewności, że obcy nie wróci. Rankiem ludzie otworzyli swe domy, zwinęli dobytek i rozglądając się z trwogą, znieśli do łodzi. Zanim słońce odbyło pół drogi – uciekli. Ostatnie czółno sięgało zakola, gdy do pomostu w opuszczonej osadzie podbiegł wielki, bury wilk. Gdyby się wówczas ktoś z ludzi obejrzał! Na brzegu rzeki, w podartej, niegdyś białej szacie, stał, wpatrzony w odpływających – Starzec.

Początków plemion prasłowiańskich należy upatrywać w dwu falach osiedleńczych ludów indoeuropejskich, które między 2000 a 1100 rokiem p.n.e. (schyłek neolitu) z zachodu wtargnęły przez Odrę na nasze ziemie. Ludy te, zwane od sposobu zdobienia glinianych naczyń – kulturą sznurową, pod koniec epoki brązu opanowały całą zachodnią Polskę wraz z obecnymi Kujawami i ziemią chełmińską oraz Pomorze, dając podwaliny kulturze łużyckiej. Z biegiem czasu podzieliły się na wiele odłamów, z których część wywędrowała, a część pozostała na miejscu, zajmując się uprawą roli. Ich centrum życiowe mieściło się między Odrą a Wisłą. W latach 700–400 p.n.e. (okres halsztacki doby żelaznej) od strony Bałtyku rozpoczęła się ekspansja bitnego ludu z tak zwanej kultury pomorskiej. Było to plemię niewiadomego pochodzenia (niektórzy badacze na podstawie tak zwanych urn twarzowych szukają jego źródeł u Etrusków). Lud kultury łużyckiej został zmuszony do opuszczenia ziem leżących w dolnym biegu Wisły i musiał wędrować na wschód.

Najstarsze wiadomości o Słowianach zawdzięczamy greckiemu historykowi z V wieku p.n.e. – Herodotowi. Wśród ludów zamieszkujących kraje „barbarzyńskie” wymienia Neurów zasiedlających obszar dzisiejszego Podola i Wołynia. Podaje, że: „Neurowie zajęli teren, na którym siedzą, dopiero około sto lat przed wyprawą Dariusza na Scytów – (to jest w połowie VI wieku p.n.e.) – musieli bowiem opuścić swe siedziby z powodu nadmiernego rozmnożenia się węży” (!). Zarówno wykopaliska archeologiczne, jak i pewne wskazówki językowe (nazwy miejsc i rzek – Ner, Nerki, Nur, Nurzec, Narew, Narewka) mówią, że Neurowie pierwotnie bytowali w Wielkopolsce, skąd wyemigrowali wzdłuż Bugu na wschód.

Prasłowianie żyli na najżyźniejszych glebach w stałych, jedno- lub wielorodowych osadach. Trudnili się rolnictwem i przydomową hodowlą (głównie bydła). Zakładali też osiedla puszczańskie nastawione na łowiectwo, pszczelarstwo, produkcję smoły, dziegciu i węgla drzewnego. W osadach panował ustrój pierwotnej demokracji, który nie znał jeszcze władzy jednostki, a oparty był na kolektywnym wiecu ogółu dorosłych mężczyzn lub rządach legendarnej rady starców.

Uczeni są zgodni, że wśród wielu bóstw utożsamiających siły przyrody prym wiedli: gromowładny Prowe (u Bałtów – Perkun, na Rusi – Perun) i opiekun bydła – Wełes (Wołos). Prasłowianie cześć bogom oddawali na wzgórzach, w świętych gajach i uroczyskach. W Wyszogrodzie archeolodzy odkryli klasyczne sanktuarium prasłowiańskie. Wiedzie do niego droga wyłożona kamieniami, na której znaleziono dwa żelazne sierpy. Centrum stanowi krąg ułożony z głazów narzutowych, wyznaczający miejsce boskiej obecności. W kręgu uwagę zwracają dwa kamienie-ołtarze. Między nimi odkryto szkielet mężczyzny, którego czaszka nosiła ślad uderzenia tępym narzędziem. Drugi szkielet – uduszonej młodej kobiety – odnaleziono obok kręgu.

We wrześniu 1995 roku w Puszczy Białowieskiej uroczyście otwarto nowy obiekt turystyczny – Miejsce Mocy: podobny do wyszogrodzkiego kompleks głazów tworzących krąg z „ołtarzem” i doprowadzającą do niego, znaczoną głazami drogę.

Jedną z trwalszych pamiątek po przodkach są prastare cmentarzyska – łopata archeologa już nieraz przyczyniła się do wzbogacenia naszej wiedzy o czasach prehistorycznych. Znamy różne typy dawnych pochówków. Są wśród nich groby skrzynkowe, podpłytowe i podbrukowe – w których jama wykopana w ziemi, po złożeniu w niej ciała lub popiołów, naczyń ofiarnych i rzeczy osobistych zmarłego, przykrywana była wielkimi głazami lub przysypywana kilkoma warstwami bruku. Dziś groby takie są trudne do odnalezienia, zwłaszcza na nizinach, gdzie okoliczna ludność, cierpiąc na brak odpowiedniego surowca skalnego, skupiska wielkich kamieni wykorzystywała do budowy domów i na nagrobki.

W Puszczy zachowały się prastare groby z nasypami ziemnymi – są to kurhany. Występują w grupach od kilku do kilkudziesięciu, mają kształt płaskiego stożka o prawie kolistej podstawie i średnicy dochodzącej do dwudziestu metrów. Większość z nich jest już mocno rozmyta przez deszcze i poprzerastana drzewami, inne noszą ślady łopat poszukiwaczy skarbów. Niektóre, dobrze jeszcze widoczne, królują na naturalnych wzniesieniach i wydmach (na przykład w pobliżu wschodniego krańca wsi Białowieża, na Górze Batorego, w okolicach osady Czerlonka i pod Hajnówką), inne ukryte są w bardziej niedostępnych miejscach (w rezerwacie ścisłym w pobliżu leśniczówki Dziedzinka, nad rzeką Łutownią, w widłach Narewki i Braszczy w Nadleśnictwie Browsk).

Pierwszym uczonym, który zainteresował się białowieskimi cmentarzyskami, był archeolog Alfred Goetze; w 1918 roku prowadził wykopaliska w północnej części Puszczy. Zarejestrował czterdzieści sześć stanowisk z czterysta dwudziestoma ośmioma kurhanami. Część zbadanych grobów zawierała pochówki szkieletowe, inne należały do grobów ciałopalnych, a w części znajdowana była tylko warstwa węgla drzewnego i popiołu.

W 1959 roku kolejni uczeni w uroczysku Hajduckie odkryli grób dziecka zmarłego w III lub w IV wieku n.e.

W 1976 roku kurhany białowieskie były obiektem badań archeologicznych prowadzonych pod kierunkiem Ireny Górskiej. W Białowieskim Parku Narodowym zinwentaryzowano trzydzieści cmentarzysk zawierających sto osiemdziesiąt cztery pochówki. Ekipa archeologów odkryła też kolejną starożytną osadę w pobliżu źródeł Narewki, przy zachodniej granicy bagien Dzikiego Nikoru. Zdaniem archeologów, część kurhanów może pochodzić z pierwszych wieków naszej ery, inne – na przykład odnalezione na zachodnim skraju Puszczy Ladzkiej – są młodsze, pochodzą z X–XII wieku. Ich późny wiek może dowodzić, że nawracanie pogan żyjących na pustkowiach litewskich musiało przebiegać powoli i opornie – ludzie ci najwidoczniej nie chcieli z dnia na dzień porzucić wiary i obyczajów swych dziadów

Niektórzy przyrodnicy, sądząc z ilości kurhanów, domniemają, że w średniowieczu Puszcza była gęsto zaludniona. Jest to błąd rozumowania.

W Kronikach Długosza znajduje się niebywale interesujący fragment mówiący o religii i obyczajach Żmudzinów. Po wywodach dotyczących świętych gajów, których nie wolno było profanować, pisze: „Mieli nadto we wspomnianych lasach oddzielne, należące do rodzin i domów, ogniska, na których palili zwłoki drogich sobie osób, krewnych, z końmi i siodłami i lepszymi ubiorami. A pierwszego października obchodzili we wspomnianych lasach ogromną uroczystość. Wszystek lud obojga płci, który się tutaj schodził z całej okolicy (!), przynosił pokarmy i napój, każdy według swego stanu. Urządzając z nich ucztę, przez kilka dni składali ofiary swoim fałszywym bóstwom, szczególnie bożkowi nazywanemu w ich języku Perkunem, tj. Piorunem”.

Ponieważ Żmudź sąsiadowała z Prusami (i Jaćwingami), Łotwą i Litwą, ludy te posługiwały się podobnym językiem (mówi o tym Długosz), a Perkun był najważniejszym bogiem na Litwie, można sądzić, że i obyczaje grzebalne też były u tych ludów podobne. W tym świetle Puszcza Białowieska jawi się jako monumentalna, odwieczna, święta nekropola, a nie miejsce posiekane polanami zamieszkanymi przez rolników, gdzie tuż za ostatnią chałupą zaczyna się wiejski cmentarzyk.

Widzę, jak mieszkańcy gródka wzniesionego nad brzegiem Narwi niosą daleko w głąb bezludnej puszczy mary ze zwłokami bliskiej osoby, jak obok innych kurhanów układają wysoki stos suchego drewna, a gdy się doszczętnie wypali, starannie zbierają do urny resztki kości. Potem na miejscu mar usypują kopiec z ziemi, a na jego szczycie stawiają zamknięte naczynie z prochami. Od tej chwili zmarłego otula śnieg, poi deszcz, do snu śpiewają mu ptaki i wiatr, drogę do wieczności oświetlają mu słońce, gwiazdy i księżyc.

Odwieczna u Słowian jest wiara, że pewni ludzie z własnej mocy magicznej lub pod wpływem czarów czy klątwy mogą czasowo zamieniać się w wilki. Stają się wówczas wilkołkami (od prasłowiańskiego – wilkodłak, to znaczy mający wilczą sierść) – czyli wilkołakami. Bestii nie można żadnym darem pozyskać, można z nią tylko walczyć odpowiednimi zaklęciami i zabiegami magicznymi. Herodot – powołując się na doniesienia Scytów i Greków – podaje informację, że każdy Neur raz do roku zamienia się w wilka.

 

Celtycki złoty stater

Pierwszą wzmiankę o Celtach (zwanych też Galami), którzy na przełomie er opanowali znaczne obszary Europy, można znaleźć w greckich dziełach literackich z połowy I tysiąclecia p.n.e. Przez ponad pięćset lat Celtowie wywierali wszechstronny (polityczny, kulturowy i materialny) wpływ na starożytne cywilizacje Grecji i Rzymu oraz na ludy pierwotne mieszkające na północ od Alp.

Największe nasilenie ekspansji Celtów przypada na IV i III wiek p.n.e. Zapuszczali się nawet na ziemie polskie – archeologia dostarcza dowodów istnienia celtyckich gniazd osadniczych na południu kraju, w Małopolsce, na Kujawach, a nawet na Mazowszu. Język polski zachował kilka słów pochodzących bezpośrednio z ich mowy. Jednym z nich jest „sługa” od praceltyckiego – „slougo”.

Diodor Sycylijczyk tak opisywał Galów: „[...] Mają wygląd przerażający, a ich głosy mają głębokie i bardzo ostre brzmienie. W rozmowie używają niewielu słów, przeważnie czyniąc tylko aluzje do spraw i wiele pozostawiając domyślności. Są samochwalcami i często rzucają pogróżki. Noszą ozdoby złote, naszyjniki na szyjach [...]”.

Naszyjniki torques były ozdobą, oznaką godności i siły wojownika celtyckiego. Były to sztywne, niezamknięte obręcze żelazne, srebrne lub złote, często plecione jak sznur, z zakończeniami w kształcie głów zwierzęcych.

Ammianus Marcellinus zapisał, że: „cały zastęp obcych nie zdoła sprostać jednemu Galowi, jeśli przyzwie on na pomoc żonę, która zazwyczaj jest bardzo silna i niebieskooka – zwłaszcza gdy wyprężywszy kark, zgrzytając zębami, wymachując swymi białymi a olbrzymimi rękami, zaczyna wymierzać ciosy, do których dołącza kopnięcia niby lawinę pocisków miotanych z katapulty”. Pisarze starożytni podają, że niektórzy wojownicy stawali do walki nago, mając poza bronią jedynie naszyjnik i pas. Tak przedstawiają Galów słynne rzeźby hellenistyczne.

Ulubionym motywem w sztuce Celtów była ucięta ludzka głowa.

U Diodora Sycylijczyka czytamy: „Obcinają głowy zabitym wrogom i każą je nieść przed sobą. Najlepszy z łupów przybijają potem do ściany swojego domu, jak gdyby były to trofea upolowanych zwierząt”.

Wszelkie opisy pierwotnych wierzeń, mitów i obrzędów tego ludu są rekonstrukcją opartą na wielu, stosunkowo późnych źródłach antycznych. Ustalono jednak, że Celtowie – prócz bogów, czcili zwierzęta i drzewa. Obok jelenia i konia, zwierzęciem totemicznym, symbolizującym siłę męską i inteligencję, był odyniec (moch). Jego znaczącą rolę poświadcza wyjątkowa obfitość wyobrażeń w sztuce związanej z kultem i wierzeniami oraz odnajdywane pochówki dzików. Celtami rządzili druidzi – kasta mędrców i kapłanów. Ich symbolem był biały dzik. Posługując się prawem geasa, nakładali na poszczególnych ludzi tabu wiążące ich mocą magiczną, na przykład zakaz zabijania pewnych zwierząt czy jedzenia określonych potraw. W razie popełnienia czynu uważanego przez druidów za zbrodnię (na przykład zabójstwo) winnego – jeśli uniknął wyroku śmierci – skazywano na banicję.

Badb

Żeńskie bóstwo pola bitwy – Badb – przedstawiano pod postacią kruka.

Materialną podstawą cywilizacji Celtów była umiejętność wytopu i obróbki żelaza z pospolicie występujących rud bagiennych. Do połowy V wieku p.n.e. niewiele ludów opanowało jego produkcję, co wyjaśnia sukcesy militarne Celtów uzbrojonych w żelazny oręż – miecze, noże i topory bojowe. Kowale celtyccy opanowali do perfekcji procesy kucia artystycznego, trawienia kwasem wypukłych wzorów, jak również technikę osadzania w żelazie szlachetnych metali. Wśród bogactwa powyginanych i splątanych motywów zdobniczych, stylizowanych zwierząt i roślin zdobiących broń, ukryte były, często w miejscu najmniej widocznym, znaki magiczne. Frapujące jest częste występowanie na rzeźbach, ceramice i broni znaku X. Kojarzony jest on z bogiem Smertios (śmierć). Znak ten umieszczano na toporach, którymi zabijano starców.

Żubry okrążone przez wilki