Opowieści

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zrozumieć sarny

Sarna jest bardzo znanym i lubianym zwierzęciem. Każdy, kto interesuje się jej językiem, szybko zaczyna rozróżniać kilka rodzajów głosów. Jeden z nich to rozmowa matki z dzieckiem. Maleństwo: koziołeczek czy kózka, wydaje cichutki pisk, który ktoś, kto nie zna lasu bardzo łatwo pomyli z głosem ptaka. Sarnia matka natomiast nie pomyli się nigdy. Ona, rozmawiając ze swoim dzieckiem, również wydaje bardzo delikatny, cichy dźwięk: „mh mh mh”. W ten sposób te zwierzęta się komunikują. Mały wstaje i mówi, że już jest głodny. Wtedy matka przybiega (nigdy nie przebywa w pobliżu maleństwa, żeby nie ściągać uwagi wrogów). Dziecko zostaje nakarmione, wylizane i idzie spać.

Inaczej wygląda porozumienie, gdy spotykają się dwie dorosłe sarny w okresie rui. Komunikacja pomiędzy nimi jest bardziej aluzyjna niż językowa. Samiec podnieconym głosem stęka, a samiczka delikatnie popiskuje i ucieka, udając, że się go okropnie boi. Posapujący koziołek podąża za jej piskiem. Jak wygląda sytuacja, gdy spotykają się dwa samce i chcą się bić? Wtedy oczywiście widać przede wszystkim grożące ruchy, ale też słychać groźne posapywania. Żeby do konfrontacji nie dochodziło, a przeciwnik nie przychodził do rewiru danego koziołka, to ten szczeka. To jest głos sarny, który człowiek myli z głosem psa – taki sygnał grożąco-ostrzegający, oznaczający: „Tu jestem. Proszę tu nie wchodzić. Żaden kozioł tu nie ma prawa się pojawić, ponieważ to jest moje królestwo, mój teren”.


Dostąpienie zaszczytu

Nasuwa się kolejne pytanie: skoro ja rozumiem, o czym sarny mówią ze sobą, to czy one mogą rozumieć mnie? Czy mogą do mnie przemówić swoim głosem? Przez wiele lat hodowałam sarny i je badałam. Bardzo mnie interesowało, czy te zwierzęta (komunikujące się ze sobą głosowo, i z którymi ja się komunikowałam cały czas) uczynią mi ten honor i odezwą się do mnie którymś ze swoich głosów. W końcu przez absolutny przypadek otrzymałam jednoznaczną odpowiedź. Było to na przedwiośniu. W młodnikach leżał jeszcze śnieg, a w starodrzewie już go nie było. Weszłam do dużej zagrody, w której mieszkały sarny i zauważyłam, że młode – roczne sarnięta – spłoszyły się, były niespokojne. Widocznie musiało się dziać coś złego. Wyszłam z nimi na brzeg starodrzewu przy uprawie leśnej. Zostawiłam spłoszone zwierzęta wśród drzew i weszłam w krzaki, żeby sprawdzić, co je wystraszyło. Wpatrzone we mnie, stały z postawionymi uszami, zjeżonymi kuperkami. Widać było, że ich zdaniem w młodniku jest coś bardzo groźnego. Proszę sobie wyobrazić, że gdy byłam mniej więcej w połowie drogi, stanęłam jak wryta, bo usłyszałam za sobą chóralne szczekanie pełne grozy. Odwróciłam się i zobaczyłam pięć moich sarenek. Miały sztywno wyprostowane nóżki, wciąż patrzyły na mnie i wołały tym swoim rozpaczliwym głosem: „Nie idź tam. Nie idź tam. Tam jest śmierć”. Przyznam szczerze, że osłupiałam. Jednak poszłam dalej. Okazało się, że w młodniku były świeże, ciepluteńkie ślady rysia. Weszłam głębiej w ten gąszcz i znalazłam kał rysia – rzeczywiście jeszcze ciepły.

Co ta sytuacja znaczyła dla moich saren? Zauważyły, że do zagrody wdarł się drapieżnik. Uciekły spłoszone. Po chwili zobaczyły matkę (bo ja – ludzki opiekun – byłam wtedy ich matką), która szła nieświadomie na pewną śmierć.

Musiały ją ostrzec.

Przyznaję, że ten dzień stał się przełomem. Przekroczyłam granicę, która oddziela świat ludzi od świata zwierząt. Gdyby od nich odgradzała nas szyba lub mur nie do przebicia, sarny by się mną nie przejęły. Uznałyby: „My to sarny, ona to człowiek – co nas ona obchodzi”. Jeżeli one mnie ostrzegły głosem zarezerwowanym dla swojego gatunku, oznaczało to wyłącznie jedno: „Jesteś członkiem naszego stada, nie chcemy, żeby ci się stała krzywda”. Przeżywałam to zdarzenie przez wiele dni. Właściwie do dzisiaj, gdy myślę o tym, czuję w sercu takie miękkie ciepło. Uważam, że jest to dowód na to, jak bardzo można się zaprzyjaźnić z dzikimi zwierzętami i jak wiele obustronnego zrozumienia może nas spotkać.


Rozmowa na migi

Niektórzy ludzie czasem bardziej wierzą w to, co ktoś kiedyś sobie wymyślił, niż w to, co widzą na własne oczy. Na przykład zwolennicy teorii, że zwierzęta reagują tylko na ton głosu, a nie rozumieją, co się do nich mówi. Na szczęście jakiś czas temu rozpoczęto szeroko zakrojone (teraz posuwające się lawinowo) badania tej dziedziny, prowadzone z małpami człekokształtnymi. Wiadomo, że szympansy są bardzo podobne do ludzi, nawet na poziomie budowy i liczby genów (nawet 98% wspólnych), i porozumiewają się między sobą bardzo skomplikowanym językiem. Niestety, budowa ich krtani uniemożliwia artykułowanie słów.

Badacze na różne sposoby próbowali porozumiewać się z szympansami. Na przykład kładli kartkę papieru i rysowali na niej symbole. Małpy zapamiętywały, że oznaczały one np. garnuszek z mlekiem lub kapustę. Potrafiły wskazać palcem, co chcą jeść, czyli podejmowały jakiś kontakt. W pewnym momencie nastąpił przełom. Przyczynił się do niego Amerykanin, Roger S. Fouts, psycholog zajmujący się autystycznymi dziećmi, które mają trudności w komunikowaniu się z innymi ludźmi. Ten, wówczas młody, człowiek został zaproszony do współpracy przez wielkich uczonych, dr Beatrice i Allena Gardnerów, badaczy małp człekokształtnych. Miał nauczyć języka migowego ich podopieczną szympansicę Washoe, która teraz jest jedną z bohaterek świata zwierzęcego, obecną z imienia w świecie nauki. Państwo Gardnerowie wymyślili, że szympansie dziecko może zachowywać się w świecie ludzkim jak dziecko ludzkie dotknięte autyzmem. Dlatego uznali, że warto spróbować nawiązać z nim kontakt za pomocą języka migowego. Oczywiście doświadczenie przeprowadzono w sposób absolutnie czysty. Małpę uczyli młodzi ludzie (głównie Roger S. Fouts), którzy w ogóle nie odzywali się do niej. Washoe nie znała głosu ludzkiego, żadnych dźwięków – tylko znaki migowe. Na podstawie tego eksperymentu powstała książka, przeprowadzono też dziesiątki następnych doświadczeń z wieloma innymi małpami.


Małpa z wyobraźnią

Eksperyment z szympansicą Washoe uczącą się języka migowego trwał wiele lat. W tym czasie małpa opanowała kilkaset znaków migowych. Potrafiła prowadzić równoprawną rozmowę ze swoim opiekunem. Co ciekawe, z podstawowych znaków, które poznała, zaczęła składać nowe znaczenia i nowe zdania. Bardzo świadomie operowała językiem. Jednak eksperyment na tym się nie skończył. Washoe wyszła za mąż i urodziła dzieci. Okazało się, że zaczęła uczyć języka migowego swoje potomstwo. Oprócz wydawania dźwięków swego gatunku, małpięta również bezdźwięcznie migały. Pewnego dnia opiekun szympansiej rodziny przeżył szok, gdy Washoe rozmawiała ze swoim bardzo niegrzecznym dzieckiem.

Żeby stało się zrozumiałe to, co mu „powiedziała”, muszę wyjaśnić pewną kwestię. Otóż, gdy szympansica była mała, zdarzało się, że zachowywała się bardzo niegrzecznie. Opiekun nie mógł jej opanować, więc czasem w języku migowym opowiadał, że w drugim pokoju jest zamknięty wielki, czarny pies. Ona znała takiego psa z podwórka i bała się go okropnie. Opiekun zapewniał, że jeśli Washoe się nie uspokoi, to on otworzy drzwi do tego pokoju i wielki czarny pies się z nią spotka. Wtedy mała małpka wpadała w panikę, skakała mu w objęcia i tuliła się. Momentalnie stawała się bardzo grzeczna.

Opiekun dorosłej Washoe zaobserwował, jak matka postąpiła ze swoim rozbrykanym, nieznośnym dzieckiem. W pewnym momencie szympansica zawołała do niego w języku migowym: „Ty wielki, czarny, brudny psie!”. Uczony aż usiadł ze zdumienia. Słowo „brudny” w stosunku do Washoe było używane wtedy, gdy pobrudziła się jedzeniem i musiała skorzystać z umywalni. Ona wiedziała, że zwierzę brudne jest nieapetyczne i powinno zostać umyte. Dlatego skarciła swoje dziecko najbardziej obraźliwymi, znanymi sobie słowami, komponując z nich zupełnie nową całość. Połączyła słowa „brudny” i „wielki, czarny pies”. Z dwóch odrębnych znaczeń stworzyła nową obelgę.

To ostateczny dowód na to, że małpy mogą rozmawiać. Naprawdę znają język i mogą porozumiewać się z człowiekiem.


Po zapachu do celu

I zwierzęta, i ludzie porozumiewają się nie tylko za pomocą dźwięków. Posługują się też mową zapachów. Jak ją wykorzystują zwierzęta? Są gatunki, które odnajdują się w wielkim, wrogim świecie właściwie wyłącznie dzięki zapachom. To przede wszystkim owady – na przykład motyle dzienne i motyle nocne. Samiczka motyla wykluwa się w innym miejscu niż samczyk. Dlatego zaczyna bardzo intensywnie pachnieć. Substancje, które wydziela (feromony), rozchodzą się w powietrzu. Samczyk znajdujący się czasem bardzo daleko, wyczuwa te pojedyncze cząsteczki zapachowe i zaczyna szybciutko lecieć w kierunku samiczki. Dopóki zapach nie doleci do niego, siedzi zupełnie nieruchomo na gałązce. Gromadząc wszystkie swoje siły, czeka na ten jeden lot w określonym kierunku. Ponieważ u wielu gatunków owadów (w tym przypadku ciem) samce żyją bardzo krótko, nic nie jedzą, muszą tę odrobinę posiadanej energii zużyć jednorazowo i skutecznie, nie błąkając się po lesie w poszukiwaniu partnerki. To jest taki klasyczny przykład zastosowania przez zwierzęta czystego języka zapachów. Oprócz tego w użyciu są jeszcze takie wonie (sprawdzone nieraz na własnej skórze przez człowieka) jak zapachy bitewne czy alarmowe, wydzielane przez niektóre owady w obronie przed wrogiem.

 

Powszechnie wiadomo, że pszczelarze pobierający miód w pasiece, bardzo muszą uważać, żeby któregoś owada nie przygnieść, nie zdenerwować, nie wystraszyć. Pszczoła, w momencie zagrożenia życia albo chwili strachu, wypuszcza z siebie falę zapachu powodującą, że pozostałe robotnice wpadają w szał i zaczynają zbiorowo atakować pszczelarza. To jest przykład oczywisty. Są jeszcze mrówki wojowniczki, które podniecają się do boju, wydzielając specjalny zapach. Dopóki ten aromat unosi się w powietrzu, nie ma mowy o zakończeniu bitwy (na przykład z innymi mrówkami). Natomiast trzmiele potrafią zakładać ścieżki zapachowe, takie powietrzne mosty wiszące, które informują krewniaczki ze wspólnego gniazda, gdzie kwitną kwiaty. Jak one to robią? Mianowicie, lecąc niziutko nad czubkami traw, trzmiel rozpyla mikroskopijne kropelki swojego zapachu, który osiada na czubkach roślin i tworzy korytarz. Lecąc nim (nie siadając), następne trzmieliki trafiają jak po sznurku na właściwe miejsce. Mrówki wytyczają bardzo podobne ścieżki na ziemi, prowadzące w różne strony od mrówczego kopca. Dzięki temu kolejne robotnice wychodzące z gniazda nie biegają na oślep po lesie, tylko idą drogą, np. prosto do martwego dzięcioła, którego mięso mogą spokojnie po kawałeczku przynosić do gniazda.


Zapachy na służbie

Ludzie chętnie obserwują zwierzęta i są bardzo zainteresowani poznawaniem ich fascynującego świata. Jednak zawsze jednocześnie główkują, kombinują: a co my moglibyśmy z tego mieć? Podobne rozumowanie towarzyszyło początkom całych grup odkryć dotyczących owadziego porozumiewania się zapachami. O przykład takiego podejścia do tematu nietrudno. Wystarczy pojechać na wycieczkę do lasu o dowolnej porze roku. Można zobaczyć, jak leśniczowie rozkładają w lesie różne dziwne konstrukcje, takie jak pofałdowana rura, na końcu której jest lejek i mała buteleczka z jakimś płynem. Tego typu urządzenia są ustawiane, na przykład w pobliżu ułożonego stosu wyciętych świerków. To są pułapki feromonowe – efekt odkryć uczonych, którzy dowiedzieli się, że korniki przeciwnych płci przywabiają się za pomocą zapachu, podobnie jak dzienne i nocne motyle. Otóż samiczki i samce wykluwają się z larw w różnych miejscach. Samczyki muszą dolecieć do drzew, na których siedzą samiczki – oczywiście po to, aby się rozmnożyć. Sprytni ludzie na drodze ustawiają im pojemniki, które bardzo mocno pachną. Jedna samiczka wydziela mikroskopijną ilość zapachu, natomiast taki zbiornik czy pasek papieru ze sztucznym feromonem o wiele silniej i ładniej pachnie samcowi. Wobec tego kornik, zamiast do samiczki, udaje się do pułapki. W efekcie wpada do pojemnika z płynem i tonie. Co jakiś czas leśniczowie przychodzą, opróżniają zbiorniczki i po stanie ich zapełnienia orientują się, czy korników w lesie jest dużo, czy gradacja się zbliża, czy nie.

Podobnie jak zwierzęta, ludzie również dobierają się według klucza zapachowego. Wspomagają się, używając pachnideł, perfum i różnych innych aromatycznych produktów. Okazuje się, że my – ludzie może nie jesteśmy najwyższej klasy wąchaczami, ale węch mamy jednak niezły. Również odnajdujemy się „po zapachu” i to nie tylko po tym, który my wydzielamy (zresztą, produkujemy więcej niż jeden zapach). Zdarza się, że psy bardzo nie lubią niektórych osób, albo jakieś osoby panicznie boją się psów. Na pierwszy rzut oka zupełnie nie wiadomo dlaczego. Jednak – wiadomo. Taki człowiek (na przykład na skutek jakiegoś urazu z dzieciństwa, spowodowanego ugryzieniem albo nagłym przestraszeniem) na widok dużego psa zaczyna śmierdzieć strachem. Zwierzę natychmiast ten zapach wyczuwa i kojarzy go słusznie z agresją. Przecież jeżeli ktoś się bardzo boi, to może być agresywny, może ze strachu rzucić się do ataku. Dlatego pies reaguje na osobę, która się go boi. Wyczuwa woń strachu, obserwuje też mowę ciała i oczywiście staje się agresywny. To jest dość łatwe do rozgryzienia. Natomiast trudniejsze jest rozszyfrowanie, dlaczego dwoje ludzi spontanicznie nabiera do siebie sympatii, albo niechęci. Ostatnio psycholodzy i fizjolodzy zaczęli upatrywać przyczyny takich sytuacji m.in. w zapachu. Doszli do wniosku, że są ludzie, których naturalna woń stanowi atrakcję chociażby dla płci przeciwnej. Bywa też tak, że niektórzy są aromatycznie nieatrakcyjni, ponieważ z powodu choroby wydzielają specyficzny zapach. Dawniej lekarze, szamani wąchali pacjentów, ponieważ rozpoznawali woń cukrzycy, nieżytu żołądka czy popsutych zębów. Zapachy informują otoczenie, czy dany człowiek jest zdrowy, silny, pewny siebie, czy wręcz przeciwnie: chory, słaby i przerażony. Ludzie, używając pachnideł i perfum, starają się oszukać siebie nawzajem. Przecież perfumy z reguły mają podwyższać węchową atrakcyjność seksualną. I bardzo dobrze: na zdrowie!


Uniwersalna mowa ciała

Mowa ciała jest wspólna nie tylko dla wszystkich zwierząt, ale również ludzi. Na przykład, podczas rozmowy przez telefon może dochodzić do wielu nieporozumień. Po takiej rozmowie właściwie możemy nie wiedzieć, czy była bardzo przyjacielska, zdawkowa, czy obraźliwa, ponieważ dysponujemy tylko jednym wrażeniem – słuchowym. Rozmówca może mieć piskliwy ton głosu, albo taki niski – buczący. Łatwo wtedy pomyśleć, że jest agresywnie nastawiony. Tymczasem ta osoba może po prostu wydaje takie dźwięki. Mamy podświadomą dążność do nawiązania kontaktu wzrokowego z rozmówcą, a raczej do osiągnięcia kompletu wrażeń zmysłowych. Żeby zrozumieć prawdziwe intencje drugiej osoby, musielibyśmy ją widzieć, czuć, słyszeć, a najlepiej – jeszcze dotknąć. Dlatego ludzie (niekoniecznie z naszej kultury) z tych plemion i ras, które żyją bliżej przyrody, bardzo często się dotykają. Również małpy często komunikują się przez dotyk. Spójrzmy też na Amerykanów, którzy zachowali bardzo dużo spontaniczności. Ich słynne poklepywanie po ramieniu jest nie do pomyślenia na przykład w Anglii, gdzie ludzie utrzymują wobec siebie dystans. Europejczycy podają sobie ręce na powitanie, co prawdopodobnie kiedyś mogłoby znaczyć: „Podaję ci prawą dłoń, żebyś zobaczył, że nie ma w niej noża”. Jednak trudno tym uzasadnić, że małpy podają sobie ręce. Tymczasem gestem powitalnym człekokształtnych również jest uścisk dłoni. W tym przypadku obserwujemy, oprócz języka zapachu i mowy, jeszcze język ciała. Dopiero kiedy z otoczenia płyną te trzy sygnały, mamy badawcze pole do popisu.

Bywa, że kontakt z dzikim zwierzęciem można nawiązać tylko za pomocą dźwięków mowy. Za przykład posłużyć może maleńka biała łasiczka, która odwiedza nas w mieszkaniu. Wchodzi przez mysią norę. Nie może zrozumieć słów. Nie może reagować na język mojego ciała, bo ja się nie ruszam. Język zapachów nic nie komunikuje, bo ja nie wydzielam zapachu agresji, ani strachu. W efekcie łasiczka jest ze mną wyłącznie w kontakcie dźwiękowym. Wystarczy, że mówię cichym, spokojnym głosem, a zwierzątko, choć chowa się do nory, za chwilę wychodzi, bo przy norce widzi położony kawałek surowego kurczaka. W tym wypadku komunikuję się językiem, natomiast mogłabym też użyć mowy ciała. Ssaki dużo mówią sobie ciałem, ponieważ są przede wszystkim wzrokowcami.


Wilczy savoir-vivre

Większość elementów mowy ciała u zwierząt ma na celu pokazanie dobrego wychowania. Można pokusić się o bardzo zabawne analogie do zachowania pewnych ludzi. Ostatnio na forum odbywają się swoiste spektakle – osoby publiczne prezentują różne formy niegrzecznego zachowania. Ma się nam wydawać, że człowiek, który z wielkim hałasem i tupetem gdzieś wchodzi, roztrąca ludzi, prezentuje wielkość i siłę. Okazuje się, że tak nie jest. W świecie zwierząt najsilniejsze, najbardziej władcze osobniki na każdym kroku zachowują wszystkie formy grzecznościowe obowiązujące ten gatunek. Każde, mówiąc wprost, chamskie zachowanie zagraża jedności stada, ponieważ nieusprawiedliwiona agresja, nieusprawiedliwiona zaczepność prowadzi do konfliktu, a ten odbija się na zwierzętach, np. tych słabszych czy młodych.

Znakomitym przykładem surowego przestrzegania form towarzyskich bardzo agresywnego zwierzęcia jest zachowanie wilka. Można by pomyśleć, że wilk ze swoimi wspaniałymi, mocnymi, białymi zębami i stalowymi mięśniami, mógłby w stadzie dosłownie siać grozę. Taki basior – dorosły samiec – mógłby rzucać się z zębami, brutalnie trącać inne zwierzęta. Tak właśnie robią niektóre osoby na forum życia publicznego w Polsce. Gdy tylko zajmują odpowiednio eksponowane stanowisko, zaczynają obnażać zęby i je wbijać. Otóż wilcze dobre wychowanie wygląda inaczej. Wilk nie będzie patrzył w oczy drugiemu wilkowi, bo to jest niegrzeczne. Przecież to prowokuje do zwady, ponieważ podczas pojedynku trzeba obserwować przeciwnika i każdy jego ruch, który odbija się w jego oczach. W nich zawsze widać decyzję o ataku, wobec tego długie patrzenie w oczy to wyzwanie. Człowiek, który o tym nie wie i zacznie się wpatrywać w oczy psa, sprawia, że zwierzę odchyla głowę i patrzy gdzieś indziej. Albo zaczyna się wiercić, albo odchodzi, albo zaczyna warczeć.

Ludzie lubią rozmawiać, patrząc sobie w oczy. Jednak warto to poobserwować. Ci, którzy podczas rozmowy wbijają wzrok w drugą osobę, z reguły są nieszczerzy. Natomiast szczery człowiek rozmawiając zagląda w oczy, po czym ucieka ze wzrokiem. Zachowanie to powtarza. Zarówno u zwierząt, jak i u ludzi kwestia sposobu patrzenia w oczy to pierwsza forma grzecznego zachowania.


MIŁOŚĆ

MIŁOŚĆ


Ptasie skoki na boki

Czy ptaki są zawsze sobie wierne? Jaki sens ma ich wierność lub niewierność? Na przykład gęsi spędzają w parach całe życie. Jeżeli jedno z małżonków ginie, to bardzo często (zwłaszcza jeżeli małżeństwo trwało długo) drugie pozostaje już do końca życia samotne. Taki smutny, biedny ptak wegetuje, dołączając się do swojej byłej rodziny. Rzadko zdarza się, że pokocha po raz drugi, spotka młodą panienkę czy kawalera i założą nowe stadło.

Z drugiej strony – uczeni zauważyli, że z ptasią wiernością nie zawsze wszystko jest w porządku. Badając genetycznie zarodki w jajach, odkryli, że nie we wszystkich są reprezentowane te geny, które powinny (po tatusiu i mamusi). Wyglądało na to, że w gniazdach od czasu do czasu pojawiały się podrzutki. Naukowcy zaczęli bacznie śledzić zachowania miłosne ptaków. Okazało się, że spośród stu polskich gatunków ptaków uznawanych powszechnie za wierne, większość uskutecznia tak zwany skok w bok. Na czym to polega? Wprawdzie taka para ptaków ma swój rewir, tokuje i razem wije gniazdo, jednak gdy (nie daj Boże!) samczyk gdzieś na chwilę odleci (np. po jakiś większy kawałeczek mchu czy siana, żeby go wpleść do gniazdka), samiczka natychmiast zerka na boki, czy nie ma jakiegoś kawalera. Jeżeli jest, to bardzo szybko wykonują mały numerek. Następnie wraca prawowity właściciel gniazda. Oczywiście ma wyrzuty sumienia, bo – zbierając listki i piórka do gniazdka – spotkał samotną samiczkę i też wykonał maleńki numerek. Uczeni zaczęli się zastanawiać, jaki sens mają te zdrady. Okazało się, że dzięki nim wśród piskląt są reprezentowane różne geny. W związku z tym, w jakichś niesprzyjających warunkach, do których jedno pisklę będzie niedostosowane, drugie z nich, mając innego tatusia, będzie miało szansę na przeżycie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?